Długo zastanawiałem się, którą piosenkę Metallicy wybrać do
Playlisty Życia. W finałowej rozgrywce oprócz Master Of Puppets pozostały
Memory Remains z fenomenalną partią Marianne Faithfull oraz One fantastycznie
pokazujące dwa różne oblicza tego zespołu. Master to jednak Master,
fantastyczny utwór z czasów, kiedy Metallica, zgodnie z nazwą była jeszcze
zespołem metalowym. W tym roku ten kawałek obchodzi swoje trzydziesta urodziny
i nadal ma w sobie niesamowitą moc. Wersja studyjna być może momentami brzmi nieco
oldschoolowo ale wystarczy odpalić jakiekolwiek wykonanie koncertowe, żeby
przekonać się jak potężny to utwór. Za każdym razem, gdy słyszę refren ze
słowami "come crawling faster..." czuję się przez niego pokonany. Sposób, w jaki w tym kawałku pracują gitary oraz zmiana klimatu w środkowej, instrumentalnej części to prawdziwe mistrzostwo świata. A
okładka albumu Master of Puppets, jedna z pierwszych, jakie zobaczyłem w życiu, pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Nie umiem tego
racjonalnie wytłumaczyć ale do dziś, gdy patrzę na ów "las krzyży"
czuję dziwny przypływ emocji.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PLAYLISTA ŻYCIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PLAYLISTA ŻYCIA. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 31 maja 2016
wtorek, 19 kwietnia 2016
PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 12 - WITH A LITTLE HELP FROM MY FRIENDS
Etykiety:
#CudowneLata,
#JoeCocker,
#TheWonderYears,
PLAYLISTA ŻYCIA
Ten piękny numer pojawił się już na Bonomuzie niecałe
półtora roku temu, przy smutnej okazji śmierci jego wykonawcy. Dziś trafia do
Playlisty Życia jako jeden z najlepszych coverów w historii muzyki. Joe Cocker
z przeciętnego i nieco infantylnego kawałka Beatlesów stworzył bowiem
najprawdziwsze arcydzieło. Melodia zwrotki chwyta mnie za gardło niemal za
każdym razem, gdy ją słyszę.
With A Little Help From My Friends w tej wersji do końca
życia kojarzył mi się będzie z Cudownymi Latami, absolutnie najlepszym serialem
w historii kinematografii. Filmem, który w każdym z 20-minutowych odcinków
bawił, wzruszał, pokazywał historię świata i muzyki oraz poruszał życiowe
problemy, z którymi boryka się każdy człowiek. Po raz pierwszy można go było
obejrzeć na początku lat 90-tych w telewizyjnej Dwójce. Pamiętam tamte
weekendowe projekcje, jakby wydarzyły się wczoraj. Kojarzą mi się jednoznacznie
ze szczęśliwą czteroosobową rodziną wspólnie przeżywającą to samo, chociaż na
swój sposób.
Na początku lat 90-tych, kiedy oglądałem go po raz pierwszy wielu z przytaczanych tam historii nie rozumiałem, bądź odbierałem je dość powierzchownie. Dziś, kiedy oglądam poszczególne odcinki po raz kolejny, choć dużo z nich znam niemal na pamięć, kumając całą treść w nich przekazywaną dosłownie łapię się z zachwytu za głowę i rozumiem dlaczego 25 lat temu rodzicom podczas wspólnego oglądania często szkliły się oczy.
Ale przede wszystkim dużo i często myślę o tym jak swoje
własne cudowne lata będzie wspominał mój syn i co zrobić, że pamiętał je jako
naprawdę wspaniałe.
wtorek, 29 marca 2016
PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 10 - ALIVE
Etykiety:
#Alive,
#PearlJam; #Ten,
PLAYLISTA ŻYCIA
W czasach, gdy wydany został debiutancki album Pearl Jam
dostępność oryginalnych nośników muzycznych była, delikatnie rzecz biorąc,
ograniczona. Swój muzyczny "kasetozbiór" powiększałem zazwyczaj
poprzez zakupy w "muzycznej hurtowni" mieszczącej się wtedy niecałe 2 kilometry od bloku, w
którym mieszkałem. Po kilku latach muzyczna hurtownia przemieniła się w sklep z
farbami, potem w "monopol" a obecnie znajduje się tam klub fitness.
Czyli przez ćwierć wieku lokal zatoczył koło od muzyki przez wódę i pędzle do
sportu. Tak czy inaczej to dzięki zakupom w tamtym blaszaku po raz pierwszy w
całości przesłuchałem fenomenalny od A do Z album Ten. Do tej rubryki mogłaby
trafić praktycznie każda umieszczona na nim piosenka. Padło na Alive, ponieważ
to właśnie ten utwór "namówił mnie" do zapoznania się z jego
sąsiadami.
Choć dziś nie ma to nic do rzeczy i jakkolwiek głupio to
dziś nie zabrzmi "zawsze wolałem Nirvanę od Pearl Jamu". Kiedy ma się
lat kilkanaście świat bardzo często wydaje się czarno-biały, a ja dodatkowo
chciałem się chyba poczuć niczym poprzednie pokolenie dokonujące wyboru
"Beatlesi czy Stonesi". Poza tym kolejne krążki Pearl Jam szły w
stronę kompletnie do mnie nie przemawiającą. Podobało mi się natomiast wiele
rzeczy, które zespół robił dookoła, na przykład rejestrowanie i oficjalne
wydawanie wszystkich koncertów z trasy z w 2000 roku oraz to, że niemal każdy
ich koncert był inny.
Pamiętam też chorzowski koncert w 2006 roku, kiedy
zobaczyłem Pearl Jam na żywo po raz pierwszy i...o wiele bardziej podobał mi
się występujący przed nim Linkin' Park. Wspólny koncert tych dwóch grup przez
wielu ultra fanów Eddiego i spółki był uważany za zły pomysł, czuć było, że na
stadionie znajdują się ludzie z nieco innych światów. Jednak to młodszy band,
mimo grania przy świetle dziennym wypadł o wiele korzystniej. Podczas występu
gwiazdy wieczoru serce zabiło mi mocniej jedynie ze 3 razy a wracając ze Śląska
autokarem myślałem, że to dobrze iż moja przygoda z Pearl Jam skończy się tak,
jak w przypadku płyt, po "pierwszej sztuce".
Kiedy kilka lat później do sklepów trafił album Backspacer
zrozumiałem, że byłem w błędzie. Płyta okazała się rewelacyjna, często nawiązująca
klimatem do debiutu, a koncert na Openerze równie fantastyczny. Przez chwilę
myślałem, żeby do Playlisty Życia dodać pochodzący z Backspacera Just Breathe.
To dla mnie jedna z pięciu najpiękniejszych i najbardziej wzruszających
piosenek jakie kiedykolwiek powstały, a w dodatku mam z nią nawet więcej,
niestety w większości smutnych wspomnień, niż z Alive. O nich już jednak kiedyś pisałem a poza tym wiosna przyszła więc nie czas na smutki, tylko na pozytywny,
wewnętrzny ogień. Wydaje się, że członkowie Pearl Jam ewidentnie takowy w sobie
mają. Nie znam innego "światowego" zespołu, który tak mieszałby w
swoich koncertowych setlistach. Podziwiam ich za to, że mimo 25 lat na scenie
każdy skład ich kolejnego koncertu stanowi niespodziankę dla jego uczestników.
Trudno o lepszy dowód na to, że panowie nadal grają dla przyjemności.
wtorek, 22 marca 2016
PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 9 - PARADA WSPOMNIEŃ
Etykiety:
#KULT,
PLAYLISTA ŻYCIA
Wczorajszy pierwszy dzień wiosny spędziłem na sali
gimnastycznej ale w czasach licealnych 21 marca oznaczał obowiązkową obecność
na Agrykoli, na której co roku odbywał się rockowy koncert. To właśnie tam po
raz pierwszy zobaczyłem na żywo KULT
oraz znaną wcześniej z opowieści zadymę pomiędzy punkami i skinami. Z koncertu,
oprócz świetnej zabawy, zapamiętałem również Kazika, który przerywa piosenkę,
żeby ochrzanić ochronę brutalnie traktującą ludzi wypadających za barierki.
Niedługo później KULT, chyba jako pierwszy zespół w Polsce, zaczął zabierać na
koncerty własnych ochroniarzy, co było nie lada przełomem, gdyż nawet jeszcze w
XXI wieku zdarzało się, że ludzie mający dbać o zdrowie uczestników koncertu
traktowali je jako okazję do wyżycia się.
Moja przygoda z KULTem zaczęła się od płyty, a raczej kasety
Tata Kazika. Na jej plastikowym pudełku wytłoczono nazwę zespołu, a w
książeczce obok tekstów piosenek pojawiły się gitarowe chwyty. Tym sposobem
swoją naukę gry na gitarze rozpocząłem właśnie od utworów Kazika i spółki,
tych, w których nie było chwytów barowych, gdyż te początkowo nie chciały mi
wybrzmieć choćbym nie wiem jak mocno naciskał struny.
KULT towarzyszył mojemu muzycznemu życiu przez wiele kolejnych lat i do jego ostatnich dni nie zapomnę trwających po 4 godziny koncertów w Stodole, podczas których skakałem jak głupi bez koszulki, osiągałem stan nirwany i jak nigdy wcześniej czułem się członkiem pewnego plemienia. Z tym zespołem kojarzy mi się również pewien wyjątkowo ważny listopadowy dzień z roku, w którym runęły wieże WTC, kiedy to za pomocą piosenki numer 4 z Salon Recreativo, jak dla mnie ostatniej fantastycznej płyty w dorobku zespołu, podprogowo próbowałem zadziałać na pewną uroczą Kujawiankę - obecnie żonę.
KULT towarzyszył mojemu muzycznemu życiu przez wiele kolejnych lat i do jego ostatnich dni nie zapomnę trwających po 4 godziny koncertów w Stodole, podczas których skakałem jak głupi bez koszulki, osiągałem stan nirwany i jak nigdy wcześniej czułem się członkiem pewnego plemienia. Z tym zespołem kojarzy mi się również pewien wyjątkowo ważny listopadowy dzień z roku, w którym runęły wieże WTC, kiedy to za pomocą piosenki numer 4 z Salon Recreativo, jak dla mnie ostatniej fantastycznej płyty w dorobku zespołu, podprogowo próbowałem zadziałać na pewną uroczą Kujawiankę - obecnie żonę.
Myśląc o zespole KULT przed oczyma biegnie mi prawdziwa Parada Wspomnień. Spośród dziesiątek fantastycznych kawałków to mój zdecydowany faworyt numer 1. Nakręcony przez niesamowicie chwytliwy motyw gitary basu, szaloną solówkę zagraną na organach, piękny motyw zagrany na waltorni oraz niesamowicie prosty, nostalgiczny i piękny tekst refrenu:
"Nie nie nie nie nie nie nie nie
Nie nie nie nie nie nie nie nie
Nie nie nie nie nie nie nie nie
Te czasy już nie powtórzą się"
wtorek, 15 marca 2016
PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 8 - BULLET IN THE HEAD
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Byliście kiedyś na koncercie Rage Against The Machine? Bo
ja...znam kogoś kto był ;-D. Niestety na dobre "załapałem się na Rejdżów o
kilka tygodni za późno. W czerwcu 1994 znałem już wtedy płytę z płonącym mnichem
na okładce, ale słuchałem jej zdecydowanie wybiórczo. Trójka w składzie:
Bombtrack, Killin' In The Name Of i Bullet In The Head wystarczała mi wtedy w
zupełności i potrzeby przeżycia jej "na żywo" nie miałem. W
przeciwieństwie do wielu osób z mojego podwórka, którzy w dużej mierze do dziś
wspominają owe wydarzenie jako legendarne.
Opowieści tamtym letnim wieczorze brzmią mi w głowie do
dziś, o tym "jakie kosmiczne było pogo", jak odjechane efekty i
brzmienia wyciągał z gitary Tom Morello, o deszczu potu padającym z sufitu,
itp. Muszę przyznać, że patrząc na poniższe nagranie sprzed 24 lat wierzę, iż
nie były one przesadzone.
Mimo, iż nie przeżyłem na Torwarze uniesień związanych z
RATM to właśnie ten zespół kojarzy mi się z pierwszym bezkompromisowym pogo w
życiu. Nie podskakiwaniem przy muzyce tylko z łupaniem kości. Na
"dyskotekach" obozowych, pół roku później włączaliśmy właśnie Bullet
i podczas jego końcówki obijaliśmy się o siebie z taką siłą, że dziś na bank
skończyło by się to gipsem, szyną lub innym usztywnieniem. Ale wtedy byliśmy
luźni i wstrząsoodporni.
wtorek, 8 marca 2016
PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 7 - ZAZDROŚĆ
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Hey to chyba pierwszy polski zespół, którego muzyczną drogę
śledziłem niemal od samego początku. Płyta Fire miała premierę, kiedy chodziłem
jeszcze do podstawówki. Po wakacjach 1993 roku nieznany kilka miesięcy
wcześniej szczeciński zespół osiągnął niebotyczną jak na polskie warunki
popularność, która nie ominęła podwórka, na którym się wychowałem ani mojej
klasy. Kojarzy mi się z tym krążkiem wiele wspomnień, jednak najbardziej
wyraźnym obrazem jest powrót z ostatniej wycieczki szkolnej, podczas którego cały
przedział śpiewał Zazdrość. Nikt z nas zapewne nie rozumiał delikatnie chorego
i toksycznego tekstu tej piosenki ale do wielu osób docierało wtedy, że pewien
etap w naszym życiu się kończy.
Zespół Hey przez wiele kolejnych lat przyniósł ludziom wiele
muzycznej radości a jego pierwsza płyta pozostaje w masowej świadomości do
dziś. W ostatnią sobotę przechodząc obok metra Centrum słyszałem grającego na
elektrycznej gitarze instrumentalną wersję utworu Dreams. Moim ulubionym
kawałkiem Heya jest Wczesna Jesień, do playlisty życia
wybrałem jednak przedstawiciela z debiutanckiej płyty. Do dziś zachwycają mnie
przebojowość tego cztero-akordowego riffu oraz przyprawiający o ciarki szept
umieszczony tuż pod wokalem Kasi, zwłaszcza tym podwójnym z drugiej zwrotki.
Na żywo Zazdrość zawsze brzmiała inaczej. Początkowo miała
bardziej rozbudowaną partię gitary...
...w późniejszych latach bardziej tajemniczy początek.
Każda z wersji tego utworu kosi równie mocno. Kwietniowy
koncert w Stodole zapowiadający nową, tegoroczną płytę został już wyprzedany, podobnie
jak wiele innych łącznie z tym pierwszym sprzed 23 lat. Przymierzałem się do
kupna biletów od przynajmniej kilku tygodni... Pozostanie poczekać na trasę
promującą nowy krążek lub, co bardziej prawdopodobne, pojechać do innego
miasta.
wtorek, 1 marca 2016
WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 6 - EAT THE RICH
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
29 maja 1994 - mówi Wam coś ta data? Dla mnie to jeden z
najważniejszych dni w moim muzycznym życiu. To właśnie tamtej niedzieli po raz
pierwszy poszedłem na rockowy koncert. AEROSMITH, EXTREME oraz IRA - musicie
przyznać, że trudno wymarzyć sobie lepszy zestaw na debiut. Tym bardziej, że
płytę Get A Grip z krowim wymieniem na okładce katowałem tej wiosny niemal bez
przerwy, kawałki Extreme spotkać można było na MTV regularnie, a IRA była wtedy
absolutnym polskim topem.
Późną wiosną 22 lata temu kończyłem właśnie podstawówkę, a
jako że do liceum dostałem się podczas egzaminów w kwietniu, miałem jedne z
dłuższych wakacji w życiu. Na koncert odbywający się na Stadionie Gwardii
poszedłem z trzema kumplami. Żaden z nas wcześniej na koncercie nie był ale od starszych
kolegów słyszeliśmy wielokrotnie o tym jak pod Fugazi, Hybrydy czy Stodołę na
punkowe czy rockowe koncerty przychodzą skini i jest zadyma. Jechaliśmy więc na
Mokotów "gotowi na wszystko" - jakkolwiek śmiesznie dziś to brzmi.
Uczucia towarzyszącego przejściu przez bramki i znalezieniu
się na terenie stadionu nie zapomnę do końca życia. Chwilę później na scenę
wyszła IRA a ja po raz pierwszy skakałem obijając się o ludzi przy Bierz
Mnie. Tak więc to właśnie koncert radomskiego zespołu Kuby Płucisza był
tym pierwszym w moim życiu. Był fantastyczny od A do Z. Grające po nim Extreme
już takiego wrażenie na mnie nie zrobiło, dziś z tamtego występu pamiętam
jedynie zamykające całość, trwające ponad 10 minut More Than Words.
Wreszcie przyszedł czas na Aerosmith. Do dziś pamiętam
tamten poziom zajarki, poczucie, że Polska naprawdę jest "Bliżej
Świata", jak w nazwie programu nadawanego wtedy w TVP. Choć być może
części z Was trudno będzie w to uwierzyć 20 lat temu każdy koncert znanego,
zagranicznego zespołu był w Polsce ogromnym wydarzeniem, ponieważ z reguły
rocznie odbywało się ich dosłownie kilka.
To właśnie Eat The Rich, a dokładnie rzecz biorąc
poprzedzające go Intro, rozpoczęło warszawski koncert Aerosmith. Młyn był taki,
że po niecałej minucie zgubiłem się z kumplami. Początkowo próbowałem ich
szukać, w odległej podświadomości nadal musieli mi tkwić nadchodzący skini, ale
po 2 czy 3 kawałkach odpuściłem i zacząłem się bawić. Po raz pierwszy
zrozumiałem wtedy, że piękno muzyki polega na tym, że możesz przeżywać ją z
kompletnie obcymi ludźmi a wspólne skakanie czy pogowanie daje metafizyczne
poczucie wspólnoty. Ten wieczór naznaczył mnie na zawsze. Do dziś uwielbiam
koncerty i wierzę, że kiedyś jeszcze zobaczę na scenie Aerosmith.
wtorek, 23 lutego 2016
WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 5 - DZIKOŚĆ SERCA
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Latem 1993 roku pojechałem na kolonie do Mrągowa. Nie był to
specjalnie historyczny wyjazd. Po raz pierwszy zaciągnąłem się na nim
papierosem oraz "samowolnie oddaliłem się od grupy" w skutek czego,
niczym w minionej epoce, musiałem podpisać specjalne "oświadczenie"
wystawione przez opiekunkę grupy o ksywie Kobra. Jedna rzecz została mi jednak
z tego wyjazdu na dłużej. W stolicy polskiego country był bazarek a na nim
stoisko z kasetami. To właśnie tam nabyłem pierwsze, w swojej kolekcji
wydawnictwo T.LOVE. który potem na kilkanaście lat stał się moim ulubionym
polskim zespołem.
Choć wiem, że takie porównania generalnie są bez sensu to
dla mnie płyta King to taka polska The Joshua Tree (a jednocześnie Prymityw to
prawie Achtung Baby). Znajdziemy na niej wiele muzycznego dobra, kawałków
wartych zacytowania, jednak to właśnie Dzikość Serca jest tym, który czaruje
najbardziej. Każdy wers to mistrzowska plama pobudzająca wyobraźnię i malująca
w niej żywy obraz. Pozornie niezwiązane ze sobą zdania tworzą przepiękną
całość.
Jest w tej piosence coś, co sprawia, za każdym
przesłuchaniem do głowy wpada mi myśl, że zrobię jeszcze kiedyś coś
niesamowitego. Nie umiem tego sprecyzować ale zwłaszcza refren to prawdziwe
paliwo, które pozwala się wyrwać z orbity codzienności, sięgnąć chmur i
pomyśleć o rzeczach wielkich.
wtorek, 16 lutego 2016
WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 4 - SELF ESTEEM
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Kiedy na początku 1995 roku usłyszałem po raz pierwszy Self
Esteem dosłownie raziło mnie piorunem. Mało który kawałek zrobił w życiu na
mnie takie wrażenie jak ten i do dziś należy on do mojego prywatnego "top
5". Przez długi czas słuchałem go nagranego z radia na kasetę. Czytelnikom
mających mniej niż 25 lat przypominam, choć dziś naprawdę trudno w to uwierzyć,
że 21 lat temu:
a) z Internetem łączyło się przez telefon stacjonarny
b) nie było youtube'a
c) rozgłośnie radiowe nie miały playlist więc grały to, co
prowadzący audycję sobie wymyślił
d) 95% czasu antenowego na MTV
zajmowały teledyski
Byłem wtedy w pierwszej klasie liceum, kiedy światło dzienne
ujrzała trzecia płyta niespecjalnie znanego wówczas zespołu The Offspring. W mojej
muzycznej kolekcji znajdowały się głównie kasety, w dużej mierze pirackie, a płyty
reprezentowane były w zawrotnej ilości sztuk trzech. Oprócz wspominanego w
zeszłym tygodniu Use Your Illusion II były to Get A Grip Aerosmith i Nevermind
Nirvany. Powód przewagi nośników, które mogły ulec wciągnięciu był prozaiczny i
oczywisty: kasety kosztowały 10 złotych a płyty od pięciu do sześciu razy
drożej. Przy miesięcznym kieszonkowym w wysokości 100 PLN ta różnica była
kolosalna. Dla porównania piwo Królewskie (pyszne, warzone kilka kilometrów
obok na ulicy Grzybowskiej) w Norze kosztowało wtedy 3,90, a Nora była wtedy
miejscem obowiązkowym podczas weekendu, pomimo mega niemiłej, pogarszającej się
z roku na rok obsługi i niepełnoletności (nikt wtedy o dowód nie pytał).
Czemu o tym wszystkim piszę? Otóż płyta S.M.A.S.H. z
niewiadomych powodów nie ukazała się w Polsce na kasecie. Na płytę CD zbierałem
więc kilka miesięcy, a kiedy już udało mi się ją kupić kilka tygodni później
ktoś mi ją zakosił z domu. Drugi egzemplarz zajechałem do upadłego, tak, że
odtwarzacz płyt nawet nie reagował na jego obecność, a trzeci spotkał ten sam
los co pierwszy. Tym samym spośród ponad 11 milionów sprzedanych krążków S.M.A.S.H.,
sam przyłożyłem się do czterech.
Self Esteem to jeden z najlepszych dowodów, że cztery proste
akordy mogą stworzyć dzieło epokowe, że muzyka może być jednocześnie czadowa i
fantastycznie przebojowa, że dobre rzeczy się na starzeją i mimo upływu czasu
nadal brzmią genialnie.
wtorek, 9 lutego 2016
WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 3 - DON'T CRY
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Guns'n'Roses to był mój pierwszy "ulubiony
zespół". W przeciwieństwie jednak do neutralnego dla większości U2 i
szanowanej na podwórku Nirvany bycie fanem Gunsów, na tarchomińskim podwórku,
do najłatwiejszych nie należało. Jeśli chciałeś być cool to przede wszystkim
powinieneś słuchać ACDC i Anthrax, ja wolałem jednak nosić koszulkę z
pistoletami i różami. Oznaczało to nieustającą szyderę ze strony kolegów a
sytuacji nie ułatwiały obcisłe majty, w których najczęściej prezentował się
Axl. Jeden z kolegów Gunsów słuchał ale się nie przyznawał. Kiedy jednak świat
okrążyła informacja, że Axl powiedział, że "nie zagra dla Polaków i
Żydów" ów ziom podszedł do mnie i w konspiracji wyznał: "miarka się
przebrała, wczoraj spaliłem wszystkie kasety tych frajerów". Wczesno-nastoletnia kontestacja miała swój niepowtarzalny smak.
Ja swoich pirackich kaset G'n'R nie zniszczyłem, mało tego
pierwszą płytą CD, jaka znalazła się w mojej kolekcji okazało się Use Your
Illusion II. Pamiętam do dziś chwilę, gdy ją kupowałem, dylemat, którą część
wybrać. "Niech pan weźmie dwójkę, jest bardziej hitowa" - radził
sprzedawca. Ameryki nie odkrył ale posłuchałem go, Knockin' On Heavend Door,
You Could Be Mine i Civil War przechyliły szalę. Chociaż przez brak na
niebieskiej płycie oryginalnej wersji Don't Cry sprawił, iż stałem w sklepie
prawie godzinę.
Guns'n'Roses ma swoim repertuarze dużo lepszych utworów niż
Nie Płacz. Długo zastanawiałem się czy do "akcji worek" nie delegować
dziś Mr. Browstone. Paradise City czy You Could Be Mine. To jednak od Don't Cry
zaczęła się moja przygoda z tym zespołem. Byłem w szóstej klasie podstawówki, z
powodu choroby nie poszedłem do szkoły i na MTV zobaczyłem ten teledysk. Od
tego czasu minęło 25 lat, w tym roku Use Your Illusion będzie obchodzić
ćwierćwiecze, we wrześniu na Bonomuzie poświęcimy tej rocznicy dużo czasu.
Wierzę też, że z tej okazji będziemy mieli okazję zobaczyć w Polsce G'n'R w
oryginalnym składzie.
wtorek, 2 lutego 2016
WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 2 - DRAIN YOU
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Zupełnie inny zespół miał się pojawić w dzisiejszej akcji worek. Pomyślałem jednak, że playlistę życia należy rozpocząć od grup dla niego najważniejszych. W moim przypadku obok U2 taką właśnie kapelą jest Nirvana. Miałem 12 lat, gdy światło dzienne ujrzała płyta Nevermind. W tamtym roku dźwięki Cobaina i spółki były dla mnie jeszcze minimalnie za mocne, rok później bardziej melodyjne kawałki zespołu były już jednym z najczęstszych gości mojego magnetofonu a w 1993 podpisywałem się już jako Kamil Kurt. Jak dziś pamiętam moment, w którym w radiowej Trójce dowiedziałem się o śmierci Cobaina, to była pierwsza w moim życiu śmierć idola. Gościa, na którego piosenkach uczyłem się grać na gitarze.
Długo zastanawiałem się, który nirvanowy numer wrzucić dziś do muzycznego worka, bo ważnych dla mnie utworów Nirvany jest kilkanaście. Jako ostatnie kandydatury padły Lithium i Rape Me. Wybór padł na niesinglowe ale fenomenalne Drain You.
wtorek, 26 stycznia 2016
WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 1 - ACROBAT
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Od dziś, w kolejne wtorki otwierał się przed Wami będzie
worek z piosenkami wyjątkowymi, kawałkami, które pozostaną w mojej głowie na
zawsze, utworami fenomenalnymi, nierozerwalnie związanymi z moją egzystencją na
planecie Ziemia. Taki mały, prywatny, soundtrack, playlista życia. Zachęcam do tworzenia własnej.
1. U2 - ACROBAT
Akcja worek nie mogła zacząć się od innego utworu. Bo choć
nie lubię przesady i wzniosłych słówek a ów przedostatni element płyty Achtung
Baby przytaczany był już na Bonomuzie kilkakrotnie to Acrobat jest dla mnie
piosenką życia. Porażający muzycznie, fenomenalny tekstowo, mega towarzysz
zarówno w chwilach trudnych, jak i tych najpiękniejszych. Każdy jest akrobatą
ale najważniejsze to śnić głośno i nie dać się draniom. Nie wiem czy kiedykolwiek
napiszę testament ale jeśli już to na pewno umieszczę w nim prośbę o zagraniu
Acrobata na "ostatniej imprezie swojego życia".
Subskrybuj:
Posty (Atom)