Podczas pracy nad tegorocznym albumem Editors wybrali się na dość długą wycieczkę w kierunku muzyki elektronicznej. Szczerze przyznaję, że nie doceniłem tego krążka tuż po jego wydaniu. Po dwóch czy trzech próbach stwierdziłem, że „Editors skończyli się na Kill’em All” a do słuchania Violence wróciłem kilkanaście dni temu w ramach muzycznych podsumowań roku. Po dłuższej przerwie w słuchaniu stwierdzam, iż Violence to płyta nierówna. Fantastyczne piosenki mieszają się tu z utworami mocno przeciętnymi, pozbawionymi charakteru zespołu, udających się w nie zawsze do końca udane muzyczne poszukiwania. Znajdziemy tu jednak kilka pozycji, obok których nie da się przejść obojętnie.
O ile numer jeden w postaci singlowego Cold specjalnie nie powala to już następujące po nim Hallelujah (So Low) zdecydowanie stawia na baczność, szczególnie za sprawą brzmienia w instrumentalnych częściach, które wydaje się niemalże rozsadzać głośniki. Utwór tytułowy ma w sobie coś kontrowersyjnego, momentami podchodzi pod muzykę dyskotekową i zdecydowanie nie należy do moichfaworytów. W ogóle na Violence usłyszmy sporo ukłonów w kierunku skocznych rytmów. Czasami, jak w przypadku Nothingness czy fantastycznie zróżnicowanego Magazine próba ta wypada pozytywnie, innym razem nie bardzo (Darkness At The Door).
Wśród wielu pojawiających się na Violence eksperymentów Editors najlepiej wypada „w starym stylu”, czyli w No Sound But The Wind, pięknej balladzie prowadzonej przez dźwięk fortepianu. To numer skłaniający do refleksji, jego słuchanie pozwala „zawiesić się” i odpłynąć myślami w niedostępne na co dzień rewiry. Równie pięknie brzmi ostatnie na płycie Belong z cudownym, majestatyczny zakończeniem oraz Counting Spooks, nastrojowe w pierwszej części a taneczne w drugiej. Ten numer to przykład udanego mariażu pomiędzy starym a nowym Editors z dobrze wyważonymi proporcjami. Lubię słuchać Violence, najbardziej wtedy gdy zaczynam od drugiej piosenki i przeskakuję trzecią oraz czwartą.
Od chwili największych sukcesów Smashing Pumpkins zmieniły się wiek, tysiąclecie, dostępność tanich lotów, jakość karmy dla zwierząt hodowlanych i wiele innych. Niezmienna pozostała fryzra Billego Corgana i jakość muzyki Dyń. Knights of Malta za sprawą smyczków, wokalnego „ła ła ła” i chórków brzmi bardziej jak utwór country niż to, do czego przez lata przyzwyczaili nas Billie i spółka. Otwierający album kawałek dziwi tylko za pierwszym razem, po drugim przesłuchaniu przestałem mieć wątpliwości co do jego „fajności”. Na kolejnych ścieżkach Shiny And Oh So Bright Vol. 1 otrzymujemy swoiste best of Smashing Pumpkins. Pełno tu brzmień i klimatów charakterystycznych dla Amerykanów, począwszy od spokojniejszych Silvery Sometimes, Travels i Alienation przez nieco bardziej drapieżne Marchin’ On i Solara. To właśnie ten ostatni jest dla mnie absolutnym debeściakiem na tym krążku. Wytłumiona gitara i dość monotonny śpiew w zwrotce stopniowo budują napięcie, którego ujście znajdujemy w moście prowadzącym do refrenu oraz w nim samym, pełnym muzycznego chaosu. Prawdziwe muzyczne delicje bez jednej zbędnej nuty! Wszystkie kawałki urzekają fantastycznymi melodiami podkreślonymi niepodrabialnym głosem Corgana, oraz zróżnicowanymi, ciekawymi aranżacjami. Album mija dosłownie „w oka mgnieniu”, trudno znaleźć na nim choćbym jeden słabszy punkt. Jeżeli już miałbym się do czegoś przyczepić to do czasu trwania albumu, który wynosi 31 minut i składa się jedynie z ośmiu utworów. Nazwa płyty sugeruje, że może pojawić się jej kontynuacja. Z jednej strony szkoda, że już teraz nie dostaliśmy więcej muzycznej radości od Dyń, z drugiej nie mogę się doczekać się części drugiej tego wydawnictwa.
Po sporej dawce eksperymentów przy okazji albumu 48:13 panowie z Kasabian postanowili w tym roku wydać album przewidywalny do bólu, zawierający wszystkie elementy charakterystyczne dla kwartetu z Leicester. Tym sposobem otrzymujemy mało nowatorski ale świetny do słuchania album. For Crying Out Loud zdecydowanie najlepiej brzmi pomiędzy numerem 4 a 6 - te trzy piosenki to Kasabian w absolutnie szczytowej formie. Good Fight urzeka fantastyczna partią basu napędzającą zwrotkę utworu, która w refrenie oddaje pola gitarze Sergio oraz jego fantastycznemu dialogowi wokalnemu z Tomem. To taki numer, który poderwie z krzesła nawet największego mruka i „arytma”. Wraz z ostatnim dźwiękiem owej pieśni wpadamy w objęcie jeszcze bardziej przebojowego Wasted. Ma ona w sobie coś absolutnie magicznego, bujającego i hipnotyzującego. „There’s been so much time wasted without you by my side…” - słowa rozpoczynające refren obijały się o mój mózg przez ogromną część drugiej połowy tego roku. Absolutny hit. Ukryty pod numerem 6 Comeback Kid to najbardziej tajemniczy i zróżnicowany kawałek z najlepszej trójki tej płyty. Rozpoczyna się od instrumentów dętych, zwrotka pełna niepokoju daj jakby znać, że zaraz rozpocznie się chaos, ten poprzedza jednak jeszcze most prowadzący do refrenu, który można by puścić każdemu, kto w 20 sekund chciałby zrozumieć na czym polega fenomen zespołu Kasabian. Party Never Ends to dużo spokojniejszy utwór w którym pierwszoplanową rolę pełnią klawisze. All Trough The NIght to z kolei akustyczna ballada uspokajająca puls a Sixteen Blocks brzmi jakby stworzono ją specjalnie dla wkładających małe kolorowe obrazki pod język. Żeby nie było, że to skojarzenie z dolnej części pleców kolejny numer zatytułowany jest Bless This Acid House i można śmiało nazwać go bratem bliźniakiem piosnki Stevie z poprzedniego krążka. Prosta, rockowa piosenka, która podczas koncertów na 200 procent spowoduje podskoki do piątego piętra. For Crying Out Loud to naprawdę dobra płyta, tym, którzy nie do końca polubili poprzednie wcielenie zespołu przyniesie znaczą ulgę. Z kolei fani oczekujący od Kasabian ciągłego odkrywania nowych muzycznych lądów mogą poczuć się lekko rozczarowani. Osobiście lubię ten album ale delikatnie brakuje mi dwóch czy trzech piosenek, które pokazały by, że Brytyjczycy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i nie postanowili jedynie powielać sprawdzonych pomysłów.
Kiedy niemal rok temu do rozgłośni radiowych trafił utwór On Hold promujący trzeci studyjny album The XX minę miałem nietęgą. Rozumiem, że Zenek Martyniuk bije rekordy popularności, dobry beat to podstawa i w ogóle wszyscy mają chrapkę na bounce ale w przypadku zespołu, który smuci tak pięknie jak mało kto wydawało mi się to krokiem za daleko. I choć nie jestem konserwatystą to po zapoznaniu się z całą płytą utwierdzam się w przekonaniu, że brytyjskie trio traci większość swoich walorów wychodząc z muzycznego mroku i ulegając muzyczno-tanecznym fascynacjom Jamiego XX. I See You brzmi bowiem świetnie dopóki zespół nie przekracza tempa 100 uderzeń na minutę. Szybsze utwory, moim skromnym zdaniem psują klimat wypracowany przez te wolniejsze i niepotrzebnie zacierają dobre wrażenie po tej naprawdę dobrej płycie. A typowanie trzech najsłabszych elementów krążka na promujące go single zakrawa na sabotaż. No ale kto bogatemu zabroni. I See You zaczyna się od Dangerous, kawałka przeciętnego, jednego ze słabszej trójcy, średnio pasującego na otwarcie płyty. Zaraz po nim słyszymy natomiast przepiękne Say Something Loving, który przy każdy przesłuchaniu jakąś dziwną siłą powoduje, że zaczynam marzyć. Lips to bardzo dobra piosenka, jej pech polega jednak na tym, że umieszczono ją pomiędzy pięknym Say Something Loving i zdecydowanie najlepszym na płycie Violent Noise. Ten drugi utwór to kwintesencja stylu The XX. Kilka granych trójkami gitarowych dwudzwięków, pierwsza zwrotka zaśpiewana przez Oliviera, druga przez Romy a między nimi cudowny refren z genialną, pulsującą partią klawiszy. To jedna z trzech najlepszych piosenek tego roku. Idąc za ciosem The XX proponuje następnie pieśń idealnie nadającą się do pocięcia czerstwą bułką, czyli Performance - kosmicznie smutny utwór, który hipnotyzuje prostotą i przepiękną melodią. Nieco pogodniej brzmi równie udana Replica, a refren z udziałem fortepianu znów pozwala odlecieć w świat, nad którym nie rozważamy zbyt często. Jeżeli jednak bardziej mentalnie utożsamiacie się z czerstwą bułką już chwilę później możecie posmucić się do woli przy okazji Brave For You, mocno nawiązującego do pierwszego krążka ówczesnego brytyjskiego kwartetu. Następnie na krążku I See You dzieją się dwa kompletne nieporozumienia. Z rytmu i rozmyślań wyrywa nas najpierw wspominany już singlowy On Hold oraz kompletnie nijakie I Dare You. Próbowałem wielokrotnie ale nadal nie odkryłem genezy istnienia tych dwóch utworów na tym krążku. Zamyka go dziwny nieco, w dużej mierze instrumentalny Test Me, który dzięki wielu ciekawym dźwiękom łagodzi lekki niesmak pozostawiony przez dwie poprzedniczki. Całościowy efekt jest jednak pozytywny. Celowo odstawiłem tę płytę na kilka miesięcy przed napisaniem recenzji i spotkanie po tej krótkiej rozłące było bardzo pozytywne, stęskniłem się. Z czystym sumieniem mogę polecić I See You każdemu kto szuka chwytliwych, smutnych melodii w towarzystwie oryginalnego, ascetyczno-elektronicznego brzmienia.
Domyślam się, że nagranie następcy płyty tak genialnej jak Reflektor to zadanie kosmicznie trudne. Arcade Fire czekali ze swoją nową propozycją 4 lata i choć płyta jest niezła, pod koniec wręcz świetna to śladem poprzednika, który wygrał zestawienie płyt roku 2013 raczej nie pójdzie.
Everything Now zaskakuje in minus przewidywalnością i niekompletnością niektórych utworów. Część z nich niby ma w sobie coś fajnego, z drugiej strony inny element powodujący iż brzmią one jak niedopracowane. I tak Creature Comfort z jednej strony intryguje beatem, z drugiej jednak denerwuje piskliwym refrenem. Z kolei Chemistry ma wkręcający rytm, gitara w refrenie fajnie współgra z wokalem, z drugiej strony jednak melodia zwrotki jest toporna jak nocnik a manierę wokalną Wina niewiele różni od melodeklamacji. Ten sam motyw pojawia się w Peter Pan, utworze świetnym w wersji instrumentalnej i bardzo przeciętnym w wokalnej. Trudno też odmówić uroku takim kompozycjom jak Electric Blue czy Signs Of Life, podobnie jak tytułowe Everything Now oscylują w okolicy inteligentnego disco, brak im jednak jakiegoś charakterystycznego elementu, przysłowiowej „truskawki na torcie”.
Na Everything Now brakuje kawałków wybitnych, takich bez których trudno wyobrazić sobie istnienie zespołu ale zamykająca krążek trójka jest bardzo blisko tej kategorii. Nie wliczając w nią oczywiście instrumentalnego Everything Now (continued). Najlepszy, bez dwóch zdań, numer na płycie nosi tytuł Good God Damn. Spokojna kompozycja prowadzona przez dialog basu i gitary z chwytliwym refrenem śpiewanym w wysokim rejestrze sprawia, że serce bije szybciej. Podobnie działa Put Your Money On Me, utrzymany w dużo większym tempie, niesiony przez tykającą elektronikę i wokalne dwugłosy, których wielość pozwala odpłynąć zwłaszcza w drugiej części utworu. Sporo muzycznych delicji znajdziemy też w We Don’t Deserve Love. Ciekawym zabiegiem jest też podwójny utwór Infinite Content, najpierw zagrane w niemal punkowej aranżacji, niespełna 120 sekund później, na oddzielnej ścieżce której tytuł różni się jedynie znakiem „_” pomiędzy dwoma słowami brzmiące kompletnie inaczej, wolniej, swingująco, tak jakby utwór cofnął się o kilkanaście lat muzycznej historii.
Długo zwlekałem z recenzją tej płyty. Arcade Fire to ważny dla mnie zespół a ich najnowszy twór początkowo kompletnie do mnie nie przemawiał, po kilku tygodniach zaprzyjaźniłem się z nim o wiele bardziej by koniec końców pozostać na etapie dobrej ale niespecjalnie zażyłej znajomości. Everything Now to niezła płyta, sięgam po nią dość regularnie ale z dużo mniejszą radością niż w przypadku albumu Reflektor.
Royal Blood przeszli przez syndrom drugiej płyty stopami suchymi niczym suchary z Familiady. How Did We Get So Dark to rockowa petarda, która wybucha wraz z pierwszym dźwiękiem a jej huk wybrzmiewa do ostatniej nuty albumu. Pierwsza trójka to rollercoaster bez taryfy ulgowej zawierający wszystko to, za co pokochaliśmy brytyjski duet po ich debiutanckim krążku. Numer tytułowy smakowicie wprowadza nas w świat pierwszych dwóch singli promujących wydawnictwo: Lights Out i I Only Lie When I Love You. Oba absolutnie fantastyczne z delikatnym wskazaniem na pierwszy, prowadzony przez zmienny rytm, gitarowe „slajdy” i chwytliwą melodię refrenu. Lights Out pobudza wszystkie zmysły skuteczniej niż guarana podana dożylnie.
Członkowie Royal Blood swoim drugim wydawnictwem dostarczają fanom pokaźną dawkę czadu rodem z pierwszej płyty. Także Hook, Line & Sinker czy Hole In Your Heart to kawałki, które śmiało można nazwać kontynuacją debiutanckiej płyty.
Tym, co sprawia, że How Did We Get So Dark jest nagraniem ponadprzeciętnym, są jednak nowe muzyczne tereny, w które zapuścił się zespół. Where Are You Know początkowo wydaje się jednowymiarowym odrzutem z pierwszych sesji nagraniowych, po około minucie zaczyna jednak do złudzenia przypominać styl typowy dla zespołu MUSE. She’s Creeping rozpoczyna się niczym utwór Weezera, Mike eksperymentuje tu zarówno z brzmieniem, jak i sposobem śpiewania wychodząc z tej próby zwycięsko Jeszcze piękniej wypada Don’t Tell, którą przy odrobinie dobrej woli można wręcz nazwać balladą. Bez względu na terminologię to naprawdę fantastyczny utwór z cudowną gitarową solówką. Zamykające całość Sleep jest tak pięknie soczyste, ciężkie, mroczne a zarazem melodyjne, że automatycznie chce się słuchać tego dzieła od początku.
Ogromny szacun dla panów z Brigthon za muzyczną zawartość ich drugiego krążka, za brak pójścia na łatwiznę tylko podróż w nieznane dotychczas twórcze obszary. Z niecierpliwością wyczekuję kolejnego koncertu oraz trzeciego dziecka reprezentującego istnie królewską, muzyczną krew duetu.
Kiedy dowiedziałem się, że nowa płyta COMY będzie nazywać się Metal Ballads Vol. 1 delikatnie obawiałem się równie nieudanego eksperymentu jak poprzedni album. Antidotum na swoje lęki znalazłem już w pierwszych dźwiękach nowego krążka. Uspokój Się - zdawał się mówić Roguc i spółka nazywając tak pierwszy kawałek. Melodyjna partia basu otwierająca płytę wyraźnie daje znać, że będzie dobrze. I są to dobre fantastycznego początki. Singlowe Lajki czarują humorem oraz muzyczną, prymitywną mocą, odczuwalną zwłaszcza na koncertach. Z kolei Widzę do tyłu sekwencyjnością zwrotki, w której słyszymy wokal w towarzystwie perkusji na zmianę z wysokimi rejestrami gitary oraz totalny chaos w refrenie. Im dalej w las tym lepiej. Po spokojnym, akustycznym oddechu w postaci utworu Za Słaby otrzymujemy największą, zwłaszcza tekstową petardę tego krążka.
Odwołuję miasta, ODWOŁANE! Odwołuję życie, ODWOŁANE! Społeczeństwo NIE JEST PRAWOMOCNE! Społeczeństwo będzie ODWOŁANE!
Ten utwór to ewidentny monolog pewnego sfrustrowanego kota z Żoliborza. Dobrze poinformowani twierdzą, że wabi się Prezes. Równie mocno muzycznie brzmi Snajper, dużo pogodniej Cukiernicy oraz zamykające album Proste Decyzje. Każdy z tych utworów ma w sobie coś specjalnego, aranżacyjny lub tekstowy smakołyk sprawiający, iż sieją one w mózgu pozytywne, muzyczne spustoszenie. Tak naprawdę zdanie to można by odnieść do każdego z jedenastu „Metal Ballads”. Na szczególną uwagę zasługuje przedostatnie Za Chwilę Przestaniemy Świecić przechodzące po 3 minutach jednostajnego, spokojnego utworu w mocniejszą, krótką lecz treściwą opowieść o naszych wschodnich sąsiadach oraz politykach.
Nie umiem trafnie oddać słowami całej palety smaków umieszczonej w trzech kwadransach muzyki z Metal Ballads Vol.1. Nie chcę też zajmować Wam ani sekundy więcej, które powstrzymają Was przed zapoznaniem się z najnowszym krążkiem COMY. Nie warto zwlekać.
PS. Na koncercie w Stodole 3 grudnia utwór Odwołane został zagrany dwa razy. Powtórka miała miejsce spontanicznie na zakończenie drugiego bisu. Poprzedziły ją życzenia Piotra Roguckiego „aby nikt Was nie odwołał”. W ten piękny wigilijny dzień odpisuję się pod tą dedykacją a dodatkowo w życzę Wam drodzy Bonomuzianie wielu równie fantastycznych płyt, jak to opisana powyżej.
Ciało Obce to
przełom w historii grupy Happysad podobny skalą do tego osiągniętego przy
wydaniu trzeciego krążka. W przypadku Nieprzygody w dużej mierze decydował o
tym fakt, iż była pierwszą dobrze nagraną płytą zespołu. Na wydanym miesiąc
temu siódmym studyjnym albumie do fantastycznej realizacji nagrań panowie ze
Skarżyska-Kamiennej dołożyli jednak zestaw 11 fantastycznych kompozycji
osiągając poziom kosmosu.
Chociaż, zgodnie
z informacją umieszczoną na okładce otwierający Ciało Obce kawałek -1 nagrano „późną
nocą przy ognisku” to Happysad pozostałą dziesiątką udowodnił, iż ostatecznie
przestał być zespołem ogniskowym. O ile kawałek Nadzy Na Mróz spotkał się przed
premierą z bardzo przychylnym przyjęciem to już reakcję na forach na drugi singiel
zatytułowany Dłoń można opisać jako mieszankę lęku i „hejtu”. Tymczasem numer ten stanowi bardzo fajny, nieco zadziorny wstęp do kilku smakowitych petard następujących
zaraz po nim. Pierwsza z nich to Nie Umiem Kłamać, początkowo rozedrgana,
następnie delikatna a w refrenie uderzająca mocą gitar i krzyku. Następny w
kolejce Medelin, choć dużo spokojniejszy, kosi równie mocno, zwłaszcza w drugiej, niesamowicie klimatycznej, transowo-tajemniczej części. Czwarty
dzień intryguje długą, początkową partią perkusji oraz ciekawą wokalną artykulacją
w refrenie.
Najbardziej
zaskakujący i zarazem najlepszy utwór umieszczono jednak pod numerem 6. Przy
okazji Długu zespół wybrał się w podróż w wiele nieodwiedzanych dotychczas muzycznych
krain. Sporo tu elementów psychodelii, płaczącej gitary, mrocznego brzmienia
wokalu, wysmakowanych klawiszy oraz niepokojącego brzęku toczącego się przez
cały utwór. Rzecz to prawdziwie genialna, dawno nie słyszałem tak oryginalnej i
dobrej polskiej piosenki. Następujący po nim XXM to porcja ożywczego,
gitarowego czadu w zwrotce napędzanego głównie za pomocą sekcji rytmicznej.
Równie ważną funkcję pełni ona w świetnym, marszowym i zawadiackim Idę, którego
druga część jest piorunującą kakofoniczną improwizacją o mocy lawiny. Najmniej
rusza mnie przedostatnia na płycie Heroina, rzewna ballada, której
najmocniejsze elementy stanowią wybuchające solo na saksofonie oraz „cymbałkowe”
brzmienie klawiszy przywodzące na myśl zespół Lenny Valentino.
Ciało Obce to
płyta fantastyczna a utwór tytułowy pełen jest trudnej do opisania magii. Z
pozoru każdy instrument gra tu jakby swoją, solową, niekoniecznie pasującą do reszty partię. Genialna, niepospolita partia perkusji dodatkowo wzmacnia poczucie
znajdowania się na bujającej się łódce. Utwór oczarowuje i kiedy tylko wybrzmiewa jego ostatni dźwięk odruchowo chce się go posłuchać jeszcze raz. To druga po Długu kompozycja,
przy której szczęka zjeżdża mi do nierozpoczętej jeszcze trzeciej linii
warszawskiego Metra. Brawo Happysad!
PS. Na żywo te
utwory brzmią jeszcze lepiej a dodatkowo zespół zmienił aranżacje kilku
starszych kawałków. Jeśli Ciało Obce Tour nie zawitało jeszcze do Twojego
miasta nie zwlekaj z kupnem biletu.
Różne mam fazy wobec tegorocznego krążka Radiohead.
Zdecydowanie lepiej podchodzi mi podczas popołudniowego powrotu z pracy niż
przy porannej wędrówce w przeciwnym kierunku. Jak większość nagrań Toma Yorke’a i spółki także
to najnowsze wymaga pełnego zaangażowania w odbiorze a, przyznajmy szczerze,
przed pierwszą kawą i w pośpiechu nie za łatwo całkowicie oddać się muzyce i
docenić artystyczne pojękiwania wokalisty. Warto jednak poświęcić temu albumowi
trochę czasu, gdyż po pierwsze zawiera dużo świetnej muzyki a po drugie jest
jakby przeciwieństwem wszechobecnemu pędowi. A Moon Shaped Pool zawiera w sobie
dwa utwory genialne. Pierwszy z nich to otwierający Burn The Witch od pierwszej
sekundy atakujący partią smyczków, z którą fantastycznie współgra dziki wokal w
wyjątkowo wysokich, nawet jak na Yorke’a, rejestrach w refrenie. Drugi
majstersztyk z tego krążka umieszczono pod numerem siódmym. Identikit to
nagranie magiczne, trudno więc opisać je słowami. Delikatny muzyczny motyw
przenikający się z wokalnym dialogiem trafia w punkt w część układu nerwowego
odpowiedzialnego za emocje. I choć nie należę do wielkich fanów Radiogłowych to
za utwory takie jak ten pokłon do ziemi i siekierka na cześć jego autorów. Równie smakowicie jest w Decks Dark, nieco
mroczniejszej kompozycji, której klimatu dodają żeński wokal i fortepianowe
akordy. Dużo na tej płycie kołysanek. Myślę, że żadne dziecko nie obraziło by
się na usłyszenie przed snem Daydreaming czy Desert Island Disk. Za wyjątkiem
szybszego i nieco psychodelicznego Ful Stop płyta A Moon Shaped Pool po prostu
spokojnie sobie płynie. Jeśli szukacie muzycznego pomysłu na wyciszenie i
pobudzenie wyobraźni to 11 umieszczonych tu utworów nadaje się do tego
idealnie.
Monika Brodka nie przestaje zaskakiwać. Każdy jej album
różni się od poprzedniego do takiego stopnia, że czasem trudno uwierzyć, że
wyszły one spod ręki czy raczej z gardła tej samej artystki. Clashes przypomina
Grandę tylko w jednym elemencie: pełno tu świetnej muzyki. O ile jednak
poprzedni album Moniki kipiał wręcz energią to jej nowe dzieło to propozycja
wyjątkowo spokojna, i wyważona. Po kilku pierwszych przesłuchaniach brakowało
mi na tym krążku właśnie tej odrobiny szaleństwa znanego z wcześniejszych
nagrań. Dziś, jedyny żywiołowy fragment Clashes w postaci wykrzyczanego My Name
Is Youth drażni mnie i, choć oryginalny to, nie pasuje do całości. Ta płyta to
bowiem piękna, klimatyczna podróż w krainę wysmakowanych, oryginalnych dźwięków,
przy których dosłownie odpływa się w inną przestrzeń. Piosenki dopracowane są w
najdrobniejszym elemencie i niemal w każdej znajdziemy jakiś aranżacyjno-instrumentalny
smaczek. Kolejne utwory płynnie przechodzą jeden w drugi, niezmiennie
utrzymując poziom wokalno-instrumentalnej maestrii. Trudno odwoływać się do
poszczególnych utworów bo należałoby opisać praktycznie każdy. Jeśli musiałbym
wskazać osobistego faworyta wybór padłby na pewnie na Can’t Wait For War z
piękną partią instrumentów dętych.
Clashes to płyta magiczna, której warto poświęcić sporo
uwagi a najlepiej przeżywać ją ze słuchawkami na głowie. Tylko wtedy można w
pełni docenić całą smakowitość, jaką napakowane jest trzynaście umieszczonych
nań utworów. Dodatkowy smaczek tego albumu to sposób jego wydania. Pergaminowa
książeczka towarzysząca płycie jest jedną z najładniejszych, jakie posiadam w
liczącej ponad 500 płyt kolekcji.
Czwarty album warszawskich wielbicieli łąki ma w sobie spore
pokłady disco. Nie tego rodem z Kaszana Song Festival tylko ambitnej, tanecznej
muzy. Bardzo trudno zakwalifikować twórczość tej grupy do jakiegokolwiek
gatunku, ponieważ jest ona inna, pod każdym względem. Pierwsza część Syntonii to
bardziej wyrazisty zestaw niż ten umieszczony w drugiej części płyty. Zaczyna
się od rewelacyjnego, rytmicznie pulsującego Mucha Nie Siada, w którym do
warstwy muzycznej dołącza fajny, pokręcony tekst. Numer dwa to singlowy Pola
Ar, zdecydowanie najlepsza propozycja z Syntonii. Ten kawałek ma w sobie
wszystko potrzebne do zawładnięcia zarówno list przebojów muzyki alternatywnej
jak i „dęsflorów” w całej Polsce. Ot taki fenomen Łąki Łan. W kolejnym To Bee
zespół podkręca tempo, nóżka tupie sama, czaszka kiwa jak przy chorobie
sierocej. Kosmiczny klimat ma też Rozanielacz Dusz, praktycznie jedyny utwór na
płycie, w którym wyraźniej słychać gitarę. Tego instrumentu trochę brakuje na
Syntonii, zespół zdecydowanie postawił na elektronikę, czasami mam wrażenie, że
„lil’ bit too much”, choć z drugiej strony dzięki temu album jest bardzo
spójny.
W innym stylu utrzymane są praktycznie tylko 3 kawałki: To
Remember będące ciekawym połączeniem ballady z transem a’la bzyczenie komara, Sarabanda
ze świetnym, orientalnym wstępem i nieco mniej poruszającą nawijką oraz
zamykający całość kawałek tytułowy – zdecydowanie najsłabszy z całego albumu.
Łąki Łan to zespół wybitnie koncertowy, w studio dotychczas najczęściej
tracił niemal połowę mocy. Nie słyszałem jeszcze nowych utworów w wersji live
ale mam wrażenie, że w tym przypadku owa różnica nie będzie tak wielka. Płyta
dobra i ambitna, aczkolwiek dość wymagająca w odbiorze i trudna do słuchania na
siedząco.
Nowa płyta T.LOVE bardzo różni się od swojej, wydanej 4 lata
temu, poprzedniczki. O ile album Old Is Gold był wydawnictwem bardzo spójnym
stylistycznie, analogowym hołdem do muzyki sprzed kilkudziesięciu lat to na
nowym krążku niemal każda piosenka jest jakby z innej klimatycznej bajki.
Różnorodność ta to jeden z największych plusów tej płyty, tym bardziej, że w
kilku utworach słyszymy zespół wkraczający na nowe dla siebie tereny brzmienia,
Płyta T.LOVE zawiera masę fantastycznych piosenek, wśród których te najlepsze
wcale nie zostały wybrane na single. Mój zdecydowany numer 1 z płyty nosi tytuł
Niewierny Patrzy Na Krzyż, jeden z bardziej ambitnych utworów w historii grupy,
a z pewnością najlepiej zaaranżowany. W trwającym ponad minutę fantastycznym
instrumentalnym początku największe wrażenie robi partia basu, która brzmi
jakby żywcem wyjęta spod palców Adama Claytona. Kończy ją pulsujący dźwięk
syntezatora, do którego dołącza ostry, zachrypnięty wokal Muńka oraz, chwilę
później, genialny, wyraźny rytm perkusji. I kiedy w połowie utworu wydaje się,
że tak już będzie do końca, w jego czwartej nagle słyszymy fragment, który
dosłownie kładzie na łopatki. Najpierw świetna gitarowa solówka, potem
kilkukrotnie powtórzone, w towarzystwie jedynie perkusji i wybrzmiewającego
pojedynczego gitarowego dźwięku słowa "ur ", po których następuje
niemal rozwalające membrany w głośnikach kilka uderzeń basu w połączenie z
krzykiem słowa "szok". Rewelacja!
Mój drugi faworyt z T.LOVE to Siedem, choć sporo lżejszy od
Niewiernego to równie świetny. Mocy nadają mu świetny, przebojowy riff,
genialny, falsetowany refren oraz tekst o tym, żeby "nie być takim
materialistą". Choć piosenka dotyka spraw poważnych to podczas jej
projekcji trudno się nie uśmiechnąć. Podium najlepszych pozycji na tym krążku
zamyka Kwartyrnik, o którym kilka słów na samym końcu recenzji.
O singlowym Pielgrzymie pisałem już w oddzielnym poście, to
zdecydowanie najlepszy utwór z tych, które zostały wybrane do promowania
T.LOVE. Warszawa Gdańska to ładna piosenka z dedykacją dla Davida Bowiego,
zyskuje z każdym przesłuchaniem a jego melodia odbija się echem po głowie. Do
tego grona absolutnie nie pasuje nieco naiwny muzycznie Marsz, którego
najlepszą część stanowi teledysk.
Z dwóch, umieszczonych na płycie, piosenek osobistych
zdecydowanie lepiej wypada ta poświęcona żonie Muńka, Marta Joanna Od Aniołów
to rzewna ballada z bardzo chwytliwym motywem pomiędzy zwrotką a refrenem.
Drugi, poświęcony rodzicom stanowi podziękowanie za trud wychowania i choć
rozumiem doskonale intencję umieszczenia go na głównej części płyty ale
muzycznie bardziej pasuje do drugiego, bonusowego krążka. Tym bardziej, że na
CD1 nie zmieścił się jeden genialny utwór zatytułowany C.V.Polska. Oryginalnie
nazywał się T.W.Muniek i wielka szkoda, że ów tytuł nie został utrzymany.
Piosenka ma fenomenalny, prześmiewczy tekst obrazujący paranoję, jaką często
jesteśmy karmieni oraz genialną wręcz melodię. Murowany przebój z głębokim
przekazem - mam nadzieję, że zespół zdecyduję się na wrzucenie go do radia
pomimo umieszczenia na CD2. Chociaż wybór na pewno nie będzie łatwy ponieważ na
pierwszej płycie też pozostało do opisania jeszcze dużo dobrego. Bum Kassandra,
która początkowo nie do końca mnie ruszała, teraz buja i wkręca niczym wir na
Świdrze. Lubitz i Breivik to poważny numer, który niesie ze sobą coś
niepokojącego, głównie za sprawą drugiej wokalnej linii w refrenie i marszowemu
charakterowi gitary basowej. Blada, podobnie jak Siedem, ma w sobie coś
czarującego, fantastycznie "rozmawiają" w tym kawałku fortepian i
gitara oraz powtarzający się co kilka sekund "cmok". Mówiony kawałek
disco w osobie Ostatni Gasi Światło to
ciekawy eksperyment zagrany na instrumencie Sławomira Łosowskiego, czyli
"łysego z Kombi" (nie mylić z Kombii).
Album zamyka wspominany już Kwartyrnik, w którego początku
słyszymy niespokojny oddech, niemal identyczny do tego z Raised By Wolves z
repertuaru U2. Towarzyszy mu fantastyczny gitarowy riff przeplatany fajnymi
elektronicznymi wstawkami. Mroczna to pieśń o tym, jak bardzo podzieleni są
obecnie Polacy.
Trzeba skończyć tę piosenkę, bo wszystko ma swój koniec.
Trzeba umieć się pojednać pro publico bono.
Trzeba umieć się pożegnać nawet ze swymi wrogiem
Dla was gnoje to zbyt trudne i hak z wami, hak z wami.
Strasznie to niestety prawdziwe. Muniek dawno nie pisał tak
mocno. Kwartyrnik to prawdziwa wisienka to bardzo smakowitym
"torcie", jakim jest najnowszy krążek T.LOVE. Polecam z całego serca.
Zupełnym przypadkiem, gdzieś pod koniec lata natknąłem się w
Antyradio na premierę piosenki Bang Bang zapowiadającej nowy krążek Green Daya.
Pierwsze przesłuchanie pozostawiło mi w pamięci dwa przymiotniki: mocno i
punkowo. Utwór ten brzmiał bowiem tak, jakby jego autorzy mieli po 20 lat i
właśnie dostali po raz pierwszy gitary do ręki i znając jedynie cztery chwyty
postanowili po prostu grać je na przemian niedostatki przykrywając mocnym
przesterem.
Po Revolution Radio sięgnąłem z ciekawością ale również z
nastawieniem, że tyłka mi ona raczej nie urwie. Rzeczywistość okazała się
jednak zupełnie inna. Co prawda nadal siedzę na własnych „czterech literach”
ale płyta podeszła mi, niczym Kargul do płota. Zaczyna się ona trwającą 45
sekund zmyłką w postaci balladowego wstępu, po którym zabawa zaczyna się
jakby na nowo, zwłaszcza w refrenie, który w prosty i genialny sposób pokazuje,
że „ludzie to nie wiedzą jaka siła drzemie w gitarach”. Kolejne piosenki mijają
szybciej niż pociąg Pendolino Pińczów. I choć utwory te są raczej proste i nie wnoszą niczego oryginalnego do historii muzyki to są wprost genialnym pociskiem
energii sprawiającym, iż usiedzenie w miejscu przy jej dźwiękach to zadanie dla
Toma Cruise, tzn. Misja Niemożliwa.
Do dziś pamiętam wrażenie, jakie wywołała na mnie ponad 20
lat temu płyta Dookie. Revolution Radio niesie w sobie identyczny potencjał, z
tą różnicą, że członkowie Green Daya są dziś lepszymi muzykami i czadu dają
jeszcze bardziej. Do skocznego rytmu i prosto grającej gitary dodają
fantastyczne melodie, chwytliwe, nośne i skłaniające do tupnięcia nóżką. Wśród 12
umieszczonych tu utworów słabego nie uświadczycie. Moja ulubiona trójka z nowego krążka Green Daya
to Bouncing Of The Wall, Still Breathing i Troubled Times.
Każdy, kto kiedykolwiek darzył amerykańskie trio sympatią przy
dźwiękach ich kolejnej płyty wyszczerzy się niczym koń do owsa. Revolution
Radio ma w sobie spore pokłady energii, równie duży potencjał przebojowy i co
najważniejsze brzmi, jakby wyszła spod rąk młodych gniewnych a nie kapeli z
ponad dwudziestoletnim stażem.
Nową płytę KULTu nabyłem podczas piątkowego koncertu
zachęcony brzmieniem kilku nowych kawałków zaprezentowanych w Stodole.
Przyznaję, że z twórczością tej grupy pochodzącej z XXI wieku, zwłaszcza tej po
Poligono Industrial mam lekki problem niezmiennie odnosząc wrażenie, że zespół
powinien bardziej srogo selekcjonować kawałki trafiające na krążki. Najnowsze
wydawnictwo KULTu nosi tytuł Wstyd i po kilku jej przesłuchaniach z ręką na
sercu stwierdzam, że "wstydu nie ma".
Promujący album Madryt mocno kontrastował z zapowiadającym
poprzedni krążek Prosto. Na Wstydzie znajdziemy jeszcze dwa inne wolne
kompozycje, zaskakująco delikatny jak na Kult utwór pod tytułem Cisza Nocna. Ten pierwszy, podobnie jak Madryt, wyszedł spod palców
Wojciecha Jabłońskiego i choć jej
głównym motorem napędowym jest chwytliwa, gitarowa zagrywka to równie wyraźnie
pojawiają się w nim brzemienia piszczałek charakterystycznych dla peruwiańskich
grup grających szlagier "w wysokich Andach kondor jajo zniósł". Drugi
jest dużo bardziej tajemniczy, rozpoczyna się orientalnie i dzięki
fantastycznej partii dęciaków połączonej z organami Hammonda przypomina Kult z
czasów największej świetności. W ogóle instrumenty dęte "robią
robotę" na Wstydzie. Najbardziej wyraźnie w otwierającym płytę Jeśli
Będziesz Tam oraz najlepszej na płycie Dwururce. O ile w pierwszym przypadku
brzmienie saxów, trąbek i puzona fantastycznie uzupełnia pulsującą partię basu
i ciekawą melodię śpiewaną przez Kazika to w przypadku Dwururki prowadzi główny
temat utworu. To właśnie ta piosenka usłyszana 4 dni temu w Stodole kazała mi
zakupić ten album i to ona udowadnia, że KULT nadal potrafi nagrać kawałek, po
który z radością sięga się wielokrotnie i o który koncertowa publiczność
zapewne nieraz upomni się w kolejnych latach. Podobnie zresztą jak o
najweselszy na całym krążku, przynajmniej w warstwie muzycznej, Pęknięty dom
część 2.
Nie da się ukryć, że KULT coraz bardziej staję się kapelą z
kategorii dinozaury rocka. Tegoroczną płytą udowadniają, że ów status można
osiągnąć nadal tworząc piosenki ważne i ciekawe. Mimo wielu muzycznych
rozwiązań znanych z lat poprzednich bardzo cieszy mnie chęć poszukiwania nowych
aranżacji, czego przykładem może być choćby początek piosenki tytułowej. KULT
nie wymyślił na Wstydzie prochu, nagrał natomiast kilka naprawdę niezłych
numerów, które zyskują z każdym kolejnym przesłuchaniem. Tym albumem zespół nie
poszerzy raczej grona fanów ale ci dotychczasowi narzekać raczej nie będą.
The Hope Six Demolition Project to płyta, która łapie za
twarz od pierwszej sekundy i nie wypuszcza przez kolejne 40 minut, aż do
wybrzmienia jej ostatniego dźwięku. Jest w niej coś magicznego, co sprawia, iż
słuchając jej znajdujemy się w stanie permanentnego napięcia i skupienia.
Klimaty mieszają się nieustannie. Na początek hippisowskie i dość radosne The
Community Of Hope, chwilę później mroczne i potężne The Ministry of Defence,
którego każdy dźwięk zdaje się mówić "w twoich głośników dzieje się właśnie
coś wyjątkowego".
A Line In The Sand rozpoczyna się trochę, jak First zespołu
Cold War Kids, podobieństwa kończą się jednak po 10 sekundach, czyli momentu, w
którym PJ "wchodzi" z wokalem. Ogromną rolę w muzyce Brytyjki pełnią grające
w niskich rejestrach saksofony,
fantastycznie tworzące uczucie niepokoju w bardziej mrocznych utworach,
takich jak choćby Chain Of Keys. Near The Memorials To Vietnam and Lincoln
momentalnie przenosi nas myślami do lat siedemdziesiątych a The Orange Monkey
kojarzy mi się z daleką, morską wyprawą w ciemności. Z kolei Medicinals to
prawdziwa, muzyczna moc w zwrotce i genialny dialog w refrenie. Każda z
jedenastu umieszczonych na tym krążku piosenek ma w sobie coś oryginalnego,
wyjątkowego i wzniosłego. Trudno znaleźć odpowiednie słowa na opisanie
dziewiątego albumu PJ Harvey, gdyż jest on po prostu jedyny w swoim rodzaju.
Jeśli jakimś sposobem jeszcze nie poznaliście The Hope Six Demolition Project
to nie zwlekajcie ani dnia dłużej.
Biffy Clyro to zespół dość przewidywalny. O ile nie można
się po nim spodziewać nowatorskich brzmień i stworzenia nowego nurtu w muzyce
to na każdym swym krążku serwują masę wpadających w ucho rockowych kawałków.
Tak samo jest w przypadku Ellipsis, siódmej studyjnej pozycji w ich
dyskografii. Najlepszym tego przykład stanowi Flammable, absolutny numer jeden
wśród pozostałych. Jestem przekonany, że gdy tylko stanie się singlem nie
będzie schodził z podium list przebojów przez wiele tygodni. Po pojedynczych gitarowych
strzałach do głosu dochodzi pozostałe instrumentarium i choć klangowanie
zarezerwowane jest raczej dla gitary basowej to w tym przypadku ma się
wrażenie, iż technikę tę stosuje cała trójka. Po świetnej zwrotce słyszymy dość
oczywisty "most" czy, jak kto woli "przedrefren" po którym
wchodzi genialny w swojej prostocie refren, przy którym naprawdę trudno
usiedzieć w miejscu. Pomimo tego płyta idealnie nadaje się do samochodu, fajnie
nakręca i pozwala przekształcić się we władcę szos. Jedynym numerem, przy
którym można się nieco zdrzemnąć to rzewne, rozpoczynające się od "tiru
riru ri tu tu", nieco boysbandowe Re-arrange. Znacznie lepiej wypada jego
następca, czyli Herex, z rytmiczną zwrotką i refrenem przypominające coraz
mocniejsze walenie młotkiem w gwóźdź. Nieco mroczniejszą i mocniejszą
propozycję spotykamy pod numerem 8, czyli w On a Bang, po raz kolejny
pokazującym, że szkockie trio ma wyjątkowy dar do łączenia czadu i
przebojowości. Ten utwór to takie dwa razy mocniejsze Animal Style, aktualnie
promujące Ellipsis, trzeba przyznać w naprawdę godny sposób.
Każdy, kto słyszał wcześniej Biffy Clyro na ich siódmej
płycie znajdzie dobrą kontynuację dotychczasowych dokonań. Ci, którym ta nazwa
kojarzyła się dotąd bardziej z przybytkiem pełnym hamburgerów, po przesłuchaniu
Ellipsis zapewne sięgną także po wcześniejsze nagrania Simona, Jamesa i Bena.
25 października zespół zagra na Torwarze. Polecam przybycie tego dnia do
Warszawy, gdyż na żywo ich piosenki brzmią dużo mocniej i lepiej niż w wersjach
studyjnych.
Ash & Ice nie dorówna raczej swojej poprzedniczce, Blood
Pressure, która w rankingu płyt Bonomuzy 2011 zajęła bezapelacyjne pierwsze
miejsce. Nie znaczy to bynajmniej, iż tegoroczny krążek The Kills jest słaby,
bardziej pasują do niego określenie nierówny i mniej spójny niż ten sprzed 5
lat. Nie znajdziemy na nim równie fenomenalnej pozycji co Satelite ale kilka
kawałków to próby najwyższego sortu. O dziwo niekoniecznie w postaci singli,
które oprócz Doing It To Death wypadają blado przy reszcie piosenek. Zarówno
Heart of a Dog jak i Siberian Night nie mają, w moim odczuciu, niczego co
predysponuje je do promowania płyty. W przeciwieństwie do, na przykład, Days Of
Why And How - hipnotyzującej ballady z fantastyczną partią wokalną Alison w
delikatnym towarzystwie pojedynczych dźwięków oraz przepięknej gitary oraz
dwugłosu w refrenie. To zdecydowany numer jeden na tym krążku. Równie pięknie
wypada, także spokojny, Hum For Your Buzz, brzmiące jak oldschoolowa piosenka
wędrownej trupy grającej na rozstrojonych nieco instrumentach. Na płycie nie
mogło zabraknąć też solowego pojedynku Alison z fortepianem, który w
przypadku That Love wypada fenomenalnie. Tak samo, jak hipnotyzujące,
wyśpiewane przez duet unisono w towarzystwie wibrującej gitary Echo Home -
absolutnie przepiękna rzecz.
Niestety na Ash & Ice słabiej wypadają szybsze
kompozycje. Na większą uwagę zasługują praktycznie jedynie Let It Drop, Bitter
Fruit oraz ewentualnie Hard Habbit To Break, ten ostatni głównie za sprawą
rytmu. Pierwszy to, z kolei, przykład świetnego połączenia przebojowości z
niebanalną melodią i zmieniającym się co chwilę klimatem z kulminacją w postaci
refrenu. W Bitter Fruit całą "robotę odwala" gitarowy riff oraz
solówka z brzmieniem znanym z Pulp Fiction.
Nie umiem do końca wczuć się w Ash & Ice. Nagrania
genialne przeplatają się z nużąco średnimi. Ale to właśnie z powodu tych
lepszych absolutnie nie powinniście tej płyty przegapić.
Mając świeżo w pamięci przedpremierowy koncert w Stodole podczas
pierwszego przesłuchania Błysku zaskoczyła mnie "lajtowość" jego
brzmienia. Otwierające album Dalej oraz Historie na koncertach wypadają o wiele
lepiej. Szkoda zwłaszcza tej drugiej, przepięknej piosenki z cudownie mądrym
tekstem, fantastyczną melodią, która w wersji studyjnej ma w sobie jakiś
dziwny, zbędny "francuski sznyt" niepotrzebnie odwracający uwagę od
jej naturalnego piękna. W początkowych fragmentach nowego krążka ma się
wrażenie, że nie do końca na wysokości zadania stanął realizator. Tym bardziej
to dziwne, iż na Błysku znajdziemy sporo świetnego i świeżego brzmienia. Za
najlepszy przykład może posłużyć choćby Hej Hej Hej, mroczny i dość ascetyczny
kawałek, w którym każdy instrument gra jakby oddzielną partię, które mimo
wszystko tworzą intrygującą i wyjątkowo smakowitą całość. Podobnie Szum
atakujący wwiercającym się w głowę, chcącym rozsadzić głośniki
przesterowano-brzęczącym motywem genialnie współgrającym z głosem Kasi,
zachrypniętym niczym na pierwszej płycie.
Moi absolutni faworyci z tej płyty to jednak I Tak W Kółko
oraz Cud, dwa zupełnie różne utwory, które łączy fakt, iż można ich słuchać po
kilkanaście razy pod rząd. Ten pierwszy ma w sobie wszystko, czym HEY raczy nas
od ponad 20 lat, m.in. świetny gitarowy riff, ciekawą, fantastycznie
wkomponowaną warstwę elektroniczną, nie dającą się wybić z głowy melodię czy
zmiany tempa i klimatu. Cud początkowo wydaje się mniej udaną wersją Imagine
Lennona, nie warto jednak poddawać się po kilku pierwszych sekundach, gdyż
utwór ten okazuje się jednym z najpiękniejszych w historii zespołu. Wszystko za
sprawą porażającej ostatniej minuty, która jednostajną dotąd, smutną piosenkę przemienia
w niosącą nadzieję petardę porażającą każdym ułamkiem sekundy niesionej
zachrypniętym głosem Kasi i brzęczącą gitarą, do opisania piękna której język
polski nie posiada wystarczających słów. Dużo ciekawego dzieje się również w przedostatnim na krążku 2015, a singlowe Prędko
Prędzej zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem.
Jedenasty studyjny album Heya to płyta, której nikt z Was
nie powinien przegapić. Na 10 umieszczonych na Błysku kawałków 6 jest
rewelacyjnych, 3 dobre i tylko jeden słaby (Ku Słońcu). Natomiast w sferze
lirycznej Kasia Nosowska po raz kolejny z poziomu wysokiego podniosła
poprzeczkę jeszcze wyżej. Historie, Cud, Hej Hej Hej czy 2015 to przepiękne
wiersze, poetyckie, życiowe, niepowtarzalne.
Z dwóch słów składających się na tytuł czwartego, studyjnego
albumu Yeasayer zdecydowanie wybieram "ejmen". "Gudbaj"
mówić tej grupie nie zamierzam, gdyż po słabszym, trzecim krążku wydanym cztery
lata temu wraca do życia w genialnym stylu.
Otwierające album Daughters of Cain jest niczym wschód
Słońca, kiedy to do życia budzą się kolejne istoty, w tym przypadku instrumenty
- od plumkającego pianina przez chórki początkowo nucące, stopniowo coraz
głośniejsze aż do przeistoczenia się w rozmyte, nieco kosmiczne dźwięki. Ten
przypominający klimatem Beatlesów kawałek płynnie przechodzi w I Am Chemistry,
jak na razie najpoważniejszego kandydata do piosenki roku. Pisałem już o nim
krótko tydzień temu, jest jednak tak dobry, że nie wypada nie poświęcić mu
kilku kolejnych zdań. Początek z typowym dla Yeasayer efektem wciągniętej taśmy,
zwrotka podobna nieco w brzmieniu Sisters Of Mercy przechodząca w refren, przy
którym trudno nie złapać fazy. I o ile przy "pierwszym okrążeniu"
jest kosmicznie, to przy drugim następuje już odlot w stronę innej galaktyki i
to bez panoramicznego obrazka pod językiem. Po drugiej zwrotce otrzymujemy
bowiem brzmiący niczym Lucy In The Sky With Diamond "most", który
przechodzi w...kolejnym "bridge" tym razem transowy, przywodzący na
myśl Archive. I kiedy już stajemy się na moment "rudym kojotem" nasze
uszy atakuje niewinny śpiew, brzmiący niczym kościelna scola, zakończony
ostatnia, najgenialniejszą minutą tego utworu, której nie sposób opisać. Powiem
tylko, że właśnie za takie fragmenty wielbię ten zespół.
Silly Me to nieco mniej udany klon O.N.E. z płyty Odd Blood,
przebojowy, chwytliwy ale nieco wtórny. Jeśli chodzi o bardziej dyskotekową
twarz Nowojorczyków zdecydowanie wolę tą spod numeru 5, czyli Dead Sea Scrolls
ukazujące funkowe oblicze zespołu. Zaczyna się ona co prawda głupawo od słów
"pa pa pa", na które mam wyjątkowe uczulenie, na szczęście bardzo
szybko przechodzą one w świetną partię basu, jąkający, odbijający się echem
wokal i czaderskie solo na saksofonie. Wcześniej jednak, pod numerem 4 kryje
się jeden z największych rarytasów z Amen & Goodbye. Pierwsze 50 sekund
Half Asleep, sennych niczym tytuł, nie zapowiada cudów, które następują chwilę
potem. Tajemniczy, żeński chórek, fragment menueta i pokaźna dawka orientu
tworzące razem przecudowną kompozycję momentami brzmiącą podobnie do
spokojniejszych kawałków Kasabian, zwłaszcza tych śpiewanych przez Sergio.
Równie pięknie jest w kolejnym na krążku Prophecy Gun, idealnej kołysance rodem
z XXI wieku. Myślę że nawet Jarosław Psikutas bez s rozmarzyłby się przy niej
przenosząc myślami do czasów, gdy najważniejszą dla niego rzeczą było nie 600
baniek tylko smoczek.
Kiedy wydaje się, że nic lepszego nas na tym krążku już nas
raczej nie spotka Yeasayer podbija stawkę serwując fenomenalne Divine
Simulacrum. Pełen szacun za tajemniczy,
bajkowy klimat tego numeru, w którym zespół znalazł kolejne patenty na
oryginalne, przepiękne współbrzmienia, dodatkowo potrafiące utrzymać słuchaczy
w napięciu mimo spokojnego tempa piosenki. Genialnie wypada także Gerson's
Whistle, gdzie "groźna" zwrotka prowadzona przez wwiercający się w
mózg dźwięk przechodzi w pogodny, radosny refren. Najlepsze w tym utworze jest
jednak to, że każde jego kolejne 30 sekund brzmi jak inna piosenka.
Mógłbym tak pisać i pisać o tej płycie, choć tekst dawno już
przekroczył standardową długość recenzji na Bonomuzie. Zamiast czytać dalej
posłuchajcie koniecznie Amen & Goodbye kilka razy pod rząd, gdyż dobre
płyty zazwyczaj za pierwszym razem "nie podchodzą". Ten natomiast stanowi kolejnz dowód na to, iż Yeasayer to jeden z najlepszych obecnie tworzących zespołów na świecie.
Poprzez niezapomnianie żenujący program Idź Na Całość Ziggy
Chajzer zostawił w moim mózgu ślad, że w życiu najczęściej do wyboru są trzy
opcje. Przed pierwszym odtworzeniem Anarchytecture, nowego albumu Skunk Anansie
zastanawiałem się czy będzie on:
1) zajebisty, jak jego nazwa, jak dla mnie jednak z
najlepszych w historii muzyki
2) dobry jak promujące go Love Someone Else
3) zonkiem.
Na szczęście Skin z kolegami zdecydowanie wybrali bramkę
numer 1, płyta jest fantastyczna. Jej pierwsza połowa idzie sprawdzonym
schematem szybka-wolna, utwory nieparzyste podnoszą tętno do 100, te podzielne
"chillują" w sposób bardzo daleki od banalnego. Po otwierającym
płytę, zahaczającym momentami o ambitną dyskotekę singlu z bramki numer 2
słyszymy bowiem wolniejsze Victim, które po surowym początku przechodzi w
niezwykle klimatyczny utwór zakończony genialną minutą pełną mocniej brzmiącego
basu i wokalnymi popisami. Następującego po nich Beauty Is Your Curse nie
sposób pomylić z piosenką żadnej innej kapeli, jej każda kolejna sekunda to
Skunk Anansie w najlepszej formie, kawałek dosłownie "sam się
słucha". Podobnie zresztą jak spokojniejszy, przepiękny Death To The
Lovers. Numer 5 pod tytułem In The Back Room to murowany hit roku 2016 i
absolutny wymiatacz tegorocznych koncertów Skunka. Od pierwszej do ostatniej
sekundy ma taką moc, że nawet pies podczas komendy "siad" kręci
bączki na dwóch łapach. Wraz z numerem 6 schemat szybka-wolna przechodzi do
lamusa w zamian wprowadzając melodyczny motyw pozostający głowie godzinami.
Without You mimo tytularnego podobieństwa do Maraji "bejbi if ju giw it to
mi", która wystąpi w Krakowie za kilka tygodni, nie ma nic z rzewnego
przeboju tylko jest pięknym, pełnym emocji kawałkiem, bardzo charakterystycznym
dla tego zespołu, po raz kolejny udowadniający jego wielkość. Anarchytecture
trzyma poziom do samego końca. Słuchając 80-sekundowego Suckers! żałuję
się, że to jedynie instrumentalne intro
do jeszcze bardziej czadowego We Are The Flames. Po zamykającym album,
wyciszającym I'll Let You Down automatycznie ma się ochotę wcisnąć PLAY i
przeżyć tę 37-minutową przygodę ponownie.
Styczeń to z reguły martwy miesiąc dla muzycznych premier.
Tym bardziej cieszę się, że Skunk Anansie zamiast kosić świąteczne żniwa wydało
ten świetny krążek zaraz po nowym roku. To prawdziwe Anarchitecture.