Premiera nowej płyty T.LOVE już za 6 tygodni. Na razie zespół poczęstował nas pierwszym singlem pod tytułem Pielgrzym. Fantastyczny riff prowadzący zwrotkę, wpadający w ucho refren i świetny teledysk. Mój apetyt został tym nagraniem zaostrzony na maxa. A Wasz?
niedziela, 25 września 2016
sobota, 24 września 2016
ROMANTIKA OD STALOWEJ PANTERY
Od kilkunastu minut na scenie warszawskiej Progresji można oglądać zespół Steel Panther. Miałem okazję spotkać Panterę cztery lata temu na Rock Im Park, o czym w tuż po polsko-ukraińskich futbolowych mistrzostwach Europy w piłkę nożną mogliście przeczytać TU. Do dziś pamiętam tamto poczucie żenady wywołane żenadą płynącą wtedy ze sceny. Aż do momentu, gdy z głośników popłynęła ta oto ballada, po której zrozumiałem z opóźnieniem, że Steel Panther ma po prostu swojego, nietypowego stajla. Trzeba przyznać, że chłopcy potrafią być romantyczni. ;-D
Jeśli spodobała się Wam "romantika od Stalowej Pantery" a nie załapaliście się na ich dzisiejszy występ w Progresji jutro macie okazję nadrobić zaległości w Krakowie.
czwartek, 22 września 2016
PJ HARVEY - THE HOPE SIX DEMOLITION PROJECT
The Hope Six Demolition Project to płyta, która łapie za
twarz od pierwszej sekundy i nie wypuszcza przez kolejne 40 minut, aż do
wybrzmienia jej ostatniego dźwięku. Jest w niej coś magicznego, co sprawia, iż
słuchając jej znajdujemy się w stanie permanentnego napięcia i skupienia.
Klimaty mieszają się nieustannie. Na początek hippisowskie i dość radosne The
Community Of Hope, chwilę później mroczne i potężne The Ministry of Defence,
którego każdy dźwięk zdaje się mówić "w twoich głośników dzieje się właśnie
coś wyjątkowego".
A Line In The Sand rozpoczyna się trochę, jak First zespołu
Cold War Kids, podobieństwa kończą się jednak po 10 sekundach, czyli momentu, w
którym PJ "wchodzi" z wokalem. Ogromną rolę w muzyce Brytyjki pełnią grające
w niskich rejestrach saksofony,
fantastycznie tworzące uczucie niepokoju w bardziej mrocznych utworach,
takich jak choćby Chain Of Keys. Near The Memorials To Vietnam and Lincoln
momentalnie przenosi nas myślami do lat siedemdziesiątych a The Orange Monkey
kojarzy mi się z daleką, morską wyprawą w ciemności. Z kolei Medicinals to
prawdziwa, muzyczna moc w zwrotce i genialny dialog w refrenie. Każda z
jedenastu umieszczonych na tym krążku piosenek ma w sobie coś oryginalnego,
wyjątkowego i wzniosłego. Trudno znaleźć odpowiednie słowa na opisanie
dziewiątego albumu PJ Harvey, gdyż jest on po prostu jedyny w swoim rodzaju.
Jeśli jakimś sposobem jeszcze nie poznaliście The Hope Six Demolition Project
to nie zwlekajcie ani dnia dłużej.
niedziela, 11 września 2016
CAŁKIEM NOWI PARKINGOWI
Etykiety:
Z PODRÓŻY
Kolejne dni spędzone w Italii utwierdzają mnie w
przekonaniu, iż Włosi wyznaczają nowe standardy już nie tylko jeśli chodzi o
modę, kawę czy catenccio ale również w kwestii zakresu obowiązków
parkingowych. Tutejsi panowie podchodzący do kierowców tuż po zgaszeniu przez
nich silnika zdecydowanie różnią się od „naszych”, swojskich ziomów i ich
nieśmiertelnego „przypylnować autka”? Tutejsi łowcy asfaltowych metrów kwadratowych oprócz
tradycyjnych, żwawych wymachów przedramion, niczym w piosence Feela „wskazujących
nam drogę” do najbliższego, wolnego miejsca, dodatkowo za każdym razem zjawiają
się ze specjalną ofertą. W żadnym razie nie na zasadzie „kup pan cegłę” ale
bardziej w stylu „znam twoje potrzeby”. Ich przenośne stragany zmieniają
wyposażenie momentalnie i dostosowują się do obecnej pory roku, zmiany pogody,
narodowego święta, meczu, koncertu, itp. Tym sposobem w ponad 30-stopniowym
upale w Pizie nabyłem pierwsze w swoim życiu Ray Bany. W zawrotnej cenie 6
Euro. Lepszy interes można zrobić chyba tylko kupując Rolexa na plaży w Pattayi.
Dzień później, w najpiękniejszym mieście świata – Florencji,
podczas przechadzki obok Palazzo Veccho, jeden z nich zaoferował mi samochodową
ładowarkę do wszystkiego. „It’s automatic maj frjend, it’s automatic” – rzekł ów
jegomość. A do mnie w tej samej chwili dotarło, że jego życiowa misja jest
tożsama z tytułem najlepszej płyty R.E.M. „Automatic For The People” – muzyczne
dzieło porównywalne do Achtung Baby U2 i Nevermind Nirvany. Dziś przypomnijmy
sobie jego piękne zakończenie.
wtorek, 6 września 2016
REBUSIK Z GENUI
Etykiety:
Z PODRÓŻY
Pierwszy
dzień tegorocznych wakacji w Italii najlepiej oddaje poniższy rebus:


Odgadliście po jednej nutce? Ta puentująca, jak zwykle na
Bonomuzie, znajdzie się na końcu posta. A tuż przed nią rozwiązanie rebusu.
Nasz samolot startował o 6:20 rano. W skutek tak , ieludzkiej pory i pobudki o
4, śniadanie przyszło nam spożyć na lotnisku. Najszybszą dostępną opcją wydawał
się „Maciek” zwany makiem. Na mój, jakże pożywny posiłek dnia złożył się więc
McChicken, czyli kanapka kurzęca bez grama kurczaka. Innymi słowy jadłem MOM,
nom, nom, nom, nom. Smakowanie ów kurczako-podobnego produktu pochłonęło tyle
moich zmysłów, iż efektem końcowym było wywołanie nas przez spikera w ramach
final calla. Ale zdążyliśmy.
Z Mediolanu, po w miarę sprawnym wypożyczeniu auta, udaliśmy
się do Genui w celu obejrzenia tamtejszego oceanarium. Pippo od dłuższego czasu
ma fazę na delifiny butlonosy, także okazji spotkania ów pływających istot na
żywo nie mogliśmy przegapić. Przy okazji zobaczyliśmy wiele innych wodnych
stworzeń, m.in. pingwiny, foki i lwa morskiego, który na totalnym relaksie, z
rozłożonymi płetwami i szelmowskim uśmiechem podpłynął do samej szyby i „walnął
dwójkę”.
Po wyjściu z oceanarium, w drodze do samochodu, w porcie
oprócz licznych statków, promu wielkości Titanica zobaczyliśmy również „pojazd”
z trzeciej części rebusa. Jego rozwiązanie to oczywiście: „kurka wodna, łódź
podwodna”. A skoro tak, to czas na posłuchanie piosenki o pewnej takiej:
piątek, 2 września 2016
BIFFY CLYRO - ELLIPSIS
Etykiety:
#Ellipsis; #BiffyClyro,
RECENZJE
Biffy Clyro to zespół dość przewidywalny. O ile nie można
się po nim spodziewać nowatorskich brzmień i stworzenia nowego nurtu w muzyce
to na każdym swym krążku serwują masę wpadających w ucho rockowych kawałków.
Tak samo jest w przypadku Ellipsis, siódmej studyjnej pozycji w ich
dyskografii. Najlepszym tego przykład stanowi Flammable, absolutny numer jeden
wśród pozostałych. Jestem przekonany, że gdy tylko stanie się singlem nie
będzie schodził z podium list przebojów przez wiele tygodni. Po pojedynczych gitarowych
strzałach do głosu dochodzi pozostałe instrumentarium i choć klangowanie
zarezerwowane jest raczej dla gitary basowej to w tym przypadku ma się
wrażenie, iż technikę tę stosuje cała trójka. Po świetnej zwrotce słyszymy dość
oczywisty "most" czy, jak kto woli "przedrefren" po którym
wchodzi genialny w swojej prostocie refren, przy którym naprawdę trudno
usiedzieć w miejscu. Pomimo tego płyta idealnie nadaje się do samochodu, fajnie
nakręca i pozwala przekształcić się we władcę szos. Jedynym numerem, przy
którym można się nieco zdrzemnąć to rzewne, rozpoczynające się od "tiru
riru ri tu tu", nieco boysbandowe Re-arrange. Znacznie lepiej wypada jego
następca, czyli Herex, z rytmiczną zwrotką i refrenem przypominające coraz
mocniejsze walenie młotkiem w gwóźdź. Nieco mroczniejszą i mocniejszą
propozycję spotykamy pod numerem 8, czyli w On a Bang, po raz kolejny
pokazującym, że szkockie trio ma wyjątkowy dar do łączenia czadu i
przebojowości. Ten utwór to takie dwa razy mocniejsze Animal Style, aktualnie
promujące Ellipsis, trzeba przyznać w naprawdę godny sposób.
Każdy, kto słyszał wcześniej Biffy Clyro na ich siódmej
płycie znajdzie dobrą kontynuację dotychczasowych dokonań. Ci, którym ta nazwa
kojarzyła się dotąd bardziej z przybytkiem pełnym hamburgerów, po przesłuchaniu
Ellipsis zapewne sięgną także po wcześniejsze nagrania Simona, Jamesa i Bena.
25 października zespół zagra na Torwarze. Polecam przybycie tego dnia do
Warszawy, gdyż na żywo ich piosenki brzmią dużo mocniej i lepiej niż w wersjach
studyjnych.
wtorek, 30 sierpnia 2016
LOW MESYDŻ FEST - DEJ TU
Low Mesydż Fest już za nami. Coż tam się nie działo. Nie
byłem, ale znam kogoś, kto był. A oto, kogo można było przylookać na
olsztyńskiej scenie:
1. MR PRESIDENT
Mogę się założyć, że Coco Jumbo prawdziwie kręci każdego z
czytelników Bonomuzy, nawet jeśli, niczym Monika Brodka, skrywa to
"głęboko w środku gdzieś". A jako, że wokalistka gorąco zachęca, żeby
"singin' everybody" dołączmy się wszyscy i zanućmy:
Kup mi jacht
Kup mi dwa
Kup mi wszystko co się da
Kup mi dres
Trampki też
A będę happy
Nie jestem pewny jak rozpoczął się sobotni koncert Pana
Prezydenta ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że skończył się słowami
"nał aj gara goł sou kou kou".
2. FUN FACTORY
W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych zespół Fun Factory
zrobił w naszym liceum prawdziwą miazgę, był prawdziwą Fabryką Śmiechu.
Cymbałki przy I Wanna Be With You wprawiały w ekstazę cały parkiet odbywających
się w sali gimnastycznej dyskotek. Zwłaszcza słowa "siekerałt,
siekarałt", które właśnie dzięki tej piosence na stałe weszły do mojego
słownika. Od czasów największych sukcesów minęło 20 lat i grupa ta stanowi
kolejny przykład na to, iż "łaska fana na pstrym koniu jeździ".
Niegdyś Paryż, dziś Złotoryja.
Nie jestem w stanie zweryfikować stuprocentowej
oryginalności składu Fun Factory. O ile pan "raper" z fryzurą a'la
Pazdan to wątpliwości mam, co do wokalistki. W każdym razie playback na pewno
jest ten sam.
3. DJ BOBO
"Mjuzik is what I'm living for" - i wszystko
jasne. DJ Bobas również odcisnął się głębokim piętnem na XXXV L.O. im. Bolesława
Prusa. To właśnie tym zdaniem niemal codziennie witaliśmy się z jednym z
kolegów zamiast zwyczajowego "sie ma". Jak gminna wieść niesie DJ
Bobas, z racji osiągnięcia dojrzałości, od pewnego czasu woli, gdy nazywa się
go Didżej BOB.
4. DR ALBAN
Ćwierć wieku temu dowiedziałem się z BRAVO - najpopularniejszego
w dobie niepowszechnego internetu źródła wiadomości o życiu, iż Dr. Alban jest
dentystą. Jestem jednak pewny, że zrobił on dużo mniej plomb niż strzelili
sobie podczas jego występów fani. To właśnie jego koncert w Warszawie z
początku lat dziewięćdziesiątych pozostał w mojej świadomości jako pierwsze
"pojawienie się w Polsce zagranicznej gwiazdy. Kiedy dziś patrzę na klip
do No Coke urzeka mnie i wzrusza jego scenografia oraz wujęta rodem z pływania
synchronicznego choreografia tancerek. No i to nieśmiertelne zakończenie:
Dom gimno kok dom gimno kok do gimno kok kok
Dom gimno siet dom gimno siet do gimno siet siet
środa, 24 sierpnia 2016
THE KILLS - ASH & ICE
Ash & Ice nie dorówna raczej swojej poprzedniczce, Blood
Pressure, która w rankingu płyt Bonomuzy 2011 zajęła bezapelacyjne pierwsze
miejsce. Nie znaczy to bynajmniej, iż tegoroczny krążek The Kills jest słaby,
bardziej pasują do niego określenie nierówny i mniej spójny niż ten sprzed 5
lat. Nie znajdziemy na nim równie fenomenalnej pozycji co Satelite ale kilka
kawałków to próby najwyższego sortu. O dziwo niekoniecznie w postaci singli,
które oprócz Doing It To Death wypadają blado przy reszcie piosenek. Zarówno
Heart of a Dog jak i Siberian Night nie mają, w moim odczuciu, niczego co
predysponuje je do promowania płyty. W przeciwieństwie do, na przykład, Days Of
Why And How - hipnotyzującej ballady z fantastyczną partią wokalną Alison w
delikatnym towarzystwie pojedynczych dźwięków oraz przepięknej gitary oraz
dwugłosu w refrenie. To zdecydowany numer jeden na tym krążku. Równie pięknie
wypada, także spokojny, Hum For Your Buzz, brzmiące jak oldschoolowa piosenka
wędrownej trupy grającej na rozstrojonych nieco instrumentach. Na płycie nie
mogło zabraknąć też solowego pojedynku Alison z fortepianem, który w
przypadku That Love wypada fenomenalnie. Tak samo, jak hipnotyzujące,
wyśpiewane przez duet unisono w towarzystwie wibrującej gitary Echo Home -
absolutnie przepiękna rzecz.
Niestety na Ash & Ice słabiej wypadają szybsze
kompozycje. Na większą uwagę zasługują praktycznie jedynie Let It Drop, Bitter
Fruit oraz ewentualnie Hard Habbit To Break, ten ostatni głównie za sprawą
rytmu. Pierwszy to, z kolei, przykład świetnego połączenia przebojowości z
niebanalną melodią i zmieniającym się co chwilę klimatem z kulminacją w postaci
refrenu. W Bitter Fruit całą "robotę odwala" gitarowy riff oraz
solówka z brzmieniem znanym z Pulp Fiction.
Nie umiem do końca wczuć się w Ash & Ice. Nagrania
genialne przeplatają się z nużąco średnimi. Ale to właśnie z powodu tych
lepszych absolutnie nie powinniście tej płyty przegapić.
KASZAAAAANKAAAA TATARATATAAAAA
Doskonale pamiętam 23 sierpnia 1995 roku, obserwowany z Żylety rzut karny wykonywany przez Jurka Podbrożnego i Grzegorza Lewandowskiego kucającego na środku boiska tyłem do strzelającego. Nigdy też nie zapomnę stadionowej euforii po strzeleniu gola. Tak samo, jak klimatu, gdy w rewanżu najniższy na boisku, wchodzący z ławki Leszek Pisz strzela na 2:1 z główki. Ten drugi mecz oglądaliśmy z kumplami u mnie w mieszkaniu, miałem 16 lat, to był kosmos.
Dziś, 21 lat po tamtych wydarzeniach, na tej samej trybunie, choć już nie Żylecie mogłem "świętować" ponowny awans do Ligi Mistrzów. Sęk w tym, że na grę Legii w tym sezonie nie da się patrzeć. Tak żenująco prezentującej się drużyny nie widziałem od 1994 roku, kiedy to po raz pierwszy pojawiłem się na Ł3. Trudno mi też uwierzyć, że z obecnym trenerem sytuacja ulegnie poprawie. W grze Legii nie widać żadnego pomysłu, choćby pół akcji wyćwiczonej podczas treningów, króluje improwizacja i podziały w drużynie. W życiu nie przypuszczałem, że w dniu ponownego awansu do Ligi Mistrzów jej hymn będzie mi brzmiał nie jako "the champions" tylko jako "kaszanka". Ale, żeby nie było, cieszę się, że jeszcze w tym roku usłyszę go kilka razy na stadionie. Innymi słowami "nie ma bunkrów ale i tak jest zajebiście".
piątek, 19 sierpnia 2016
POŻEGNALNY KONCERT KNŻ
Od wczoraj można szaleć na Rock Festivalu w Cieszanowie. Dziś startują koncerty na scenie głównej, a wśród nich odbędzie się pożegnalny koncert Kazika Na Żywo. To nie pierwsze pożegnanie tej grupy i mam nadzieje, że również nie ostatnie. Tak się jakoś niedobrze złożyło, że nigdy nie udało mi się zobaczyć tego projektu na scenie a do Cieszanowa też nie dotrę, gdyż na weekend obieram kierunek zdecydowanie bardziej północny. Gdyby jednak okazało się, że Kazik i spółka tym razem dotrzymają słowo, co niestety po lekturze ostatnich wywiadów wydaje się bardzo prawdopodobne, pozostanie poprzestać na projekcji DVD z koncertu w ramach zeszłorocznej trasy "Ostatni koncert w mieście". Oto jego próbka:
czwartek, 18 sierpnia 2016
LOW MESYDŻ FEST
Kilka dni temu na ekranie monitora zawieszonego w wagonie
metra przed oczami błysnęła mi informacja, że jeszcze w tym miesiącu w Olsztynie
zagra Mr. President. Przez chwilę pomyślałem, iż chodzi może folkowe tiru riru
na dudach, kiedy jednak sprawdziłem szczegóły w internetach "cenka"
opadła mi bardziej niż reniferowi Rudolfowi podczas przedświątecznych zakupów w
sklepie, który reklamuje pewna krzykliwa diwa - pseudonim "EweLa". W
ostatni weekend sierpnia w stolicy Mazur w ramach Love Message Festival na
scenie pojawią się zespoły, których dalszego istnienia nie spodziewał się chyba
nawet TurboDymoMen, a ten jak wiadomo wie wszystko. Większość z tych grup
kojarzy mi się z dyskotekami w podstawówce i liceum, największe sukcesy na
listach przebojów święcili bowiem ćwierć wieku temu. Czy ktokolwiek z Was
wiedział, że aktywni koncertowo są takie tuzy muzyki rozrywkowej jak Dj Bobas i
Milli Vanilli? Listę wszystkich zespołów, które pojawią się na olsztyńskim festiwalu możecie znaleźć TU. Dziś i w przyszłym tygodniu na Bonomuzie powieje disko-oldschoolem, przypomnimy sobie bowiem kilka
przebojów sprzed lat, które już za tydzień będzie można usłyszeć "na
żywo". Buahaha. Oto rozkład jazdy na pierwszy dzień festiwalu:
1) MYLY WANYLY
Pamiętam, jak w 1990 roku do kiosków trafił pierwszy numer młodzieżowego pisma POPCORN, którego jednym z głównych atrakcji był "MEGA POSTER", na którym znaleźli się właśnie Milli Vanilli. Problem z plakatem polegał na tym, że był on dwustronny i na odwrocie znajdowały się... Wojownicze Żółwie Ninja, których fanem był mój brat. O kompromis nie było łatwo, co tydzień przeklejaliśmy więc plakat na drugą stronę. Po kilku miesiącach świat obeszła miażdżąca wiadomości MILLI VANILLI GRA Z PLAYBACKU. Miałem wtedy 11 lat i był to pierwszy muzyczny "skandal", którego doświadczyłem. I chociaż potem ów zespół nazywano Miło Walili i nic nie było już takie same to do dziś, patrząc na teledysk, jestem pod wrażeniem zaangażowania perkusistki i wymiatacza na basie, których nie słychać w tym songsie ani sekundy oraz nieśmiertelnego "ślizgu panczenisty" przy słowach "u u u, aj low ju".
2) REAL
MCCOY
Nie do końca wiem czy "Prawidziwy Mak Koj" to on
czy ona. Chyba jednak ona, chociaż bez seksownej tokany współpartnera "aj
tok tok, aj tok tu ju in de najt" ów hit nie miał by tej mocy. Myślę
sobie, żeby, gdyby zrobić go na rockowo byłby prawdziwym "smeszing hitem"
także poza dyskotekami. Przyznajcie, że Was też rusza ten żeński zaśpiew o
kolejnej nocy, bo ja za każdym razem,
gdy słyszę pianinko rozpoczynające ten kawałek, niczym pani McCoy, jednocześnie
"I feel joy, I feel pain".
3) NANA
Mimo intensywnego researchu nie udało mi się odnaleźć genezy
melodyjnej ksywy ów artysty. Wiem tylko, że był i nadal jest bardzo samotny o
czym niezmiennie od 20 lat informuje nas w swej najbardziej znanej pieśni "ajm
lounly, lounli, lounly". Dziś chciałem jednak przypomnieć inny hicior
Nany, ten bardziej na czasie, ponieważ on naprawdę "is comming".
Przekształca się z przeciwnika Terminatora Dwójki i nadciąga bez strachu nad
Olsztyn aby zagrać w "bujjjja"? Graliście kiedyś w tę grę? Jeśli nie
znacie zasad przetrwajcie operowy wstęp tego kawałka a w 70 sekundzie utworu
Nana powie Wam czym jest prawdziwe "boo yya". A na deser dostaniecie
prawdziwy "fiuczuring" od jednego z ziomków z Fun Factory, którzy
wystąpią w Olsztynie drugiego dnia festiwalu. Ale o tym już po weekendzie, gdyż czuję,
że Wasze emocje sięgnęły Zenitu ;-D
wtorek, 28 czerwca 2016
SZAŁ W SAINT ETIENNE
Sobotnie popołudnie przejdzie do historii polskiego futbolu.
Emocje, które dane mi było przeżyć 3 dni temu we francuskim Saint Etienne
zostaną ze mną na zawsze. W pierwszej połowie, kiedy gra wyglądała super
wydawało mi się, że to przecież oczywiste i awansujemy do kolejnej rundy. Kiedy
w drugiej części straciliśmy bramkę dotarło do mnie z pięciokrotną siłą, jak
ważny jest ten mecz, co tak naprawdę może się wydarzyć i jak bardzo się cieszę,
że w końcu, po latach rozczarowań, mogę przeżywać tak piękne chwile z piłkarską
reprezentacją Polski. To co się działo po ostatnim strzale Grzrgorza
Krychowiaka opisać można tylko jednym słowem, które kiedyś w refrenie
powtarzała Edzia B - "szał". Zobaczcie zresztą sami jak wyglądało to
z perspektywy trybun.
Po meczu poszliśmy do centrum niewielkiego miasteczka,
świętować i przy okazji obejrzeć dwa kolejne mecze. Ku wielkiemu zaskoczeniu w
centrum Saint Ettiene panował klimat jak na polskim weselu. Jedna z knajp
postanowiła wystawić przez okno głośniki i raczyć z nich zgromadzonych Polaków ich
ojczystą muzyką, w dużej mierze disco polo. ZOBACZ KLIKAJĄC TU.
Swojskie dźwięki zrobiły naprawdę świetną atmosferę, zresztą po takim zwycięstwie wybornie było by nawet przy Smerfnych Hitach. Swojskie piosnki przeplatały się z kibicowskimi pojedynkami na okrzyki, Szwajcarów chyba specjalnie nie przejęła przegrana bo przemieszani z Polakami bawili się na maxa. Klima była nieprawdopodobna. Hitem wieczoru bezapelacyjnie zostało Freed From Desire, które usłyszałem chyba pierwszy raz w tym wieku, za to 5 razy pod rząd.
Swojskie dźwięki zrobiły naprawdę świetną atmosferę, zresztą po takim zwycięstwie wybornie było by nawet przy Smerfnych Hitach. Swojskie piosnki przeplatały się z kibicowskimi pojedynkami na okrzyki, Szwajcarów chyba specjalnie nie przejęła przegrana bo przemieszani z Polakami bawili się na maxa. Klima była nieprawdopodobna. Hitem wieczoru bezapelacyjnie zostało Freed From Desire, które usłyszałem chyba pierwszy raz w tym wieku, za to 5 razy pod rząd.
"Nanana nana nana na nana na na" niosła się po Saint Etienne
przez dobre 15 minut. Tłum był w takim amoku, że z uśmiechem przyjąłby i kolejny kwadrans. Największe wrażenie podczas sobotniego wieczora zrobiło na mniej jednak inne
nagranie. Szacun dla autora, który na bank przytulił na nim niezły
"piniądz". Oto ono:
wtorek, 31 maja 2016
PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 13 - MASTER OF PUPPETS
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Długo zastanawiałem się, którą piosenkę Metallicy wybrać do
Playlisty Życia. W finałowej rozgrywce oprócz Master Of Puppets pozostały
Memory Remains z fenomenalną partią Marianne Faithfull oraz One fantastycznie
pokazujące dwa różne oblicza tego zespołu. Master to jednak Master,
fantastyczny utwór z czasów, kiedy Metallica, zgodnie z nazwą była jeszcze
zespołem metalowym. W tym roku ten kawałek obchodzi swoje trzydziesta urodziny
i nadal ma w sobie niesamowitą moc. Wersja studyjna być może momentami brzmi nieco
oldschoolowo ale wystarczy odpalić jakiekolwiek wykonanie koncertowe, żeby
przekonać się jak potężny to utwór. Za każdym razem, gdy słyszę refren ze
słowami "come crawling faster..." czuję się przez niego pokonany. Sposób, w jaki w tym kawałku pracują gitary oraz zmiana klimatu w środkowej, instrumentalnej części to prawdziwe mistrzostwo świata. A
okładka albumu Master of Puppets, jedna z pierwszych, jakie zobaczyłem w życiu, pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Nie umiem tego
racjonalnie wytłumaczyć ale do dziś, gdy patrzę na ów "las krzyży"
czuję dziwny przypływ emocji.
niedziela, 29 maja 2016
AKCJA COVER: SOUND OF SILENCE
Etykiety:
#Disturbed; #SoundofSilence
Kiedy w 2001 roku po raz pierwszy usłyszałem Disturbed, w
roli supportu Marylina Mansona, nigdy w życiu bym nie pomyślał, że 15 lat
później stworzą jeden z najlepszych coverów, jakie w życiu słyszałem, w dodatku
w tak łagodnej odsłonie. Co prawda wtedy na Torwarze Amerykanie zagrali
fragment coveru Eurythmics, próbując wkręcić publiczność, iż podczas
wykonywanego właśnie Sweet Dreams na scenę wkroczy za chwilę główna gwiazda
wieczoru ale mimo wszystko, to co pokazali przy okazji Sound of Silence po
prostu rozkłada na łopatki.
Uwielbiam oryginał tej piosenki, delikatny, cały wyśpiewany
w dwugłosie przez Simona i Garfunkela, już od pierwszego dźwięku przenoszący do
krainy dzieciństwa i bajek. Wersja Disturbed zaczyna się zwyczajnie, pojedynczymi
dźwiękami fortepianu i niskim wokalem, po minucie dołączają skromne partie
gitary i instrumentów smyczkowych. Jednak od początku jego trzeciej minuty napięcie
zaczyna rosnąć szybciej niż pączki na turbo-drożdżach. Duża w tym zasługa
rytmicznie pojawiającego się dźwięku kotła ale przede wszystkim głosu Davida
Draimana, który w ciągu ostatnich 90 sekund piosenki wykreował ze swych strun
głosowych coś wyjątkowego, chwytającego za gardło, niezwykle emocjonalnie
poruszającego i pięknego, coś co na bank przejdzie do historii muzyki. Słuchając oryginału nigdy nie zastanawiałem się o czym jest ta piosenka, dopiero wersja Disturbed skłoniła mnie to bliższego
"przyjrzenia" się jej tekstowi. Od kilku dni nie mogę się uwolnić od
tego kawałka. A właściwie to wcale nie chcę.
piątek, 27 maja 2016
HEY - BŁYSK
Etykiety:
#Hey; #Błysk,
RECENZJE
Mając świeżo w pamięci przedpremierowy koncert w Stodole podczas
pierwszego przesłuchania Błysku zaskoczyła mnie "lajtowość" jego
brzmienia. Otwierające album Dalej oraz Historie na koncertach wypadają o wiele
lepiej. Szkoda zwłaszcza tej drugiej, przepięknej piosenki z cudownie mądrym
tekstem, fantastyczną melodią, która w wersji studyjnej ma w sobie jakiś
dziwny, zbędny "francuski sznyt" niepotrzebnie odwracający uwagę od
jej naturalnego piękna. W początkowych fragmentach nowego krążka ma się
wrażenie, że nie do końca na wysokości zadania stanął realizator. Tym bardziej
to dziwne, iż na Błysku znajdziemy sporo świetnego i świeżego brzmienia. Za
najlepszy przykład może posłużyć choćby Hej Hej Hej, mroczny i dość ascetyczny
kawałek, w którym każdy instrument gra jakby oddzielną partię, które mimo
wszystko tworzą intrygującą i wyjątkowo smakowitą całość. Podobnie Szum
atakujący wwiercającym się w głowę, chcącym rozsadzić głośniki
przesterowano-brzęczącym motywem genialnie współgrającym z głosem Kasi,
zachrypniętym niczym na pierwszej płycie.
Moi absolutni faworyci z tej płyty to jednak I Tak W Kółko
oraz Cud, dwa zupełnie różne utwory, które łączy fakt, iż można ich słuchać po
kilkanaście razy pod rząd. Ten pierwszy ma w sobie wszystko, czym HEY raczy nas
od ponad 20 lat, m.in. świetny gitarowy riff, ciekawą, fantastycznie
wkomponowaną warstwę elektroniczną, nie dającą się wybić z głowy melodię czy
zmiany tempa i klimatu. Cud początkowo wydaje się mniej udaną wersją Imagine
Lennona, nie warto jednak poddawać się po kilku pierwszych sekundach, gdyż
utwór ten okazuje się jednym z najpiękniejszych w historii zespołu. Wszystko za
sprawą porażającej ostatniej minuty, która jednostajną dotąd, smutną piosenkę przemienia
w niosącą nadzieję petardę porażającą każdym ułamkiem sekundy niesionej
zachrypniętym głosem Kasi i brzęczącą gitarą, do opisania piękna której język
polski nie posiada wystarczających słów. Dużo ciekawego dzieje się również w przedostatnim na krążku 2015, a singlowe Prędko
Prędzej zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem.
Jedenasty studyjny album Heya to płyta, której nikt z Was
nie powinien przegapić. Na 10 umieszczonych na Błysku kawałków 6 jest
rewelacyjnych, 3 dobre i tylko jeden słaby (Ku Słońcu). Natomiast w sferze
lirycznej Kasia Nosowska po raz kolejny z poziomu wysokiego podniosła
poprzeczkę jeszcze wyżej. Historie, Cud, Hej Hej Hej czy 2015 to przepiękne
wiersze, poetyckie, życiowe, niepowtarzalne.
środa, 25 maja 2016
WALIZECZKA Z DWORCA ZOO
Ostatnie trzy dni stacjonowałem w Berlinie, 50 metrów od
stacji Zoo rozsławionej zarówno przez książkę o „trudnej młodzieży”, jak i
piosenkę otwierającą najlepszą płytę w dyskografii U2. Siedzę właśnie na
lotnisku i myślę, że to doskonała to okazja, żeby przypomnieć tę drugą.
Okolice dworca Zoo zmieniły się nie do poznania. Cieszę się,
że kilkanaście lat temu, podczas pierwszej wizyty w Berlinie, mogłem zobaczyć je
w kształcie, o którym śpiewał Bono. W ciągu ostatnich kilku lat stacja została
odnowiona a wokół wyrosły dziesiątki nowoczesnych biurowców i hoteli. W bardzo
modnej obecnie dzielnicy nadal widać jednak sporo bezdomnych, młodych ludzi,
śpiących na ulicy wraz z całym swoim „dobytkiem”, snujących się pomiędzy
setkami przechodzących obok korpo-ludzi w krawatach. Kontrast jest dość
kosmiczny ale symbioza również wyjątkowa, nikt nikomu nie przeszkadza.
Wczoraj przed hotelem, w którym mieszkałem pojawił się
dodatkowy „smaczek”. Pewien wesoły jegomość, Helmut lub Sztefan przez kilka
minut biegał wokół budynku z walizką, po czym zostawił ją przed samymi jego
drzwiami i uciekł. Kiedy wieczorem chciałem wejść do hotelu policaj powiedzieli
stanowcze „NAJN”, otoczyli teren biało-czerwoną taśmą i kazali czekać. Wkrótce
przyjechał czarny robot, podjechał do walizki, coś tam przy niej pomajstrował,
otworzył znajdując zapewne trzy pary brudnych skarpetek i akcja się zakończyła.
Ale w gazetach o walizeczce z dworca Zoo dziś napisali.
niedziela, 24 kwietnia 2016
YEASAYER - AMEN & GOODBYE
Etykiety:
#Amen&Goodbye,
#YEASAYER,
RECENZJE
Z dwóch słów składających się na tytuł czwartego, studyjnego
albumu Yeasayer zdecydowanie wybieram "ejmen". "Gudbaj"
mówić tej grupie nie zamierzam, gdyż po słabszym, trzecim krążku wydanym cztery
lata temu wraca do życia w genialnym stylu.
Otwierające album Daughters of Cain jest niczym wschód
Słońca, kiedy to do życia budzą się kolejne istoty, w tym przypadku instrumenty
- od plumkającego pianina przez chórki początkowo nucące, stopniowo coraz
głośniejsze aż do przeistoczenia się w rozmyte, nieco kosmiczne dźwięki. Ten
przypominający klimatem Beatlesów kawałek płynnie przechodzi w I Am Chemistry,
jak na razie najpoważniejszego kandydata do piosenki roku. Pisałem już o nim
krótko tydzień temu, jest jednak tak dobry, że nie wypada nie poświęcić mu
kilku kolejnych zdań. Początek z typowym dla Yeasayer efektem wciągniętej taśmy,
zwrotka podobna nieco w brzmieniu Sisters Of Mercy przechodząca w refren, przy
którym trudno nie złapać fazy. I o ile przy "pierwszym okrążeniu"
jest kosmicznie, to przy drugim następuje już odlot w stronę innej galaktyki i
to bez panoramicznego obrazka pod językiem. Po drugiej zwrotce otrzymujemy
bowiem brzmiący niczym Lucy In The Sky With Diamond "most", który
przechodzi w...kolejnym "bridge" tym razem transowy, przywodzący na
myśl Archive. I kiedy już stajemy się na moment "rudym kojotem" nasze
uszy atakuje niewinny śpiew, brzmiący niczym kościelna scola, zakończony
ostatnia, najgenialniejszą minutą tego utworu, której nie sposób opisać. Powiem
tylko, że właśnie za takie fragmenty wielbię ten zespół.
Silly Me to nieco mniej udany klon O.N.E. z płyty Odd Blood,
przebojowy, chwytliwy ale nieco wtórny. Jeśli chodzi o bardziej dyskotekową
twarz Nowojorczyków zdecydowanie wolę tą spod numeru 5, czyli Dead Sea Scrolls
ukazujące funkowe oblicze zespołu. Zaczyna się ona co prawda głupawo od słów
"pa pa pa", na które mam wyjątkowe uczulenie, na szczęście bardzo
szybko przechodzą one w świetną partię basu, jąkający, odbijający się echem
wokal i czaderskie solo na saksofonie. Wcześniej jednak, pod numerem 4 kryje
się jeden z największych rarytasów z Amen & Goodbye. Pierwsze 50 sekund
Half Asleep, sennych niczym tytuł, nie zapowiada cudów, które następują chwilę
potem. Tajemniczy, żeński chórek, fragment menueta i pokaźna dawka orientu
tworzące razem przecudowną kompozycję momentami brzmiącą podobnie do
spokojniejszych kawałków Kasabian, zwłaszcza tych śpiewanych przez Sergio.
Równie pięknie jest w kolejnym na krążku Prophecy Gun, idealnej kołysance rodem
z XXI wieku. Myślę że nawet Jarosław Psikutas bez s rozmarzyłby się przy niej
przenosząc myślami do czasów, gdy najważniejszą dla niego rzeczą było nie 600
baniek tylko smoczek.
Kiedy wydaje się, że nic lepszego nas na tym krążku już nas
raczej nie spotka Yeasayer podbija stawkę serwując fenomenalne Divine
Simulacrum. Pełen szacun za tajemniczy,
bajkowy klimat tego numeru, w którym zespół znalazł kolejne patenty na
oryginalne, przepiękne współbrzmienia, dodatkowo potrafiące utrzymać słuchaczy
w napięciu mimo spokojnego tempa piosenki. Genialnie wypada także Gerson's
Whistle, gdzie "groźna" zwrotka prowadzona przez wwiercający się w
mózg dźwięk przechodzi w pogodny, radosny refren. Najlepsze w tym utworze jest
jednak to, że każde jego kolejne 30 sekund brzmi jak inna piosenka.
Mógłbym tak pisać i pisać o tej płycie, choć tekst dawno już
przekroczył standardową długość recenzji na Bonomuzie. Zamiast czytać dalej
posłuchajcie koniecznie Amen & Goodbye kilka razy pod rząd, gdyż dobre
płyty zazwyczaj za pierwszym razem "nie podchodzą". Ten natomiast stanowi kolejnz dowód na to, iż Yeasayer to jeden z najlepszych obecnie tworzących zespołów na świecie.wtorek, 19 kwietnia 2016
PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 12 - WITH A LITTLE HELP FROM MY FRIENDS
Etykiety:
#CudowneLata,
#JoeCocker,
#TheWonderYears,
PLAYLISTA ŻYCIA
Ten piękny numer pojawił się już na Bonomuzie niecałe
półtora roku temu, przy smutnej okazji śmierci jego wykonawcy. Dziś trafia do
Playlisty Życia jako jeden z najlepszych coverów w historii muzyki. Joe Cocker
z przeciętnego i nieco infantylnego kawałka Beatlesów stworzył bowiem
najprawdziwsze arcydzieło. Melodia zwrotki chwyta mnie za gardło niemal za
każdym razem, gdy ją słyszę.
With A Little Help From My Friends w tej wersji do końca
życia kojarzył mi się będzie z Cudownymi Latami, absolutnie najlepszym serialem
w historii kinematografii. Filmem, który w każdym z 20-minutowych odcinków
bawił, wzruszał, pokazywał historię świata i muzyki oraz poruszał życiowe
problemy, z którymi boryka się każdy człowiek. Po raz pierwszy można go było
obejrzeć na początku lat 90-tych w telewizyjnej Dwójce. Pamiętam tamte
weekendowe projekcje, jakby wydarzyły się wczoraj. Kojarzą mi się jednoznacznie
ze szczęśliwą czteroosobową rodziną wspólnie przeżywającą to samo, chociaż na
swój sposób.
Na początku lat 90-tych, kiedy oglądałem go po raz pierwszy wielu z przytaczanych tam historii nie rozumiałem, bądź odbierałem je dość powierzchownie. Dziś, kiedy oglądam poszczególne odcinki po raz kolejny, choć dużo z nich znam niemal na pamięć, kumając całą treść w nich przekazywaną dosłownie łapię się z zachwytu za głowę i rozumiem dlaczego 25 lat temu rodzicom podczas wspólnego oglądania często szkliły się oczy.
Ale przede wszystkim dużo i często myślę o tym jak swoje
własne cudowne lata będzie wspominał mój syn i co zrobić, że pamiętał je jako
naprawdę wspaniałe.
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
AXL ROSE WOKALISTĄ ACDC
Gdyby 25 lat temu ktoś wypowiedział zdanie z tytułu tego posta na głos, lub chociaż pomyślał w ten sposób najpewniej otrzymałby potężną dawkę psychotropów dożylnie i przez długi czas nie opuścił szpitala bez klamek. Przynajmniej na moim podwórku, o czym pisałem dwa miesiące temu (KLIKNIJ TU ABY PRZECZYTAĆ). Myślę zresztą, że dla wielu fanów ACDC ta informacja jest dość szokująca i nie do końca przyjmują ją do wiadomości. W każdym razie do kilkunastu godzin wiadomo, iż miejsce mającego problemy ze słuchem Briana Johnsona za mikrofonem zespołu AC piorun DC zajmie wokalista Guns'n'Roses. Oficjalny komunikat mówi o tym, że głównie po to aby dokończyć trasę koncertową Rock Or Bust. Oznacza to też pewnie niestety iż za kilka tygodni ten australijskie band przestanie istnieć. Cieszę się, że miałem okazję zobaczyć ich koncert jeszcze z poprzednim wokalistą. Panowie dali czadu, zeszłoroczny show w Warszawie był naprawdę super, oprócz tego, że, jak to na Narodowym, w wielu momentach trudno było odróżnić wokal od perkusji.
Chętnie zobaczyłbym w akcji tę przedziwną w sumie hybrydę. Przedsmak można było poczuć na festiwalu Coachella, na którym do wracających na scenę Guns'n'Roses dołączył Angus Young. Oto pierwszy rezultat owego spotkania:
Swoją drogą jak patrzę na te obrazki to myślę sobie, że:
a) trzeba mieć naprawdę dużego pecha żeby złamać nogę tuż przed powrotem na scenę po tylu latach (w prawie oryginalnym składzie)
b) czas z Axlem nie obszedł się zbyt łagodnie
c) na koncertach ACDC Axl zbierze trochę gwizdów ale będą one niezapomniane, a na pewno oryginalne
A oto i druga próbka Axla w nowym repertuarze:
Jak to widzicie?
sobota, 16 kwietnia 2016
NOWE OD...YEASAYER
Etykiety:
#YEASAYER
Niniejszym ogłaszam, że panowie z Yeasayer wrócili na jasną stronę Księżyca. Od dwóch tygodni dostępny jest ich nowy, czwarty studyjny album, W przyszłym tygodniu znajdziecie na Bonomuzie jego szczegółową recenzję, a na razie jako przedsmak pierwszy zapowiadający go singiel. Muszę przyznać, że tęskniłem za Nowojorczykami w takiej formie. Efekt wciągniętej taśmy na początku, kąsające wokalne wielogłosy, nutka orientalizmu, totalne zmiany tempa i klimatu, kosmiczna wstawka ze śpiewającymi dziećmi... To i dużo więcej znajdziecie w tych 5 fantastycznych muzycznych minutach.
środa, 13 kwietnia 2016
HEY PRZEDBŁYSK - KONCERT STODOŁA 13.04.2016
Etykiety:
#HEY,
#Przedbłysk,
#Stodoła,
RELACJE
Właśnie wróciłem z ostatniego w ramach mini-trasy Przedbłysk
koncertu Heya w Stodole. Będzie więc krótko, na gorąco i chaotycznie. Nowa
płyta zapowiada się REWELACYJNIE. Usłyszałem dziś 10 wchodzących w jej skład
kawałków po raz pierwszy (nie licząc singla oczywiście) i oprócz otwierającego
całość, nieco dziwnego, mówionego intro pozostałe uradowały mnie niczym
fistaszki wiewiórkę. Gdybym musiał opisać nowe kompozycje Heya jednym zdaniem
powiedziałbym: przepiękne i nieoczywiste melodie oraz genialne, świeże i
oryginalne brzmienie. Te kilka słów śmiało można przypisać do każdego z
dziesięciu kawałków, które znajdą się na nowym krążku. Poniżej szczątkowe opisy
ich klimatu, które udało mi się zanotować w telefonie w przerwach między
piosenkami:
1. Dziwny numer, Kasia mówi zamiast śpiewać, niemal cały
kawałek spoza sceny
2. Szum - rewelacyjny, wkręcający elektroniczny motyw
dominujący pozostałe instrumenty, fantastyczny numer
3. Morales - dużo spokojniejszy, krótki, spoko.
4. Prędko Prędzej - singiel promujący Błysk na żywo to
prawdziwa petarda, genialna solówka i fajne chórki klawiszowca
5.2015 - super melodia i wibrująca gitara
6. - mega utwór - zwrotka napędzana przez dwa dźwięki gitary brzmiące podobnie do tej z
Dalekiej Drogi Do Domu COMY ("pierwszy oddech wiosny budzi lęk...), nieco
mocniejszy refren i genialna, nieoczywista melodia
7. Heyheyhey - najlepszy jak dotąd utwór, mega surowa
zwrotka z fantastycznym brzmieniem i partią gitary, mocniejszy i szybszy refren
8. "Współczesna
Małgośka" - jeszcze lepsza niż numer 7, murowany hicior z ciekawym rytmem,
super melodią i brzęczącą nisko gitarą
9. Balladowy początek w stylu Imagine i szybszy, mocniejszy
refren
10. Pozytywne, fajne zakończenie płyty.
Dość równoważników zdań, czas na opis klimatu towarzyszącego
dzisiejszemu wieczorowi. Po wejściu do Stodoły zdziwiły mnie 2 rzeczy:
zamknięty bar na dole i zaryglowane wejście na koncertową salę. Kiedy w kolejce
po piwo w barze na górze odwróciłem się w poszukiwaniu znajomych twarzy w
miejscu, gdzie normalnie znajdowała się druga szatnia zobaczyłem...scenę.
Zrozumiałem wtedy napis Open Stage na bilecie i niewielką ilość osób w klubie,
Przedbłyskowy koncert widziało nie więcej niż 300 osób, dzięki czemu klimat był
wyjątkowo kameralny.
Największym zaskoczeniem dzisiejszego koncertu była
wyjątkowo "rozgadana" Kasia, która powiedziała chyba więcej słów niż
na kilkudziesięciu koncertach Hey, na których byłem, razem wziętych. Super było
posłuchać o inspiracjach i okolicznościach towarzyszących powstawaniu nowych
piosenek, wspomnień ze Szczecina, "ciągotach do bycia na estradzie" i
sposobach trzymania mikrofonu oraz wielu innych anegdot czy żartów. Czegoś
takiego nie widziałem na koncercie tej grupy nigdy, czuć było, że Katarzyna ma
naprawdę dobry klimat. Świetny był również tekst na temat wolności, której nie
można zabrać, bo nie można jej dać jeśli tylko jest się dobrym człowiekiem.
Po przedpremierowym zaprezentowaniu nowej płyty zespół
zagrał jeszcze kilka starszych utworów, wszystkie jednak z czasów, od kiedy
Piotra Banacha zastąpił Paweł Krawczyk. Fenomenalnie wypadły Piersi Ćwierć, Kto
Tam Kto Jest W Środku oraz Muka, ciekawie rozpoczynające bis wykonane w duecie
Nie Więcej. Po wyjściu ze Stodoły w głowie zostały mi jednak głównie brzmienie
nowych utworów. Odliczam dni, kiedy nowa płyta, dziś zamówiona w przedsprzedaży,
trafi do mojego odtwarzacza. Szczegółowa recenzja już wkrótce.
niedziela, 10 kwietnia 2016
MUZYCZNA PRASÓWKA: WYWIAD Z NOELEM GALLAGHEREM
Etykiety:
#NoelGallagher
Na zakończenie weekendu zachęcam do przeczytania wywiadu z Noelem Gallagherem. Nie zawsze pasowała mi jego buta i kontrowersyjne wypowiedzi. Tym razem przy wielu odpowiedziach trudno odmówić mu racji. Oto dwie małe próbki:
Dlaczego Adele ciągle śpiewa ballady? Komu są potrzebne? Świat płonie, terroryści szlachtują ludzi, połowa Syrii ucieka do Europy, czysty Armagedon, a co robi ta kobieta? Śpiewa: "Hello, buu, mój chłopak mnie zostawił, chlip"...
I tak powstaje anonimowa muzyka klasy średniej, która nie porusza nikogo naprawdę. Muzyka bez kantów, robiona przez ludzi bez kantów. Tym rozpuszczonym chłopaczkom brakuje doświadczenia życiowego, by robić muzykę, która cokolwiek by znaczyła. Mama i tata kupią im gitarę i przy niej synek śpiewać będzie pioseneczki o swojej dziewczynie z klasy średniej. To upadek...
Całość znajdziecie klikając w TEN LINK.
Dlaczego Adele ciągle śpiewa ballady? Komu są potrzebne? Świat płonie, terroryści szlachtują ludzi, połowa Syrii ucieka do Europy, czysty Armagedon, a co robi ta kobieta? Śpiewa: "Hello, buu, mój chłopak mnie zostawił, chlip"...
I tak powstaje anonimowa muzyka klasy średniej, która nie porusza nikogo naprawdę. Muzyka bez kantów, robiona przez ludzi bez kantów. Tym rozpuszczonym chłopaczkom brakuje doświadczenia życiowego, by robić muzykę, która cokolwiek by znaczyła. Mama i tata kupią im gitarę i przy niej synek śpiewać będzie pioseneczki o swojej dziewczynie z klasy średniej. To upadek...
Całość znajdziecie klikając w TEN LINK.
wtorek, 5 kwietnia 2016
PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 11 - SWALLOWED
Etykiety:
#BUSH; PLAYLISTA ŻYCIA,
#SWALLOWED
Dziś przypada 22 rocznica śmierci
Kurta Cobaina. Tamten dzień wspominałem już 2 lata temu, tym razem czas na piosenkę zespołu, którego debiutancka płyta
ujrzała światło dzienne również w 1994 roku, kapeli, która przez pewien czas
był dla mnie namiastką a mówiąc ładniej następcą Nirvany. Kiedy dwa lata
później po raz pierwszy usłyszałem Swallowed myślałem, że to nieznany wcześniej
kawałek Kurta i spółki. Niemalże identyczny brzmiący głos w zwrotce,
abstrakcyjny momentami tekst, piękna i urzekająca melodia połączona z
przejmująco zaśpiewanym i zagranym refrenem... Te 4 minuty były wystarczającym
powodem, żeby przyjrzeć się zespołowi Bush bliżej. Brytyjczycy nagrali kilka
fantastycznych kawałków, żadna ich płyta nie dorównała jednak Nevermind czy In
Utero, to znaczy nie była fantastyczna od A do Z. Swallowed potrafiłem jednak wałkować
po kilkanaście razy pod rząd, aż w końcu kaseta, na której nagrałem ten numer z
radia "nie wytrzymała presji". Drugim utworem Bush, który wielbię do
dziś to Glicerine, o wiele spokojniejsza, złożona z tych samych akordów co With
Or Without You U2 ballada, która udowadnia, że wystarczy aby stworzyć muzyczne
piękno wystarczą najprostsze środki, 4 dźwięki, jedna gitara i melodia, która
po jednym razie zostaje w duszy na zawsze.
Nigdy nie widziałem Bush na żywo, jakimś trafem przegapiłem niestety ich
warszawski występ w 2013 roku ale wierzę, że "jeszcze kiedyś się
zobaczymy". Tym bardziej, że zespół wydał w tej dekadzie dwa albumy. Zawsze,
gdy słyszę The Chemicals Between Us zastanawiam się czy, gdyby Kurt Cobain żył
Nirvana brzmiała by podobnie. Z powodu
oczywistego nigdy się tego nie dowiemy Pozostaje cieszyć się tym co na płytach.
Twoje zdrowie Kurt!
piątek, 1 kwietnia 2016
NOWE ROZPORZĄDZENIE DLA BLOGOSFERY
Etykiety:
KASZANA SONGS
Wczoraj wieczorem Instytut Monitorowania Blogosfery wysłał
do mnie maila o następującej treści. "W związku z wprowadzeniem planu
Morawieckiego zakładającego dynamiczny rozwój polskiej gospodarki również w
przemyśle muzycznym i filmowym nakłada się na wszystkich blogerów obowiązek
promocji polskiej muzyki i teledysków przynajmniej w co drugim opublikowanym
poście. Przepis ten obowiązuje od dnia 1 kwietnia i dotyczy wszystkich autorów
blogów prowadzonych w języku polskim".
Poprzedni wpis no Bonomuzie dotyczył U2, zgodnie z nowym
rozporządzeniem czas więc na utwór polski. Nie mam najmniejszych wątpilwości,
że ten cytowany dziśp rzejdzie do historii polskiej muzyki rozrywkowej, jest w
końcu "naj naj naj, słodka aj aj aj". Teledysk również robi wrażenie,
ambitny, nieoczywisty, z przekazem i Kamilem Glikiem w roli głównej ;-))))))
No i warstwa liryczna:
"Najważniejsze moja mała
żebyś wiersze me lubiała"
Wstrząsające!
środa, 30 marca 2016
NOWA PŁYTA U2 CORAZ BLIŻEJ
Etykiety:
#U2
Chociaż do nowej płyty i kontynuacji koncertowej trasy jeszcze zapewne daleko, a podobne zapewnienia słyszeliśmy w przeszłości z ust irlandzkiego kwartetu wielokrotnie to powyższego newsa trudno nie zaklasyfikować do pozytywnych. Songs of Innocence, ostatni studyjny album U2, był powrotem do świetnego grania a promujący go zeszłoroczny tour wręcz fenomenalny. Czekam na dalszy ciąg wyjątkowo niecierpliwie. A więcej na temat nowych 50 piosenek przeczytacie pod TYM LINKIEM.
wtorek, 29 marca 2016
PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 10 - ALIVE
Etykiety:
#Alive,
#PearlJam; #Ten,
PLAYLISTA ŻYCIA
W czasach, gdy wydany został debiutancki album Pearl Jam
dostępność oryginalnych nośników muzycznych była, delikatnie rzecz biorąc,
ograniczona. Swój muzyczny "kasetozbiór" powiększałem zazwyczaj
poprzez zakupy w "muzycznej hurtowni" mieszczącej się wtedy niecałe 2 kilometry od bloku, w
którym mieszkałem. Po kilku latach muzyczna hurtownia przemieniła się w sklep z
farbami, potem w "monopol" a obecnie znajduje się tam klub fitness.
Czyli przez ćwierć wieku lokal zatoczył koło od muzyki przez wódę i pędzle do
sportu. Tak czy inaczej to dzięki zakupom w tamtym blaszaku po raz pierwszy w
całości przesłuchałem fenomenalny od A do Z album Ten. Do tej rubryki mogłaby
trafić praktycznie każda umieszczona na nim piosenka. Padło na Alive, ponieważ
to właśnie ten utwór "namówił mnie" do zapoznania się z jego
sąsiadami.
Choć dziś nie ma to nic do rzeczy i jakkolwiek głupio to
dziś nie zabrzmi "zawsze wolałem Nirvanę od Pearl Jamu". Kiedy ma się
lat kilkanaście świat bardzo często wydaje się czarno-biały, a ja dodatkowo
chciałem się chyba poczuć niczym poprzednie pokolenie dokonujące wyboru
"Beatlesi czy Stonesi". Poza tym kolejne krążki Pearl Jam szły w
stronę kompletnie do mnie nie przemawiającą. Podobało mi się natomiast wiele
rzeczy, które zespół robił dookoła, na przykład rejestrowanie i oficjalne
wydawanie wszystkich koncertów z trasy z w 2000 roku oraz to, że niemal każdy
ich koncert był inny.
Pamiętam też chorzowski koncert w 2006 roku, kiedy
zobaczyłem Pearl Jam na żywo po raz pierwszy i...o wiele bardziej podobał mi
się występujący przed nim Linkin' Park. Wspólny koncert tych dwóch grup przez
wielu ultra fanów Eddiego i spółki był uważany za zły pomysł, czuć było, że na
stadionie znajdują się ludzie z nieco innych światów. Jednak to młodszy band,
mimo grania przy świetle dziennym wypadł o wiele korzystniej. Podczas występu
gwiazdy wieczoru serce zabiło mi mocniej jedynie ze 3 razy a wracając ze Śląska
autokarem myślałem, że to dobrze iż moja przygoda z Pearl Jam skończy się tak,
jak w przypadku płyt, po "pierwszej sztuce".
Kiedy kilka lat później do sklepów trafił album Backspacer
zrozumiałem, że byłem w błędzie. Płyta okazała się rewelacyjna, często nawiązująca
klimatem do debiutu, a koncert na Openerze równie fantastyczny. Przez chwilę
myślałem, żeby do Playlisty Życia dodać pochodzący z Backspacera Just Breathe.
To dla mnie jedna z pięciu najpiękniejszych i najbardziej wzruszających
piosenek jakie kiedykolwiek powstały, a w dodatku mam z nią nawet więcej,
niestety w większości smutnych wspomnień, niż z Alive. O nich już jednak kiedyś pisałem a poza tym wiosna przyszła więc nie czas na smutki, tylko na pozytywny,
wewnętrzny ogień. Wydaje się, że członkowie Pearl Jam ewidentnie takowy w sobie
mają. Nie znam innego "światowego" zespołu, który tak mieszałby w
swoich koncertowych setlistach. Podziwiam ich za to, że mimo 25 lat na scenie
każdy skład ich kolejnego koncertu stanowi niespodziankę dla jego uczestników.
Trudno o lepszy dowód na to, że panowie nadal grają dla przyjemności.
piątek, 25 marca 2016
NOWE OD...THE KILLS
Etykiety:
#TheKills; #Ash&Ice; #OFFestival
Premiera piątego albumu The Kills została zapowiedziana na 3 czerwca. Nazywał się będzie Ash&Ice a na razie mamy jej przedsmak w postaci singla Doing It To Death. Nie jest może tak spektakularny jak Satelite promujące poprzedni krążek zespołu, płytę roku 2011 według Bonomuzy ale zdecydowanie warty uwagi, wkręcający i sprawiający, że odliczam dni do pierwszego czerwcowego weekendu. Dwa miesiące później, 6 sierpnia w Katowicach, będzie okazja posłuchać i zobaczyć Alison i Jamiego na żywo na OFF Festivalu. Indżoj!
wtorek, 22 marca 2016
PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 9 - PARADA WSPOMNIEŃ
Etykiety:
#KULT,
PLAYLISTA ŻYCIA
Wczorajszy pierwszy dzień wiosny spędziłem na sali
gimnastycznej ale w czasach licealnych 21 marca oznaczał obowiązkową obecność
na Agrykoli, na której co roku odbywał się rockowy koncert. To właśnie tam po
raz pierwszy zobaczyłem na żywo KULT
oraz znaną wcześniej z opowieści zadymę pomiędzy punkami i skinami. Z koncertu,
oprócz świetnej zabawy, zapamiętałem również Kazika, który przerywa piosenkę,
żeby ochrzanić ochronę brutalnie traktującą ludzi wypadających za barierki.
Niedługo później KULT, chyba jako pierwszy zespół w Polsce, zaczął zabierać na
koncerty własnych ochroniarzy, co było nie lada przełomem, gdyż nawet jeszcze w
XXI wieku zdarzało się, że ludzie mający dbać o zdrowie uczestników koncertu
traktowali je jako okazję do wyżycia się.
Moja przygoda z KULTem zaczęła się od płyty, a raczej kasety
Tata Kazika. Na jej plastikowym pudełku wytłoczono nazwę zespołu, a w
książeczce obok tekstów piosenek pojawiły się gitarowe chwyty. Tym sposobem
swoją naukę gry na gitarze rozpocząłem właśnie od utworów Kazika i spółki,
tych, w których nie było chwytów barowych, gdyż te początkowo nie chciały mi
wybrzmieć choćbym nie wiem jak mocno naciskał struny.
KULT towarzyszył mojemu muzycznemu życiu przez wiele kolejnych lat i do jego ostatnich dni nie zapomnę trwających po 4 godziny koncertów w Stodole, podczas których skakałem jak głupi bez koszulki, osiągałem stan nirwany i jak nigdy wcześniej czułem się członkiem pewnego plemienia. Z tym zespołem kojarzy mi się również pewien wyjątkowo ważny listopadowy dzień z roku, w którym runęły wieże WTC, kiedy to za pomocą piosenki numer 4 z Salon Recreativo, jak dla mnie ostatniej fantastycznej płyty w dorobku zespołu, podprogowo próbowałem zadziałać na pewną uroczą Kujawiankę - obecnie żonę.
KULT towarzyszył mojemu muzycznemu życiu przez wiele kolejnych lat i do jego ostatnich dni nie zapomnę trwających po 4 godziny koncertów w Stodole, podczas których skakałem jak głupi bez koszulki, osiągałem stan nirwany i jak nigdy wcześniej czułem się członkiem pewnego plemienia. Z tym zespołem kojarzy mi się również pewien wyjątkowo ważny listopadowy dzień z roku, w którym runęły wieże WTC, kiedy to za pomocą piosenki numer 4 z Salon Recreativo, jak dla mnie ostatniej fantastycznej płyty w dorobku zespołu, podprogowo próbowałem zadziałać na pewną uroczą Kujawiankę - obecnie żonę.
Myśląc o zespole KULT przed oczyma biegnie mi prawdziwa Parada Wspomnień. Spośród dziesiątek fantastycznych kawałków to mój zdecydowany faworyt numer 1. Nakręcony przez niesamowicie chwytliwy motyw gitary basu, szaloną solówkę zagraną na organach, piękny motyw zagrany na waltorni oraz niesamowicie prosty, nostalgiczny i piękny tekst refrenu:
"Nie nie nie nie nie nie nie nie
Nie nie nie nie nie nie nie nie
Nie nie nie nie nie nie nie nie
Te czasy już nie powtórzą się"
niedziela, 20 marca 2016
ANIMAL COLLECTIVE - PAINTING WITH
Etykiety:
RECENZJE; #PaintingWith
Animal Collective zdecydowanie nie tworzy muzyki
towarzyszącej. Albo wchodzisz w jej świat na maksa, poddajesz się jej dźwiękom
i płyniesz z ich nurtem albo lepiej zmień płytę. Zdecydowanie namawiam do
pierwszej opcji, gdyż Painiting With to wyjątkowo ciekawa muzycznie propozycja.
Słuchając jej przez słuchawki niemal przez cały czas kręci się w głowie. Aż roi
się tu od kosmicznych, wibrujących dźwięków i oryginalnych, falujących brzmień.
W zwrotce Lying In The Grass słyszymy na przykład organy stworzone
z ludzkich głosów. W refrenie dołącza beat, fortepian, przeróżne instrumenty
dęte (trąbka, flet, klarnet), każdy grający jakby oddzielną nie powiązaną ze
sobą partię a jednak stanowiącą w komplecie fantastyczną całość, którą kończy symfonia
dźwięków rodem ze starych gier komputerowych z Atari czy Commodore. Te ostatnie
pojawiają się na tej płycie wielokrotnie choćby w otwierającym ją Floridada i
Hocus Pocus przypominających nieco Yeasayer. Podobnie zresztą jak Summing The
Wretch, On Delay przywołuje z kolei klimat ostatniej płyty Arcade Fire.
Najlepszy fragment tego krążka zaczyna się wraz z numerem 5
i niesamowitym The Burglars. Ten kawałek to prawdziwa bomba, Red Bull
wstrzyknięty do żyły. Trudno wyliczyć wszystko, co się w nim dzieje: szybko
wyrzucane, nakręcające słowa na początku w towarzystwie śladów syreny
alarmowej, orientalny most prowadzący do niemal transowego refrenu, dwie
śpiewające zupełnie inne partie wokalne, to wszystko razem sprawia, że naprawdę
można odlecieć niczym Rudy Kojot. Równie świetnie jest w kolejnych Natural
Selection i Bagels in Kiev. Słuchając tej pierwszej ma się wrażenie bycia
wciąganym do dziwnego, muzycznego tunelu. A kiedy już się rozpędzimy i chcemy
zaprzeć nogami na 10 sekund zwalniamy podczas składającego się z dwóch lub
trzech słów refrenu, po którym przechodzimy na kolejny, wyższy level. Bułeczki
w Kijowie to minimalnie spokojniejsza za to nieco bardziej tajemnicza
propozycja. Rewelacyjnie wypada również przedostatni na krążku Golden Gal,
murowany kandydat na hit, ze świetną melodią, prostym motywem zagranym na basie
i delikatną porcją dźwięków niepospolitych. Zamykający całość Recycling
udowadnia za to, że Animal Collective równie dobrze czuje się w utworach
wolniejszych, potrafiąc z pospolitej "balladki" zrobić kawałek, o
którym trudno zapomnieć już po pierwszym razie.
Słuchanie tej płyty wymaga odpowiedniej fazy, zdecydowanie
lepiej wchodzi, gdy jest się wypoczętym, kilkakrotnie złapałem się na tym, że
przy głowie pełnej myśli ten album bardziej drażnił mnie niż cieszył. Rada jest
więc jedna: odpocznijcie a potem "pomalujcie z" Animal Collective. Na
Painting With znajdziecie bowiem mnóstwo muzycznych delicji. Smacznego.
wtorek, 15 marca 2016
NOWY SINGIEL HEYA...
Etykiety:
#HEY
...już jest! Indżoj! ;-D
Po pierwszym przesłuchania do głowy przychodzą mi 2 słowa: ŚWIEŻOŚĆ BRZMIENIA.
A jak Wasze wrażenia?
Po pierwszym przesłuchania do głowy przychodzą mi 2 słowa: ŚWIEŻOŚĆ BRZMIENIA.
A jak Wasze wrażenia?
Subskrybuj:
Posty (Atom)








