poniedziałek, 1 stycznia 2018

niedziela, 31 grudnia 2017

PŁYTY ROKU 2017 - MIEJSCA 10-4

10. HEY - C.D.N.

Oprócz fantastycznych koncertów w ramach Fayrant Tour na podsumowanie ćwierćwiecza działalności przygotował dwupłytową składankę najwiekszych przebojów. Normalnie płyta z serii „greatest hits” nie miałaby miejsca wśród 10 najlepszych płyt danego roku, w tym przypadku Szczecinianie nagrali jednak wszystkie kawałki od nowa, w nowych aranżacjach. Niektóre lepsze, inne gorsze od oryginału, bez wątpienia warte do posłuchania.

9. ARCADE FIRE - Everything Now

Poprzedni krążek Kanadyjczyków zwyciężył w zestawieniu najlepszych płyt roku 2013. Tym razem nie jest tak dobrze. Kilka świetnych utworów przeplata niestety kilka marniejszych, jednowymiarowych, nietypowych dla tego zespołu.

8. KASABIAN - For Crying Out Loud
Czwórka z Leciester ponownie bardziej lubi gitary niż elektroniczne eksperymenty. Ich tegoroczny album nie zaskakuje ale zdecydowanie cieszy ucho.

7. U2 - Songs Of Experience

Podobnie w przypadku U2, zero innowacji, dużo ładnych melodii. Pieśni Doświadczenia to płyta, która na pewno nie przejdzie do historii muzyki. Całość trzyma jednak poziom i słucha się jej z przyjemnością. Szczegółową recenzję znajdziecie na Bonomuzie w styczniu.

6. ANITA LIPNICKA & THE HATS - Miód i Dym

Ten album to dowód na to, że naprawdę „wszystko się może zdarzyć”. Anita poczęstowała nas w tym roku spokojną, dość smutną i przepiękną porcją muzyki. Szczegóły za kilka dni.

5. THE XX - I See You

Brytyjskie trio w formie. Grają niby ciągle to samo a jednak z pyty na płytę słychać progres i próby poszukiwań alternatywnych rozwiązań.

4. ROYAL BLOOD - How Did We Get So Dark

Sprawne ominięcie „syndromu drugiej płyty” to dla wielu zespołów rzecz nie do przeskoczenia. Panom z Królewską Krwią udało się to fantastycznie. Ich drugie dziecko to prawdziwa muzyczna petarda.


sobota, 30 grudnia 2017

KASABIAN - FOR CRYING OUT LOUD

Po sporej dawce eksperymentów przy okazji albumu 48:13 panowie z Kasabian postanowili w tym roku wydać album przewidywalny do bólu, zawierający wszystkie elementy charakterystyczne dla kwartetu z Leicester. Tym sposobem otrzymujemy mało nowatorski ale świetny do słuchania album. For Crying Out Loud zdecydowanie najlepiej brzmi pomiędzy numerem 4 a 6 - te trzy piosenki to Kasabian w absolutnie szczytowej formie. Good Fight urzeka fantastyczna partią basu napędzającą zwrotkę utworu, która w refrenie oddaje pola gitarze Sergio oraz jego fantastycznemu dialogowi wokalnemu z Tomem. To taki numer, który poderwie z krzesła nawet największego mruka i „arytma”. Wraz z ostatnim dźwiękiem owej pieśni wpadamy w objęcie jeszcze bardziej przebojowego Wasted. Ma ona w sobie coś absolutnie magicznego, bujającego i hipnotyzującego. „There’s been so much time wasted without you by my side…” - słowa rozpoczynające refren obijały się o mój mózg przez ogromną część drugiej połowy tego roku. Absolutny hit. Ukryty pod numerem 6 Comeback Kid to najbardziej tajemniczy i zróżnicowany kawałek z najlepszej trójki tej płyty. Rozpoczyna się od instrumentów dętych, zwrotka pełna niepokoju daj jakby znać, że zaraz rozpocznie się chaos, ten poprzedza jednak jeszcze most prowadzący do refrenu, który można by puścić każdemu, kto w 20 sekund chciałby zrozumieć na czym polega fenomen zespołu Kasabian. Party Never Ends to dużo spokojniejszy utwór w którym pierwszoplanową rolę pełnią klawisze. All Trough The NIght to z kolei akustyczna ballada uspokajająca puls a Sixteen Blocks brzmi jakby stworzono ją specjalnie dla wkładających małe kolorowe obrazki pod język. Żeby nie było, że to skojarzenie z dolnej części pleców kolejny numer zatytułowany jest Bless This Acid House i można śmiało nazwać go bratem bliźniakiem piosnki Stevie z poprzedniego krążka. Prosta, rockowa piosenka, która podczas koncertów na 200 procent spowoduje podskoki do piątego piętra.
For Crying Out Loud to naprawdę dobra płyta, tym, którzy nie do końca polubili poprzednie wcielenie zespołu przyniesie znaczą ulgę. Z kolei fani oczekujący od Kasabian ciągłego odkrywania nowych muzycznych lądów mogą poczuć się lekko rozczarowani. Osobiście lubię ten album ale delikatnie brakuje mi dwóch czy trzech piosenek, które pokazały by, że Brytyjczycy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i nie postanowili jedynie powielać sprawdzonych pomysłów.


środa, 27 grudnia 2017

THE XX - I SEE YOU

Kiedy niemal rok temu do rozgłośni radiowych trafił utwór On Hold promujący trzeci studyjny album The XX minę miałem nietęgą. Rozumiem, że Zenek Martyniuk bije rekordy popularności, dobry beat to podstawa i w ogóle wszyscy mają chrapkę na bounce ale w przypadku zespołu, który smuci tak pięknie jak mało kto wydawało mi się to krokiem za daleko. I choć nie jestem konserwatystą to po zapoznaniu się z całą płytą utwierdzam się w przekonaniu, że brytyjskie trio traci większość swoich walorów wychodząc z muzycznego mroku i ulegając muzyczno-tanecznym fascynacjom Jamiego XX. I See You brzmi bowiem świetnie dopóki zespół nie przekracza tempa 100 uderzeń na minutę. Szybsze utwory, moim skromnym zdaniem psują klimat wypracowany przez te wolniejsze i niepotrzebnie zacierają dobre wrażenie po tej naprawdę dobrej płycie. A typowanie trzech najsłabszych elementów krążka na promujące go single zakrawa na sabotaż. No ale kto bogatemu zabroni.
I See You zaczyna się od Dangerous, kawałka przeciętnego, jednego ze słabszej trójcy, średnio pasującego na otwarcie płyty. Zaraz po nim słyszymy natomiast przepiękne Say Something Loving, który przy każdy przesłuchaniu jakąś dziwną siłą powoduje, że zaczynam marzyć. Lips to bardzo dobra piosenka, jej pech polega jednak na tym, że umieszczono ją pomiędzy pięknym Say Something Loving i zdecydowanie najlepszym na płycie Violent Noise. Ten drugi utwór to kwintesencja stylu The XX. Kilka granych trójkami gitarowych dwudzwięków, pierwsza zwrotka zaśpiewana przez Oliviera, druga przez Romy a między nimi cudowny refren z genialną, pulsującą partią klawiszy. To jedna z trzech najlepszych piosenek tego roku. Idąc za ciosem The XX proponuje następnie pieśń idealnie nadającą się do pocięcia czerstwą bułką, czyli Performance - kosmicznie smutny utwór, który hipnotyzuje prostotą i przepiękną melodią. Nieco pogodniej brzmi równie udana Replica, a refren z udziałem fortepianu znów pozwala odlecieć w świat, nad którym nie rozważamy zbyt często. Jeżeli jednak bardziej mentalnie utożsamiacie się z czerstwą bułką już chwilę później możecie posmucić się do woli przy okazji Brave For You, mocno nawiązującego do pierwszego krążka ówczesnego brytyjskiego kwartetu.
Następnie na krążku I See You dzieją się dwa kompletne nieporozumienia. Z rytmu i rozmyślań wyrywa nas najpierw wspominany już singlowy On Hold oraz kompletnie nijakie I Dare You. Próbowałem wielokrotnie ale nadal nie odkryłem genezy istnienia tych dwóch utworów na tym krążku. Zamyka go dziwny nieco, w dużej mierze instrumentalny Test Me, który dzięki wielu ciekawym dźwiękom łagodzi lekki niesmak pozostawiony przez dwie poprzedniczki.
Całościowy efekt jest jednak pozytywny. Celowo odstawiłem tę płytę na kilka miesięcy przed napisaniem recenzji i spotkanie po tej krótkiej rozłące było bardzo pozytywne, stęskniłem się. Z czystym sumieniem mogę polecić I See You każdemu kto szuka chwytliwych, smutnych melodii w towarzystwie oryginalnego, ascetyczno-elektronicznego brzmienia.
 

wtorek, 26 grudnia 2017

ARCADE FIRE - EVERYTHING NOW

Domyślam się, że nagranie następcy płyty tak genialnej jak Reflektor to zadanie kosmicznie trudne. Arcade Fire czekali ze swoją nową propozycją 4 lata i choć płyta jest niezła, pod koniec wręcz świetna to śladem poprzednika, który wygrał zestawienie płyt roku 2013 raczej nie pójdzie.
Everything Now zaskakuje in minus przewidywalnością i niekompletnością niektórych utworów. Część z nich niby ma w sobie coś fajnego, z drugiej strony inny element powodujący iż brzmią one jak niedopracowane. I tak Creature Comfort z jednej strony intryguje beatem, z drugiej jednak denerwuje piskliwym refrenem. Z kolei Chemistry ma wkręcający rytm, gitara w refrenie fajnie współgra z wokalem, z drugiej strony jednak melodia zwrotki jest toporna jak nocnik a manierę wokalną Wina niewiele różni od melodeklamacji. Ten sam motyw pojawia się w Peter Pan, utworze świetnym w wersji instrumentalnej i bardzo przeciętnym w wokalnej. Trudno też odmówić uroku takim kompozycjom jak Electric Blue czy Signs Of Life, podobnie jak tytułowe Everything Now oscylują w okolicy inteligentnego disco, brak im jednak jakiegoś charakterystycznego elementu, przysłowiowej „truskawki na torcie”.
Na Everything Now brakuje kawałków wybitnych, takich bez których trudno wyobrazić sobie istnienie zespołu ale zamykająca krążek trójka jest bardzo blisko tej kategorii. Nie wliczając w nią oczywiście instrumentalnego Everything Now (continued). Najlepszy, bez dwóch zdań, numer na płycie nosi tytuł Good God Damn. Spokojna kompozycja prowadzona przez dialog basu i gitary z chwytliwym refrenem śpiewanym w wysokim rejestrze sprawia, że serce bije szybciej. Podobnie działa Put Your Money On Me, utrzymany w dużo większym tempie, niesiony przez tykającą elektronikę i wokalne dwugłosy, których wielość pozwala odpłynąć zwłaszcza w drugiej części utworu. Sporo muzycznych delicji znajdziemy też w We Don’t Deserve Love. Ciekawym zabiegiem jest też podwójny utwór Infinite Content, najpierw zagrane w niemal punkowej aranżacji, niespełna 120 sekund później, na oddzielnej ścieżce której tytuł różni się jedynie znakiem „_” pomiędzy dwoma słowami brzmiące kompletnie inaczej, wolniej, swingująco, tak jakby utwór cofnął się o kilkanaście lat muzycznej historii.

Długo zwlekałem z recenzją tej płyty. Arcade Fire to ważny dla mnie zespół a ich najnowszy twór początkowo kompletnie do mnie nie przemawiał, po kilku tygodniach zaprzyjaźniłem się z nim o wiele bardziej by koniec końców pozostać na etapie dobrej ale niespecjalnie zażyłej znajomości. Everything Now to niezła płyta, sięgam po nią dość regularnie ale z dużo mniejszą radością niż w przypadku albumu Reflektor. 


poniedziałek, 25 grudnia 2017

ROYAL BLOOD - HOW DID WE GET SO DARK?

Royal Blood przeszli przez syndrom drugiej płyty stopami suchymi niczym suchary z Familiady. How Did We Get So Dark to rockowa petarda, która wybucha wraz z pierwszym dźwiękiem a jej huk wybrzmiewa do ostatniej nuty albumu. Pierwsza trójka to rollercoaster bez taryfy ulgowej zawierający wszystko to, za co pokochaliśmy brytyjski duet po ich debiutanckim krążku. Numer tytułowy smakowicie wprowadza nas w świat pierwszych dwóch singli promujących wydawnictwo: Lights Out i I Only Lie When I Love You. Oba absolutnie fantastyczne z delikatnym wskazaniem na pierwszy, prowadzony przez zmienny rytm, gitarowe „slajdy” i chwytliwą melodię refrenu. Lights Out pobudza wszystkie zmysły skuteczniej niż guarana podana dożylnie.
Członkowie Royal Blood swoim drugim wydawnictwem dostarczają fanom pokaźną dawkę czadu rodem z pierwszej płyty. Także Hook, Line & Sinker czy Hole In Your Heart to kawałki, które śmiało można nazwać kontynuacją debiutanckiej płyty.

Tym, co sprawia, że How Did We Get So Dark jest nagraniem ponadprzeciętnym, są jednak nowe muzyczne tereny, w które zapuścił się zespół. Where Are You Know początkowo wydaje się jednowymiarowym odrzutem z pierwszych sesji nagraniowych, po około minucie zaczyna jednak do złudzenia przypominać styl typowy dla zespołu MUSE. She’s Creeping rozpoczyna się niczym utwór Weezera, Mike eksperymentuje tu zarówno z brzmieniem, jak i sposobem śpiewania wychodząc z tej próby zwycięsko Jeszcze piękniej wypada Don’t Tell, którą przy odrobinie dobrej woli można wręcz nazwać balladą. Bez względu na terminologię to naprawdę fantastyczny utwór z cudowną gitarową solówką. Zamykające całość Sleep jest tak pięknie soczyste, ciężkie, mroczne a zarazem melodyjne, że automatycznie chce się słuchać tego dzieła od początku.

Ogromny szacun dla panów z Brigthon za muzyczną zawartość ich drugiego krążka, za brak pójścia na łatwiznę tylko podróż w nieznane dotychczas twórcze obszary. Z niecierpliwością wyczekuję kolejnego koncertu oraz trzeciego dziecka reprezentującego istnie królewską, muzyczną krew duetu.






niedziela, 24 grudnia 2017

COMA - METAL BALLADS VOL. 1

Kiedy dowiedziałem się, że nowa płyta COMY będzie nazywać się Metal Ballads Vol. 1 delikatnie obawiałem się równie nieudanego eksperymentu jak poprzedni album. Antidotum na swoje lęki znalazłem już w pierwszych dźwiękach nowego krążka. Uspokój Się - zdawał się mówić Roguc i spółka nazywając tak pierwszy kawałek. Melodyjna partia basu otwierająca płytę wyraźnie daje znać, że będzie dobrze. I są to dobre fantastycznego początki. Singlowe Lajki czarują humorem oraz muzyczną, prymitywną mocą, odczuwalną zwłaszcza na koncertach. Z kolei Widzę do tyłu sekwencyjnością zwrotki, w której słyszymy wokal w towarzystwie perkusji na zmianę z wysokimi rejestrami gitary oraz totalny chaos w refrenie. Im dalej w las tym lepiej. Po spokojnym, akustycznym oddechu w postaci utworu Za Słaby otrzymujemy największą, zwłaszcza tekstową petardę tego krążka.

Odwołuję miasta, ODWOŁANE!
Odwołuję życie, ODWOŁANE!
Społeczeństwo NIE JEST PRAWOMOCNE!
Społeczeństwo będzie ODWOŁANE!

Ten utwór to ewidentny monolog pewnego sfrustrowanego kota z Żoliborza. Dobrze poinformowani twierdzą, że wabi się Prezes.
Równie mocno muzycznie brzmi Snajper, dużo pogodniej Cukiernicy oraz zamykające album Proste Decyzje. Każdy z tych utworów ma w sobie coś specjalnego, aranżacyjny lub tekstowy smakołyk sprawiający, iż sieją one w mózgu pozytywne, muzyczne spustoszenie. Tak naprawdę zdanie to można by odnieść do każdego z jedenastu „Metal Ballads”. Na szczególną uwagę zasługuje przedostatnie Za Chwilę Przestaniemy Świecić przechodzące po 3 minutach jednostajnego, spokojnego utworu w mocniejszą, krótką lecz treściwą opowieść o naszych wschodnich sąsiadach oraz politykach.

Nie umiem trafnie oddać słowami całej palety smaków umieszczonej w trzech kwadransach muzyki z Metal Ballads Vol.1. Nie chcę też zajmować Wam ani sekundy więcej, które powstrzymają Was przed zapoznaniem się z najnowszym krążkiem COMY. Nie warto zwlekać.

PS. Na koncercie w Stodole 3 grudnia utwór Odwołane został zagrany dwa razy. Powtórka miała miejsce spontanicznie na zakończenie drugiego bisu. Poprzedziły ją życzenia Piotra Roguckiego „aby nikt Was nie odwołał”. W ten piękny wigilijny dzień odpisuję się pod tą dedykacją a dodatkowo w życzę Wam drodzy Bonomuzianie wielu równie fantastycznych płyt, jak to opisana powyżej.


niedziela, 17 grudnia 2017

HEY - FAYRANT TOUR - 24.11 & 14.12 2017

Mimo, iż od pożegnalnego koncertu Heya minęły prawie 72 godziny w mojej głowie nadal brzmi wiele jego fragmentów.  Widziałem już kilka zespołów żegnających się z publicznością, byłem też na Torwarze 3 tygodnie temu na otwierającym trasę Fayrant Tour koncercie ale nigdy nie czułem ze sceny tylu emocji co w miniony czwartek podczas ostatniego występ Heya przed przerwą. Kaśka wybuchająca płaczem podczas śpiewania kończącego zasadniczy set Moja i Twoja Nadzieja, Marcin Żabiełowicz mówiący łamiący się głosem „dla mnie ten zespół to wszystko”, Jacek żegnający się słowami „chcę wierzyć, że mogę powiedzieć do zobaczenia”, Robert stwierdzający iż jest „roz…jak paczka gwoździ”, Paweł Krawczyk siedzący i ciężko oddychający podczas pożegnalnych słów pozostałych członków zespołu. Wszystkie te sytuacje dobitnie pokazywały jak ważny i trudny jest to moment dla muzyków Heya. A mi uświadomił, że to właściwie pierwsza, najstarsza kapela, której towarzyszyłem absolutnie od samego początku, byłem świadkiem narodzin ich kolejnych dzieci a pierworodne Fire ujrzało świat, gdy byłem w siódmej klasie podstawówki.

Oba warszawskie koncerty w ramach Fayrant Tour były dla mnie prawdziwą podróżą przez ostatnie ćwierćwiecze. Kiedy na scenie pojawił się Piotr Banach miałem przed oczami niesamowitą porcję flashbacków, cofnąłem się do pierwszej połowy lat 90-tych, znowu byłem nastolatkiem. Mało przeżyłem muzycznych chwil, gdy ciarki tak mocno przechodziły moje ciało. Na drugim koncercie podczas Dreams i Ho w oczach stanęły mi świeczki.


Oba koncerty pełne były muzycznych smakołyków. Ten najbardziej kontrowersyjny w postaci Beaty Kozidrak okazał się strzałem w dwudziestkę. BAJM to kompletnie nie moja bajka ale „Co mi Panie dasz” pokazało jak wielki rockowy potencjał tkwi w niektórych kawałkach tego zespołu. Z kolei Misie z Beatą na wokalu pokazały jak wielkie możliwości wokalne ma owa pani. Bisy drugiego koncertu rozpoczęły się od Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan w wykonaniu Sorry Boys i chóru gospelowego. I tak, jak nie przepadam za tą piosenką to w tym wykonaniu słuchać jej mogę wielokrotnie.

Najbardziej rozwalające było jednak dla mnie zakończenie przygody Heya ze sceną. Trzeci, nieplanowany bis wybrzmiał piosenką Luli Lali. Pomyślałem sobie wtedy, że żal kończyć 25-letnią historię tak średnim kawałkiem. I wtedy nagle Kasia mówi o jeszcze jednej niespodziance, krótkiej piosence, do której wykonania zaprasza na scenę Piotra. „On to zaczął, niech on też skończy” - powiedział Jacek Chrzanowski schodząc ze sceny. W zamian pojawił się Piotr Banach i zagrał trwające niecałe 60 sekund Chyba. Pamiętam jak dziś, gdy Hey 23 lata temu rozpoczynał tym utworem koncerty promujące ich drugą płytę Ho. Trudno o piękniejszą klamrę, piękniejsze zakończenie tej przepięknej muzycznej historii.


Drogi Heyu, z całego serca dziękuje Ci za to cudowne muzyczne ćwierćwiecze!

poniedziałek, 2 października 2017

WIĘCEJ NIESTETY NIE SPADNIE

Kolejny muzyk z olbrzymim talentem do pisania prostych, pięknych piosenek zmienił na stałe miejsce zamieszkania. Free Fallin' na zawsze będzie kojarzyć mi się z czasem beztroski, z nastoletnimi dniami, kiedy każda kolejna minuta niosła nowość a każdy kolejny dzień był równie nieprzewidywalny co polski wyborca. Ta fantastyczna pieśń powstała w tym samym roku, co demokracja w Polsce. I choć minęło 28 lat nie straciła nic ze swojej wielkości. Nadal za każdym razem, gdy ją słyszę mentalnie przenoszę się na wyższy poziom wolności. Dziękuje Tom, odpoczywaj w spokoju.

środa, 6 września 2017

NIEWINNOŚĆ vs DOŚWIADCZENIE 2:0

Nowa płyta U2 nadciąga wielkimi krokami. Dziś w eter trafił pierwszy singiel promujący Songs of Experience. Serce zawsze mocniej mi bije, kiedy słyszę, że mój ukochany zespół jest w formie. You're the Best Thing About Me ma w sobie wiele elementów, dzięki którym już przez ćwierć wieku kóśledzę kolejne kroki Irlandczyków z zapartym tchem. Podobnie jak w przypadku opublikowanego kilka dni temu Blackout najlepszy w tym utworze wydaje się początek. Uczciwie przyznaję, że lepsze wrażenie zrobiły na mnie dwie pierwsze propozycje przepremierowo prezentowane przy okazji poprzedniego krążka. Songs of Innocence promowały bowiem The Miracle (of Joey Ramone) oraz Every Breaking Wave. Tamte kawałki były rewelacyjne, tegoroczne są po prostu dobre. Czekam niecierpliwie na Pieśni Doświadczenia oraz promującą je trasę.

wtorek, 1 sierpnia 2017

wtorek, 4 lipca 2017

PISTOLE A RUZE

Na zakończenie fantastycznego muzycznego tygodnia dziś czas na deser w postaci koncertu Guns'n'Roses. Czekałem na tę chwilę 25 lat, od momentu kiedy po raz pierwszy zobaczyłem teledysk do Don't Cry. Gunsi to był mój pierwszy, totalnie ulubiony zespół. Ziomale z podwórka raczej nie pochwalili wyboru, pytali kiedy kupuję lajkry i śmiali się, mówili, że dobra muza to jesynie AC piorun DC i Anthrax. Wytrwałem przy swoim i dziś po raz pierwszy w życiu zobaczę Slasha, Duffa i Axla na jednej scenie. Odliczam godziny, relacja wkrótce. Tymczasem zostawiam Was z Rakietową Królową, której nie powinno dziś zabraknąć na lotnisku Letnany.

niedziela, 2 lipca 2017

OPENER 2017

Kilkanaście godzin po zakończeniu piętnastej edycji Openera czas na kilka wrażeń z imprezy. Dawno w składzie tego festiwalu nie było takich muzycznych gwiazd jak Radiohead i Foo Fighters. Choć zachowane w zupełnie innej stylistyce i zagrane na innym poziomie energetycznym koncerty obydwu grup pokazały, że ich miejsce w absolutnym muzycznym topie jest bardziej niż zasłużone. W występie Radiohead najbardziej rzucało się w uszy, to jak dobrym muzykiem jest każdy z jego członków. Całość wykonana wręcz perfekcyjnie, z ciekawą listą utworów, spośród których najbardziej zabrakło No Suprises. Sceniczny kontakt Toma z publicznością polegał głównie na „ha ha ha ha” wypowiadanym co 5 piosenek. I choć nie jest to nie do końca moja bajka to muszę przyznać, że artyści stworzyli tak fantastyczny i pełny skupienia klimat, że rozbudowane gadanie pomiędzy piosenkami nie było absolutnie potrzebne. Jedyny moment, w którym zrobiło się jakby nudniej to czas pomiędzy Airbag a Idenkit wypełniony głównie utworami, w których melodię zastępuje trans. Poza tym nieco ponad dwie godziny spędzone z kapelą, której absolutnie nie jestem fanatykiem uważam za jedne z lepiej spędzonych 120 minut w życiu. Wrażenie było tak duże, że zwyczajnie nie miałem ochoty na obcowanie tej nocy z kolejnymi dźwiękami.
Przed Radiogłowymi bardzo dobry koncert zagrali Royal Blood. Wokalista narzekał coś na swój głos, przepraszał mówiąc, że w Anglii już by go za coś takiego zabili, ale mówiąc szczerze nie kumam o co mu chodziło. Największym zaskoczeniem z ich występu był fakt, iż w instrumentarium oprócz perkusji zamiast gitary tradycyjnej znajduje się jedynie ta basowa. Słuchając płyty nie wyobrażałem sobie, że tak wysokie dźwięki można wyciągnąć z basówki, przez kilka chwil węszyłem podstęp myśląc ile procent dźwięków idzie z taśmy ale szybko mi przeszło. Klimat i zabawa super tylko pora koncertu zabójcza (18:15).
Drugiego dnia przed Foo Figthers zagrali The Kills. Widziałem ich po raz trzeci ale nigdy dotąd tak radosnych. Fajna i pozytywna energia płynąca ze sceny, dużo uśmiechu i świetnej muzyki tak najkrócej można podsumować ich występ. I tylko Satelite brak…
Trudno w jednym akapicie opisać to, co pokazali w czwartek Foo FIghters. Znam dobrze przynajmniej dwie osoby, które przed koncertem wypowiadały się o twórczości Dave’a i spółki niezbyt pochlebnie a po nim zbierały szczęki z ziemi Babich Dołów. Dodam, że ziemi wyjątkowo tym roku nierównej i porozjeżdżanej. O energii, która kipi od perkusisty Nirvany można by napisać 3 książki, o tym jak fantastyczni muzycy mu towarzyszą dwie kolejne. Mogliśmy tego doświadczyć chociażby podczas przedstawiania zespołu, podczas którego każdy z muzyków prezentował fragment utworu innego artysty podłapywanego po chwili przez pozostałych, między innymi Another One Bites the Dust z repertuaru Queen zaśpiewanego przez bębniarza grupy. Fantastyczny dobór piosenek, gościnny występ Alison, piękna akustyczna wersja Wheels, rozwalająca energią Arlandria to tylko garść smaczków, dzięki którym w czwartek odleciałem na rockową planetę.
Wydarzeniem trzeciego dnia festiwalu był dla mnie z kolei występ Prophets of Rage. Zobaczyć na jednej scenie muzyków Rage Against The Machine, Cypress Hill i Public Enemy oraz usłyszeć podczas tego samego koncertu kawałki wszystkich tych grup brzmiało jak bajka. Spodziewałem się mega energetycznej petardy i się nie zawiodłem. Natomiast fakt, iż podczas tego koncertu zrobi się podniośle i wzruszająco przekroczył granicę mojej wyobraźni. Wszystko za sprawą Like A Stone z repertuaru Audioslave zagranego w wersji bez wokalu w hołdzie dla Chrisa Cornella. Wiedziałem, że Prophets nagrali tę wersję kawałka tuż po śmieci wokalisty ale nie miałem pojęcia, że grają ją na żywo. Wrażenie piorunujące, każdy dźwięk tej piosenki pozbawiony warstwy wokalnej uświadamia jak wiele stracił muzyczny świat po odejściu pana CC. Po raz dwunasty zjawiłem się na Openerze ale takich emocji jak podczas wspominanych trzech minut wcześniej tu nie przeżyłem.
Solówka Toma Morello oraz akordy refrenu na próżno szukające wokalnego wsparcia są ze mną do teraz. Być może z tego powodu słabo odebrałem koncert Brodki. Załapałem się na jej drugą połowę, ciekawy jak numery z Clashes wypadną na żywo ale jakieś to wszystko było niespójne i udziwnione. Na czele z aktualnym wizerunkiem artystki, który kojarzy mi się z połączeniem Grace Jones i Star Treka.
Głównym celem ostatniego dnia festiwalu byli The XX, którzy zaszkoczyli otwarciem koncertu w postaci Intro z debiutanckiego albumu i w ogóle bardzo licznej reprezentacji z tego krążka pomimo wydania w tym roku trzeciej płyty. Była to niespodzianka przyjemna, w przeciwieństwie do czasu trwania koncertu (65 minut). Trochę mało jak na headlinera, choć z drugiej strony przyznaję, że usłyszałem podczas tej godziny wszystkie kawałki, które chciałem a każdy z nich zagrany został przepięknie i klimatycznie. Jedyna rzecz, która naruszyła jednynie ów klimat był solowy fragment łupanki Jamiego XX, na szczęście krótki bo kompletnie niepasujący do delikatnej całości. Podobnie zresztą jak wzmocnione beatem i znacznie szybsze niż w wersji studyjnej Shelter.
Opener 2017 przyniósł wiele muzycznego piękna, już czekam na ogłoszenia na 2018.

czwartek, 22 czerwca 2017

Do startu piętnastej edycji Opener Festival pozostało niewiele ponad 5 dni. Dawno nie czekałem na gdyńskie święto muzyki tak, jak w tym roku. Tegoroczny skład zawiera bowiem wiele smakowitości, każdego dnia na Babich Dołach będzie działo się naprawdę wiele muzycznego dobra. Jedyne czego minimalnie żałuję jeszcze przed startem festiwalu to fakt, iż wiele z najważniejszych dla mnie występów odbędzie się przed zmrokiem, o mało koncertowych. Royal Blood o 18, The Kills o 20, Prophets of Rage o 19:45... Dziwne godziny dla tak zacnych wykonawców. Mimo to, nie mam wątpliwości, że "chociaż nie będzie bunkrów (ciemno) to i tak będzie zajebiście".



Pełną rozpiskę godzinową koncertów znajdzie POD TYM LINKIEM.

niedziela, 2 kwietnia 2017

I ZNOWU WIOSNA WOKÓŁ NAS...

Nie ma chyba piosenki, która lepiej oddaje klimat minionego weekendu. Można tylko krzyknąć "nareszcie" i roześmiać w głos, że to dopiero początek. Bo znowu noce krótsze i coraz więcej dnia. I w końcu wiosna i można lepiej tracić czas. OŁ JEA ;-D

środa, 29 marca 2017

HAPPYSAD - CIAŁO OBCE

Ciało Obce to przełom w historii grupy Happysad podobny skalą do tego osiągniętego przy wydaniu trzeciego krążka. W przypadku Nieprzygody w dużej mierze decydował o tym fakt, iż była pierwszą dobrze nagraną płytą zespołu. Na wydanym miesiąc temu siódmym studyjnym albumie do fantastycznej realizacji nagrań panowie ze Skarżyska-Kamiennej dołożyli jednak zestaw 11 fantastycznych kompozycji osiągając poziom kosmosu.
Chociaż, zgodnie z informacją umieszczoną na okładce otwierający Ciało Obce kawałek -1 nagrano „późną nocą przy ognisku” to Happysad pozostałą dziesiątką udowodnił, iż ostatecznie przestał być zespołem ogniskowym. O ile kawałek Nadzy Na Mróz spotkał się przed premierą z bardzo przychylnym przyjęciem to już reakcję na forach na drugi singiel zatytułowany Dłoń można opisać jako mieszankę lęku i „hejtu”. Tymczasem numer ten stanowi bardzo fajny, nieco zadziorny wstęp do kilku smakowitych petard następujących zaraz po nim. Pierwsza z nich to Nie Umiem Kłamać, początkowo rozedrgana, następnie delikatna a w refrenie uderzająca mocą gitar i krzyku. Następny w kolejce Medelin, choć dużo spokojniejszy, kosi równie mocno, zwłaszcza w drugiej, niesamowicie klimatycznej, transowo-tajemniczej części. Czwarty dzień intryguje długą, początkową partią perkusji oraz ciekawą wokalną artykulacją w refrenie.
Najbardziej zaskakujący i zarazem najlepszy utwór umieszczono jednak pod numerem 6. Przy okazji Długu zespół wybrał się w podróż w wiele nieodwiedzanych dotychczas muzycznych krain. Sporo tu elementów psychodelii, płaczącej gitary, mrocznego brzmienia wokalu, wysmakowanych klawiszy oraz niepokojącego brzęku toczącego się przez cały utwór. Rzecz to prawdziwie genialna, dawno nie słyszałem tak oryginalnej i dobrej polskiej piosenki. Następujący po nim XXM to porcja ożywczego, gitarowego czadu w zwrotce napędzanego głównie za pomocą sekcji rytmicznej. Równie ważną funkcję pełni ona w świetnym, marszowym i zawadiackim Idę, którego druga część jest piorunującą kakofoniczną improwizacją o mocy lawiny. Najmniej rusza mnie przedostatnia na płycie Heroina, rzewna ballada, której najmocniejsze elementy stanowią wybuchające solo na saksofonie oraz „cymbałkowe” brzmienie klawiszy przywodzące na myśl zespół Lenny Valentino.
Ciało Obce to płyta fantastyczna a utwór tytułowy pełen jest trudnej do opisania magii. Z pozoru każdy instrument gra tu jakby swoją, solową, niekoniecznie pasującą do reszty partię. Genialna, niepospolita partia perkusji dodatkowo wzmacnia poczucie znajdowania się na bujającej się łódce. Utwór oczarowuje i kiedy tylko wybrzmiewa jego ostatni dźwięk odruchowo chce się go posłuchać jeszcze raz. To druga po Długu kompozycja, przy której szczęka zjeżdża mi do nierozpoczętej jeszcze trzeciej linii warszawskiego Metra. Brawo Happysad!


PS. Na żywo te utwory brzmią jeszcze lepiej a dodatkowo zespół zmienił aranżacje kilku starszych kawałków. Jeśli Ciało Obce Tour nie zawitało jeszcze do Twojego miasta nie zwlekaj z kupnem biletu.


sobota, 18 lutego 2017

5

Minione 365 dni było dla Filipa przełomowe pod wieloma względami. Zaczął trenować na Legii, nauczył się jeździć na nartach, umie pisać pierwsze litery i cyfry, z dużą łatwością zapamiętuje też teksty piosenek. Poniżej pięć utworów, które śpiewał pomiędzy czwartym a piątym rokiem życia.


Zaczęło się od Heya. Wiosna i lato zdecydowanie wypełniona była pięknym zdaniem "pojedźmy do lasu, do gór".



Piosenką numer jeden okazała się jednak ta nosząca numer "Siedem". Czaderski i mądry tekst jest opanowany przez Fila w stu procentach.



"Wyrzuć wszystkie tabletki, wyrzuć wszystko z torebki..." - to z kolei fragment, z powodu którego także i ten kawałek trafia do dzisiejszej wyliczanki.



Muszę też spojrzeć prawdzie oczy i przyznać, że Fil był w ciągu ostatnich kilkuset dni dość dużym fanem tegorocznego zwycięzcy Kaszana Festival. W grudniu i styczniu refren tejże pieśni rozbrzmiewał z jego ust dość często.



Przed ukończeniem piątego roku życia Młody wkroczył również do świata "techno". Takiego "mejd in Połlend". Okrzyk "jazdaaaa" rozlega się w naszym domu niemal codziennie. Dodatkowo słowo "bania" jest regularnie zastępowane przez "pania". "Najsławniejsza pania w Polsce". Nie ma się co szufladkować i zamykać na różne rodzaje twórczości, nawet tej przez "tfu". Zwłaszcza w wieku 5 lat.

poniedziałek, 6 lutego 2017

OPENER 2017 - ZAPOWIADA SIĘ KOSMOS

Indianie radzą aby nie chwalić dnia przed zachodem Słońca. Nie posłucham jednak ich przestrogi i już teraz powiem, że piętnasta edycja Openera zapowiada się na najlepszą w historii festiwalu. Dzisiejsze ogłoszenia nowych artystów, którzy pojawią się na przełomie czerwca i lipca w Gdyni razmnei w tym przekonaniu utwierdziły. No bo czy można sobie wyobrazić lepszy "support" Foo Fighters niż The Kills? Albo czy przed lub po nie chcielibyście odlecieć przy Royal Blood? Z mojej prywatnej perspektywy najsłabiej wygląda na razie trzeci dzień festiwalu ale i tak ozdobią go rozwalający energetycznie Prophets of Rage oraz Moderat, wobec muzyki którego, choć nie jestem fanem elektro, nie można przejść obojętnie. Poniżej trzy próbki twórczości dziś ogłoszonych zespołów. 




Oprócz nich do składu Openera dołączyli dziś: George EzraThe DumplingsMichael KiwanukaJulia Pietrucha oraz Taco Hemingway. Naprawdę nie mogę się doczekać tegorocznego Opener Festival

niedziela, 5 lutego 2017

ZUPEŁNIE NOWY HAPPYSAD?

Premiera nowego krążka Happysad już w najbliższy weekend. Po pierwszym singlu go promującym w postaci Nadzy Na Mróz przedwczoraj zespół udostępnił kolejną pozycję zapoadwiadającą Ciało Obce. Obie bardzo inne od dotychczasowych nagrań a zarazem mega ciekawe. Posłuchajcie ich klikając na umieszczone obok tytuły. Nadzy Na Mróz - mało przebojowe lecz hipnotyzujące, Dłoń- bardziej recytowana niż śpiewana, pełna nieoczywistych współbrzmień. Bardzo jestem ciekawy pozostałych piosenek, które znajdą no nowym krążku. Zapowiada się chyba dość wyraźna zmiana stylu. Z jednej strony to super, że panowie nie grają w kółko oklepanych i sprawdzonych schematów tylko wciąż kombinują. Druga strona medalu każe mieć nadzieje, że na płycie pojawi się choćby jeden numer w starym stylu. Choćby taki jak ten:



o drugim nawetnie wspominjąc.

wtorek, 31 stycznia 2017

BEST OF BONOMUZA 2016

Chociaż płyta podsumowująca muzyczny rok 2016 powstała kilka dni przed jego końcem dopiero dziś zamieszczam na Bonomuzie jej zawartość. Jakoś opornie zaczął 5. się u mnie A.D.2017 pod względem pisarskim ale czas najwyższy przełamać ten impas. Minione 365 dni przyniosło ze sobą mnóstwo fantastycznych piosenek. Żadna z dwudziestu propozycji na Bonomuza 2016 nie została tam umieszczona na siłę, do każdej z nich wracam z wielką przyjemnością. Oto one:


1.      YEASAYERI Am Chmistry
Piosenka roku 2016 w moim prywatnym rankingu. Pojawiła się na jego początku i aż do końca pozostała na fotelu lidera. Czekam z niecierpliwością na kolejny koncert Nowojorczyków w Polsce.

2.      PJ HARVEY Ministry of Defence
Przedstawiciel najlepszej płyty minionego roku, fenomenalnej „od A do Z”. To PJ była również autorką najbardziej fantastycznego koncertu, jaki dane mi było usłyszeć w ciągu poprzednich 365 dni.

3.      T.LOVE Siedem
Muniek i spółka poczęstowali nas jesienią barwną, zróżnicowanym albumem pełnym świetnych melodii i jeszcze lepszych tekstów trafnie oddających dzisiejszą rzeczywistość w Polsce. Siedem to mój faworyt numer jeden z T.LOVE.

4.      BIFFY CLYRO Flammable
Wiosną dosłownie zwariowałem na punkcie tego kawałka. Ma w sobie wszystko co powinien zawierać rockowy przebój. W ostatniej chwili zrezygnowałem z koncertu Szkotów na Torwarze czego mocno żałuję bo na żywo wypadają jeszcze lepiej niż na płytach. Liczę na to, że i w tym roku pojawi się okazja usłyszenia kawałków z Ellpisis w wersji live.

5.      ANITA LIPNICKA Ptasiek
Dotychczas dobre muzyczne skojarzenia muzyczne z Anitą kończyły się na zespole Varius Manx. Jeśli chodzi o solową twórczość wokalistki zdecydowanie zgadzam się z Bolcem z Chłopaki Nie Płaczą: „jasne, że wszystko się może zdarzyć”. Aż tu nagle po wakacjach do radia trafiło nagranie, które dosłownie raziło mnie prądem. A nucony fragment zaczynający się w połowie trzeciej minuty tej piosenki to chyba najładniejsza melodia A.D.2016

6.      THE KILLS Doing It To Death
Chociaż temu kawałkowi brakuje nieco do Satelite to zasłuchiwałem się nim tuż przed Wielkanocą. Alison i Jamie po raz kolejny stanęli na wysokości zadania serwując w zeszłym roku świetny krążek Ash & Ice.
 
7.       KULT - Madryt
Po raz pierwszy w XXI wieku KULT dokonał selekcji piosenek na swój album. I słychać to bardzo wyraźnie, na Wstydzie znajdziemy dużo fajniejszych kawałków niż singlowy Madryt. W 2016 po pięcioletniej przerwie wybrałem się do Stodoły na koncert Kazika i spółki. Było pięknie, było hucznie, części nie pamiętam. ;-D

8.       GREEN DAYTroubled Times
Panowie z Ggoreen Daya skutecznie ożywili moje punkowe fascynacji z czasów “buntu i naporu”. Troubled Times to chyba najfajniejsza propozycja z bardzo dobrej Revolution Radio.

9.       HEY Historie
Rok 2016 był dla mnie prawdziwą sinusoidą. Zaczął się super, potem znalazłem się w bardzo złym miejscu aby jesienią zupełnie zmienić swe zawodowe życie i po raz pierwszy w życiu mieć kreatywną i przynoszącą ogromną satysfkację pracę. I to właśnie w tym najtrudniejszym wiosenno-letnim czasie słowa refrenu tej pięknej piosenki pozwalały mi nie zwariować.

10.   RADIOHEAD Identikit
Nie jestem wielkim fanem Radiohead ale ten utwór sprawia, że wprost nie mogę się doczekać ich gdyńskiego koncertu.

11.   SKUNK ANANSIEIn The Back Room
To była pierwsza nowa płyta, jakiej słuchałem w zeszłym roku. Do dziś nie mogę się zdecydować czy Anarchytecture ma lepszy tytuł czy zawartość. Tak czy owak obie te rzeczy są fantastyczne.

12.   BRODKA Santa Muerte
Pani Monika wkroczyła na „kolejny level”. Genialna i pięknie wydana płyta.

13.   DEJW Petarda
Na BEST OF BONOMUZA 2016 nie mogło też zabraknąć zwycięzcy tegorocznego Kaszana Festival. A ten mógł być tylko jeden.  „Za każdym razem, gdy słyszę ją, mam dziwne myśli sam nie wiem skąd”. A jeee  ;-D

14.   DISTURBED Sound Of Silence
Bezapelacyjnie najlepszy cover roku 2016, a może nawet całych 16 lat XXI wieku. Z pięknej piosenki duetu Simon & Garfunkel zespół Disturbed, słynący dotychczas z mocnej łupanki znanej jedynie fanom gatunku, stworzyli arcydzieło. Pełne emocji, od których przy każdej projekcji tego utworu oblatują mnie ciarki.

15.   ANIMAL COLLECTIVE Burglars
Niełatwy to utwór i niełatwa płyta. Kto jednak poświęci jej odpowiednią ilość czasu nie pożałuje.

16.   BISZ/RADEX Potłacz
Bardzo ciekawa muzyczna kooperacja. Nie słucham hip-hopu i nie przepadam za Pustkami ale to połączenie pasuje mi na maksa.

17.   ŁĄKI ŁĄN Pola Ar
Gang wykrętów powrócił tym utworem z hukiem. Rewelacja!

18.   SYLWIA GRZESZCZAK Tamta Dziewczyna
Sylwia Grzeszczak awansowała z Kaszana Festival do kategorii Best of Bonomuza. I choć ten kawałek jest nieco „wiejski” to nieprzeciętnie wpada w banię i jest wręcz fenomenalnie zaaranżowany.  Przyznajcie się, że Wam też się podoba.

19.   GALA Freed From Desire
Kawałek stary jak świat ale z zeszłym rokiem kojarzy mi się za sprawą francuskich Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej.  1/8 finału, Saint-Etienne, mecz ze Szwajcarią, wygrywamy po rzutach karnych. A potem następuje zdecydowanie najlepsza impreza zeszłego roku, na której, w centrum tego małego francuskiego miasta co kwadrans z głośników leciał ten właśnie przebój.

20.   JOE COCKER With a Little Help From My Friends
Rok 2016 był wyjątkowo niełaskawy dla wielu prawdziwych muzycznych gwiazd. Smutna lista muzyków, którzy opuścili w nim Ziemię jest zdecydowanie zbyt długa. Stąd składankę Best of BONOMUZA 2016 zamyka hołd dla fantastycznego muzyka, którego pomimo kilku szans, nie udało mi się usłyszeć na żywo.

niedziela, 1 stycznia 2017

PŁYTY ROKU 2016 - PODIUM




3. THE KILLS - Ash & Ice
2. YEASAYER - Amen & Goodbye
1. PJ HARVEY - The Hope Six Demolition Project

sobota, 31 grudnia 2016

PŁYTY ROKU 2016 - MIEJSCA 10-4

10. SKUNK ANANSIE - Anarchytecture
Skin i spółka w bardzo dobrej formie. Zdecydowany zwycięzca w kategorii „najlepszy tytuł płyty”. A na niej bardzo udany mix utworów lirycznych i drapieżnych.

9. RADIOHEAD – A Moon Shaped Pool
Nie należę do wyznawców Radiogłowych ale ich tegoroczna propozycja sprawia, że już odliczam dni do ich czerwcowego koncertu w Gdyni.

8. NICK CAVE & THE BAD SEEDS - Skeleton Tree
Najsmutniejsza płyta, jaką słyszałem od lat. Piękna ale porażająca.

7. HEY – Błysk
Na tegorocznym krążku Hey poeksperymentował nieco z brzmieniem, dołożył kilka świetnych melodii i poczęstował fantastyczną porcją tekstów Kasi.

6. T.LOVE – T.Love
Świetny poziom tekstowy zaprezentował w tym roku również Muniek. Do tego koledzy z zespołu dodali od siebie kilka fantastycznych kompozycji. Siedem, Kwartyrnik, Niewierny Patrzy na Krzyż, to tylko początek wyliczanki.

5. BRODKA – Clashes
To z kolei zwyciężczyni w kategorii „muzyczna metamorfoza roku”. Pięknie wydany album z muzyką na absolutnie światowym poziomie.

4. BIFFY CLYRO – Ellipsis

Ostatnie miejsce przed podium trafia w ręce szkockiego trio. Ellipsis ma w sobie wszystko, co w przebojowym rocku najważniejsze. Flammable był moim „głównym paliwem” tegorocznej wiosny.

KASZANA FESTIVAL 2016 - PETARDA

Zwycięzca tegorocznego Kaszana Festival mógł być tylko jeden. Piosenka Dejwa była "słodka, przebojowa i twarda", nic więc dziwnego, że urzekła słuchaczy. Miliony słuchaczy. Wobec wstawek "hiłi goł" oraz "aa jeee" trudno po prostu przejść obojętnie.
W dodatku w ciągu ostatnich kilku dni ilość odsłon teledysku ją promującego na Youtubie gwałtownie wzrosła z 12 do 13 milionów. Wszystko przez to, iż to właśnie Petarda była najczęściej wyszukiwaną piosenką przez Google'a. Wiadomo, 31 grudnia sporo osób "lubi se poszczelać". W każdym razie w kategorii oglądalności swego klipu zdeklasował swojego o wiele bardziej zdolnego imiennika zwanego Podsiadło. W końcu słowa "pastempomat" za często do wyszukiwarek nikt nie wpisywał.
Drodzy Bonomuzianie przed Wami bezapelacyjny triumfator tegorocznego Kaszana Festival. TAŃĆZYMY !!!



Dużo uśmiechu w 2017 roku!

czwartek, 29 grudnia 2016

RADIOHEAD - A MOON SHAPED POOL

Różne mam fazy wobec tegorocznego krążka Radiohead. Zdecydowanie lepiej podchodzi mi podczas popołudniowego powrotu z pracy niż przy porannej wędrówce w przeciwnym kierunku.  Jak większość nagrań Toma Yorke’a i spółki także to najnowsze wymaga pełnego zaangażowania w odbiorze a, przyznajmy szczerze, przed pierwszą kawą i w pośpiechu nie za łatwo całkowicie oddać się muzyce i docenić artystyczne pojękiwania wokalisty. Warto jednak poświęcić temu albumowi trochę czasu, gdyż po pierwsze zawiera dużo świetnej muzyki a po drugie jest jakby przeciwieństwem wszechobecnemu pędowi. A Moon Shaped Pool zawiera w sobie dwa utwory genialne. Pierwszy z nich to otwierający Burn The Witch od pierwszej sekundy atakujący partią smyczków, z którą fantastycznie współgra dziki wokal w wyjątkowo wysokich, nawet jak na Yorke’a, rejestrach w refrenie. Drugi majstersztyk z tego krążka umieszczono pod numerem siódmym. Identikit to nagranie magiczne, trudno więc opisać je słowami. Delikatny muzyczny motyw przenikający się z wokalnym dialogiem trafia w punkt w część układu nerwowego odpowiedzialnego za emocje. I choć nie należę do wielkich fanów Radiogłowych to za utwory takie jak ten pokłon do ziemi i siekierka na cześć jego autorów. Równie  smakowicie jest w Decks Dark, nieco mroczniejszej kompozycji, której klimatu dodają żeński wokal i fortepianowe akordy. Dużo na tej płycie kołysanek. Myślę, że żadne dziecko nie obraziło by się na usłyszenie przed snem Daydreaming czy Desert Island Disk. Za wyjątkiem szybszego i nieco psychodelicznego Ful Stop płyta A Moon Shaped Pool po prostu spokojnie sobie płynie. Jeśli szukacie muzycznego pomysłu na wyciszenie i pobudzenie wyobraźni to 11 umieszczonych tu utworów nadaje się do tego idealnie.
'

wtorek, 27 grudnia 2016

BRODKA - CLASHES

Monika Brodka nie przestaje zaskakiwać. Każdy jej album różni się od poprzedniego do takiego stopnia, że czasem trudno uwierzyć, że wyszły one spod ręki czy raczej z gardła tej samej artystki. Clashes przypomina Grandę tylko w jednym elemencie: pełno tu świetnej muzyki. O ile jednak poprzedni album Moniki kipiał wręcz energią to jej nowe dzieło to propozycja wyjątkowo spokojna, i wyważona. Po kilku pierwszych przesłuchaniach brakowało mi na tym krążku właśnie tej odrobiny szaleństwa znanego z wcześniejszych nagrań. Dziś, jedyny żywiołowy fragment Clashes w postaci wykrzyczanego My Name Is Youth drażni mnie i, choć oryginalny to, nie pasuje do całości. Ta płyta to bowiem piękna, klimatyczna podróż w krainę wysmakowanych, oryginalnych dźwięków, przy których dosłownie odpływa się w inną przestrzeń. Piosenki dopracowane są w najdrobniejszym elemencie i niemal w każdej znajdziemy jakiś aranżacyjno-instrumentalny smaczek. Kolejne utwory płynnie przechodzą jeden w drugi, niezmiennie utrzymując poziom wokalno-instrumentalnej maestrii. Trudno odwoływać się do poszczególnych utworów bo należałoby opisać praktycznie każdy. Jeśli musiałbym wskazać osobistego faworyta wybór padłby na pewnie na Can’t Wait For War z piękną partią instrumentów dętych.

Clashes to płyta magiczna, której warto poświęcić sporo uwagi a najlepiej przeżywać ją ze słuchawkami na głowie. Tylko wtedy można w pełni docenić całą smakowitość, jaką napakowane jest trzynaście umieszczonych nań utworów. Dodatkowy smaczek tego albumu to sposób jego wydania. Pergaminowa książeczka towarzysząca płycie jest jedną z najładniejszych, jakie posiadam w liczącej ponad 500 płyt kolekcji.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

PRAWDZIWIE LAST CHRISTMAS

Nie ukrywam, że od kilkunastu lat  na dźwięk Last Christmas reaguję dość spazmatycznie.Ponad 7 lat temu, tuż po powstaniu Bonomuzy dzieliłem się już z Wami tą myślą. W tym roku również na grubo przed Wigilą, gdzieś około 10 grudnia,  poczułem ów przypływ "żeny" wywołany dźwiękami tak często granymi przez rozgłośnie w ostatnim miesiącu roku. Niemniej jednak dzisiejsza poranna informacja o śmierci George Michaela była dla mnie smutnym szokiem. Dżordż wydawał się wiecznie młody i nieśmiertelny. I mimo, iż nie z mojej muzycznej bajki ten artysta pochodził to trzeba przyznać, że pozostawił po sobie melodie, które znają nawet totalni muzyczni abnegaci i przy których na sto procent bawił się każdy czytający tego posta. Śpij spokojnie George!

czwartek, 22 grudnia 2016

ŁĄKI ŁĄN - SYNTONIA

Czwarty album warszawskich wielbicieli łąki ma w sobie spore pokłady disco. Nie tego rodem z Kaszana Song Festival tylko ambitnej, tanecznej muzy. Bardzo trudno zakwalifikować twórczość tej grupy do jakiegokolwiek gatunku, ponieważ jest ona inna, pod każdym względem. Pierwsza część Syntonii to bardziej wyrazisty zestaw niż ten umieszczony w drugiej części płyty. Zaczyna się od rewelacyjnego, rytmicznie pulsującego Mucha Nie Siada, w którym do warstwy muzycznej dołącza fajny, pokręcony tekst. Numer dwa to singlowy Pola Ar, zdecydowanie najlepsza propozycja z Syntonii. Ten kawałek ma w sobie wszystko potrzebne do zawładnięcia zarówno list przebojów muzyki alternatywnej jak i „dęsflorów” w całej Polsce. Ot taki fenomen Łąki Łan. W kolejnym To Bee zespół podkręca tempo, nóżka tupie sama, czaszka kiwa jak przy chorobie sierocej. Kosmiczny klimat ma też Rozanielacz Dusz, praktycznie jedyny utwór na płycie, w którym wyraźniej słychać gitarę. Tego instrumentu trochę brakuje na Syntonii, zespół zdecydowanie postawił na elektronikę, czasami mam wrażenie, że „lil’ bit too much”, choć z drugiej strony dzięki temu album jest bardzo spójny.
W innym stylu utrzymane są praktycznie tylko 3 kawałki: To Remember będące ciekawym połączeniem ballady z transem a’la bzyczenie komara, Sarabanda ze świetnym, orientalnym wstępem i nieco mniej poruszającą nawijką oraz zamykający całość kawałek tytułowy – zdecydowanie najsłabszy z całego albumu.

Łąki Łan to zespół wybitnie koncertowy, w studio dotychczas najczęściej tracił niemal połowę mocy. Nie słyszałem jeszcze nowych utworów w wersji live ale mam wrażenie, że w tym przypadku owa różnica nie będzie tak wielka. Płyta dobra i ambitna, aczkolwiek dość wymagająca w odbiorze i trudna do słuchania na siedząco.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

T.LOVE - T.LOVE

Nowa płyta T.LOVE bardzo różni się od swojej, wydanej 4 lata temu, poprzedniczki. O ile album Old Is Gold był wydawnictwem bardzo spójnym stylistycznie, analogowym hołdem do muzyki sprzed kilkudziesięciu lat to na nowym krążku niemal każda piosenka jest jakby z innej klimatycznej bajki. Różnorodność ta to jeden z największych plusów tej płyty, tym bardziej, że w kilku utworach słyszymy zespół wkraczający na nowe dla siebie tereny brzmienia, Płyta T.LOVE zawiera masę fantastycznych piosenek, wśród których te najlepsze wcale nie zostały wybrane na single. Mój zdecydowany numer 1 z płyty nosi tytuł Niewierny Patrzy Na Krzyż, jeden z bardziej ambitnych utworów w historii grupy, a z pewnością najlepiej zaaranżowany. W trwającym ponad minutę fantastycznym instrumentalnym początku największe wrażenie robi partia basu, która brzmi jakby żywcem wyjęta spod palców Adama Claytona. Kończy ją pulsujący dźwięk syntezatora, do którego dołącza ostry, zachrypnięty wokal Muńka oraz, chwilę później, genialny, wyraźny rytm perkusji. I kiedy w połowie utworu wydaje się, że tak już będzie do końca, w jego czwartej nagle słyszymy fragment, który dosłownie kładzie na łopatki. Najpierw świetna gitarowa solówka, potem kilkukrotnie powtórzone, w towarzystwie jedynie perkusji i wybrzmiewającego pojedynczego gitarowego dźwięku słowa "ur ", po których następuje niemal rozwalające membrany w głośnikach kilka uderzeń basu w połączenie z krzykiem słowa "szok". Rewelacja!
Mój drugi faworyt z T.LOVE to Siedem, choć sporo lżejszy od Niewiernego to równie świetny. Mocy nadają mu świetny, przebojowy riff, genialny, falsetowany refren oraz tekst o tym, żeby "nie być takim materialistą". Choć piosenka dotyka spraw poważnych to podczas jej projekcji trudno się nie uśmiechnąć. Podium najlepszych pozycji na tym krążku zamyka Kwartyrnik, o którym kilka słów na samym końcu recenzji.
O singlowym Pielgrzymie pisałem już w oddzielnym poście, to zdecydowanie najlepszy utwór z tych, które zostały wybrane do promowania T.LOVE. Warszawa Gdańska to ładna piosenka z dedykacją dla Davida Bowiego, zyskuje z każdym przesłuchaniem a jego melodia odbija się echem po głowie. Do tego grona absolutnie nie pasuje nieco naiwny muzycznie Marsz, którego najlepszą część stanowi teledysk.
Z dwóch, umieszczonych na płycie, piosenek osobistych zdecydowanie lepiej wypada ta poświęcona żonie Muńka, Marta Joanna Od Aniołów to rzewna ballada z bardzo chwytliwym motywem pomiędzy zwrotką a refrenem. Drugi, poświęcony rodzicom stanowi podziękowanie za trud wychowania i choć rozumiem doskonale intencję umieszczenia go na głównej części płyty ale muzycznie bardziej pasuje do drugiego, bonusowego krążka. Tym bardziej, że na CD1 nie zmieścił się jeden genialny utwór zatytułowany C.V.Polska. Oryginalnie nazywał się T.W.Muniek i wielka szkoda, że ów tytuł nie został utrzymany. Piosenka ma fenomenalny, prześmiewczy tekst obrazujący paranoję, jaką często jesteśmy karmieni oraz genialną wręcz melodię. Murowany przebój z głębokim przekazem - mam nadzieję, że zespół zdecyduję się na wrzucenie go do radia pomimo umieszczenia na CD2. Chociaż wybór na pewno nie będzie łatwy ponieważ na pierwszej płycie też pozostało do opisania jeszcze dużo dobrego. Bum Kassandra, która początkowo nie do końca mnie ruszała, teraz buja i wkręca niczym wir na Świdrze. Lubitz i Breivik to poważny numer, który niesie ze sobą coś niepokojącego, głównie za sprawą drugiej wokalnej linii w refrenie i marszowemu charakterowi gitary basowej. Blada, podobnie jak Siedem, ma w sobie coś czarującego, fantastycznie "rozmawiają" w tym kawałku fortepian i gitara oraz powtarzający się co kilka sekund "cmok". Mówiony kawałek disco w osobie  Ostatni Gasi Światło to ciekawy eksperyment zagrany na instrumencie Sławomira Łosowskiego, czyli "łysego z Kombi" (nie mylić z Kombii).
Album zamyka wspominany już Kwartyrnik, w którego początku słyszymy niespokojny oddech, niemal identyczny do tego z Raised By Wolves z repertuaru U2. Towarzyszy mu fantastyczny gitarowy riff przeplatany fajnymi elektronicznymi wstawkami. Mroczna to pieśń o tym, jak bardzo podzieleni są obecnie Polacy.

Trzeba skończyć tę piosenkę, bo wszystko ma swój koniec.
Trzeba umieć się pojednać pro publico bono.
Trzeba umieć się pożegnać nawet ze swymi wrogiem
Dla was gnoje to zbyt trudne i hak z wami, hak z wami.


Strasznie to niestety prawdziwe. Muniek dawno nie pisał tak mocno. Kwartyrnik to prawdziwa wisienka to bardzo smakowitym "torcie", jakim jest najnowszy krążek T.LOVE. Polecam z całego serca.