Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RELACJE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RELACJE. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 listopada 2018

U2 - BERLIN - 1 IX & 13 XI 2018


Ten koncert miał się odbyć 1 września. Po fenomenalnym show otwierającym dzień wcześniej europejską część trasy eXPERIENCE & iNNOCENCE Tour, Bono i spółka wyszli na scenę w 79. Rocznicę wybuchu II Wojny Światowej. Zostali na niej jednak niespełna 25 minut. Po mega energetycznym początku podczas śpiewania Red Flag Day wokalista dosłownie stracił głos. Przeprosił tłumacząc przy okazji, że od dawna nie pali i kompletnie nie wie co się stało, gdyż jeszcze chwilę temu „śpiewał jak ptak”. Piąty zagrany utwór, okazał się tym ostatnim tamtego dnia. Bono próbował śpiewać, z głośników słychać było jednak tylko zachrypniętą recytację. To był koniec tamtego muzycznego wieczoru. Ostatnim zagranym utworem był, o ironio, Beautiful Day. Zespół od razu zapowiedział powtórzenie koncertu a pierwszym wolnym terminem był 13 listopada, czyli wczoraj.

Na podstawie tej sytuacji można napisać wiele tekstów dotykających rzeczy ważnych, może nawet najważniejszych. Pierwsza, dość banalna to cytat z Forresta Gumpa „życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz co trafisz”. Wokalna kontuzja Bono jawiła się czymś nieprawdopodobnym biorąc pod uwagę moc, z jaką wyśpiewał pierwsze dwie piosenki oraz cały koncert dzień wcześniej. Pamiętam, że to właśnie ta myśl towarzyszyła mi podczas przedwczesnego wychodzenia z hali. Możesz mieć super plan, być przygotowanym na 10000%, mieć w zanadrzu wiele alternatyw a czasem i tak po prostu dzieje się coś na co absolutnie nie masz wpływu. Jedynym sensownym zachowaniem w takim przypadku jest chwycić się jak najszybciej tego, na co wpływa masz.

Dwa dni po tamtym niedokończonym koncercie ogłoszono, że ten powtórzony odbędzie się 13.11 i będzie ostatnim z całej trwającej niemal rok trasy. Tym sposobem, zupełnie nieoczekiwanie  dostałem szansę obejrzenia otwierającego i zamykającego trasę show. U2 jest absolutnie moim zespołem numer jeden ale myślę, że nawet dla mniej zaangażowanego fana taka możliwość to coś naprawdę fajnego. Choćby dlatego, że daje nadzieję na to, że przez ten czas zespół poeksperymentuje trochę z setlistą, pomyśli o nowych aranżacjach itp. „Niedokończony” koncert z 1. września miał być dokładnie identyczny jak ten z 31. sierpnia. Ten wczorajszy był ZUPEŁNIE inny.

Przyjechałem do Berlina trochę „last minute”, mniej niż godzinę przed rozpoczęciem koncertu. Z dworca szybko do hostelu, z hostelu do hali, spotkanie ze znajomymi, chwila i światła gasną. Chyba pierwszy raz, a był to mój 15. koncert U2, nie nastawiałem się na niego jakoś specjalnie, nie przygotowywałem mentalnie. Po prostu wpadłem do hali, ciekawy tego co się wydarzy i szczęśliwy, że mogę się spotkać a Ajriszami po raz kolejny. Pierwsze 3 piosenki standardowe, poziom energetyczny publiczności nieco jakby inny, zwłaszcza przy I Will Follow czuć było moc. Chwilę później Gloria, czyli pierwsza niespodzianka w setliście. Ten numer ma prawie 40 lat ale zachwyca do dziś swoją prostotą i pięknem. Koncertowym numerem pięć, tak jak we wrześniu, okazał się Beautiful Day, co oczywiście było dla Bono okazją do wspomnienia wydarzeń sprzed kilku tygodni oraz podziękowania fanom za ponowne przybycie. A potem zaczęły się dziać muzyczne cuda. Po Pięknym Dniu przyszedł czas na Dirty Day czyli utwór z Zooropy, które przez ostatnie ćwierć wieku grany był tylko podczas dwóch poprzednich koncertów. U2, jak większość niestety zespołów, rzadko majstruje przy koncertowej rozpisce. Zazwyczaj zmienia 2 piosenki, którym nie towarzyszą żadne wizualizacje. Dirty Day zamiast Cedarwood Road było więc zmianą niemalże rewolucyjną, wymagało bowiem nie tylko zagrania innych nut ale zmiany całej oprawy koncertu. To był pierwszy tego wieczora prawdziwy szok.

A potem czas cofnął się do roku 1991 i pojawiło się Achtung Baby, czyli płyta mojego życia. Zoo Station i The Fly pozwoliły mi się przenieść w inny wymiar. Słyszałem już te piosenki na żywo ale w Berlinie smakują one wyjątkowo. Podobnie jak zagrane chwilę później w środku ekranu Stay oraz Who’s Gonna Ride Your Wild Horses. Druga część koncertu nie zawierała już niespodzianek, przeżyłem ją jednak w większości w odległości 2 metrów od muzyków. Jest pewna magia w kształcie sceny, z którą U2 objeżdżają świat. Scenografia stanowi bardzo ważny element show, a mała, niziutka scena zwana E-Stage pozwala na niemal fizyczny kontakt z zespołem. Na wyciągnięcie ręki widać każdy grymas, kroplę potu, fantastyczne zgranie między muzykami i wiele innych smaczków dostępnych normalnie tylko dla oka kamery. 

Dwa i pół miesiąca wcześniej, 31 sierpnia, z perspektywy trybun przeżyłem największą muzyczną niespodziankę, jaka kiedykolwiek mogła spotkać mnie ze strony Bono i spółki. Niegrana na żadnej wcześniejszej trasie od momentu jej powstanie w 1991 roku piosenka Acrobat - najlepsza piosenka, jak moim skromnym zdaniem istnieje na świecie, z wielu względów absolutnie najważniejszy utwór w moim życiu. To wtedy usłyszałem ją po raz pierwszy i tamtego uczucia, tej muzycznej radości, poczucia, że nic nie jest niemożliwe nie zapomnę do końca życia. Wczoraj przeżyłem Acrobata z perspektywy płyty, doceniając kunszt aktorski Bono wcielającego się ponownie w pana MacPhisto.

To miała być krótka recenzja ale ewidentnie nie wyszło. Mógłbym o tym koncercie opowiadać bardzo długo. Gdybym jednak miał streścić go mniej zainteresowanym tematem powiedziałbym, iż Mercedes-Benz Arena byłą tego wieczoru o wiele bardziej dynamiczna niż podczas większości koncertów U2. Moc skakania, moc śpiewania, czasami wręcz uniemożliwianie kontynuowania koncertu za sprawą śpiewania motywu z poprzedniej piosenki jak po Love is Bigger Than Anything In Its Way. Dużo wspominków Bono zarówno dotyczących Berlina z czasów nagrywania Achtung Baby, jak i wakacji lat 90-tych spędzanych wspólnie przez cały zespół wraz z rodzinami. Rozliczanie się wokalisty z relacji z ojcem, nawoływanie do słuchania dzieci, wspomnienia nieżyjącego już projektanta obecnej trasy koncertowej. To nie był standardowy koncert i dało się to odczuć zarówno ze strony jego twórców jak i odbiorców. Czułem się jak na imprezie z kumplami, jak na spotkaniu w towarzystwie, które przeżyło wiele wspólnych chwil i które chce uczynić ten wieczór najpiękniejszym z możliwych. 

Pod koniec Bono powiedział, że ostatnie 4 lata były dla nich bardzo ważne, dużo czasu spędzili w studio i trasie a teraz „we are going away”. Ze zdziwieniem przeczytałem dosłownie kilka godzin później spekulacje odnośnie tego, że „być może był to ostatni koncert w historii zespołu”. Teksty na ten temat zamiesza choćby New Musical Express. Będąc tam na miejscu absolutnie nie odniosłem wrażenia jakby zespół żegnał się właśnie ze sceną. Brzmiało to raczej jak zapowiedź zasłużonych wakacji i jestem przekonany, że jeszcze nie raz spotkam się na koncercie z Bono i spółką. A jeśli to nieprawda to koncert z 13 listopada 2018 roku byłby przepięknym zwieńczeniem kariery wspaniałej irlandzkiej czwórki.

niedziela, 17 grudnia 2017

HEY - FAYRANT TOUR - 24.11 & 14.12 2017

Mimo, iż od pożegnalnego koncertu Heya minęły prawie 72 godziny w mojej głowie nadal brzmi wiele jego fragmentów.  Widziałem już kilka zespołów żegnających się z publicznością, byłem też na Torwarze 3 tygodnie temu na otwierającym trasę Fayrant Tour koncercie ale nigdy nie czułem ze sceny tylu emocji co w miniony czwartek podczas ostatniego występ Heya przed przerwą. Kaśka wybuchająca płaczem podczas śpiewania kończącego zasadniczy set Moja i Twoja Nadzieja, Marcin Żabiełowicz mówiący łamiący się głosem „dla mnie ten zespół to wszystko”, Jacek żegnający się słowami „chcę wierzyć, że mogę powiedzieć do zobaczenia”, Robert stwierdzający iż jest „roz…jak paczka gwoździ”, Paweł Krawczyk siedzący i ciężko oddychający podczas pożegnalnych słów pozostałych członków zespołu. Wszystkie te sytuacje dobitnie pokazywały jak ważny i trudny jest to moment dla muzyków Heya. A mi uświadomił, że to właściwie pierwsza, najstarsza kapela, której towarzyszyłem absolutnie od samego początku, byłem świadkiem narodzin ich kolejnych dzieci a pierworodne Fire ujrzało świat, gdy byłem w siódmej klasie podstawówki.

Oba warszawskie koncerty w ramach Fayrant Tour były dla mnie prawdziwą podróżą przez ostatnie ćwierćwiecze. Kiedy na scenie pojawił się Piotr Banach miałem przed oczami niesamowitą porcję flashbacków, cofnąłem się do pierwszej połowy lat 90-tych, znowu byłem nastolatkiem. Mało przeżyłem muzycznych chwil, gdy ciarki tak mocno przechodziły moje ciało. Na drugim koncercie podczas Dreams i Ho w oczach stanęły mi świeczki.


Oba koncerty pełne były muzycznych smakołyków. Ten najbardziej kontrowersyjny w postaci Beaty Kozidrak okazał się strzałem w dwudziestkę. BAJM to kompletnie nie moja bajka ale „Co mi Panie dasz” pokazało jak wielki rockowy potencjał tkwi w niektórych kawałkach tego zespołu. Z kolei Misie z Beatą na wokalu pokazały jak wielkie możliwości wokalne ma owa pani. Bisy drugiego koncertu rozpoczęły się od Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan w wykonaniu Sorry Boys i chóru gospelowego. I tak, jak nie przepadam za tą piosenką to w tym wykonaniu słuchać jej mogę wielokrotnie.

Najbardziej rozwalające było jednak dla mnie zakończenie przygody Heya ze sceną. Trzeci, nieplanowany bis wybrzmiał piosenką Luli Lali. Pomyślałem sobie wtedy, że żal kończyć 25-letnią historię tak średnim kawałkiem. I wtedy nagle Kasia mówi o jeszcze jednej niespodziance, krótkiej piosence, do której wykonania zaprasza na scenę Piotra. „On to zaczął, niech on też skończy” - powiedział Jacek Chrzanowski schodząc ze sceny. W zamian pojawił się Piotr Banach i zagrał trwające niecałe 60 sekund Chyba. Pamiętam jak dziś, gdy Hey 23 lata temu rozpoczynał tym utworem koncerty promujące ich drugą płytę Ho. Trudno o piękniejszą klamrę, piękniejsze zakończenie tej przepięknej muzycznej historii.


Drogi Heyu, z całego serca dziękuje Ci za to cudowne muzyczne ćwierćwiecze!

wtorek, 25 października 2016

PJ HARVEY - TORWAR 12.10.2016

Chociaż od koncertu PJ Harvey na Torwarze minęły już prawie 2 tygodni to nadal jestem pod jego wrażeniem. Te 90 minut wypełnione fantastyczną i perfekcyjnie wykonaną muzyką pozostanie mi w pamięci na długo. Brytyjka wraz z dziewięcioma towarzyszącymi muzykami zaprezentowała coś na pograniczu muzycznej sztuki i teatru. Rozbudowana sekcja dęta, dwóch perkusistów i pięć męskich głosów towarzyszących często wokalistce dawały niesamowity efekt. O ile na płytach pieśni PJ brzmią klimatycznie to w wykonaniach na żywo zyskują dodatkowo element przejmującego emocjonalnego napięcia. 


Koncert rozpoczął się od Chain Of Keys, któremu towarzyszyło wspólne wejście na scenę całej dziesiątki muzyków. Po kolejnych czterech utworach z najnowszego krążka przyszedł czas na pięć propozycji z Let England Shake. Po niemal każdej piosence wokalistka schodziła na tył lub bok sceny nie odzywając się ani słowem. Przez ponad godzinę nie odezwała się słowem. Początkowo nieco mnie to dziwiło ale po przy piątym czy szóstym razem doszło do mnie, że właśnie ten zabieg dodaje temu koncertowi teatralnego klimatu. Tak samo zresztą jak umieszczona za muzykami prosta scenografia przypominająca gofra. W teatrze aktorzy nie kłaniają się po każdej zagranej, choćby najbardziej brawurowo scenie, a tym bardziej nie mówią "senk ju". Taki zabieg na muzycznym koncercie ma rację bytu jedynie w przypadku, gdy jakość warstwy muzycznej prezentowana przez zespół nie podlega najmniejszej dyskusji. I tak właśnie było tego środowego wieczora na Torwarze wypełnionym mniej więcej w połowie, za to totalnie świadomą i nieprzypadkową publicznością. Owacje pomiędzy piosenkami przybierały na sile proporcjonalnie z ciszą panującą na płycie i trybunach podczas wykonywania kolejnych utworów. PJ dosłownie czarowała swoim głosem prezentując niesamowitą ekspresję i skalę od mrocznej, zachrypniętej niczym Marianne Faithful i brzęczący saksofon basowy do najwyższych, piskliwych rejestrów. Fenomenalnie wypadło The Ministry Of Social Affairs a zwłaszcza jego końcowa część zwieńczona szalonym solo na białym, małym saksofonie. Ten utwór wraz z piorunującym Down By The Water były dla mnie dwoma największymi diamentami w tym wypełnionym dwudziestoma perłami koncercie. 

środa, 13 kwietnia 2016

HEY PRZEDBŁYSK - KONCERT STODOŁA 13.04.2016

Właśnie wróciłem z ostatniego w ramach mini-trasy Przedbłysk koncertu Heya w Stodole. Będzie więc krótko, na gorąco i chaotycznie. Nowa płyta zapowiada się REWELACYJNIE. Usłyszałem dziś 10 wchodzących w jej skład kawałków po raz pierwszy (nie licząc singla oczywiście) i oprócz otwierającego całość, nieco dziwnego, mówionego intro pozostałe uradowały mnie niczym fistaszki wiewiórkę. Gdybym musiał opisać nowe kompozycje Heya jednym zdaniem powiedziałbym: przepiękne i nieoczywiste melodie oraz genialne, świeże i oryginalne brzmienie. Te kilka słów śmiało można przypisać do każdego z dziesięciu kawałków, które znajdą się na nowym krążku. Poniżej szczątkowe opisy ich klimatu, które udało mi się zanotować w telefonie w przerwach między piosenkami:

1. Dziwny numer, Kasia mówi zamiast śpiewać, niemal cały kawałek spoza sceny
2. Szum - rewelacyjny, wkręcający elektroniczny motyw dominujący pozostałe instrumenty, fantastyczny numer
3. Morales - dużo spokojniejszy, krótki, spoko.
4. Prędko Prędzej - singiel promujący Błysk na żywo to prawdziwa petarda, genialna solówka i fajne chórki klawiszowca
5.2015 - super melodia i wibrująca gitara
6. - mega utwór - zwrotka napędzana przez  dwa dźwięki gitary brzmiące podobnie do tej z Dalekiej Drogi Do Domu COMY ("pierwszy oddech wiosny budzi lęk...), nieco mocniejszy refren i genialna, nieoczywista melodia
7. Heyheyhey - najlepszy jak dotąd utwór, mega surowa zwrotka z fantastycznym brzmieniem i partią gitary, mocniejszy i szybszy refren
8.  "Współczesna Małgośka" - jeszcze lepsza niż numer 7, murowany hicior z ciekawym rytmem, super melodią i brzęczącą nisko gitarą
9. Balladowy początek w stylu Imagine i szybszy, mocniejszy refren
10. Pozytywne, fajne zakończenie płyty.


Dość równoważników zdań, czas na opis klimatu towarzyszącego dzisiejszemu wieczorowi. Po wejściu do Stodoły zdziwiły mnie 2 rzeczy: zamknięty bar na dole i zaryglowane wejście na koncertową salę. Kiedy w kolejce po piwo w barze na górze odwróciłem się w poszukiwaniu znajomych twarzy w miejscu, gdzie normalnie znajdowała się druga szatnia zobaczyłem...scenę. Zrozumiałem wtedy napis Open Stage na bilecie i niewielką ilość osób w klubie, Przedbłyskowy koncert widziało nie więcej niż 300 osób, dzięki czemu klimat był wyjątkowo kameralny.
Największym zaskoczeniem dzisiejszego koncertu była wyjątkowo "rozgadana" Kasia, która powiedziała chyba więcej słów niż na kilkudziesięciu koncertach Hey, na których byłem, razem wziętych. Super było posłuchać o inspiracjach i okolicznościach towarzyszących powstawaniu nowych piosenek, wspomnień ze Szczecina, "ciągotach do bycia na estradzie" i sposobach trzymania mikrofonu oraz wielu innych anegdot czy żartów. Czegoś takiego nie widziałem na koncercie tej grupy nigdy, czuć było, że Katarzyna ma naprawdę dobry klimat. Świetny był również tekst na temat wolności, której nie można zabrać, bo nie można jej dać jeśli tylko jest się dobrym człowiekiem.

Po przedpremierowym zaprezentowaniu nowej płyty zespół zagrał jeszcze kilka starszych utworów, wszystkie jednak z czasów, od kiedy Piotra Banacha zastąpił Paweł Krawczyk. Fenomenalnie wypadły Piersi Ćwierć, Kto Tam Kto Jest W Środku oraz Muka, ciekawie rozpoczynające bis wykonane w duecie Nie Więcej. Po wyjściu ze Stodoły w głowie zostały mi jednak głównie brzmienie nowych utworów. Odliczam dni, kiedy nowa płyta, dziś zamówiona w przedsprzedaży, trafi do mojego odtwarzacza. Szczegółowa recenzja już wkrótce.

poniedziałek, 14 września 2015

KONCERT U2 AMSTERDAM 13.09.2015

To będzie bardzo emocjonalna relacja, lista flashboacków sprzed kilkunastu godzin. Piszę ją wracając samolotem z Amsterdamu i odtwarzając fantastyczne dwie i pół godziny, które przeżyłem wczorajszego wieczoru.

Bono pojawia się nietypowo na końcu hali i stamtąd przechodzi wybiegiem na główną scenę, na której w międzyczasie pojawiają się pozostali trzej muzycy. Idąc intonuje początek Ballad of Joey Ramone czekając na identyczną odpowiedź zgromadzonej publiczności. Ta odpowiada średnio głośno, wokalista jest niezadowolony, kiwa głową ale raczej nie wesoło tylko z miną mówiącą „słabo, ponuraki”. Kawałek otwierający zarówno najnowszy album jak i wczorajszy koncert nie wypada najlepiej również ze strony zespołu. Widać, że próbują załapać flow, nastroić się do występu, każdy na swój sposób, Adam rozpoczyna swój callanetics z basem, Edge macha gryfem, Bono statywem. Larry, jak to Larry, po prostu bębni. Brzmi to wszystko jednak średnio, tak jakby każdy muzyk grał własną sztukę.


To jednak tylko złe miłego początki, po nim rozpoczyna się petarda czadu. Najpierw Out of Control, zespół ewidentnie przełamuje pierwotną niemoc, pierwszy singiel w historii zespołu brzmi już świetnie. A kiedy po nim słyszymy „uno, dos, tres, catorce” rozpoczynające Vertigo odnosni się wrażenie, że również zgromadzona publiczność, przez pierwsze 2 kawałki ospała wreszcie obudziła się i jest gotowa na dalsze muzyczne cuda. Vertigo rozwala system, Ziggo Dome unosi się kilka metrów nad ziemię. Czadową trójkę dopełnia I Will Follow dorównujące mocą poprzednim dwóm utworom. Bono przekonuje się ostatecznie, że będzie dobrze, łapie luz i zaczyna nawijkę. Mówi o tym, że U2 bardzo lubi przebywać w Holandii i że pomiędzy czterema koncertami, które zagrali w tym tygodniu w Amsterdamie odwiedzili plażę (Zaandwort), na której razem z Antonem Corbijnem zrobili mnóstwo zdjęć będących mocnymi kandydatami na artwork do nowej płyty Songs of Experience. Po tej zapowiedzi przyszedł czas na kilka numerów z Songs of Innocence. Na początek Iris poprzedzone wspomnieniami Bono o swojej matce, która zmarła, gdy miał 14 lat. „When she left me, she left me an artist” – mówi i śpiewa do ogromnego telebimu, a raczej dwóch równolegle umieszczonych telebimów  zwisających wzdłuż całej hali, na których widać zdjęcie ślubne Iris Hewson oraz scenę, gdy biega dookoła po łące. 


Kolejny kawałek i kolejne wspomnienia – Cedarwood Road, ulica, przy której wychował się Bono. Z ogromnego telebimu wysuwają się schody, po których wokalista wchodzi, chowa się między telebimy i od tej pory staje się żywym elementem wśród scenografii pokazwyanej na ekranach. Widzimy na ich animowaną Cedarwood Road i „żywego”-prawdziwego Bono spacerującego po niej, spotykającego kolegów, mijającego drzewa i samochody. Daje to fantastyczny i bardzo ciekawy efekt. Podczas pierwszych dźwięków Song For Someone na telebimie pojawia się obraz w mieszkania, w którego sypialni „rysunkowy” wokalista siedzi i gra na gitarze. To ja w wieku 18 lat – mówi Bono – piszę piosenkę dla Alisson. Piszę ją do dziś, nadal staram się jej zaimponować.


Po wspominkach przyjemnych nadchodzi czas na przypomnienie wydarzeń tragicznych. Larry wstaje od perkusji, zakłada na szyję werbel, zaczyna wybijąc rytm wolnym krokiem maszeruje wzdłuż wybiegu. Dołączają do niego Edge i Adam, zaczynają grać Sunday Bloody Sunday w zwolnionej, jakby pogrzebowej, niesamowitej wersji utworu. Przechodzą mnie ciarki, ta piosenka nigdy nie brzmiała tak dosadnie, nawet w wersji z Red Rocks z 1983 roku, wolniejsze tempo pozwala bardziej skupić się na przerażającej historii, o której opowiada. Zwłaszcza, że na ekranie na tle rysunkowych domów pojawiają się twarze osób, które zginęły w tamtym bombowym zamachu. Bono płaczliwym głosem wykrzykuje imiona i nazwiska każdego z nich. Gdy utwór wybrzmiewa do końca na środku wybiegu pozostaje tylko Larry, kilka razy uderza w werbel, po czym telebim oraz głośniki „wybuchają”. Raised by Wolves to nowa piosenka U2 o podobnej tematyce. Słyszymy ją zaraz po Krwawej Niedzieli, świetnie wypada początek z Bono „oddychającym” do mikrofonu, to mój ulubiony kawałek z nowej płyty ale mi w głowie ciągle siedzi jeszcze Sunday Bloody Sunday


Przez chwilę nie mogę się otrząsnąć. Ostatecznie dochodzę do siebie słysząc pierwsze dźwięki Until The End of The World. Ten kawałek zawsze brzmi fantastycznie, zawsze myślę, że jego riff był zalążkiem płyty Achtung Baby co słychać na jam sessions z tego okresu. Zespół ten numer po prostu uwielbia i czuć to na scenie. Tradycyjny „pojedynek” wokalisty z gitarzystą pod jego koniec tym razem zastępuję wypluwanie wody przez wielką twarz Bono widoczną na ekranie na Edga, który gra na wybiegu. Po Untilu z sufitu zjeżdża kilka żółtych płacht, ekran zabarwia się na zółto, zespół znika ze sceny a z głośników słyszymy remix The Fly. Na telebimie co chwilę zmieniają się napisy znane z trasy Zoo TV, „Everything You Know Is Wrong”, „Watch More TV”, itd.


Zespół ponownie pojawia się w środku telebimu, zwrócony w cztery strony świata gra Invisible. I znowu ten nowy początek jest słabszy, gdyż marna jest po prostu ta piosenka. To tylko chwila bo Even Better Than The Real Thing wynagradza z nawiązką poprzednie słabsze 4 minuty. Na podzielonym na cztery równe części ekranie widzimy muzyków kręcących się jak w teledysku lub ich rozpływające się twarze. Następnie zespół przechodzi na małą, okrągłą  scenę na końcu sali, Bono wyciąga z tłumu dziewczynę w koszulce Ramones, zespół nie gra jednak żadnego „tango-przytulango” tylko Mysterius Ways, podczas którego szczęśliwa fanka skacze jak szalona, tańczy wokół całej czwórki. To duży kontrast w porównaniu z poprzednimi tańcami Bono z dziewczynami, ten jest o wiele ciekawszy i bardziej dynamiczny. Po piosence Bono rozmawia przez dłuższą chwilę z wybrańczynią, ma na imię Nicole, jest z Amsterdamu i czuła, że koszulka Ramones pomoże się jej znaleźć na scenie. Wokalista prosi ją aby stała się operatorem przy następnej piosence, przekazywanej na żywo przez webcast. Jest to debiut na tej trasie koncertowej i niestety dla mnie jest to Magnificent, którego zdecydowanie nie darzę uczuciem pozytywnym. „Teraz czas na kolejny eksperyment” – mówi Bono, a Edge w tym samym czasie chwyta za akustyczną gitarę i zaczyna grać The Sweetest Thing. W powietrzu czuć spontan, choć również ten kawałek nie należy do moich ulubionych to widać, słychać i czuć ze U2 jest w fanastycznej formie i wspólne granie sprawia im autentyczną przyjemność.


Ja natomiast kompletnie odlatuję przy kolejnym utworze dedykowanym zmarłemu kilkanaście miesięcy temu członkowi  rodziny królewskiej. Wierzyłem, że U2 będzie grało na tej trasie Every Breaking Wave właśnie w wersji akustycznej. Nie potrafię opisać jak piękne kilkaset sekund to było, rewelacyjny, porażający wokal, delikatny fortepianowy akompaniament Edga, telefon w mojej dłoni transmitujący ten magiczny utwór do Polski i ogromne wzruszenie. A po nim kolejny rarytas, czyli rzadko grywany w ostatnich latach October.


Po spokojniejszej części koncertu następuje uderzenie Bullet The Blue Sky. Słyszałem lepsze wykonania tego numeru ale nigdy nie słyszałem na żywo następującej po nim Zooropy. Cieszę się przy niej jak dziecko. A zagrane po niej Where The Streets Have No Name i Pride brzmią tak, jakby zostały napisane kilkanaście dni a nie lat temu. Nie pamiętam tak dynamicznych i świetnych wykonań tych dwóch kawałków. Na wcześniejszych koncertach U2, mimo ogromnego sentymentu, przywodziły raczej do głowy myśl, że może nie powinny być więcej grane, gdyż nie mają w sobie tego pokładu emocjonalnego i energetycznego co kiedyś. Wczoraj miały gigantyczną dawkę mocy i piękna. Podobnie jak Shine Like Stars kończące With Or Without You oraz zasadniczą część koncertu. Dwie godziny minęły jak dwie minuty. Na szczęście to jeszcze nie był koniec.


Bisy rozpoczyna City Of Blinding Lights z przesłaniem Amnesty International #Refugees Welcome. Po piosence Bono mówi ponad 2 minuty o sytuacji z uchodźcami, przestrzegał przed nazywaniem jej kryzysem, cieszy się z marszów poparcia, które odbyły się w sobotę w Europie i namawia do pomocy. Z tego tematu wokalista przechodzi płynnie do tematu dzieci chorych na HIV, mówiąc, że za 5 lat znany już będzie sposób aby dzieci chorych rodziców rodziły się zdrowe. Następnie U2 wykonuje krótki cover jednej z piosenek Paula Simona oraz pięknie puentujący dzisiejszy koncert Beautiful Day. To nie jest jednak pożegnanie. Ku mojej wielkiej radości z głośników rozległy się bowiem pierwsze dźwięki Bad. W trakcie jego trwania Bono bierze od jednego z fanów flagę Irlandii i rozkłada ją na scenie. W końcowej fazie piosenki mówi: "my mamy już pokój w naszym kraju ponieważ kilka osób miało odwagę osiągnąć kompromis" i sugeruje walkę o pokój na całym świecie, gdyż w Irlandii jeszcze kilkanaście lat temu osiągnięcie takiego stanu wydawało się niemożliwe.



I wtedy właśnie dzieją się kolejne dwa magiczne momenty podczas tego koncertu, oba pokazujące, że zespół stać nadal na zaskakujące ruchy, że nie gra tylko „od do” i reaguje na wydarzenia na bieżąco. Kiedy w końcowej partii utworu śpiewanej przez publiczność słowa „let it go” także w potencjalnie ostatnim kółku, które normalnie skończyło by utwór, nadal mają wysoki poziom decybeli Bono pokazuje reszcie zespołu „gramy dalej”. Po chwili w dźwięki Bad wplątuje snippet 40. „How long we’ll sing this song”. Trwa to ponad minutę i kończy się chóralnym śpiewem publiki. Przy piątej czy szóstej powtórce Edge zaczyna coś brzdąkać na gitarze a po kilku sekundach zespół po prostu gra całą „czterdziestkę”. Nawet jeśli było to zaplanowane wcześniej to wyglądało na mega spontaniczne i było po prostu przepiękne. Zloty U2 w Polsce kończyły się zawsze grupowym odśpiewaniem tej właśnie piosenki, teraz po raz pierwszy skończył się nią „mój” koncert U2, zdecydowanie najpiękniejszy i najlepszy z dziesięciu na których byłem. Pod koniec piosenki Bono kilkakrotnie rozświetla trybuny i płytę reflektorem, członkowie zespołu po kolei schodzą ze sceny wyjściem na końcu sali, tym samym, którym Bono pojawił się na hali dwie i pół godziny wcześniej. To było jedne z najpiękniejszych 150 minut w moim życiu.

poniedziałek, 6 lipca 2015

OPENER FESTIVAL 2015 - DZIEŃ 2

W tym roku na Openerze pojawiłem się tylko drugiego dnia. Line up tegorocznego festiwalu choć ciekawy miał dla mnie braki na pozycji headlinerów, bo ani Mumford & Sons, po dziwnej zmianie stylistycznej, ani tym bardziej Drake w moim odczuciu na takie miano nie zasługują. Główną gwiazdą czwartkowego wieczoru był zespół The Libertines, najważniejszy powód, dla którego wybrałem się do Gdyni. Tego dnia na trzech festiwalowych scenach działo się jednak dużo więcej dobra.

Wchodząc na teren lotniska w Babich Dołach słyszałem z oddali ostatnie dźwięki wydawane przez Toma Odella. Chwilę później pod namiotem instalował się Fisz, ponieważ jednak rybę jadłem wcześniej w drodze do Trójmiasta czas jego występu poświęciłem na zwiedzanie festiwalowego terenu. W zeszłym roku nie pojechałem na Openera pierwszy raz od roku 2005 chciałem więc zobaczyć co zmieniło się przez ten czas. Pierwszą zmianą, in minus, była zmiana ceny kuponu, a co za tym idzie piwa. Na szczęście pozostałe organizacyjne nowinki były już pozytywne: tradycyjne „budy” czy „namioty z żarciem” zostały w dużej mierze zastąpione przez modne teraz food trucki, dzięki czemu repertuar dostępnego  na terenie festiwalu jedzenia uległ znacznemu urozmaiceniu. Wreszcie też dostępne są różne rodzaje piwa, w tym także Paulaner czy różne rodzaje Żywca, super pomysł. Przejdźmy jednak do  muzyki.


Pierwszy zespół, który usłyszałem na tegorocznym Openerze to Enter Shikari. Elegancki strój wokalisty nijak miał się do szaleństw, które prezentował na scenie. Brytyjczycy zaprezentowali kawał świetnej muzyki, szkoda tylko, że nie grali po zmroku, wtedy szaleństwo pod sceną byłoby pewnie jeszcze większe i liczniejsze. Końcówkę koncertu musiałem odpuścić nie chcąc się spóźnić na Eagles of Death Metal grających na przeciwległym końcu, czyli w namiocie. To, co prezentuje na scenie pan Wąsacz z kolegami nie jest do końca moją bajką, nadal nie wiem czy te wąsy, szelki i przepocony olschoolowy podkoszulek to na poważnie czy dla jaj ale trzeba przyznać, że Orły absolutnie zawładnęły tłumem zgromadzonym pod Tent Stage. Porcja surowego, fajnego, mocno gitarowego grania, świetny kontakt wokalisty z publiką sprawiły, iż od wielu osób słyszałem iż był to najlepszy koncert z całego dnia. 


W jego drugiej połowie przeniosłem się jednak na Alter Stage, posłuchać znajdującego się na zupełnie przeciwległym muzycznym biegunie Fismolla. Delikatne, akustyczne granie, wokalista wchodzący często w rejestry dostępne raczej dla kobiet i piękna, delikatna muzyka słuchana w wielkim skupieniu – tak można opisać ten koncert jednym zdaniem. 


Wraz z jego końcem nastąpił początek tego, na który czekałem najbardziej. Miałem poważne obawy czy ten koncert w ogóle się odbędzie: najpierw tuż po jego ogłoszeniu, wiadomo bowiem jak hardkorowo lubią bawić się jego członkowie, obawiałem się więc, że z trasy koncertowej mogą szybko zostać skierowani na kolejny odwyk. Potem moja schiza narastał z dnia na dzień, ponieważ o gdyńskim koncercie nie było ani słowa zarówno na oficjalnej stronie zespołu, jak i ich profilach na Facebooku czy Twitterze. Na szczęście dojechali na czas i w komplecie. 


Niestety pod sceną było dość pusto Szczerze nie pamiętam, żeby na żadnej edycji jakikolwiek headliner zgromadził tak nieliczną publiczność. Dziwne to było dla mnie ogromnie, The Libertines nigdy w Polsce nie grali, ich powrót na scenę, jakby nie patrzeć jest sporym muzycznym wydarzeniem, a przede wszystkim to zespół, który w swoim repertuarze ma niezliczoną ilość fenomenalnych utworów. Z drugiej strony publiczność festiwalu odmładza się, za czym idzie również zmiana muzycznych gustów i tego co jest cool. W zeszłym tygodniu wjeżdżając windą do pracy odbyłem z koleżanką krótką rozmowę, która najlepiej obrazuje to, o czym piszę:

- Cześć, jedziesz na  Openera? – pytam.
- Chyba tylko na sobotę, będzie Discolsure! A ty?
- Ja tylko na czwartek.
-A co gra?
- The Libertines.
- A co to jest?

Patrząc na frekwencję pod główną sceną widać, że owo pytanie zadawało sobie sporo innych uczestników festiwalu. I wielu z nich nie chciało się przyjść i sprawdzić na nie odpowiedzi. Na szczęście nie przeszkodziło to zespołowi zagrać fenomenalnego setu pełnego muzycznego piękna. Przed koncertem zastanawiałem się czy stanąć na wysokości wieży dźwiękowców zapewniając sobie najlepsze możliwe audio czy „uderzyć w zabawę” i pchać się pod przednie barierki. Ostatecznie postawiłem na to drugie i choć jakość dźwięku jak to zwykle pod samą sceną była średnia, wiadomo, jeśli chce się nagłośnić tak wielki teren z przodu dźwięk nie może być selektywny, to wyskakałem się jak kangur na australijskiej autostradzie. The Libertines nie używają przesterowanych gitar, ich muzyka wydaję się być dość spokojna jednak momentami na ich koncercie jazda była jak na punkowym koncercie. Świetnie było się „poobijać” przy tak pięknych dźwiękach, żałuję tylko, że nie mogę tego samego koncertu przeżyć jeszcze raz i po prostu go posłuchać. Cieszę się, że mogłem usłyszeć Music When The Lights Go Out, czy zobaczyć typowe dla tej grupy śpiewanie przez Carla Pete’a twarzą w twarz do jednego mikrofonu oraz gromadzenie się przy perkusji tyłem do widzów przez rozpoczęciem kolejnego kawałka. 


Ciekawym widokiem był też sposób zmiany gitary przez tego drugiego. Zarówno pod koniec głównej części koncertu i jak i bisów Doherty zdejmując instrument ciskał nim na kilkanaście metrów w kierunku technicznego, który za każdym razem chwytał ją ze sprawnością bejsbolowego łapacza. Zjawiskowe to i dość ryzykowne. Na scenie widać było podział między dwiema gwiazdami zespołu i sekcją rytmiczną, w tym sensie, że show robili Pete i Carl, grający na basie John stał niemal zawsze mocno z boku, skoncentrowany tylko na graniu. Obiektywnie trzeba stwierdzić, że dla kogoś niezaangażowanego nie był to pewnie wielki koncert, nie było w nim fajerwerków w postaci efektów specjalnych, nietypowych świateł czy nawet scenografii, na którą składała się jedynie wielka płachta przedstawiająca debiutancki album zespołu. Dla mnie było to jednak coś wspaniałego i cieszę się, że braku tych dodatkowych elementów, bo przy tak genialnej muzyce były po prostu niepotrzebne. Zespół zaprezentował również nowy kawałek, który mam nadzieje jest zwiastunem nowej płyty. Oby, powtórka koncertu w przyszłym roku mile widziana.


Drugim zespołem, na zobaczeniu którego zależało mi w ten czwartek najbardziej było Django Django. Niestety ich występ w ponad połowie pokrywał się z The Libertines, a dodając do tego czas potrzebny do przejście spod jednej pod drugą przeciwległą scenę załapałem się jedynie na trzy ostatnie utwory. Szału niestety nie było, jakoś blado to wypadało w porównaniu do wydarzeń sprzed chwili.
Największym pozytywnym zaskoczeniem okazali się Major Lazer, którzy byli dla mnie przed koncertem wielką niewiadomą, słyszałem pojedyncze rzeczy i raczej nie wybrałbym się na ich indywidualny koncert. Po tym, co zobaczyłem na Openerze to stwierdzenie przestało być aktualne. Na żywo ich taneczno-elektroniczne kawałki wypadły dużo ciekawiej i mocniej, powodując, że australijski kangur w mojej naturze uruchomił się tego dnia po raz kolejny. I o ile do tego momentu wydawało mi się, że z frekwencją jest nie najlepiej to pod główną sceną na Major Lazer było naprawdę tłoczno. 


Było na tyle fajnie, że aż szkoda mi było oddalać się przed końcem ich występu, o pierwszej pod namiotem zaczynali jednak Curly Heads, autorzy genialnego albumu, numeru dwa w moim zeszłorocznym zestawieniu płyt roku, których nie widziałem jeszcze na żywo. Po tym koncercie tylko upewniłem się, że dawno na polskiej muzycznej scenie nie pojawiła się tak świetna grupa. Zagrane na początek Synthlove powaliło mnie na kolana, niesamowity klimat kawałka, porażający ekspresją głos Dawida wykonany w sposób, którego nie powstydziłby się żaden zespół na świecie. Kolejne kawałki potwierdzały tylko wielki potencjał koncertowy zespołu. Około połowy przeniosłem się na tył namiotu, gdyż z przodu dźwięk opierał się bardziej na mocy niż jakości. Z tej perspektywy było widać jeszcze lepiej jak świetną muzyczną maszyną są Curly Heads.



Zamknięciem festiwalowego dnia było wracające po przerwie Faithless. Widziałem już tą grupę na pierwszym swoim Openerze w 2005 roku a jako, że nie jestem mega fanem  muzyki elektronicznej emocji wielkich ten come back we mnie nie wzbudzał. Koncert był jednak bardzo dobrym zwieńczeniem świetnego festiwalowego dnia, dobrze wykonany, skutecznie bujający ludzi do tańca, profesjonalny. Teren Babich Dołów opuszczałem wraz ze wschodem  słońca.  Szczęśliwy.

niedziela, 28 czerwca 2015

ORANGE WARSAW FESTIVAL - DZIEŃ 1

Na pierwszym dniu festiwalu pojawiłem się około 17:30 i aż do samego końca nie nudziłem się ani sekundy, mało tego, każda minuta pierwszego dnia wypełniona była świetną muzyką. Mela Koteluk to nie moja muzyczna bajka, jej koncertu na Warsaw Stage czyli w namiocie słuchałem więc konsumując przedwczesną, festiwalową kolację. Ładne, profesjonalnie wykonane piosenki w wersjach nie różniących się od tych, które znam z radio. O 18 na Rochstar Crew Stage, najmniejszej festiwalowej scenie wystąpił polski Terrific Sunday. Ich koncert zgromadził ledwie kilkadziesiąt osób, być może w porywach była ich setka, a szkoda bo zespół zaprezentował kawał porządnej muzyki, z ciekawym wokalem i fajnymi aranżacjami kawałków w stylu przypominającym momentami Placebo.


Chwilę później na Orange Stage - głównej scenie zainstalowali się Crystal Fighters. Kto choć raz widział Wojowników wie, że każda sekunda ich show to istny żywioł.  Tradycja została podtrzymana, mimo dość trudnej pory koncertu. Statywy mikrofonów ozdobione kwiatami, białe stroje muzyków, taniec i wiecznie uśmiechnięte twarze wokalistek, wokalista z głosem niczym Żwirek lub Muchomorek, folkowe dźwięki, chwytliwe melodie i elementy elektro w połączeniu dające klimat fantastycznej, tanecznej imprezy odbywającej się gdzieś w ciepłej krainie szczęśliwości i radości. W dodatku mój zdecydowany faworyt z repertuaru Crystal Fighters czyli I Love London jak zwykle rozwalił system.


Nigdy wcześniej nie widziałem na żywo Afromental, nie znałem też specjalnie ich twórczości, mimo iż kilka osób przekonywało mnie iż "to zdolne chłopaki". Kilka kawałków, które usłyszałem w ich wykonaniu na OWF zdają się potwierdzać tą tezę, wkręcająca, świetnie wykonana muza łącząca wiele gatunków sprawiła iż po wybrzmieniu każdej z piosenek chciałem powiedzieć "szacun". Czar prysł kiedy Łozo się odezwał. Jego nawijka miała chyba w założeniu być motywacją dla innych aby wierzyli siebie, robili to co kochają i nie poddawali się napotykając przeszkody. Byłoby super, gdyby nie forma, w jakiej owa pogadanka się odbyła. Zdecydowanie lepiej dla wszystkich byłoby, gdyby Afromental skupił się na graniu. Narcyzm, zadufanie, wklejane na siłę amerykańskie powiedzonka, przechwałki, przydługi bełkot bijący z wypowiedzi ich frontmana sprawiły iż czym prędzej postanowiłem opuścić namiot, tym bardziej iż na najmniejszej scenie zaczynała występ Agyness B. Marry. Poczułem się na jej koncercie trochę jakbym cofnął się o 45 lat i znalazł na festiwalu Woodstock.


Fantastycznie wypadł również Hey prezentując przegląd kawałków z ponad 20-letniej działalności. Słucham tego zespołu od pierwszej płyty, towarzyszył mi w mojej muzycznej drodze od zawsze ale właśnie podczas tego koncertu po raz pierwszy poczułem, że ta grupa to legenda polskiego rocka. Ilość genialnych utworów, które ma w swoim dorobku po prostu poraża. Piękne jest też to iż zespół nadal kombinuje, nowa wersja Wczesnej Jesieni po prostu wbiła mnie w trawę, możecie jej posłuchać od siódmej minuty poniższego linka.


Pozostaje tylko zawtórować Kasi, która jak zwykle rzucała po każdej piosence rozczulające "nooooooooooo, dziękujemy bardzo".


Największym pozytywnym zaskoczeniem był jednak zespół Three Days Grace, który, z całą stanowczością dał absolutnie najlepszy koncert całego pierwszego dnia OWF. Poszedłem na niego z ciekawości wyszedłem ze szczęką opuszczoną niczym do kopania trzeciej linii metra. Mocne, gitarowe riffy, ekspresyjny wokal, tłum skandujący nazwę kapeli, szaleństwo pod sceną i godzina fantastycznej gitarowej, czadowej muzy sprawiła iż wyglądałem jak clown gotowy do roboty, w przeciwieństwie do cyrkowca mój uśmiech spowodowany był jednak nie makijażem tylko szczęściem.


Wisienką na torcie tego piątkowego wieczora miał być Noel Gallagher i jego High Flying Birds, będące namiastką Oasis, która jak wieść gminna niesie jest o krok od reaktywacji. Oba solowe albumu starszego z braci G. są naprawdę świetne, stąd czekałem na jego pierwszą wizytę w Polsce z dużą zajawką. Trzeba przyznać, iż Noel ma pecha do Warszawy, podczas jedynego, polskiego koncertu Oasis nie przyjechał z zespołem, gdyż chwilę wcześniej pobił się z bratem, w tym roku jego występ okraszony był burzą i deszczem padającym z intensywnością wody wylewanej z wiadra. Aura sprawiła iż pod sceną zebrała się naprawdę garstka, myślę, że nie więcej jak 2000 osób, od połowy koncertu bardziej niż na zabawie skupiająca się na tym, by jakoś przetrwać. 


Na szczęście było ciepło, choć i tak po 45 minutach stania pod prysznicem, mając przemoczoną każdą, najmniejszą część ubrania imprezowy nastrój nieco mi przygasł. Tak, czy inaczej, Noel dał radę, bez żadnej buty i zbędnego gwiazdorstwa zagrał po prostu ponad godzinę świetnej muzyki, na którą złożyły się również 4 kawałki Oasis. Z każdego zagranego dźwięku czuć było iż ów pan to muzyczny czarodziej, jestem mega szczęśliwy iż mogłem być tego świadkiem, było pięknie. Niestety atmosfera pod sceną była równie świetna, co aura, czego efektem był chyba brak Whatever, granego zarówno na wcześniejszych, jak i późniejszych koncertach. Straszna szkoda, bo nie mam wątpliwości, że przy normalnych warunkach mógł być to koncert, którego na długo nie zapomnieliby zarówno Noel jak i jego fani. Liczę na szybką powtórkę w hali.


Papa Roach, którego koncert częściowo pokrywał się z Gallagherem, grał na szczęście pod namiotem. Bo kończącym występ pana G Don't Look Back In Anger pobiegłem więc poskakać przy nieco mocniejszych dźwiękach. Czad był, przy Getting Away With Murder czy Last Resort nie mogło być inaczej. Tłum został porwany, jednak chyba w nieco mniejszym stopniu niż przez grających bardzo podobną muzykę i występujących chwilę wcześniej na tej samej scenie Three Days Grace


Koncertów The Chemical Brothers i Goorala niestety nie doczekałem z powodu totalnego przemoczenia. Ale nawet bez nich był zdecydowanie jeden z najlepszych festiwalowych dni w moim życiu.

Na koniec kilka słów odnośnie organizacji. Przenosiny na Tor Wyścigów na Służewcu, zgodnie z przewidywaniem okazały się strzałem w dziesiątkę. Dużo większy teren, dający poczucie plenerowego festiwalu, brak największej zmory poprzednich edycji na stadionach Narodowym i Legii czyli problemów z nagłośnieniem oraz trzy sceny ustawione w odległości 2-minutowego spaceru umożliwiający przemieszczanie się między koncertami oraz możliwość przemieszczania się z piwem po całym terenie festiwalu to cztery naprawdę duże organizacyjne plusy tegorocznego OWF. 

wtorek, 12 sierpnia 2014

XX PRZYSTANEK WOODSTOCK

Ostatni raz na Przystanku Woodstock byłem w roku 2004. Miesiąc wcześniej, po raz pierwszy odwiedziłem też Opener Festival. Po 10 latach obecności na gdyńskiej imprezie z rzędu w tym roku sprzedałem swój openerowy karnet i wróciłem na Woodstock. Przez ten czas festiwal organizowany przez Jurka Owsiaka dość znacznie się zmienił: zespoły otrzymują za koncerty pieniądze, na terenie imprezy budują LIDLA, dostępne są płatne prysznice, itp. Jadać do Kostrzyna zastanawiałem się czy te zmiany nie zabiły klimatu Woodstocku, który pamiętam i czy po tak długiej przerwie będzie mi się tam nadal podobało. Moje obawy były zupełnie bezpodstawne. Było przepięknie! Fantastycznie było znowu znaleźć się na festiwalu, który ma ideologiczny przekaz. W czasie, gdy za naszą wschodnią granicą dzieje się dużo złego antywojenne przesłanie i namawianie do pokoju jest wyjątkowo na czasie. Naprawdę niesamowity moment stanowiło uczczenie 70. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, minuta ciszy, hymn Polski i zapowiedź filmu Miasto 44. Wzruszyłem się niesamowicie, pod sceną nie było tłumów ale kto był wiedział po co się tam znajduje. Możecie wierzyć lub nie ale w pierwszy weekend sierpnia Polska staje się na Przystanku Woodstock krajem, w którym wszyscy dookoła się uśmiechają, gdzie setki osób bezinteresownie chodzą ze spryskiwaczami i schładzają wszystkich zainteresowanych psikając na nich wodą, miejscem, gdzie nie ma agresji, chamówy, wpychania się w sięgającą 100 metrów kolejkę do sklepu, krainą, w której wszechogarniająca wzajemna życzliwość zaraża i powoduje iż chce się krzyczeć "jak pięknie jest żyć"! Pamiętam dokładnie atmosferę panującą na Woodstocku na początku XXI wieku i z wielką radością stwierdzam, że nic się tam pod tym względem nie zmieniło. No może jedna rzecz: mniej ludzi "sępi o browara". Pamiętam, jak 10 lat temu kupno zgrzewki piwa oznaczało powtarzające się co kilka kroków prośby o "kopsnięcie puszki". W tym roku nie widziałem takiej sytuacji i choć zdecydowanie nie jest to festiwal trzeźwości to ilość pokonanych przez alko do pozycji leżącej, których widziałem mogę policzyć na palcach jednej ręki. Nie podobało mi się natomiast wymuszanie przez Jurka śpiewania "Sto Lat" po każdym z koncertów. Jestem przekonany, że artyści doceniliby ów śpiew o wiele bardziej, gdyby pojawiał się on spontanicznie i tylko po fantastycznych koncertach. Tym bardziej, że takowych na XX Przystanku Woodstock było multum. Niestety nie dałem rady dojechać na pierwszy dzień festiwalu, podczas którego bardzo chciałem zobaczyć koncert zespołu THE BILL. Muzyczną przygodę z Woodstockiem rozpocząłem więc od występu laureat nagrody Złotego Bączka czy TABU - fantastycznej reggaeowej ekipy z Wodzisławia. Piątek, godzina 15, pełne słońce i cudowny bujany rytm. Myślę, że wszyscy zgromadzeni pod sceną czuli się jak na Jamajce. O wiele bardziej niż podczas odbywającego się kilka godzin później pochodzącego stamtąd Ky-Mani Marleya, który okazał się dla mnie jednym z większych zawodów festiwalu. W koncercie Tribute to Bob Marley usłyszeliśmy bowiem jedynie 4 klasyki mistrza: Iion, Lion, Zion, One Love, Redemption Song i... Reszcie zaprezentowanych, nie znanych szerokiej publiczności utworów zdecydowanie zabrakło "flow", tego czegoś co posiadał każdy dźwięk zagrany piątkowego popołudnia przez TABU. Uwielbiam ich pierwszą płytę, każdorazowo odlatuję przy Wojowniku i Tyle Mam, ale na pierwszym swoim koncercie podczas XX Przystanku Woodstock przy dosłownie każdym kawałku bawiłem się równie fantastycznie. A bis w postaci Jak Dobrze Cię Widzieć dosłownie rozwalił system. Duże nadzieje wiązałem tego dnia z koncertem Lao Che. Niestety ekipa Spiętego wypadła dość blado. Zabrakło w tym występie energii, zabrakło czegoś niepowtarzalnego. W dodatku trzy nowe zaprezentowane kawałki każą niestety z niepokojem oczekiwać na nadchodzący album. Na przeciwległym biegunie należy umieścić występ Acid Drinkers, co jest o tyle dziwne, iż zarówno twórczości jak stylu bycia ich frontmana nie znoszę. Wypowiedziane z syndromem zatwardzenia "pasuje?" z następującym po nim sztucznym śmiechem to kompletnie nie moja bajka ale muszę przyznać, że Kwasożłopy podczas woodstockowego koncertu byli genialni. W setliście znalazły się jedynie kawałki z dwóch odcinków albumu Fishdick, ale zagrane zostały w taki sposób, że trudno nie zgodzić się z wypowiedzianymi chwilę po koncercie słowami Jurka, że "tylko najlepsze kapele mogą sobie pozwolić na granie cudzych piosenek". Absolutny szacun dla Acidów za ten występ! Niestety nie zachowałem wystarczającej ilości energii do przeżycia na maxa koncertu SKA-P. Muzycy jak zwykle stanęli na wysokości zadania prezentując na scenie wszystko to z czego są znani, fantastyczną dawkę energii oraz "show z przekazem". Nieco gorzej wypadli niestety dźwiękowcy, którzy postanowili wyjątkowo mocno podkreślić brzmienie gitary basowej, dość skutecznie zagłuszając wokal i sekcję dętą. Zastrzegam jednak, że być może mój odbiór wynikał ze zmęczenia, znam bowiem kilka osób, które twierdzą iż był to najlepszy koncert tegorocznego Woodstocku. Dla mnie absolutną wisienką na woodstockowym torcie, zgodnie zresztą z oczekiwaniem okazał się Manu Chao. To artysta stworzony wręcz do grania w takich miejscach. 750 tysięcy osób, które zgromadził ostatni dzień festiwalu fantastycznie odebrało liczne improwizacje artysty polegające między innymi na graniu kilku kawałków na jednym gitarowym temacie. Dzięki temu po pierwsze wykonanie wielu numerów znacznie różniło się od tych studyjnych, z drugiej koncert Manu był niczym czekoladki dla Forresta Gumpa, "you never know what you get". Miałem okazję przeżyć koncert Manu już wcześniej na Openerze. Tam również było niesamowicie. Tu wartością dodaną był widok artysty, który autentycznie nie może uwierzyć iż swoją grą sprawia radość tak wielkiej rzeszy ludzi. Będę pamiętał te chwile do końca życia. Kilka godzin wcześniej naprawdę korzystnie zaprezentowały się na woodstockowej PIERSI. Niczym U2 podczas Vertigo Tour zaczęli i skończyli tym samym kawałkiem. "Będzie, będzie zabawa, będzie się działo i znowu nocy będzie mało...". Ten tekst śmiało mógłby zostać hymnem Woodstocku. Pomiędzy Bałkanicami zespół zaprezentował fajny miks kabaretu i muzcznego best of, co z racji braku "oryginalnego" wokalisty nie było łatwe. Usłyszenie na żywo "Miłej", "Rowerka" czy "Nie Samym Chlebem Człowiek Żyje" było jednak czymś naprawdę fajnym. Tym bardziej, że po muzykach zespołu widać było, że właśnie grają koncert swojego życia, co zresztą wielokrotnie powtarzali. Zacnie wypadła również COMA, podczas koncertu której niestety znowu pojawił się delikatny problem z nagłośnieniem. Odszedł on jednak w niepamięć dzięki fantastycznemu zestawowi piosenek, jaki tego dnia zaprezentowali łodzianie. Leszek Żukowski na otwarcie, Trujące Kwiaty zaraz po nim oraz Woda Leży Pod Powierzchnią ze specjalną dedykacją dla Jurka - tak wyglądała pierwsza trójka tego koncertu. A potem było równie dobrze, aż do bisu, podczas którego ponad pół miliona osób słuchało "100 tysięcy jednakowych miast" siedząc, po którym podczas zamykającego koncert przepięknie zagranego "Los Cebula i Krokodyle Łzy" padło zdanie bardzo trafnie oddające klimat dwudziestego Przystanku Woodstock: "Dla mnie też niezbyt łaskawy był dzień, Dla mnie też za długa zima i zła Dla mnie też, ale przyznaj, ŻE W SUMIE ŻYJE SIĘ CUDNIE..." Przyznaję, cieszę się, że tu wróciłem!

niedziela, 22 czerwca 2014

ORANGE WARSAW FESTIVAL - DZIEŃ 3 - KASABIAN & LIMP BIZKIT

Tegoroczny Orange Warsaw Festival rozpoczął się z hukiem...spadającego telebimu. Współczuję tym, którzy pierwszego dnia nastawiali się na zabawę przy dźwiękach Ska-P czy The Pretty Reckless, których koncerty nie odbyły się z powodu opadów, a raczej opadu ekranu. Na swoje szczęście uczestniczyłem tylko w trzecim, ostatnim dniu imprezy na Stadionie Narodowym, a konkretnie w dwóch jego koncertach, z których wrażeniami chcę się tu krótko podzielić.
Nigdy jeszcze nie szedłem na muzyczny festiwal tak "sprofilowany" jak w zeszłą niedzielę skupiając się jedynie na występach Kasabian oraz Limp Bizkit.
Początek trasy koncertowej promującej nowy album to zdecydowanie najlepszy moment na zobaczenie każdego zespołu na żywo. Premiera 48:13 - piątej, studyjnej płyty czwórki z Leicester miał miejsce 6 dni przed ich warszawskim koncertem. Widziałem Kasabian na żywo po raz czwarty, zawsze było fajnie, ale nigdy jeszcze nie prezentowali się na scenie tak żywiołowo. W muzykach czuć było kipiącą energię, niemal każdy kawałek został zagrany z mocą, która omal nie rozsadziła Narodowego. Mimo tradycyjnych problemów tego miejsca z nagłośnieniem zabawa była przednia, a sam dźwięk też był przynajmniej przyzwoity. Na płycie łomotało jak nie wiem, ale spokojnie dało się odróżnić partie basu, dęciaków czy wokalu. Kasabian postawiło tego wieczoru na czad. Rozpoczęli tak jak startuje ich nowa płyta, od mega chaotycznego i kosmicznego Bumblebee, o którym bardziej rozpiszę się już wkrótce przy okazji recenzji 48:13 ale tu powiem tylko, że na żywo jest chyba jeszcze bardziej piorunujący niż w wersji studyjnej.


Następne kawałki pozostawiły metronom perkusisty na niemal niezmienionym tempie. Shoot The Runner, Underdog, Where Did All The Love Go, Days Are Forgotten oraz Eez-eh to kolejne pięć numerów zagranych tego dnia przez Anglików. Stadion dosłownie frunął razem z tysiącami skaczących ludzi. Dopiero siódme w kolejności I.D. pozwoliło na kilka minut oddechu przed, jak się okazało, kolejnym maratonem czadu. Fantastyczny miks najstarszych kawałków z najnowszymi w reprezentacji Club Foot, Stevie oraz Empire znowu wprowadził bowiem w drżenie całą Saską Kępę. Równie mocno co przewidywalnie było podczas zamykającej ten fantastyczny występ trójki: Switchblade Smiles, Vlad The Impaler oraz Fire poprzedzonej bujającym jak zawsze L.S.F.
Jedynym nie końca, moim zdaniem, udanym pomysłem tego dnia było wykonanie Praise You z repertuaru Fatboy Slima. Po pierwsze nie było w nim nic oryginalnego, po drugie zbyt wielu świetnych, własnych kompozycji Kasabian zabrakło z powodu ograniczonego czasu, żeby "marnować" 5 minut na cover. Czekam niecierpliwie na pierwszy, halowy koncert Anglików w Polsce, tak aby mogli znajdować się na scenie tak długo, jak chcą, tak, aby mogli zrobić krótki set akustyczny, zagrać kilka "smaczków" i zaprezentować bis dłuższy niż 20-sekundowe All You Need Is Love a capella. Wierzę, że nastąpi to jeszcze w tym roku, bo zarówno Tom, jak i Sergio byli autentycznie zajarani przyjęciem w Warszawie, kilkakrotnie dając temu werbalny wyraz.


Na pierwszy w życiu koncert Limp Bizkit ruszyłem naładowany mega pozytywną energią. A to, co zaprezentowali na drugiej, umieszczonej na błoniach Stadionu Narodowego scenie, Fred Durst i spółka podniosło ją do potęgi piątej. Set, którym Amerykanie poczęstowali zeszłej niedzieli publikę zasługuje na muzycznego Oscara. Przed koncertem zastanawiałem się czy twórczość Limp Bizkit przetrwała próbę czasu, czy przypadkiem nie zabrzmi w 2014 roku jak ciężkostrawny oldschool. Już pierwsze 3 minuty oddaliły moje obawy o kontynent dalej niż dziewczyna, która poszła w siną dal. Zagrane w początkowej fazie koncertu Rollin', Gold Cobra czy My Generation brzmiały tak jakby skomponowano je kilka miesięcy temu. Wrażenie potęgowało fantastyczne nagłośnienie sceny znajdującej się poza konstrukcją stadionu, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, iż największy muzyczny festiwal stolicy powinien odbywać się gdzie indziej, chociażby jak niegdyś na Służewcu, gdzie dźwięk był równie dobry jak podczas tegorocznego występu LB. Czysty, melodyjny wokal, mega czadowe gitary, fantastycznie nakręcająca perkusja i fenomenalne, stawiające czoło upływającemu czasowi kawałki to wszystko sprawiło, iż chciałem aby ta muzyczna noc nigdy się nie skończyła. Limp Bizkit fantastycznie wplątywali między swoje numery fragmenty klasyków, chociażby Birthday 50 Centa czy Stayin' Alive Bee Gees. Na kolana powaliły mnie jednak dwa zagrane na żywo covery: Faith z repertuaru Geroge'a Michaela, a przede wszystkim Killin' In The Name Of nieodżałowanego Rage Against The Machine. Moja szczęka znalazła się po tym koncercie znacznie poniżej poziomu kopanej nieopodal drugiej linii metra. Jeżeli kiedykolwiek będziecie mieli okazję zobaczyć w swojej okolicy Kasabian lub Limp Bizkit skorzystajcie z niej choćby nie wiem co. No i trzymajmy kciuki za to by kolejny Orange Warsaw Festival miał równie dobry line-up ale odbył się w innej, nie przymkniętej części miasta.

niedziela, 2 marca 2014

BACKSTREET BOYS - TORWAR 23.02.

Wiadomość o reaktywacji Backstreet Boys i ich koncercie w Polsce przyjąłem z dużą radością. Trudno zliczyć imprezy, które kręciły się w rytm przebojów tej piątki, ilość obitych kolan podczas wygłupów przy „Get Down” czy liczbę mega radosnych chwil, którym, mimo generalnej polewki z boys bandów, towarzyszyła  muza Chłopców z Tylnych Ulic. W latach licealnych ta grupa była na tyle obecna w naszej świadomości, że wcieliliśmy się w nią nawet podczas kabaretu studniówkowego, wcześniej ćwicząc choreografię z występu na rozdaniu nagród MTV z 1997 roku. Nigdy wcześniej nie byłem na koncercie boys bandu ale występu BSB przegapić po prostu nie mogłem. Podobnie pomyślało chyba tysiące innych osób bo bilety na Torwar zostały wyprzedane co do sztuki wiele tygodni przed imprezą.

Miałem lekkie obawy czy podczas owego show w głowie nie będzie grać mi nieustannie piosenka „i co ja robię tu? U u, co ty tutaj robisz?”, czy nie obejrzę cukierkowej szopki z playbacku, z panami w średnim wieku udających nastolatków. Reakcja na wyjście zespołu tylko te obawy spotęgowała. Rozglądając się po sali widziałem w ogromnej większości swoich równolatków, zastanawiałem się więc jaka idea przyświecała paniom wydającym ze swych gardeł przeszywający uszy pisk. Najpewniej chciały przypomnieć sobie swoje nastoletnie reakcje na swoich dawnych idoli lub przypomnieć im samym czasy, gdy byli piękni i młodzi. Na szczęście mniej więcej w połowie koncertu ów jazgot zaniknął i przerodził się w normalne brawa, bo też Backstreet Boys z każdym kolejnym zagranym kawałkiem udowadniali, że są po prostu grupą niezłych muzyków.

Można śmiać się ze stylu czy tekstów tych piosenek, nie lubić go czy nie rozumieć ale nie można przejść obojętnie obok faktu, że wszystko co zespół zaprezentował podczas koncertu zaśpiewane było na żywo i na bardzo wysokim poziomie. Poza tym mam wrażenie graniczące z pewnością, że wiele z piosenek Backstreet Boys przy odrobinie innej aranżacji wykonane przez „prawdziwy” popowo-rockowy zespół, choćby U2 czy Coldplay, stałoby się wielkimi hitami zajmującymi topowe miejsca w plebiscytach na kultowe ballady czy przeboje.

wtorek, 19 listopada 2013

CRYSTAL FIGHTERS: STODOŁA 11.11.2013

Poniedziałkowy koncert Crystal Fighters w Stodole miał niemalże identyczną setlistę jak ten, który odbył się na tegorocznym Openerze. Zachowana została nawet niemal całkowicie kolejność zaprezentowanych utworów. Z wyraźnych różnic odnotować można było jedynie przesunięcie I Love London oraz Wave do bisów. 
Kryształowi Wojownicy prezentują się na żywo fantastycznie. To prawdziwa żywa energia, melodyjna, skoczna i porywająca do szaleństwa. Trudno było znaleźć w Stodole osobę nie wykonująca rytmicznego „dżamp dżamp”. Sceniczni bohaterowie również nie oszczędzali się prezentując porcje pozytywnego zakręcenia. Sebeastian – wokalista pierwsze trzy kawałki występował z zasłoniętą twarzą. Kiedy wreszcie pozbył się przesłaniającej facjatę masko-peruki do złudzenia przypominał mi wokalistę Łąki Łan. Nie zabrakło wilkeigo kotła na środku sceny, ksylofonu czy mini gitarki, na której przygrywał co jakiś czas wokalista. Niestety tych dwóch ostatnich praktycznie nie było słychać. Nagłośnienie było bowiem tego dnia w Stodole fatalne...

wtorek, 10 września 2013

ROGER WATERS THE WALL LIVE - STADION NARODOWY: 20.08.2013

Na warszawski koncert Rogera Watersa zdecydowałem się „last minute”, w pełnym tego słowa znaczeniu. Dźwiękowa żenada na lipcowym występie Depeche Mode zniechęcała mnie do ponownego odwiedzenia Stadionu Narodowego, ostatecznie zwyciężył jednak sentyment i ogromny szacunek do płyty The Wall. W związku z kupnem biletu na kilka godzin przed rozpoczęciem show jedyną dostępną opcją było odebranie go pod stadionem. Widząc liczącą około 500 osób kolejkę stojącą w tym samym celu do 4 (słownie: CZTERECH) okienek na niecałą godzinę przed planowaną godziną rozpoczęcia koncertu szacowałem, że przynajmniej połowa z nich nie łącznie ze mną nie zobaczy występu Watersa od początku. Szczęśliwie znalazłem się w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu, w którym organizator na kwadrans przed ęgodziną zero" niespodziewanie postanowił uruchomić dwa kolejne punkty odbioru biletów. Dlaczego nie były one otwarte od początku pozostanie zagadką . W każdym razie przestrzegam przed wybieraniem opcji „odbierz przed koncertem”, bo zorganizowane jest to przez Live Nation w żenujący i odbiegający od wszelkich standardów sposób, zwłaszcza biorąc pod uwagę ceny biletów. No chyba, że ktoś lubi podkręcać się przed koncertem na zasadzie „zdążę czy może nie bałdzo”. Ja miałem mega farta, ale nie jestem pewny czy udało się wszystkim, mimo iż koncert rozpoczął się z półgodzinnym opóźnieniem.


Dość jednak o organizacji bo to co zobaczyłem 20 sierpnia na scenie Narodowego było bez najmniejszych wątpliwości najlepszym muzycznym show, jakie moje oczy kiedykolwiek widziały. Jeszcze przed rozpoczęciem w oczy rzucała się dekoracja w postaci ściany z białych cegieł sięgająca od dwóch  krawędzi sceny aż do trybun. Podczas całego koncertu pełniła ona funkcję ekranu, na którym wyświetlano liczne zdjęcia i animacje w ogromnej większości ukazujące przerażające konsekwencje wojny. Najciekawsze w tej ścianie było jednak to, iż przez całą pierwszą godzinę była ona rozbudowywana. Nie widziałem jeszcze koncertu, w którym scenografia zmienia się na oczach widzów non stop, dzięki czemu  jest budowana scenografia, dzięki czemu ciągle zmieniała się perspektywa widzenia sceny, aż do momentu, gdy muzyków widać było jedynie przez male okienka. Już przy otwierającym The Wall In The Flesh? Nad głowami wszystkich przeleciał samolot wypuszczony spod dachu stadionu, który z hukiem roztrzaskał się o sceniczne głośniki. Przy Another Brick On The Wall zobaczyliśmy monstrualnych rozmiarów kukłę nauczyciela grożącego kilkunastu znajdującym się na scenie dzieciom śpiewającym refren piosenki. Wcześniej na białej ścianie i telebimach wyświetlono falującą wodę, która nie wiem jaki cudem widoczna była w poziomie dając efekt zalewania całego stadionu przez morze. Nie sposób opisać całej sztafety wizualnych efektów, oddzielną wagę trzeba natomiast poświęcić dźwiękowi, co do jakości którego miałem największe obawy. W miejscu, w którym siedziałem był on po prostu fenomenalny...

niedziela, 11 sierpnia 2013

DEPECHE MODE - STADION NARODOWY - 25.07.2013

Od której strony nie zacząłbym wspominać lipcowego koncertu Depeche Mode w Warszawie jak bumerang powraca jego główny antybohater – Stadion Narodowy. Wygląda niestety na to, że obiekt ten kompletnie nie nadaje się na koncerty, w których na instrumentarium składa się coś więcej niż akustyczna gitara. Wraz z rozpoczęciem otwierającego występ Depechów Welcome To My World do uszu publiczności doszedł tumult przemieszony z bełkotem i dźwiękowym echem odbijającym się od trybun i zamkniętego mimo mega słonecznej aury dachu. Z owej rzeźni byłem w stanie wychwycić jedynie głos wokalisty i dudniące basy, sfera melodyczna instrumentów była kompletnie nie do rozpoznania. 
Po raz pierwszy złapałem nerwa przy zagranym jako trzecie Walking In My Shoes. To jeden z 3 moich ulubionych kawałków Dave’a i spółki a zamiast się nim cieszyć musiałem dogrywać sobie w wyobraźni piękna melodię, która go prowadzi. Kiedy dwa numery później Black Celebration również zabrzmiało jak trudny do rozpoznania bełt postanowiłem znaleźć na Narodowym miejsce, w których słychać choć trochę lepiej, choć zajęte pierwotnie miejsce blisko budki dźwiękowców wydawało się optymalne. Podczas poszukiwań okazało się, że w większości miejsc słychać jeszcze gorzej. Totalnie zmiażdżył mnie fakt, że Barrel Of A Gun udało mi się rozpoznać dopiero w refrenie. W końcu pozbawiony nadziei stanąłem przy samym wyjściu z płyty stadionu, co okazało się najlepszą decyzją tamtego wieczoru. Jedynie tam dźwięk był na tyle selektywny, że pozwalał rozróżnić dźwięki grane przez danych muzyków. Z każdą piosenką miejsca przy wyjściu stawały się coraz bardziej okupowane, co świadczy tylko o tym, że moje poszukiwania nie były fanaberią i zmierziły przynajmniej kilka tysięcy osób.
Szkoda tym bardziej, że, gdyby nie dźwiękowa żenada koncert byłby świetny. Mimo długiego czasu trwania trasy Dave wydawał się być w rewelacyjnej formie i dobrym nastroju. Początkowo wydawało mi się, że gorzej trudy długiego koncertowania znosi Martin, który w pierwszej połowie wyglądał na nieobecnego i mocno zmęczonego. Zmieniłem zdanie w tym temacie, gdy przejął on mikrofon serwując fantastyczne wykonania Higher Love i Shake The Disease. A rozpoczynające bisy Home było chyba najpiękniejszym momentem całego koncertu. Tak samo jak 12 lat temu podczas  koncertu DM na Służewcu do głowy przyszła mi myśl, że w tym zespole głównym wokalistą powinien być właśnie Martin. Odbieranie zajęcia Gahanowi byłoby jednak zbrodnią, zwłaszcza po piorunujących wykonaniach I Feel You i Just Can’t Get Enough, które rozkręciło i rozbawiło każdą jedna zebraną na stadionie osobę. Ten drugi, stary jak świat kawałek, mimo swojego oldschoolowego brzmienia nadal wypada rewelacyjnie. Większe szaleństwo zapanowała wśród publiki jedynie przy Enjoy The Silence, jakby nie patrzeć najbardziej znanym hiciorze zespołu. A jeszcze a propos oldschoolu: kiedy tylko na telebimie Andy do głowy przychodziły mi skojarzenia z Budką Suflera, jakoś taki podobny mi się wydał do KrzychaCugo, z twarzy i okularów. 

Depeche Mode zdecydowanie stanęli na wysokości koncertowego zadania. Rzekłbym nawet, że zrobili wszystko co się dało, aby odciągnąć uwagę od tragicznej jakości nagłośnienia. Naprawdę żałuję, że tak wiele miejsca poświęcić musiałem opisie tej żenady, ale robię to ku przestrodze: jeśli na Stadionie Narodowym będzie grała kapela, którą kochacie to lepiej sprawdźcie, gdzie występują dwa dni wcześniej i później i wybierzcie się lepiej na koncert do Berlina, Pragi czy Wilna. Może wyjdzie drożej ale na pewno zaoszczędzicie sporo nerwów. 

Cały warszawski koncert możecie obejrzeć poniżej.


niedziela, 4 sierpnia 2013

OPENER 2013 - DZIEŃ 4.

Moją aktywność ostatniego dnia festiwalu można by porównać do misia koali po sporej dawce eukaliptusa. Na papierze dzień zapowiadał się średnio, żelazny punkt programu stanowił jedynie koncert Crystal Fighters. Faworyci nie zawiedli dając najlepszy koncert całego Openera. Dotychczas miałem niefart do tej kapeli. Dwa lata temu ich występ przeszedł mi koło nosa zarówno na Hurrciane jak i Openerze. Po tym, co zobaczyłem, gdy wreszcie się udało żałuję tych wcześniejszych razów jeszcze bardziej. Ogień – to słowo najlepiej chyba oddaje to, co działo się pod Alterklub Stage tego sobotniego wieczoru, która przeżywała chyba tegoroczny rekord frekwencyjny. Ku mojej dużej radości Wojownicy postawili zdecydowanie na kawałki z  pierwszej, zdecydowanie lepszej od swej następczyni płyty. Po miażdżącym otwarciu w postaci Solar System oraz Follow wewnętrzne metronomy publiczności wychyliły się maksymalnie w prawą stronę. Totalny amok zapanował przy I Love London, najbardziej schizolskim numerze Kryształowych, fantastycznie wypadły również Plage, In The Summer oraz At Home. Jedyne czego żałuję, to, że koncert nie odbył się po ciemku lub w namiocie. Na zobaczenie Crystal Fighters pod dachem będzie jednak okazja 11 listopada w Stodole. Bilety zakupiłem zaraz po powrocie z festiwalu i jeśli ktoś z was chce bawić się w dzień niepodległości w warszawskim klubie radzę nie zwlekać z nabyciem ticketu.



Pierwszy sobotni koncert, zgodnie z oczekiwaniami okazał się najlepszy, nie miałem więc ciśnienia na ciąg dalszy.Pomny nienajlepszych, łagodnie rzecz ujmując, wspomnień z poprzedniego występu Kings Of Leon na Openerze tym razem podświadomie obrałem taktykę słuchania ich koncertu bez patrzenia na scenę. I muszę przyznać, że efekt był dużo lepszy niż się spodziewałem. Muzyka Amerykanów przemawia do mnie  dużo bardziej samym dźwiekiem, kiedy nie widzę jak nudzą się na scenie. W drugiej części koncertu postanowiłem jednak dołożyć sobie wrażenia wizualne. I muszę przyznać, że również było nieźle. Drugie podejście Kings Of Leon w Polsce wypadło znacznie lepiej niż premierowe. Było na tyle dobrze, że odpuściłem w efekcie koncert Transmisji. A Closer dosłownie skosił trawę na Babich Dołach.  



Tegorocznego Openra pożegnałem na koncerce LAO CHE. Koncert zdominowały piosenki z dwóch ostatnich krążków zespołu. Zaskakująco dobrze wypadły te z nielubianej przeze mnie płyty Prąd Stały Prąd Zmienny, które w plenerze wybrzmiały dużo głębiej niż w nagraniach studyjnych. Po raz kolejny okazało się niestety, że z najnowszymi numerami z rewelacyjnego Sountracku jest wręcz odwrotnie. Słyszałem je na żywo po raz drugi i po raz drugi zupełnie do mnie nie przemówiły. Wydaje się, że zespół nie jest w stanie odtworzyć tego, co zarejestrował w studio, stąd przearanżował piosenki, nie do końca udanie. Zwłaszcza te najlepsze: Govindam, Już Jutro czy Zombie. Babie Doły opuściłem przy dźwiękach klimatycznego Idzie Wiatr. 

Tegoroczny Opener stał na naprawdę wysokim poziome i zaliczam go zdecydowanie do najlepszej trójki spośród 10 edycji, na których byłem. Mimo bardzo ciekawego line-upu nie osiągnął on jednak rewelacyjnej frekwencji. Jeśli wierzyć zasłyszanym rozmowom ochroniarzy w sobote, najbardziej „ludnym” dniu festiwalu spodziewano się jedynie 40 tysięcy osób. Jestem jednak pewny, że żadna z nich nie opuszczała Gdyni zawiedziona.  

wtorek, 30 lipca 2013

OPENER 2013 - DZIEŃ 3

Trzeci dzień Openera 2013 zapowiadał się jako najciekawszy z całego festiwalu. Rozpocząłem go pod główną sceną, na której zaprezentował się „Kaliber 44”. Bardzo podobny koncert odbył się w tym samym miejscu bodajże 6 lat temu, z tymże wtedy miał miejsce pod szyldem Abradab. Muzyka K44 zdecydowanie przetrwała próbę czasu, koncert brzmiał świetnie a główna scena zanotowała chyba rekord frekwencyjny jeśli chodzi o koncerty o godzinie 18. Super było się pobujać przy dźwiękach znanych z liceum, śmiesznie zobaczyć jak ząb czasu nagryzł rówieśników. W oczy rzucał się szczególnie Joka, którego twarz przybrała kształt owalu i który przy swoich dłuższych partiach czerwieniał niczym truskawka w szczycie rozkwitu. Fajny wyglądały winyle MC z logo K44, całość brzmiała naprawdę super, energia koncertu nie pozwalała na bezruch. Po godzinie z repertuarem Kalibra usłyszeliśmy kilka utworów Abradabu a także Nie Rytmiczny Me How Indios Bravos wyśpiewany przez Gutka. 



Koncert trwał 100 minut ale chcąc zobaczyć choć chwilę grających równolegle Palma Violets musiałem uciec pod koniec pod Alterklub Stage. A tam również działo się pięknie. Staram się unikać frazesów ale ze sceny biła prawdziwa młodzieńcza energia. Dawno nie widziałem tak bezkompromisowo zagranego koncertu, pełnego autentycznej euforii z powodu przebywania na scenie. Prostota piosenek Palma Violets na żywo słyszalna była jeszcze bardziej niż na płycie, z tymże w tym przypadku należy to potraktować jako komplement. Świetnego smaczku dodawały wszelkiego rodzaju niestrojenia czy drobne pomyłki, które sprawiały, iż mimo przebywania w plenerze można było poczuć się jak na małym garażowym koncercie. Dokładnie tak wyobrażam sobie The Clash w pierwszych latach działalności. Całość skończyła się szaleństwem pod scena w wykonaniu dwóch członków zespołu, którzy zeskoczyli z niej podczas trwania Brand New Song.



Z wysoko zawieszoną przez Palma Violets poprzeczką w pięknym stylu poradziło sobie Skunk Anansie, które po raz kolejny udowodniło, że na żywo jest  prawdziwą petardą. Będąca idealnym przykładem żywego ADHD Skin jak zwykle dała czadu miotając się po scenie. Fantastycznie brzmiała gitara basowa. Masakrycznie dobrze wypadło Becasue Of You, do teraz na wspomnienie tamtego wykonania przechodzą mnie ciarki. Równie mocno i pięknie wybrzmiały This Is Not A Game oraz Weak.  Jak dotąd był to obok Alt-JNicka Cave’a zdecydowanie najlepszy koncert tegorocznej edycji



Po jego zakończeniu w ramach energetycznego kontrastu pobiegłem posłuchać These New Puritans. Zdążyłem akurat na ulubione Three Thousands. Purytanie grają bardzo mrocznie, czasem wręcz schizofrenicznie, do ich muzyki potrzeba koncentracji i specjalnej fazy. Ja byłem jeszcze nakręcony koncertem Skunk Anansie, stąd pogrzebowy klimat These New Puritans nie do końca zgadzał się z tym co miałem w duszy. W efekcie wiele wspomnień z tej sztuki mi nie pozostało.



Gwiazdą trzeciego wieczoru Openera 2013 była jednym z głównych powodów dlaczego na pierwszy weekend lipca wybrałem Gdynię zamiast belgijskiego Werchtera. Pierwsze co uderzyło mnie podczas tego koncertu to wygląd Josha, którego ząb czasu nadgryzł w ostatnim czasie w tempie Usaina Bolta. Nie umiem jednoznacznie ocenić tego, co QOTSA zaprezentowała piątkowego wieczora na Babich Dołach. Z jednej strony do uszu wpływał kawał świetnej, mocnej, gitarowej muzy, z drugiej chwilami odnosiłem wrażenie, że ich niektóre kawałki nie wytrzymały próby czasu. Po piorunującym początku w postaci m.in. Feel Good Hit Of The Summer i No One Knows po około kwadransie zespół złapał jakby trwającą 20 minut  zadyszkę, podczas której momentami robiło się nudnawo. Na wysokie obroty koncert wrócił wraz z If I Had Tail i kolejnych miażdżącym Little Sister i pięknie bujającym Make It Wit Chu, podczas którego Josh upomniał ochronę o nieprzeszkadzanie ludziom w zabawie. „Hey security guy, this is fuckin’ Queens Of The Stone Age concert, everybody do whatever they want” – piękna sprawa. Przypomniały mi się chwile, gdy kilkanaście lat temu podobne teksty można było usłyszeć ze sceny bardzo często. Dziś to już rzadkość, gdyż wiele zespołów zdaje się nie zauważać publiczności. Amerykanie z QOTSA zdecydowanie do nich nie należą. Czuć było, że openerowy występ jest dla nich dużą radością. W pewnym momencie Josh wypowiedział słowa „Poland, you are number fuckin’ one. There is no one in the world even close”. Ponieważ muzyk słynie z tego, że nie podlizuje się publiczności można chyba uwierzyć w ich szczerość. Świetnie prezentowała się wizualna część koncertu, pełna klimatycznych wizualizacji i filmowych historyjek łącznie z tą najmocniejszą’”samobójczą” przy I Appear Missing. Podsumowując występ piątkowego headlinera – generalnie było nieźle, momentami fantastycznie, nie będę jednak wspominał tego koncertu do końca życia. Swoją drogą zapis całości możecie obejrzeć TU.

W oczekiwaniu na zamykające główną scenę The National załapałem się jeszcze na końcówkę koncertu
Heya w namiocie. Spontaniczne, niemal oryginalne w surowej wersji gitara plus wokal wykonanie
Zazdrości na jego zakończnie było jednym z najfajniejszych momentów festiwalu. Zagrane  chwilę
wcześniej Nie To Nie również kosiło równo z trawą.



Natomiast zamykający piątkowe występy na głównej scenie koncert The National okazał się największym
rozczarowaniem festiwalu. W mojej subiektywnej ocenie był on koszmarnie zły, przez całość jego
trwania miałem wrażenie, że każdy z muzyków gra oddzielną sztukę, z których wszystkie dźwięki razem absolutnie nie łączą się w całość. Boleśnie uderzał w uszy brak na scenie jakiegokolwiek „flow”, jakiejkolwiek chemii i magii, brzmiało to jak marnej jakości bootleg. Myślałem, że mój zły odbiór tego koncertu wynikał ze zmęczenia lub nie najlepszej fazy w danym momencie. Większość znajomych, którzy go widzieli wypowiadali się o nim pozytywnie. Przed zbyt krytyczną oceną  tego występu postanowiłem przypomnieć sobie jego fragmenty na youtubie. I to, co zobaczyłem, chociażby TU irytuje mnie identycznie jak w ów piątkowy wieczór. Na żywo brzmiało to równie źle jak  odtworzone w jakości HD. Może wynikało to z braku zgrania nowego gitarzysty z resztą, może z błędu dźwiękowca, może ze złego dnia chłopaków ale owo półtorej godzinie było najgorszymi podczas Openera 2013. Najlepsze miało jednak dopiero nastąpić...

c.d.n.