Od kilku dni jestem w Istambule. Pretekstem do odwiedzenia tego przepieknego miasta byl koncert U2, ktory wczoraj mial miejsce na stadionie Ataturka. Szczegolowa relacje umieszcze tu za kilka dni, byc moze dopiero po powrocie z wakacji, ale dzis musze sie z Wami podzielic jedna chwila z tego koncertu.
Nigdy nie przypuszczalem, ze bede mial okazje uslyszec na zywo Mothers Of Disappeared, przepiekny utwor zamykajacy plyte The Joshua Tree, ktory dotychczas w calej swojej karierze U2 zagralo jedynie 14 razy. Oprocz trasy promujacej ten album ta przejmujaca piosenka pojawiala sie tylko na pojedynczych koncertach, zawsze z powodu "specjalnych okazji" nawiazujacych do tekstu o matkach czekajacych na zaginione dzieci. I tak samo bylo wczoraj. Bono zadedykowal te piosenke obecnej na koncercie rodzinie zaginionego 15 lat temu Fehmi Tosuna.
Nie potrafie opisac szczescia z powodu uslyszenia tego niesamowitego utworu na zywo. Serce zabilo mi juz mocnej na soundchecku, kiedy U2 zagralo ten utwor dwukrotnie. Ale kiedy jego dzwieki rozbrzmialy na prawdziwym koncercie wpadlem w amok. Szczerze mowiac do tego stonia, ze pamietam te dzwieki jak przez mgle. Dopiero stopniowo dochodzi do mnie jak wielka i piekna byla to sprawa.
Przed koncertem mialem nadzieje, ze Bono i spolka poeksperymentuja troche przy setliscie i wprowadza kilka zmian w porownaniu do zeszlorocznego zestawu piosenek. Zmiana, ktora miala miejsce 6 wrzesnia 2010 roku w Istambule przeszla moje najsmielsze oczekiwania. Jedynie Acrobat jest utworem, ktory chcialbym kiedykolwiek uslyszec na koncerce U2. I chociaz wydaje sie to niemozliwe to po wczorajszym wieczorze wierze, ze nie ma rzeczy niemozliwych.
Link do wczorjszego Mothers Of Disappeared zalacze najpewniej juz po powrocie do Polski, bo wyglada na to, ze w Turcji jest zablokowany youtube.
wtorek, 7 września 2010
niedziela, 5 września 2010
COKE LIVE FESTIVAL - DZIEN 2
Etykiety:
RELACJE
Drugi dzień Coke Live Festival był jednym z bardziej wyczekwianych przeze mnie koncertowych dni w tym roku. Możliwość zobaczenia tego samego dnia na jednej scenie The Big Pink i MUSE to rarytas, którego doświadczyć mogli w tym roku nieliczni.
Najpierw poszliśmy jednak do sceny COKE na koncert Natural Born Chillers. Nie znałem wcześniej tej kapeli ale polecam wszytskim spotkanie z muzyka tej grupy.To polaczenie muzyki gtarowej z inteligentna elektronika. Rcokowe riffy mieszaly sie co chwile z mocnym bitem zmuszajac wrecz do skakania. Chwilami Naturalsi brzmieli jak Moby, innym razem jak Big Pink. Bardzo ciekawy, polski projekt, idealnie wprowadzajacym w nastroj koncertu Wielkiego Rozu.
Najpierw poszliśmy jednak do sceny COKE na koncert Natural Born Chillers. Nie znałem wcześniej tej kapeli ale polecam wszytskim spotkanie z muzyka tej grupy.To polaczenie muzyki gtarowej z inteligentna elektronika. Rcokowe riffy mieszaly sie co chwile z mocnym bitem zmuszajac wrecz do skakania. Chwilami Naturalsi brzmieli jak Moby, innym razem jak Big Pink. Bardzo ciekawy, polski projekt, idealnie wprowadzajacym w nastroj koncertu Wielkiego Rozu.
The Big Pink rozpoczeli swoj wystep punktualnie o 19, bylo wiec jeszcze jasno.
sobota, 4 września 2010
COKE LIVE FESTIVAL - DZIEN 1
Pierwszy zespół, który zobaczyłem na głównej scenie to 30 Seconds To Mars. Kolega, dla którego band Jareda Leto był głównym magnesem przyciągającym do Krakowa opowiadał mi, że zespół ten słynie ze świetnych koncertów z piękną oprawą. Niestety nie odnalazłem w występie Amerykanów żadnej z tych rzeczy. Lider grupy bardzo starał się nawiązać kontakt z publicznością powtarzając w kółko „everybody scream” albo „dżamp jump” oraz miotając się po scenie. I trzeba przyznać, że ludzi to ruszało. Mnie niestety nie. Odebrałem 30 Seconds To Mars jak gitarowy, nie do końca zgrany boysband, który przez 90 procent swego występu muzycznie nie zaprezentował nic ciekawego czy oryginalnego. Ot takie łupanie dla nastolatków, którym wydaje się, że słuchają czadowej, mocnej muzyki. Jared Leto cały czas pompował atmosferę ale wydawało mi się to sztuczne. Po godzinie koncertu, który kompletnie mnie nie ruszył przyszedł czas na bisy, na które lider zespołu wyszedł tylko w towarzystwie gitary. I dla tych 10 minut warto było tego dnia znaleźć się w Krakowie. Piękny, akustyczny set z największymi przebojami zespołu udowodnił, że kiedy Jared Leto przestaje udawać rockmana a skupia się na muzyce efekt jest piorunujący. Dopiero przy akustycznej gitarze i przy braku festyniarskich krzyków rodem z gali disco-polo dało się dostrzec piękno tego zespołu i głosu jego lidera. Fantastycznie wyszło From Yesterday, chóralnie wyśpiewane przez publiczność. I dla mnie to był najlepszy moment jeśli chodzi o kontakt zespołu z publicznością, który po kilku akustycznych numerach dołączył do swego wokalisty.
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
SZAFA GRAJĄCA: NIRVANA - tourette's
Etykiety:
SZAFA GRAJĄCA
Dokładnie 18 lat temu, 30 sierpnia 1992 roku, zespół NIRVANA wystąpił na festiwalu w Reading. Można więc powiedzieć, że właśnie dziś ten koncert osiągnął pełnoletność. I właśnie z tego powodu po raz trzeci odchodzę od alfabetycznej kolejności w szafie grającej i wgrywam do neij fragment tego występu (recenzja całości pojawi się na blogu jeszcze w tym tygodniu). Jako dziewiąty utwór Cobain i spółka wykonali swój chyba najbardziej wykrzyczany i zakręcony utwór – tourette’s. Obsesyjnie go uwielbiam. Jak żaden inny potrafi mnie postawić na nogi i dać energetycznego kopa. Kiedy po raz pierwszy go usłyszałem odleciałem kompletnie ale pomyślałem też, że dużo bardziej musieli odlecieć członkowie Nirvany, kiedy go nagrywali. A potem dowiedziałem się czym jest zespół Tourette’a i jeszcze bardziej doceniłem tą kompozycję, a także tekst, który wcześniej wydawał się bezsensowną zbitką słów.
niedziela, 29 sierpnia 2010
BARTOSIEWICZ I CHYLIŃSKA NA JEDNEJ SCENIE
Etykiety:
INNE
Wczoraj, po latach mileczenia, na scenę wróciła Edyta Bartosiewicz. O tym, jak wypadł jej powrót przeczytacie tu już za kilka dni. W tej chwili na scenę na warszawskim Służewcu wychodzi właśnie Agnieszka Chylińska. Szkoda, że Aga nie koncertowała wczoraj, mogłaby wtedy przekazać Edycie radość z jej powrotu i z tego, że w końcu ukaże się jej nowa płyta. Czekała na nią przecież tyle lat!
O ile pamiętam Chylińska udzieliła tego sławetnego wywiadu 6 lat temu (choć podobno jest to nagranie z poza anteny). W każdym razie dziś można tylko zapytać „co to za akcja jest”, że ona sama „chce nam tyle dać” i śpiewa disco. A wszyscy, których Aga zahaczyła w tej wypowiedzi dziś wypadają od niej o niebo lepiej i są o wiele bardziej wiarygodni.
O ile pamiętam Chylińska udzieliła tego sławetnego wywiadu 6 lat temu (choć podobno jest to nagranie z poza anteny). W każdym razie dziś można tylko zapytać „co to za akcja jest”, że ona sama „chce nam tyle dać” i śpiewa disco. A wszyscy, których Aga zahaczyła w tej wypowiedzi dziś wypadają od niej o niebo lepiej i są o wiele bardziej wiarygodni.
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
SZAFA GRAJĄCA: THE XX - SHELTER
Etykiety:
SZAFA GRAJĄCA
(kliknij zamiast wrzucać monetę)
Dziś w szafie pojawia się piosenka z płyty, która jestem oczarowany od ponad pół roku. I to oczarowanie rośnie z każdym kolejnym jej przesłuchaniem. Spokojne, smutne, klimatyczne granie z pięknymi melodiami i mądrymi tekstami. Czasem aż nie chce się wierzyć, że ich autorzy mają po 20 lat. A Shelter rozkłada mnie na łopatki, potrafię słuchać go w kółko i za każdym razem coraz bardziej odjeżdżam. Upały nie sprzyjają słuchaniu takiej muzyki ale już wkrótce zacznie się jesień i coś czuję, że znów nie będę wyjmował płyty The XX z odtwarzacza.
Maybe I had said, something that was wrong
Can I make it better, with the lights turned on?
Uwielbiam refren tej piosenki. Polecam stosowanie twierdzącej odpowiedzi na pytanie w nim zadane. Spłycając jego przekaz, mówcie „nie” obrażalstwu!
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
SZAFA GRAJĄCA: WHITE STRIPES - I JUST DON'T KNOW WHAT TO DO WITH MYSELF
Etykiety:
SZAFA GRAJĄCA
(kliknij zamiast wrzucać monetę)
niedziela, 15 sierpnia 2010
OFF FESTIVAL 2010 - DZIEŃ 2 (6 VIII)
Etykiety:
RELACJE
Naprawdę nigdy wcześniej, na żadnym koncercie nie słyszałem tak piorunującej ciszy skupienia pomiędzy piosenkami. Praktycznie nikt się nie odzywał, wszyscy chłonęli to, co ze sceny serwował Lenny Valentino. Dzięki temu, mimo kilkutysięcznego tłumu, miało się wrażenie, ze zespół gra kameralny koncert dla kilku osób...To była jedna z anjpiękniejszych godzin mojego życia...
Pomimo corocznych planów dopiero w tym roku udało mi się dotrzeć na Off Festiwal. I na pewno nie była to moja wizyta w tym miejscu. Wchodząc na teren Doliny Trzech Stawów słyszałem w odddali żegnającego się z publicznością Wojciecha Waglewskiego, który właśnie skończył grać płytę Snopowiązałka. Kiedy dotarłem do centrum wydarzeń na Scenie Leśnej trwał już koncert reaktywowanego Something Like Elvis. Ich występ specjalnie mnie nie porwał ale szczerze przyznjae, że specjalnie się w niego nie wczuwałem i po 3 utworach poszedłem „badać” festiwalowy teren.
Pomimo corocznych planów dopiero w tym roku udało mi się dotrzeć na Off Festiwal. I na pewno nie była to moja wizyta w tym miejscu. Wchodząc na teren Doliny Trzech Stawów słyszałem w odddali żegnającego się z publicznością Wojciecha Waglewskiego, który właśnie skończył grać płytę Snopowiązałka. Kiedy dotarłem do centrum wydarzeń na Scenie Leśnej trwał już koncert reaktywowanego Something Like Elvis. Ich występ specjalnie mnie nie porwał ale szczerze przyznjae, że specjalnie się w niego nie wczuwałem i po 3 utworach poszedłem „badać” festiwalowy teren.
poniedziałek, 9 sierpnia 2010
SZAFA GRAJĄCA: VAVAMUFFIN - VAVATO
Etykiety:
SZAFA GRAJĄCA
(wystarczy kliknąć)
Dziś w szafie pojawia się piosenka o moim rodzinnym reggae town. Przyznaję, że kilka lat temu zajęło mi trochę aby przekonać się do muzyki Vavamuffin. Teraz śmieje się sam z siebie, że początkowo te kawałki wydawały mi się trochę zbyt szczekane. Bo tez zespół to energia w najczystszej postaci a Vavato to jeden z moich ulubionych kawałków, podczas słuchania którego czuję lokalny patriotyzm. Ten numer to chyba najkrótszy przewodnik po Warszawie.
A wszystkim, którzy na to miasto narzekają dedykuję wers:
„Nie zawracaj kontrafałdy, że w Warsiawie byłeś,
Bo na Saske Kempę wcale nie chodziłeś”
PEACE !
wtorek, 3 sierpnia 2010
KASZANKA DLA "OBROŃCÓW KRZYŻA"
Etykiety:
KASZANA SONGS
Dziś tematem dnia jest krzyż. Do Kaszana Songs może trafić więc tylko jedna piosenka, klasyk zespołu Kris Kross. Dedykuję ją wszystkim fanatycznym oszołomom spod pałacu prezydenckiego. Bo ich zachowanie, w przeciwieństwie do „cytowanej” dziś piosenki jest prawdziwą, niesmaczną i żenującą kaszaną. A co najśmieszniejsze idealnie przykrywającą dziś ogłoszoną decyzję o podniesieniu podatku VAT. Tak więc drodzy obrońcy: wasz znienawidzony, masoński premier z wilczymi oczami serdecznie wam dziękuje, mówi "howgh" i robi "siekierkę" na waszą cześć.
Na dalsze warty „w obronie krzyża” proponuję wam strażnicy Teksasu ubrać się jak chłopcy z Kris Kross, tzn. rozporek na tyłku. Bo skoro już żal dupę ściska, to dodatkowy suwaczek na pewno nie przeszkodzi. A jeśli podczas czuwania zrobi wam się zimno to zawsze możecie zrobić „dżamp dżamp”. Dodatkowo między Barką, Rotą i Boże Coś Polskę zaśpiewajcie wtedy „a łigidi-łigidi-łigidi-łigidi-łek”.
Na dalsze warty „w obronie krzyża” proponuję wam strażnicy Teksasu ubrać się jak chłopcy z Kris Kross, tzn. rozporek na tyłku. Bo skoro już żal dupę ściska, to dodatkowy suwaczek na pewno nie przeszkodzi. A jeśli podczas czuwania zrobi wam się zimno to zawsze możecie zrobić „dżamp dżamp”. Dodatkowo między Barką, Rotą i Boże Coś Polskę zaśpiewajcie wtedy „a łigidi-łigidi-łigidi-łigidi-łek”.
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
SZAFA GRAJĄCA: TABU - WOJOWNIK
Etykiety:
SZAFA GRAJĄCA
(nie wrzucaj monety, po prostu kliknij)
Dziś do szafy grającej trafia piosenka najlepszego, moim zdaniem, tworzącego obecnie polskiego zespołu reggae. Za każdym razem, gdy słyszę muzykę TABU świeci przede mną słońce, bez względu na to czy jest upalny lipiec, deszczowy listopad czy mroźny styczeń. Te bujające dźwięki naładowane są tak niesamowitą dawką pozytywnej energii, że chyba nawet kamienny pomnik przestaje być nieruchomy i zaczyna się rytmicznie bujać. Jeśli nie słyszeliście dotychczas ich debiutanckiej płyty Jedno Słowo natychmiast nadróbcie zaległości. Gwarantuję, że uśmiech będzie powiększał się na Waszych twarzach z każdym kolejnym tabu-dźwiękiem. Wszystkim, a także sobie życzę wejścia lub wytrwania na drodze pozytywnego Wojownika oraz tego:
„żeby było tak
żeby było tak
żeby płynął czas
nie obok ale w nas”!
niedziela, 1 sierpnia 2010
66 ROCZNICA WYBUCHU POWSTANIA WARSZAWSKIEGO
Etykiety:
INNE
Dziś minęła 66 rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Dopóki ten blog będzie istniał co roku, 1 sierpnia będę zamieszczał tu kolejne utwory z genialnego koncept albumu Lao Che, który w całości opowiada o wydarzeniach lata 1944. Nie jest to płyta łatwa, pełno tu dzikich wrzasków, trudnych do słuchania w towarzystwie. Ale kiedy słucha się jej w skupieniu i wczuwa się w treść myślami można znaleźć się w okupowanej Warszawie. I przynajmniej ten jeden raz w roku każdy powinien po ten album sięgnąć. Bo jakkolwiek dramatycznie nie brzmi wokla Spiętego to myśle, że nie oddaje nawet w 1 procencie dramatu, który toczył się wtedy na ulicach Warszawy. Otwierająca Powstanie Warszawskie piosenka nosi tytuł 1939/ Przed Burzą i opowiada o początkach wojny i o decyzji odnośnie wybuchu powstania.
czwartek, 29 lipca 2010
THE BIG PINK W POLSCE !!!
Etykiety:
INNE
Huuuuuurrrrrrrrraaaaaaaaaaaaaa !!! Tylko tak mogę poprzedzić dzisiejszego newsa. Na Coke Live Festival, w sobotę 21 sieprnia, pojawi się zespół The Big Pink, autorzy najlepszej, moim zdaniem, płyty zeszłego roku. Ich debiutanckie A Brief History Of Love to album magiczny, dla przypomnienia TU znajdziecie szczegółową recenzję.
The Big Pink był obok MUSE, BLUR i The XX moim największym tegorocznym, koncertowym marzeniem. Jestem przeszczęśliwy, że dwa z nich spełnią się jednego dnia. Coż to będzie za sobota! Pod żadnym pozorem jej nie przegapcie!
The Big Pink był obok MUSE, BLUR i The XX moim największym tegorocznym, koncertowym marzeniem. Jestem przeszczęśliwy, że dwa z nich spełnią się jednego dnia. Coż to będzie za sobota! Pod żadnym pozorem jej nie przegapcie!
poniedziałek, 26 lipca 2010
SZAFA GRAJĄCA: SEX PISTOLS - GOD SAVE THE QUEEN
Etykiety:
SZAFA GRAJĄCA
(nie wrzucaj monety, po prostu kliknij)
Dziś do szafy trafia prawdziwy klasyk, można by powiedzieć, że prawie hymn Anglii. Uwielbiam oglądać i słuchać starych teledysków i nagrań, które w czasach, gdy się ukazały były kontrowersyjne i uświadamiać sobie jak wiele zmieniło się w ludzkiej mentalności w tak krótkim czasie. Obrazoburcze 30 lat temu God Save The Queen dziś jest lajtowe jak kompot truskawkowy i traktowane jest jako element pop-kultury.
Mam wielki sentyment do Sex Pistols i bardzo się cieszę, że 2 lata temu miałem okazję zobaczyć ich na żywo. I choć był to w pewnym sensie objazdowy cyrk pod hasłem „koś żyto, póki rośnie” a zbuntowani niegdyś punkowcy ważyli średnio po 100 kilo to ich muzyka pozostała taka sama. To znaczy świetna.
niedziela, 25 lipca 2010
JAROCIN FESTIWAL 2010 - RELACJA
Etykiety:
RELACJE
...Otwierające bisy One Of Them było miażdżące, podczas Fate obleciały mnie ciarki a przy Schisophrenic Family o mało sam nie zwariowałem. Przez te 10 minut czułem się, jakbym znowu miał 14 lat, słuchał listy przebojów Trójki i grał na gitarze Teksańskiego wkurzając się, że nie mogę złapać chwytów „barowych” i zagrać odpowiednio Zazdrości...
...Najkrócej występ SKA-P opisać można jednym słowem: ekstaza. Szybki, jednostajny rytm sprawił, że zgromadzeni na koncercie ludzie wpadli w amok, jak gdyby byli pod kontrolą jakiegoś szamana. Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio tak szalałem na koncercie...
...Kiedy po kilku minutach najprawdopodobniej z małej sceny dobiegły inne gitarowe dźwięki próbującego się młodego, koncertowego zespołu Grabaż postanowił interweniować przez mikrofon słowami: „ej ch*je, wyłączcie to, słyszycie ch*je?”...
Do Jarocina wybierałem się już od kilku lat, zawsze coś jednak stawało na przeszkodzie. W końcu się udało i po raz pierwszy trafiłem do punkowej niegdyś stolicy Polski. Po wjeździe do tego wielkopolskiego miasteczka, ku swojej radości, zobaczłem wiele osób z irokezami. Pierwszy rzut oka wskazywał na to, że będzie tu bardziej jak na Woodstocku niż jak na Openerze. Rozbijaniu namiotów towarzyszyły dźwięki koncertu Pustek i Lao Che słyszane z tyłu sceny. Pierwsze wrażenie, jakie odniosłem już po wejściu na teren festiwalu to kameralność imprezy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem czy to źle czy dobrze. Po dużym i pełnym rozmachu Openerze jarocińska scena wyglądała dość biednie, dziwne, asymetryczne wrażenie robił tylko jeden telebim umieszczoeny po prawej stronie sceny, pod którą podczas występu Lao Che bawiło się mało osób. Wyglądało to trochę jak warszawskie Juwenalia przed zapadnięciem zmroku. Drugą rzeczą, która rzuciła się w oczy to murawa, której nie powstydziłby się żaden stadion, po któej przyjemnie było chodzić i na której wygodnie było usiąść.
Pierwszy zespół, który udało mi się usłyszeć i zobaczyć to Biffy Clyro. Byłem bardzo ciekawy ich występu i szkocka grupa nie zawiodła.
...Najkrócej występ SKA-P opisać można jednym słowem: ekstaza. Szybki, jednostajny rytm sprawił, że zgromadzeni na koncercie ludzie wpadli w amok, jak gdyby byli pod kontrolą jakiegoś szamana. Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio tak szalałem na koncercie...
...Kiedy po kilku minutach najprawdopodobniej z małej sceny dobiegły inne gitarowe dźwięki próbującego się młodego, koncertowego zespołu Grabaż postanowił interweniować przez mikrofon słowami: „ej ch*je, wyłączcie to, słyszycie ch*je?”...
Do Jarocina wybierałem się już od kilku lat, zawsze coś jednak stawało na przeszkodzie. W końcu się udało i po raz pierwszy trafiłem do punkowej niegdyś stolicy Polski. Po wjeździe do tego wielkopolskiego miasteczka, ku swojej radości, zobaczłem wiele osób z irokezami. Pierwszy rzut oka wskazywał na to, że będzie tu bardziej jak na Woodstocku niż jak na Openerze. Rozbijaniu namiotów towarzyszyły dźwięki koncertu Pustek i Lao Che słyszane z tyłu sceny. Pierwsze wrażenie, jakie odniosłem już po wejściu na teren festiwalu to kameralność imprezy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem czy to źle czy dobrze. Po dużym i pełnym rozmachu Openerze jarocińska scena wyglądała dość biednie, dziwne, asymetryczne wrażenie robił tylko jeden telebim umieszczoeny po prawej stronie sceny, pod którą podczas występu Lao Che bawiło się mało osób. Wyglądało to trochę jak warszawskie Juwenalia przed zapadnięciem zmroku. Drugą rzeczą, która rzuciła się w oczy to murawa, której nie powstydziłby się żaden stadion, po któej przyjemnie było chodzić i na której wygodnie było usiąść.
Pierwszy zespół, który udało mi się usłyszeć i zobaczyć to Biffy Clyro. Byłem bardzo ciekawy ich występu i szkocka grupa nie zawiodła.
poniedziałek, 19 lipca 2010
SZAFA GRAJĄCA: R.E.M. - LEAVE
Etykiety:
SZAFA GRAJĄCA
(nie musisz wrzucać monety wystarczy kliknąć)
Pozycja, która dziś trafi do szafy grającej to dla mnie największy namacalny dowód na geniusz Michaela Stipe’a i jego grupy. R.E.M. ma w swym dorobku mnóstwo pięknych i świetnych utworów ale to właśnie ten, kiedy go słucham, przenosi mnie na inną orbitę.
Pamiętam do dziś, kiedy pierwszy raz słuchałem kasety New Adventures In Hi-FI. Po singlowym E-Bow The Letter numer 6 rozpoczął się spokojnym gitarowym brzdąkaniem. Myślałem, że to kolejna spokojna balladka. Tymczasem, po minucie z głośników uderzył pulsujący szybko wysoki ton, coś na kształt przyspieszonej i zapętlonej syreny alarmowej. O dziwo nie zniknął po chwili tylko towarzyszył przez kolejne 6 minut tego utworu. Zdębiałem. Dziś być może nie zwróciłbym na to uwagi ale to był 1996 rok, wtedy stosowanie takich elektronicznych dźwięków przez zespoły gitarowe nie było powszechne. Zakochałem się w tej piosence od pierwszego przesłuchania i to uczucie trwa do dziś.
Tu możecie jeszcze posłuchać wersji koncertowej tego utworu, delikatniejszą i pozbawioną charakterystycznej „syreny”. Ja zdecydowanie wolę tę studyjną
niedziela, 18 lipca 2010
THE BEST OF OPENER 2010
Etykiety:
RELACJE
I jeszcze krótki ranking sumujący tegorocznego Openera.
Najpiękniejsze momenty:
1) Skunk Anansie – Hedonism
2) Pearl Jam – Just Breathe
3) Yeasayer – I Remember
Najlepszy koncert:
1) Pearl Jam
2) Kasabian
3) Psio Crew
Największe zaskoczenie pozytywne:
Koncert The Dead Weather
Największe zaskoczenie negatywne:
Nagłośnienie koncertu Klaxons
Największy „odlot” festiwalu:
Koncert Die Antwoord
I tym krótkim podumowaniem kończym temat Openera 2010. Właśnie wróciłem z Jarocina,relacja wkrótce ;-)
Najpiękniejsze momenty:
1) Skunk Anansie – Hedonism
2) Pearl Jam – Just Breathe
3) Yeasayer – I Remember
Najlepszy koncert:
1) Pearl Jam
2) Kasabian
3) Psio Crew
Największe zaskoczenie pozytywne:
Koncert The Dead Weather
Największe zaskoczenie negatywne:
Nagłośnienie koncertu Klaxons
Największy „odlot” festiwalu:
Koncert Die Antwoord
I tym krótkim podumowaniem kończym temat Openera 2010. Właśnie wróciłem z Jarocina,relacja wkrótce ;-)
czwartek, 15 lipca 2010
OPENER 2010 - DZIEŃ 4 - 4 VII 2010
Etykiety:
RELACJE
Nie ukrywam, że byłem lekko sceptycznie nastawiony do zespołu The Dead Weather, marzy mi się bowiem aby Jack White zaczął wreszcie pracę nad nowym albumem The White Stripes a nie ujawniał się w kolejnych wcieleniach. Jednak koncert jego najnowszego projektu rozłożył mnie na łopatki…
Kiedy na scenie został sam Damian Marley grając krótki set, między innymi z jedną piosenką swojego ojca, odleciałem kompletnie. Z tego letargu po koncercie wyrwał mnie kumpel, mówiąc „chodź się napić, Kaczor prowadzić”. Chwilę później zobaczyłem, a raczej usłyszałem jego dziewczynę maszerującą główną alejką i krzyczącą „KA-CZO-MOROWSKI, KA-CZO-MOROWSKI!”…
Ostatni dzień festiwalu, po spełnieniu „obywatelskiego obowiązku” w Sopocie zacząłem od koncertu Kings Of Convenience. Zapowiadano ten zespół jako „lepszą wersję The XX”. Brak tej angielskiej grupy uważam za najwiekszą porażkę tegorocznego Openera, tym bardziej byłem ciekawy występu Królów Wygody. I choć do podwójnego X im daleko to muszę przyznać, że po około 3 kawałkach wczułem w akustyczny klimat zespołu, mocno luzujący i spokojny.
Potem dla kontrastu udałem się pod główną scenę na The Hives. Po drodze usłyszałem wielki wrzask, wydawało mi się, że to z powodu wyjścia Szwedów na scenę, okazało się jednak, że był to efekt podania pierwszych sondażowych wyników wyborów. Nie miałem siły skakać na The Hives i być może nie odebrałem ich występu jakoś rewelacyjnie. Owszem, porządna dawka energii przy skocznych gitarowych dźwiękach kilka razy wstrząsneła tłumem pod sceną ale prochu chłopaki nie wymyślili. Podobnie jak Wild Beasts na scenie namiotowej, z tymże Dzikie Bestie nie okazały się w dodatku wystarczająco dzikie żeby porwać publiczność.
O 22 przemieściłem się pod scenę główną, posłuchać The Dead Weather.
Kiedy na scenie został sam Damian Marley grając krótki set, między innymi z jedną piosenką swojego ojca, odleciałem kompletnie. Z tego letargu po koncercie wyrwał mnie kumpel, mówiąc „chodź się napić, Kaczor prowadzić”. Chwilę później zobaczyłem, a raczej usłyszałem jego dziewczynę maszerującą główną alejką i krzyczącą „KA-CZO-MOROWSKI, KA-CZO-MOROWSKI!”…
Ostatni dzień festiwalu, po spełnieniu „obywatelskiego obowiązku” w Sopocie zacząłem od koncertu Kings Of Convenience. Zapowiadano ten zespół jako „lepszą wersję The XX”. Brak tej angielskiej grupy uważam za najwiekszą porażkę tegorocznego Openera, tym bardziej byłem ciekawy występu Królów Wygody. I choć do podwójnego X im daleko to muszę przyznać, że po około 3 kawałkach wczułem w akustyczny klimat zespołu, mocno luzujący i spokojny.
Potem dla kontrastu udałem się pod główną scenę na The Hives. Po drodze usłyszałem wielki wrzask, wydawało mi się, że to z powodu wyjścia Szwedów na scenę, okazało się jednak, że był to efekt podania pierwszych sondażowych wyników wyborów. Nie miałem siły skakać na The Hives i być może nie odebrałem ich występu jakoś rewelacyjnie. Owszem, porządna dawka energii przy skocznych gitarowych dźwiękach kilka razy wstrząsneła tłumem pod sceną ale prochu chłopaki nie wymyślili. Podobnie jak Wild Beasts na scenie namiotowej, z tymże Dzikie Bestie nie okazały się w dodatku wystarczająco dzikie żeby porwać publiczność.
O 22 przemieściłem się pod scenę główną, posłuchać The Dead Weather.
środa, 14 lipca 2010
OPENER 2010 - DZIEŃ 3 - 3 VII 2010
Etykiety:
RELACJE
Zagrane przy zachodzącym słońcu znane hity Skin i spółki zabrzmiały na Openerze wyjątkowo pięknie, ze szczególnym wskazaniem na rozpoczynający bisy Hedonism. W tamtej chwili pomyślałem sobie, żeby gdyby ktoś spytał mnie czym jest piękno to odpowiedziałbym mu, że właśnie takimi chwilami…
Kontaktu przesadnego z publiką Kasabian nie mieli, wokalista co chwilę odwracał się tyłem i szukał czegoś w okolicach perkusji ale widać było jak z każdą piosenką muzykom coraz szerzej otwierają się oczy w efekcie skłaniając do wyznań w stylu „Poland you are fucking empire” albo „I have never seen something like this in my life” czy wymachiwania polską flagą…
Trzeciego dnia festiwalu zamiast wczesno-popołudniowych koncertów wybrałem mecz pomiędzy Argentyną i Niemcami. Ominął mnie przez to niestety występ Ireny, tegorocznego zwycięzcy Coke Fresh Noise, świetnie zapowiadającej się rockowej grupy, na której debiutancki album niecierpliwie czekam. Na teren festiwalu wszedłem przed 19, kiedy na głównej scenie rządził L.U.C. Nie miałem okazji wczuć się w jego koncert ponieważ moim celem był namiot Alter Space, w którym występował zespół Niwea. Po singlu Miły Młody Człowiek nastawiałem się na oryginalny, trochę śmieszny i rozbrajający koncert. I choć trzeba przyznać, że jego klimat był niepowtarzalny to na dłuższą metę lekko męczący. To, co w twórczości Niwea świetnie sprawdza się w krótkiej formie, w dłuższej nie jest już tak świeże i ciekawe. Wszystkie piosenki spoiły dwie rzeczy: słowo „no” powtarzane co kilkanaście sekund oraz poza zmanierowanego lidera zespołu, który regularnie siadał na krześle i przyglądał się publiczności. Ten koncert był fajnie inny.
Natomiast koncert Skunk Anansie był po prostu piękny.
Kontaktu przesadnego z publiką Kasabian nie mieli, wokalista co chwilę odwracał się tyłem i szukał czegoś w okolicach perkusji ale widać było jak z każdą piosenką muzykom coraz szerzej otwierają się oczy w efekcie skłaniając do wyznań w stylu „Poland you are fucking empire” albo „I have never seen something like this in my life” czy wymachiwania polską flagą…
Trzeciego dnia festiwalu zamiast wczesno-popołudniowych koncertów wybrałem mecz pomiędzy Argentyną i Niemcami. Ominął mnie przez to niestety występ Ireny, tegorocznego zwycięzcy Coke Fresh Noise, świetnie zapowiadającej się rockowej grupy, na której debiutancki album niecierpliwie czekam. Na teren festiwalu wszedłem przed 19, kiedy na głównej scenie rządził L.U.C. Nie miałem okazji wczuć się w jego koncert ponieważ moim celem był namiot Alter Space, w którym występował zespół Niwea. Po singlu Miły Młody Człowiek nastawiałem się na oryginalny, trochę śmieszny i rozbrajający koncert. I choć trzeba przyznać, że jego klimat był niepowtarzalny to na dłuższą metę lekko męczący. To, co w twórczości Niwea świetnie sprawdza się w krótkiej formie, w dłuższej nie jest już tak świeże i ciekawe. Wszystkie piosenki spoiły dwie rzeczy: słowo „no” powtarzane co kilkanaście sekund oraz poza zmanierowanego lidera zespołu, który regularnie siadał na krześle i przyglądał się publiczności. Ten koncert był fajnie inny.
Natomiast koncert Skunk Anansie był po prostu piękny.
wtorek, 13 lipca 2010
OPENER 2010 - DZIEŃ 2 - 2 VII 2010
Etykiety:
RELACJE
Die Antwoord jakościowe braki tego konceru nadrabiali żywiołowością oraz dość nietypowymi jak na koncert zachowaniami. Wokalistka co chwilę darła się w mikrofon swoim piskliwym głosem krzycząc „kuurrrrwaaaaaaaa”. Kiedy nie śpiewała i nie krzyczała wykonywała taniec rodem z klubu go-go, prężąc się jakby na scenie zamiast głośników znajdowały się rury do tańczenia...
Z czystym sumieniem stwierdzam, że koncert Psio Crew był najbardziej energetycznym momentem piątku. Folkowa muzyka podana w nowoczesnej aranżacji, z elektrycznymi gitarami, skrzypcami ale również beat boxem i loopami dały razem niesamowity efekt. I nie myślcie, że miało to cokolwiek wspólnego z Bolec Łorkiestra czy Siostrą (Bratem) Hanki...
Drugiego dnia festiwalu około 15 musiałem podjąć trudną decyzję. Zejść z upalnej plaży i pędzić na koncert Die Antwoord czy zostać na szlagierowo zapowiadającym się ćwierćfinale Brazylia-Holandia. Zwyciężyła muzyka i tym samym miałem okazję zobaczyć na scenie coś co trudno jednoznacznie ocenić i zakwalifikować. Nie da się ukryć, że ze sceny w namiocie, na której grał zespół z RPA aż dymiło od energii a publiczność, mimo wczesnej godziny dała się porwać. Die Antwoord jakościowe braki tego konceru nadrabiali żywiołowością oraz dość nietypowymi jak na koncert zachowaniami. Po krótkiej lekcji przeklinania w języku ojczystym zespołu jego wokalistka już do końca występu co chwilę darła się w mikrofon swoim piskliwym głosem krzycząc „kuurrrrwaaaaaaaa”. Kiedy nie śpiewała i nie krzyczała wykonywała taniec rodem z klubu go-go, prężąc się jakby na scenie zamiast głośników znajdowały się rury do tańczenia. W ogóle ten koncert podchodził pod lekką „perwę”, na telebimach momentami leciały filmy porno a wokalista po rozebraniu do gaci chwalił się swoimi wymiarami bawiąc się własnymi „klejnotami rodowymi”. Wyglądało to wszystko jak objazdowy cyrk ale miało swój klimat.
Z czystym sumieniem stwierdzam, że koncert Psio Crew był najbardziej energetycznym momentem piątku. Folkowa muzyka podana w nowoczesnej aranżacji, z elektrycznymi gitarami, skrzypcami ale również beat boxem i loopami dały razem niesamowity efekt. I nie myślcie, że miało to cokolwiek wspólnego z Bolec Łorkiestra czy Siostrą (Bratem) Hanki...
Drugiego dnia festiwalu około 15 musiałem podjąć trudną decyzję. Zejść z upalnej plaży i pędzić na koncert Die Antwoord czy zostać na szlagierowo zapowiadającym się ćwierćfinale Brazylia-Holandia. Zwyciężyła muzyka i tym samym miałem okazję zobaczyć na scenie coś co trudno jednoznacznie ocenić i zakwalifikować. Nie da się ukryć, że ze sceny w namiocie, na której grał zespół z RPA aż dymiło od energii a publiczność, mimo wczesnej godziny dała się porwać. Die Antwoord jakościowe braki tego konceru nadrabiali żywiołowością oraz dość nietypowymi jak na koncert zachowaniami. Po krótkiej lekcji przeklinania w języku ojczystym zespołu jego wokalistka już do końca występu co chwilę darła się w mikrofon swoim piskliwym głosem krzycząc „kuurrrrwaaaaaaaa”. Kiedy nie śpiewała i nie krzyczała wykonywała taniec rodem z klubu go-go, prężąc się jakby na scenie zamiast głośników znajdowały się rury do tańczenia. W ogóle ten koncert podchodził pod lekką „perwę”, na telebimach momentami leciały filmy porno a wokalista po rozebraniu do gaci chwalił się swoimi wymiarami bawiąc się własnymi „klejnotami rodowymi”. Wyglądało to wszystko jak objazdowy cyrk ale miało swój klimat.
poniedziałek, 12 lipca 2010
SZAFA GRAJĄCA: PLACEBO - HEMOGLOBIN
Etykiety:
SZAFA GRAJĄCA
Hemoglobina to jedna z najbardziej wkręcających piosenek w historii muzyki gitarowej. Za każdym razem, gdy ją słyszę czuję się jakby ktoś powoli acz konsekwentnie wbijał mi głowę gwóźdź. Z każdym kolejnym dźwiękiem wydaje mi się, że coraz bardziej wsiąkam w ten utwór.
Nigdy nie zapomnę pierwszego, przepięknego, energetycznego i kameralnego koncertu Placebo w Polsce w warszawskiej Stodole. Bilet zdobyłem po półtoragodzinnych poszukiwaniach w towarzystwie masakrycznie lejącego deszczu. Od tamtego dnia absolutnie nie toleruję koników. Gość, u którego dzień wcześniej próbowałem kupić bilet w oficjalnym punkcie sprzedaży i który twierdził, że bilety skończyły się parę dni temu pojawił się przed wejściem do klubu z pełnym wachlarzem wejściówek, tyle, że w podwójnej cenie. W końcu na szczęście udało mi się spotkać dobrego człowieka, który odstąpił mi bilet po cenie nominalnej, dzięki czemu mogłem przeżyć jeden z najpiękniejszych muzycznych wieczorów.
Koncert był absolutnie niesamowity, odleciałem na nim kompletnie. Do tego stopnia, że przez całą drogę powrotną żałowałem, że nie zagrali Hemoglobin a następnego dnia kumpel, z którym byłem w Stodole zadzwonił i powiedział, że w radio puszczali pierwsze 3 kawałki z warszawskiego koncertu. Zgadnijcie od czego zaczęli? Tak, właśnie od pozycji, która trafia do dzisiejszej szafy. Do dziś zastanawiam się czasami w jak wielkim kosmosie musiałem się znajdować wraz z pojawieniem zespołu na scenie, skoro nie namierzyłem swojego ulubionego kawału tej grupy.
niedziela, 11 lipca 2010
OPENER 2010 - DZIEŃ 1 - 1 VII 2010
Etykiety:
RELACJE
Przy słowach: Oh I'm a lucky man, To count on both hands, The ones I love, Some folks just have one, Yeah others they got none poczułem sie jakby ktoś wlał we mnie eliksir szczęścia. Trudno to opisać słowami ale właśnie za takie momenty kocham muzykę i koncerty. Zresztą na koncercie Pearl Jam przytykało mnie kilkakrotnie...
Najważniejszym wydarzeniem pierwszego dnia Openera miał być jednak koncert Yeasayera, dlatego już przed 21 zameldowałem sie pod sceną namiotową. I muszę przynać, że występ Amerykanów był świetny. Najpiękniej zabrzmiało oczywiście I Remember, zagrane już jako koncertowy numer cztery.
To był mój szósty Opener. Mimo wcześniejszych obaw okazał się jednym z bardziej udanych. Udało nam się dotrzeć na Babie Doły w czwartek około godziny 12. Dzięki temu wjechaliśmy na parking unikając korka, a nawet nie widząc żadnego samochodu przed i za nami. Jak się później okazało mieliśmy sporego farta, bo kilkanaście minut później drogę zablokowała policja i przez ponad godzinę nikogo nie wpuszczała twierdząc, że „nie wie, które bilety są z polem namiotowym”. Opaskowanie poszło sprawnie (co też zmieniło się podobno w godzinach wieczornych), po czym udaliśmy się na pole namiotowe, czekając tam na resztę ekipy. Przy rozbijaniu namiotów panuje bowiem klimat rodem z koszar wojskowych „namioty rozbijać maksymalnie 40 cm od siebie, tylko w wyznaczonych ścieżkach szerokości metra”. Żeby rozbić obok siebie 7 namiotów musieliśmy więc zrobić to jednocześnie. Dla nikogo nie bz to jednak problem, dobre humory dodatkowo poprawialiśmy sobie zimny bronxem.
Z tego wszystkiego oraz z powodu braku w punktach informacyjnych line-upów zapomniałem o koncercie Pauli i Karola. Na teren festiwalu ruszyłem po18. Spiesząc się choćby na końcówkę polskiego duetu występującego na scenie młodych talentów przez chwilę obserwowałem koncert Łąki Łan. Stwory z łąki jak zwykle na żywo wypadali o niebo lepiej niż na płytach. A Paula i Karol, podczas dwóch piosenek, które udało mi się usłyszeć stworzyli fajną, kameralną atmosferę, trochę rodem z Dzikiego Zachodu. To było bardzo przyjemne rozpoczęcie Openera 2010. Potem na chwilę wpadłem na Alter Space na Oranżadę. Nie znałem tej grupy ale zapamiętam ją z ciekawych gitarowych ścian oraz wąchów gitarzysty. W ostatniej chwili okazało się, że w namiocie o 19 zamiast Ellie Goulding zagra Biff. I po koncercie tej polskiej grupy chyba mało kto żałował tej zmiany. Fajne, gitarowe, energetyczne granie i niesamowicie nakręcona wokalistka wniosły do sceny namiotowej wiele energii. Liderka zespołu rozbroiła też wszystkich poradami ze sceny, mówiąc po angielsku z mocno polskim akcentem: „rimember to łosz jorselw, juz jor dezodorant, tejk ker”, itd.
Najważniejszym wydarzeniem pierwszego dnia Openera miał być jednak koncert Yeasayera, dlatego już przed 21 zameldowałem sie pod sceną namiotową. I muszę przynać, że występ Amerykanów był świetny. Najpiękniej zabrzmiało oczywiście I Remember, zagrane już jako koncertowy numer cztery.
To był mój szósty Opener. Mimo wcześniejszych obaw okazał się jednym z bardziej udanych. Udało nam się dotrzeć na Babie Doły w czwartek około godziny 12. Dzięki temu wjechaliśmy na parking unikając korka, a nawet nie widząc żadnego samochodu przed i za nami. Jak się później okazało mieliśmy sporego farta, bo kilkanaście minut później drogę zablokowała policja i przez ponad godzinę nikogo nie wpuszczała twierdząc, że „nie wie, które bilety są z polem namiotowym”. Opaskowanie poszło sprawnie (co też zmieniło się podobno w godzinach wieczornych), po czym udaliśmy się na pole namiotowe, czekając tam na resztę ekipy. Przy rozbijaniu namiotów panuje bowiem klimat rodem z koszar wojskowych „namioty rozbijać maksymalnie 40 cm od siebie, tylko w wyznaczonych ścieżkach szerokości metra”. Żeby rozbić obok siebie 7 namiotów musieliśmy więc zrobić to jednocześnie. Dla nikogo nie bz to jednak problem, dobre humory dodatkowo poprawialiśmy sobie zimny bronxem.
Z tego wszystkiego oraz z powodu braku w punktach informacyjnych line-upów zapomniałem o koncercie Pauli i Karola. Na teren festiwalu ruszyłem po18. Spiesząc się choćby na końcówkę polskiego duetu występującego na scenie młodych talentów przez chwilę obserwowałem koncert Łąki Łan. Stwory z łąki jak zwykle na żywo wypadali o niebo lepiej niż na płytach. A Paula i Karol, podczas dwóch piosenek, które udało mi się usłyszeć stworzyli fajną, kameralną atmosferę, trochę rodem z Dzikiego Zachodu. To było bardzo przyjemne rozpoczęcie Openera 2010. Potem na chwilę wpadłem na Alter Space na Oranżadę. Nie znałem tej grupy ale zapamiętam ją z ciekawych gitarowych ścian oraz wąchów gitarzysty. W ostatniej chwili okazało się, że w namiocie o 19 zamiast Ellie Goulding zagra Biff. I po koncercie tej polskiej grupy chyba mało kto żałował tej zmiany. Fajne, gitarowe, energetyczne granie i niesamowicie nakręcona wokalistka wniosły do sceny namiotowej wiele energii. Liderka zespołu rozbroiła też wszystkich poradami ze sceny, mówiąc po angielsku z mocno polskim akcentem: „rimember to łosz jorselw, juz jor dezodorant, tejk ker”, itd.
poniedziałek, 5 lipca 2010
BRIAN MOLKO JASNOWIDZEM
Etykiety:
INNE
Okazuje się, że nie tylko niemiecka ośmiornica potrafi przewidzieć mundialowe wyniki. Ten sam dar ma też Brian Molko, wokalista zespołu PLACEBO. Nie wierzycie? Ta posłuchajcie tej piosenki ;-)
Dzięki tej poufnej informajcji o Braiana postawiłem u bukmachera na zwycięstwo Niemców i źle na tym nie wyszedłem. Tylko kto teraz podpowie jaki będzie wynik półfinałów?
Dzięki tej poufnej informajcji o Braiana postawiłem u bukmachera na zwycięstwo Niemców i źle na tym nie wyszedłem. Tylko kto teraz podpowie jaki będzie wynik półfinałów?
SZAFA GRAJĄCA: OASIS - WHATEVER
Etykiety:
SZAFA GRAJĄCA
Dziś do szafy trafia piosenka ze specjalną dedykacją dla Jarka. Bo całe szczeście nie przebrała sie miarka. Nie są to coprawda Biltlelsi ani U Dwa ale i tak uwielbiam ten utwór od pierwszego do ostatniego dźwięku. Właśnie wróciłem z Openera, dużo rzeczy się działo w ostatnich kilku dniach, postaram się w miarę szybko je zrelacjonować. Na razie posłuchajcie tego przepięknego utworu.
A wspomnianemu Dżej Kejowi polecam słowa:
I'm free to be whatever I
Whatever I choose
And I'll sing the blues if I want
I'm free to say whatever I
Whatever I like
If it's wrong or right it's alright
A wspomnianemu Dżej Kejowi polecam słowa:
I'm free to be whatever I
Whatever I choose
And I'll sing the blues if I want
I'm free to say whatever I
Whatever I like
If it's wrong or right it's alright
środa, 30 czerwca 2010
SKŁADANKA OPENER 2010
Etykiety:
INNE
Co roku ze znajomymi przygotowujemy składanki z piosenkami wykonawców, którzy danego roku wystąpią w Gdyni. Skład mojej tegorocznej wygląda następująco:
1 PAULA I KAROL – Kids
2 YEASAYER – I Remember
3 PEARL JAM – Once
4 DIE ANTWOORD – Enter The Ninja
5 LAO CHE – Drogi Panie
6 PSIO CREW – Hajduk
7 MASSIVE ATTACK – Karomacoma
8 KLAXONS – It’s Not Over Yet
9 CYPRESS HILL – What’s Your Number
10 IRENA – Nie Mówię Głośno
11 NIWEA – Miły Młody Człowiek
12 SKUNK ANANSIE – You’ll Follow Me Down
13 KASABIAN – Take Aim
14 HOT CHIP – I Feel Better
15 MATISYAHU – One Day
16 L.STADT – Ciggies
17 THE DEAD WEATHER – The Difference Between
18 ARCHIVE – Fuck You
19 FATBOY SLIM – Right Here Right Now
20 MARIKA - Siła Ognia
Pokrywa się z zespołami, które planuje zobaczyć w tym roku. I jak patrzę na tą listę i słucha składanki to utwierdzam się tylko w przekonaniu, że to będzie naprawdę dobry festiwal.
OPENER 2010 JUŻ JUTRO
Już jutro początek dziewiątej edycji festiwalu Opener. Będę tam po raz szósty z rzędu ale dawno nie jechałem do Gdyni z tak mieszanymi uczuciami. Z jednej strony tegoroczny zestaw artystów jest bardzo ciekawy, line-up daje możliwość poznania wielu nowych grup, o których jeszcze kilka miesięcy temu nie słyszałem. To zawsze była jedna z najfajniejszych rzeczy na Openerze. Zawsze jednak na tym gdyńskim festiwal pojawiała się kapela, o której zobaczeniu a żywo od dawna marzyłem, że wymienię choćby The White Stripes, MUSE, Manu Chao czy Madness. W tym roku brakuje mi właśnie takiego wielkiego „wow”. Bardzo cieszę się na koncert Kasabian, to właściwie jedyna kapela, której koncert od dawna chciałem zobaczyć. Z wielką chęcią posłucham też Klaxons, Yeasayera, Skunk Anansie czy Cypress Hill oraz wielu nowych zespołów, o których istnieniu dowiedziałem się niedawno: Die Antwoord, Irena, Niwea, Paula i Karol, itd. Największe gwiazdy Openera 2010 nie przemawiaja do konca do mojej wyobraźni. Pearl Jam widziałem na żywo w Chorzowie i niestety mnie nie przekonał, mam nadziej, że tym razem będzie inaczej. Massive Attack z kolei występował w Gdyni dwa lata, koncert był bardzo dobry ale nie marzę o jego powtórce.
poniedziałek, 28 czerwca 2010
SZAFA GRAJĄCA: MADNESS - BAGGY TROUSERS
Etykiety:
SZAFA GRAJĄCA
środa, 23 czerwca 2010
SMUTNA ROCZNICA
Etykiety:
INNE
Bogdan Łyszkiewicz
1964-2000
Ciekawy jestem czy dziś Bogdan Łyszkiewicz dalej byłby wierny swej fascynacji Beatlesami i nagrywał piosenki w tym samym stylu czy urozmaicałby je elektronicznymi wynalazkami. Obstawiam, że zdecydowanie to pierwsze.
poniedziałek, 21 czerwca 2010
SZAFA GRAJĄCA: THE LIBERTINES - MUSIC WHEN THE LIGHTS GO OUT
Etykiety:
SZAFA GRAJĄCA
sobota, 19 czerwca 2010
KASZANA SONGS: DIE ANTWOORD - ENTER THE NINJA
Etykiety:
KASZANA SONGS
Za 2 godziny Japonia zmierzy się na mundialu z Holandią,. Zapowiada się prawdziwe wejście ninjy. Z tej okazji dziś w cyklu kaszana songs piosenka o tych japońskich wojownikach w wykonaniu pochodzącego z RPA zespołu Die Antwoord. Na oficjalnej stornie internetowej grupy znajdziemy m.in. informację, że "Ninja nie był zbyt dobry w szkole ponieważ przez cały czas nauki pisał rapowe tekst i palił zol. Po tym jak Ninja zrezygnował ze szkoły średniej przeniósł się do Johanesburga żeby palić zioło z prawdziwymi rasta. Przez czas, gdy mieszkał na ulicy żywił się kapustą i ziołem". Takie były początki kariery Ninjy z Die Antwoord, która z czasem nabrała rozpędu. Dzięki temu dzisiejsza kaszanka jest wyjątkowo smakowita, dawno nic mnie tak nie rozwaliło jak ten kawałek. Połączenie smerfnych hitów i Vanilla Ice rzuca na glebę. Die Antwoord wystąpi na tegorocznym Openerze i szczerze mówiąc nie mogę się tego koncertu doczekać. Myślę, że może być to jedno z ciekawszych wydarzeń dziewiątej edycji gdyńskiego festiwalu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




