Długo zastanawiałem się, którą piosenkę Metallicy wybrać do
Playlisty Życia. W finałowej rozgrywce oprócz Master Of Puppets pozostały
Memory Remains z fenomenalną partią Marianne Faithfull oraz One fantastycznie
pokazujące dwa różne oblicza tego zespołu. Master to jednak Master,
fantastyczny utwór z czasów, kiedy Metallica, zgodnie z nazwą była jeszcze
zespołem metalowym. W tym roku ten kawałek obchodzi swoje trzydziesta urodziny
i nadal ma w sobie niesamowitą moc. Wersja studyjna być może momentami brzmi nieco
oldschoolowo ale wystarczy odpalić jakiekolwiek wykonanie koncertowe, żeby
przekonać się jak potężny to utwór. Za każdym razem, gdy słyszę refren ze
słowami "come crawling faster..." czuję się przez niego pokonany. Sposób, w jaki w tym kawałku pracują gitary oraz zmiana klimatu w środkowej, instrumentalnej części to prawdziwe mistrzostwo świata. A
okładka albumu Master of Puppets, jedna z pierwszych, jakie zobaczyłem w życiu, pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Nie umiem tego
racjonalnie wytłumaczyć ale do dziś, gdy patrzę na ów "las krzyży"
czuję dziwny przypływ emocji.
wtorek, 31 maja 2016
niedziela, 29 maja 2016
AKCJA COVER: SOUND OF SILENCE
Etykiety:
#Disturbed; #SoundofSilence
Kiedy w 2001 roku po raz pierwszy usłyszałem Disturbed, w
roli supportu Marylina Mansona, nigdy w życiu bym nie pomyślał, że 15 lat
później stworzą jeden z najlepszych coverów, jakie w życiu słyszałem, w dodatku
w tak łagodnej odsłonie. Co prawda wtedy na Torwarze Amerykanie zagrali
fragment coveru Eurythmics, próbując wkręcić publiczność, iż podczas
wykonywanego właśnie Sweet Dreams na scenę wkroczy za chwilę główna gwiazda
wieczoru ale mimo wszystko, to co pokazali przy okazji Sound of Silence po
prostu rozkłada na łopatki.
Uwielbiam oryginał tej piosenki, delikatny, cały wyśpiewany
w dwugłosie przez Simona i Garfunkela, już od pierwszego dźwięku przenoszący do
krainy dzieciństwa i bajek. Wersja Disturbed zaczyna się zwyczajnie, pojedynczymi
dźwiękami fortepianu i niskim wokalem, po minucie dołączają skromne partie
gitary i instrumentów smyczkowych. Jednak od początku jego trzeciej minuty napięcie
zaczyna rosnąć szybciej niż pączki na turbo-drożdżach. Duża w tym zasługa
rytmicznie pojawiającego się dźwięku kotła ale przede wszystkim głosu Davida
Draimana, który w ciągu ostatnich 90 sekund piosenki wykreował ze swych strun
głosowych coś wyjątkowego, chwytającego za gardło, niezwykle emocjonalnie
poruszającego i pięknego, coś co na bank przejdzie do historii muzyki. Słuchając oryginału nigdy nie zastanawiałem się o czym jest ta piosenka, dopiero wersja Disturbed skłoniła mnie to bliższego
"przyjrzenia" się jej tekstowi. Od kilku dni nie mogę się uwolnić od
tego kawałka. A właściwie to wcale nie chcę.
piątek, 27 maja 2016
HEY - BŁYSK
Etykiety:
#Hey; #Błysk,
RECENZJE
Mając świeżo w pamięci przedpremierowy koncert w Stodole podczas
pierwszego przesłuchania Błysku zaskoczyła mnie "lajtowość" jego
brzmienia. Otwierające album Dalej oraz Historie na koncertach wypadają o wiele
lepiej. Szkoda zwłaszcza tej drugiej, przepięknej piosenki z cudownie mądrym
tekstem, fantastyczną melodią, która w wersji studyjnej ma w sobie jakiś
dziwny, zbędny "francuski sznyt" niepotrzebnie odwracający uwagę od
jej naturalnego piękna. W początkowych fragmentach nowego krążka ma się
wrażenie, że nie do końca na wysokości zadania stanął realizator. Tym bardziej
to dziwne, iż na Błysku znajdziemy sporo świetnego i świeżego brzmienia. Za
najlepszy przykład może posłużyć choćby Hej Hej Hej, mroczny i dość ascetyczny
kawałek, w którym każdy instrument gra jakby oddzielną partię, które mimo
wszystko tworzą intrygującą i wyjątkowo smakowitą całość. Podobnie Szum
atakujący wwiercającym się w głowę, chcącym rozsadzić głośniki
przesterowano-brzęczącym motywem genialnie współgrającym z głosem Kasi,
zachrypniętym niczym na pierwszej płycie.
Moi absolutni faworyci z tej płyty to jednak I Tak W Kółko
oraz Cud, dwa zupełnie różne utwory, które łączy fakt, iż można ich słuchać po
kilkanaście razy pod rząd. Ten pierwszy ma w sobie wszystko, czym HEY raczy nas
od ponad 20 lat, m.in. świetny gitarowy riff, ciekawą, fantastycznie
wkomponowaną warstwę elektroniczną, nie dającą się wybić z głowy melodię czy
zmiany tempa i klimatu. Cud początkowo wydaje się mniej udaną wersją Imagine
Lennona, nie warto jednak poddawać się po kilku pierwszych sekundach, gdyż
utwór ten okazuje się jednym z najpiękniejszych w historii zespołu. Wszystko za
sprawą porażającej ostatniej minuty, która jednostajną dotąd, smutną piosenkę przemienia
w niosącą nadzieję petardę porażającą każdym ułamkiem sekundy niesionej
zachrypniętym głosem Kasi i brzęczącą gitarą, do opisania piękna której język
polski nie posiada wystarczających słów. Dużo ciekawego dzieje się również w przedostatnim na krążku 2015, a singlowe Prędko
Prędzej zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem.
Jedenasty studyjny album Heya to płyta, której nikt z Was
nie powinien przegapić. Na 10 umieszczonych na Błysku kawałków 6 jest
rewelacyjnych, 3 dobre i tylko jeden słaby (Ku Słońcu). Natomiast w sferze
lirycznej Kasia Nosowska po raz kolejny z poziomu wysokiego podniosła
poprzeczkę jeszcze wyżej. Historie, Cud, Hej Hej Hej czy 2015 to przepiękne
wiersze, poetyckie, życiowe, niepowtarzalne.
środa, 25 maja 2016
WALIZECZKA Z DWORCA ZOO
Ostatnie trzy dni stacjonowałem w Berlinie, 50 metrów od
stacji Zoo rozsławionej zarówno przez książkę o „trudnej młodzieży”, jak i
piosenkę otwierającą najlepszą płytę w dyskografii U2. Siedzę właśnie na
lotnisku i myślę, że to doskonała to okazja, żeby przypomnieć tę drugą.
Okolice dworca Zoo zmieniły się nie do poznania. Cieszę się,
że kilkanaście lat temu, podczas pierwszej wizyty w Berlinie, mogłem zobaczyć je
w kształcie, o którym śpiewał Bono. W ciągu ostatnich kilku lat stacja została
odnowiona a wokół wyrosły dziesiątki nowoczesnych biurowców i hoteli. W bardzo
modnej obecnie dzielnicy nadal widać jednak sporo bezdomnych, młodych ludzi,
śpiących na ulicy wraz z całym swoim „dobytkiem”, snujących się pomiędzy
setkami przechodzących obok korpo-ludzi w krawatach. Kontrast jest dość
kosmiczny ale symbioza również wyjątkowa, nikt nikomu nie przeszkadza.
Wczoraj przed hotelem, w którym mieszkałem pojawił się
dodatkowy „smaczek”. Pewien wesoły jegomość, Helmut lub Sztefan przez kilka
minut biegał wokół budynku z walizką, po czym zostawił ją przed samymi jego
drzwiami i uciekł. Kiedy wieczorem chciałem wejść do hotelu policaj powiedzieli
stanowcze „NAJN”, otoczyli teren biało-czerwoną taśmą i kazali czekać. Wkrótce
przyjechał czarny robot, podjechał do walizki, coś tam przy niej pomajstrował,
otworzył znajdując zapewne trzy pary brudnych skarpetek i akcja się zakończyła.
Ale w gazetach o walizeczce z dworca Zoo dziś napisali.
niedziela, 24 kwietnia 2016
YEASAYER - AMEN & GOODBYE
Etykiety:
#Amen&Goodbye,
#YEASAYER,
RECENZJE
Z dwóch słów składających się na tytuł czwartego, studyjnego
albumu Yeasayer zdecydowanie wybieram "ejmen". "Gudbaj"
mówić tej grupie nie zamierzam, gdyż po słabszym, trzecim krążku wydanym cztery
lata temu wraca do życia w genialnym stylu.
Otwierające album Daughters of Cain jest niczym wschód
Słońca, kiedy to do życia budzą się kolejne istoty, w tym przypadku instrumenty
- od plumkającego pianina przez chórki początkowo nucące, stopniowo coraz
głośniejsze aż do przeistoczenia się w rozmyte, nieco kosmiczne dźwięki. Ten
przypominający klimatem Beatlesów kawałek płynnie przechodzi w I Am Chemistry,
jak na razie najpoważniejszego kandydata do piosenki roku. Pisałem już o nim
krótko tydzień temu, jest jednak tak dobry, że nie wypada nie poświęcić mu
kilku kolejnych zdań. Początek z typowym dla Yeasayer efektem wciągniętej taśmy,
zwrotka podobna nieco w brzmieniu Sisters Of Mercy przechodząca w refren, przy
którym trudno nie złapać fazy. I o ile przy "pierwszym okrążeniu"
jest kosmicznie, to przy drugim następuje już odlot w stronę innej galaktyki i
to bez panoramicznego obrazka pod językiem. Po drugiej zwrotce otrzymujemy
bowiem brzmiący niczym Lucy In The Sky With Diamond "most", który
przechodzi w...kolejnym "bridge" tym razem transowy, przywodzący na
myśl Archive. I kiedy już stajemy się na moment "rudym kojotem" nasze
uszy atakuje niewinny śpiew, brzmiący niczym kościelna scola, zakończony
ostatnia, najgenialniejszą minutą tego utworu, której nie sposób opisać. Powiem
tylko, że właśnie za takie fragmenty wielbię ten zespół.
Silly Me to nieco mniej udany klon O.N.E. z płyty Odd Blood,
przebojowy, chwytliwy ale nieco wtórny. Jeśli chodzi o bardziej dyskotekową
twarz Nowojorczyków zdecydowanie wolę tą spod numeru 5, czyli Dead Sea Scrolls
ukazujące funkowe oblicze zespołu. Zaczyna się ona co prawda głupawo od słów
"pa pa pa", na które mam wyjątkowe uczulenie, na szczęście bardzo
szybko przechodzą one w świetną partię basu, jąkający, odbijający się echem
wokal i czaderskie solo na saksofonie. Wcześniej jednak, pod numerem 4 kryje
się jeden z największych rarytasów z Amen & Goodbye. Pierwsze 50 sekund
Half Asleep, sennych niczym tytuł, nie zapowiada cudów, które następują chwilę
potem. Tajemniczy, żeński chórek, fragment menueta i pokaźna dawka orientu
tworzące razem przecudowną kompozycję momentami brzmiącą podobnie do
spokojniejszych kawałków Kasabian, zwłaszcza tych śpiewanych przez Sergio.
Równie pięknie jest w kolejnym na krążku Prophecy Gun, idealnej kołysance rodem
z XXI wieku. Myślę że nawet Jarosław Psikutas bez s rozmarzyłby się przy niej
przenosząc myślami do czasów, gdy najważniejszą dla niego rzeczą było nie 600
baniek tylko smoczek.
Kiedy wydaje się, że nic lepszego nas na tym krążku już nas
raczej nie spotka Yeasayer podbija stawkę serwując fenomenalne Divine
Simulacrum. Pełen szacun za tajemniczy,
bajkowy klimat tego numeru, w którym zespół znalazł kolejne patenty na
oryginalne, przepiękne współbrzmienia, dodatkowo potrafiące utrzymać słuchaczy
w napięciu mimo spokojnego tempa piosenki. Genialnie wypada także Gerson's
Whistle, gdzie "groźna" zwrotka prowadzona przez wwiercający się w
mózg dźwięk przechodzi w pogodny, radosny refren. Najlepsze w tym utworze jest
jednak to, że każde jego kolejne 30 sekund brzmi jak inna piosenka.
Mógłbym tak pisać i pisać o tej płycie, choć tekst dawno już
przekroczył standardową długość recenzji na Bonomuzie. Zamiast czytać dalej
posłuchajcie koniecznie Amen & Goodbye kilka razy pod rząd, gdyż dobre
płyty zazwyczaj za pierwszym razem "nie podchodzą". Ten natomiast stanowi kolejnz dowód na to, iż Yeasayer to jeden z najlepszych obecnie tworzących zespołów na świecie.wtorek, 19 kwietnia 2016
PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 12 - WITH A LITTLE HELP FROM MY FRIENDS
Etykiety:
#CudowneLata,
#JoeCocker,
#TheWonderYears,
PLAYLISTA ŻYCIA
Ten piękny numer pojawił się już na Bonomuzie niecałe
półtora roku temu, przy smutnej okazji śmierci jego wykonawcy. Dziś trafia do
Playlisty Życia jako jeden z najlepszych coverów w historii muzyki. Joe Cocker
z przeciętnego i nieco infantylnego kawałka Beatlesów stworzył bowiem
najprawdziwsze arcydzieło. Melodia zwrotki chwyta mnie za gardło niemal za
każdym razem, gdy ją słyszę.
With A Little Help From My Friends w tej wersji do końca
życia kojarzył mi się będzie z Cudownymi Latami, absolutnie najlepszym serialem
w historii kinematografii. Filmem, który w każdym z 20-minutowych odcinków
bawił, wzruszał, pokazywał historię świata i muzyki oraz poruszał życiowe
problemy, z którymi boryka się każdy człowiek. Po raz pierwszy można go było
obejrzeć na początku lat 90-tych w telewizyjnej Dwójce. Pamiętam tamte
weekendowe projekcje, jakby wydarzyły się wczoraj. Kojarzą mi się jednoznacznie
ze szczęśliwą czteroosobową rodziną wspólnie przeżywającą to samo, chociaż na
swój sposób.
Na początku lat 90-tych, kiedy oglądałem go po raz pierwszy wielu z przytaczanych tam historii nie rozumiałem, bądź odbierałem je dość powierzchownie. Dziś, kiedy oglądam poszczególne odcinki po raz kolejny, choć dużo z nich znam niemal na pamięć, kumając całą treść w nich przekazywaną dosłownie łapię się z zachwytu za głowę i rozumiem dlaczego 25 lat temu rodzicom podczas wspólnego oglądania często szkliły się oczy.
Ale przede wszystkim dużo i często myślę o tym jak swoje
własne cudowne lata będzie wspominał mój syn i co zrobić, że pamiętał je jako
naprawdę wspaniałe.
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
AXL ROSE WOKALISTĄ ACDC
Gdyby 25 lat temu ktoś wypowiedział zdanie z tytułu tego posta na głos, lub chociaż pomyślał w ten sposób najpewniej otrzymałby potężną dawkę psychotropów dożylnie i przez długi czas nie opuścił szpitala bez klamek. Przynajmniej na moim podwórku, o czym pisałem dwa miesiące temu (KLIKNIJ TU ABY PRZECZYTAĆ). Myślę zresztą, że dla wielu fanów ACDC ta informacja jest dość szokująca i nie do końca przyjmują ją do wiadomości. W każdym razie do kilkunastu godzin wiadomo, iż miejsce mającego problemy ze słuchem Briana Johnsona za mikrofonem zespołu AC piorun DC zajmie wokalista Guns'n'Roses. Oficjalny komunikat mówi o tym, że głównie po to aby dokończyć trasę koncertową Rock Or Bust. Oznacza to też pewnie niestety iż za kilka tygodni ten australijskie band przestanie istnieć. Cieszę się, że miałem okazję zobaczyć ich koncert jeszcze z poprzednim wokalistą. Panowie dali czadu, zeszłoroczny show w Warszawie był naprawdę super, oprócz tego, że, jak to na Narodowym, w wielu momentach trudno było odróżnić wokal od perkusji.
Chętnie zobaczyłbym w akcji tę przedziwną w sumie hybrydę. Przedsmak można było poczuć na festiwalu Coachella, na którym do wracających na scenę Guns'n'Roses dołączył Angus Young. Oto pierwszy rezultat owego spotkania:
Swoją drogą jak patrzę na te obrazki to myślę sobie, że:
a) trzeba mieć naprawdę dużego pecha żeby złamać nogę tuż przed powrotem na scenę po tylu latach (w prawie oryginalnym składzie)
b) czas z Axlem nie obszedł się zbyt łagodnie
c) na koncertach ACDC Axl zbierze trochę gwizdów ale będą one niezapomniane, a na pewno oryginalne
A oto i druga próbka Axla w nowym repertuarze:
Jak to widzicie?
sobota, 16 kwietnia 2016
NOWE OD...YEASAYER
Etykiety:
#YEASAYER
Niniejszym ogłaszam, że panowie z Yeasayer wrócili na jasną stronę Księżyca. Od dwóch tygodni dostępny jest ich nowy, czwarty studyjny album, W przyszłym tygodniu znajdziecie na Bonomuzie jego szczegółową recenzję, a na razie jako przedsmak pierwszy zapowiadający go singiel. Muszę przyznać, że tęskniłem za Nowojorczykami w takiej formie. Efekt wciągniętej taśmy na początku, kąsające wokalne wielogłosy, nutka orientalizmu, totalne zmiany tempa i klimatu, kosmiczna wstawka ze śpiewającymi dziećmi... To i dużo więcej znajdziecie w tych 5 fantastycznych muzycznych minutach.
środa, 13 kwietnia 2016
HEY PRZEDBŁYSK - KONCERT STODOŁA 13.04.2016
Etykiety:
#HEY,
#Przedbłysk,
#Stodoła,
RELACJE
Właśnie wróciłem z ostatniego w ramach mini-trasy Przedbłysk
koncertu Heya w Stodole. Będzie więc krótko, na gorąco i chaotycznie. Nowa
płyta zapowiada się REWELACYJNIE. Usłyszałem dziś 10 wchodzących w jej skład
kawałków po raz pierwszy (nie licząc singla oczywiście) i oprócz otwierającego
całość, nieco dziwnego, mówionego intro pozostałe uradowały mnie niczym
fistaszki wiewiórkę. Gdybym musiał opisać nowe kompozycje Heya jednym zdaniem
powiedziałbym: przepiękne i nieoczywiste melodie oraz genialne, świeże i
oryginalne brzmienie. Te kilka słów śmiało można przypisać do każdego z
dziesięciu kawałków, które znajdą się na nowym krążku. Poniżej szczątkowe opisy
ich klimatu, które udało mi się zanotować w telefonie w przerwach między
piosenkami:
1. Dziwny numer, Kasia mówi zamiast śpiewać, niemal cały
kawałek spoza sceny
2. Szum - rewelacyjny, wkręcający elektroniczny motyw
dominujący pozostałe instrumenty, fantastyczny numer
3. Morales - dużo spokojniejszy, krótki, spoko.
4. Prędko Prędzej - singiel promujący Błysk na żywo to
prawdziwa petarda, genialna solówka i fajne chórki klawiszowca
5.2015 - super melodia i wibrująca gitara
6. - mega utwór - zwrotka napędzana przez dwa dźwięki gitary brzmiące podobnie do tej z
Dalekiej Drogi Do Domu COMY ("pierwszy oddech wiosny budzi lęk...), nieco
mocniejszy refren i genialna, nieoczywista melodia
7. Heyheyhey - najlepszy jak dotąd utwór, mega surowa
zwrotka z fantastycznym brzmieniem i partią gitary, mocniejszy i szybszy refren
8. "Współczesna
Małgośka" - jeszcze lepsza niż numer 7, murowany hicior z ciekawym rytmem,
super melodią i brzęczącą nisko gitarą
9. Balladowy początek w stylu Imagine i szybszy, mocniejszy
refren
10. Pozytywne, fajne zakończenie płyty.
Dość równoważników zdań, czas na opis klimatu towarzyszącego
dzisiejszemu wieczorowi. Po wejściu do Stodoły zdziwiły mnie 2 rzeczy:
zamknięty bar na dole i zaryglowane wejście na koncertową salę. Kiedy w kolejce
po piwo w barze na górze odwróciłem się w poszukiwaniu znajomych twarzy w
miejscu, gdzie normalnie znajdowała się druga szatnia zobaczyłem...scenę.
Zrozumiałem wtedy napis Open Stage na bilecie i niewielką ilość osób w klubie,
Przedbłyskowy koncert widziało nie więcej niż 300 osób, dzięki czemu klimat był
wyjątkowo kameralny.
Największym zaskoczeniem dzisiejszego koncertu była
wyjątkowo "rozgadana" Kasia, która powiedziała chyba więcej słów niż
na kilkudziesięciu koncertach Hey, na których byłem, razem wziętych. Super było
posłuchać o inspiracjach i okolicznościach towarzyszących powstawaniu nowych
piosenek, wspomnień ze Szczecina, "ciągotach do bycia na estradzie" i
sposobach trzymania mikrofonu oraz wielu innych anegdot czy żartów. Czegoś
takiego nie widziałem na koncercie tej grupy nigdy, czuć było, że Katarzyna ma
naprawdę dobry klimat. Świetny był również tekst na temat wolności, której nie
można zabrać, bo nie można jej dać jeśli tylko jest się dobrym człowiekiem.
Po przedpremierowym zaprezentowaniu nowej płyty zespół
zagrał jeszcze kilka starszych utworów, wszystkie jednak z czasów, od kiedy
Piotra Banacha zastąpił Paweł Krawczyk. Fenomenalnie wypadły Piersi Ćwierć, Kto
Tam Kto Jest W Środku oraz Muka, ciekawie rozpoczynające bis wykonane w duecie
Nie Więcej. Po wyjściu ze Stodoły w głowie zostały mi jednak głównie brzmienie
nowych utworów. Odliczam dni, kiedy nowa płyta, dziś zamówiona w przedsprzedaży,
trafi do mojego odtwarzacza. Szczegółowa recenzja już wkrótce.
niedziela, 10 kwietnia 2016
MUZYCZNA PRASÓWKA: WYWIAD Z NOELEM GALLAGHEREM
Etykiety:
#NoelGallagher
Na zakończenie weekendu zachęcam do przeczytania wywiadu z Noelem Gallagherem. Nie zawsze pasowała mi jego buta i kontrowersyjne wypowiedzi. Tym razem przy wielu odpowiedziach trudno odmówić mu racji. Oto dwie małe próbki:
Dlaczego Adele ciągle śpiewa ballady? Komu są potrzebne? Świat płonie, terroryści szlachtują ludzi, połowa Syrii ucieka do Europy, czysty Armagedon, a co robi ta kobieta? Śpiewa: "Hello, buu, mój chłopak mnie zostawił, chlip"...
I tak powstaje anonimowa muzyka klasy średniej, która nie porusza nikogo naprawdę. Muzyka bez kantów, robiona przez ludzi bez kantów. Tym rozpuszczonym chłopaczkom brakuje doświadczenia życiowego, by robić muzykę, która cokolwiek by znaczyła. Mama i tata kupią im gitarę i przy niej synek śpiewać będzie pioseneczki o swojej dziewczynie z klasy średniej. To upadek...
Całość znajdziecie klikając w TEN LINK.
Dlaczego Adele ciągle śpiewa ballady? Komu są potrzebne? Świat płonie, terroryści szlachtują ludzi, połowa Syrii ucieka do Europy, czysty Armagedon, a co robi ta kobieta? Śpiewa: "Hello, buu, mój chłopak mnie zostawił, chlip"...
I tak powstaje anonimowa muzyka klasy średniej, która nie porusza nikogo naprawdę. Muzyka bez kantów, robiona przez ludzi bez kantów. Tym rozpuszczonym chłopaczkom brakuje doświadczenia życiowego, by robić muzykę, która cokolwiek by znaczyła. Mama i tata kupią im gitarę i przy niej synek śpiewać będzie pioseneczki o swojej dziewczynie z klasy średniej. To upadek...
Całość znajdziecie klikając w TEN LINK.
wtorek, 5 kwietnia 2016
PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 11 - SWALLOWED
Etykiety:
#BUSH; PLAYLISTA ŻYCIA,
#SWALLOWED
Dziś przypada 22 rocznica śmierci
Kurta Cobaina. Tamten dzień wspominałem już 2 lata temu, tym razem czas na piosenkę zespołu, którego debiutancka płyta
ujrzała światło dzienne również w 1994 roku, kapeli, która przez pewien czas
był dla mnie namiastką a mówiąc ładniej następcą Nirvany. Kiedy dwa lata
później po raz pierwszy usłyszałem Swallowed myślałem, że to nieznany wcześniej
kawałek Kurta i spółki. Niemalże identyczny brzmiący głos w zwrotce,
abstrakcyjny momentami tekst, piękna i urzekająca melodia połączona z
przejmująco zaśpiewanym i zagranym refrenem... Te 4 minuty były wystarczającym
powodem, żeby przyjrzeć się zespołowi Bush bliżej. Brytyjczycy nagrali kilka
fantastycznych kawałków, żadna ich płyta nie dorównała jednak Nevermind czy In
Utero, to znaczy nie była fantastyczna od A do Z. Swallowed potrafiłem jednak wałkować
po kilkanaście razy pod rząd, aż w końcu kaseta, na której nagrałem ten numer z
radia "nie wytrzymała presji". Drugim utworem Bush, który wielbię do
dziś to Glicerine, o wiele spokojniejsza, złożona z tych samych akordów co With
Or Without You U2 ballada, która udowadnia, że wystarczy aby stworzyć muzyczne
piękno wystarczą najprostsze środki, 4 dźwięki, jedna gitara i melodia, która
po jednym razie zostaje w duszy na zawsze.
Nigdy nie widziałem Bush na żywo, jakimś trafem przegapiłem niestety ich
warszawski występ w 2013 roku ale wierzę, że "jeszcze kiedyś się
zobaczymy". Tym bardziej, że zespół wydał w tej dekadzie dwa albumy. Zawsze,
gdy słyszę The Chemicals Between Us zastanawiam się czy, gdyby Kurt Cobain żył
Nirvana brzmiała by podobnie. Z powodu
oczywistego nigdy się tego nie dowiemy Pozostaje cieszyć się tym co na płytach.
Twoje zdrowie Kurt!
piątek, 1 kwietnia 2016
NOWE ROZPORZĄDZENIE DLA BLOGOSFERY
Etykiety:
KASZANA SONGS
Wczoraj wieczorem Instytut Monitorowania Blogosfery wysłał
do mnie maila o następującej treści. "W związku z wprowadzeniem planu
Morawieckiego zakładającego dynamiczny rozwój polskiej gospodarki również w
przemyśle muzycznym i filmowym nakłada się na wszystkich blogerów obowiązek
promocji polskiej muzyki i teledysków przynajmniej w co drugim opublikowanym
poście. Przepis ten obowiązuje od dnia 1 kwietnia i dotyczy wszystkich autorów
blogów prowadzonych w języku polskim".
Poprzedni wpis no Bonomuzie dotyczył U2, zgodnie z nowym
rozporządzeniem czas więc na utwór polski. Nie mam najmniejszych wątpilwości,
że ten cytowany dziśp rzejdzie do historii polskiej muzyki rozrywkowej, jest w
końcu "naj naj naj, słodka aj aj aj". Teledysk również robi wrażenie,
ambitny, nieoczywisty, z przekazem i Kamilem Glikiem w roli głównej ;-))))))
No i warstwa liryczna:
"Najważniejsze moja mała
żebyś wiersze me lubiała"
Wstrząsające!
środa, 30 marca 2016
NOWA PŁYTA U2 CORAZ BLIŻEJ
Etykiety:
#U2
Chociaż do nowej płyty i kontynuacji koncertowej trasy jeszcze zapewne daleko, a podobne zapewnienia słyszeliśmy w przeszłości z ust irlandzkiego kwartetu wielokrotnie to powyższego newsa trudno nie zaklasyfikować do pozytywnych. Songs of Innocence, ostatni studyjny album U2, był powrotem do świetnego grania a promujący go zeszłoroczny tour wręcz fenomenalny. Czekam na dalszy ciąg wyjątkowo niecierpliwie. A więcej na temat nowych 50 piosenek przeczytacie pod TYM LINKIEM.
wtorek, 29 marca 2016
PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 10 - ALIVE
Etykiety:
#Alive,
#PearlJam; #Ten,
PLAYLISTA ŻYCIA
W czasach, gdy wydany został debiutancki album Pearl Jam
dostępność oryginalnych nośników muzycznych była, delikatnie rzecz biorąc,
ograniczona. Swój muzyczny "kasetozbiór" powiększałem zazwyczaj
poprzez zakupy w "muzycznej hurtowni" mieszczącej się wtedy niecałe 2 kilometry od bloku, w
którym mieszkałem. Po kilku latach muzyczna hurtownia przemieniła się w sklep z
farbami, potem w "monopol" a obecnie znajduje się tam klub fitness.
Czyli przez ćwierć wieku lokal zatoczył koło od muzyki przez wódę i pędzle do
sportu. Tak czy inaczej to dzięki zakupom w tamtym blaszaku po raz pierwszy w
całości przesłuchałem fenomenalny od A do Z album Ten. Do tej rubryki mogłaby
trafić praktycznie każda umieszczona na nim piosenka. Padło na Alive, ponieważ
to właśnie ten utwór "namówił mnie" do zapoznania się z jego
sąsiadami.
Choć dziś nie ma to nic do rzeczy i jakkolwiek głupio to
dziś nie zabrzmi "zawsze wolałem Nirvanę od Pearl Jamu". Kiedy ma się
lat kilkanaście świat bardzo często wydaje się czarno-biały, a ja dodatkowo
chciałem się chyba poczuć niczym poprzednie pokolenie dokonujące wyboru
"Beatlesi czy Stonesi". Poza tym kolejne krążki Pearl Jam szły w
stronę kompletnie do mnie nie przemawiającą. Podobało mi się natomiast wiele
rzeczy, które zespół robił dookoła, na przykład rejestrowanie i oficjalne
wydawanie wszystkich koncertów z trasy z w 2000 roku oraz to, że niemal każdy
ich koncert był inny.
Pamiętam też chorzowski koncert w 2006 roku, kiedy
zobaczyłem Pearl Jam na żywo po raz pierwszy i...o wiele bardziej podobał mi
się występujący przed nim Linkin' Park. Wspólny koncert tych dwóch grup przez
wielu ultra fanów Eddiego i spółki był uważany za zły pomysł, czuć było, że na
stadionie znajdują się ludzie z nieco innych światów. Jednak to młodszy band,
mimo grania przy świetle dziennym wypadł o wiele korzystniej. Podczas występu
gwiazdy wieczoru serce zabiło mi mocniej jedynie ze 3 razy a wracając ze Śląska
autokarem myślałem, że to dobrze iż moja przygoda z Pearl Jam skończy się tak,
jak w przypadku płyt, po "pierwszej sztuce".
Kiedy kilka lat później do sklepów trafił album Backspacer
zrozumiałem, że byłem w błędzie. Płyta okazała się rewelacyjna, często nawiązująca
klimatem do debiutu, a koncert na Openerze równie fantastyczny. Przez chwilę
myślałem, żeby do Playlisty Życia dodać pochodzący z Backspacera Just Breathe.
To dla mnie jedna z pięciu najpiękniejszych i najbardziej wzruszających
piosenek jakie kiedykolwiek powstały, a w dodatku mam z nią nawet więcej,
niestety w większości smutnych wspomnień, niż z Alive. O nich już jednak kiedyś pisałem a poza tym wiosna przyszła więc nie czas na smutki, tylko na pozytywny,
wewnętrzny ogień. Wydaje się, że członkowie Pearl Jam ewidentnie takowy w sobie
mają. Nie znam innego "światowego" zespołu, który tak mieszałby w
swoich koncertowych setlistach. Podziwiam ich za to, że mimo 25 lat na scenie
każdy skład ich kolejnego koncertu stanowi niespodziankę dla jego uczestników.
Trudno o lepszy dowód na to, że panowie nadal grają dla przyjemności.
piątek, 25 marca 2016
NOWE OD...THE KILLS
Etykiety:
#TheKills; #Ash&Ice; #OFFestival
Premiera piątego albumu The Kills została zapowiedziana na 3 czerwca. Nazywał się będzie Ash&Ice a na razie mamy jej przedsmak w postaci singla Doing It To Death. Nie jest może tak spektakularny jak Satelite promujące poprzedni krążek zespołu, płytę roku 2011 według Bonomuzy ale zdecydowanie warty uwagi, wkręcający i sprawiający, że odliczam dni do pierwszego czerwcowego weekendu. Dwa miesiące później, 6 sierpnia w Katowicach, będzie okazja posłuchać i zobaczyć Alison i Jamiego na żywo na OFF Festivalu. Indżoj!
wtorek, 22 marca 2016
PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 9 - PARADA WSPOMNIEŃ
Etykiety:
#KULT,
PLAYLISTA ŻYCIA
Wczorajszy pierwszy dzień wiosny spędziłem na sali
gimnastycznej ale w czasach licealnych 21 marca oznaczał obowiązkową obecność
na Agrykoli, na której co roku odbywał się rockowy koncert. To właśnie tam po
raz pierwszy zobaczyłem na żywo KULT
oraz znaną wcześniej z opowieści zadymę pomiędzy punkami i skinami. Z koncertu,
oprócz świetnej zabawy, zapamiętałem również Kazika, który przerywa piosenkę,
żeby ochrzanić ochronę brutalnie traktującą ludzi wypadających za barierki.
Niedługo później KULT, chyba jako pierwszy zespół w Polsce, zaczął zabierać na
koncerty własnych ochroniarzy, co było nie lada przełomem, gdyż nawet jeszcze w
XXI wieku zdarzało się, że ludzie mający dbać o zdrowie uczestników koncertu
traktowali je jako okazję do wyżycia się.
Moja przygoda z KULTem zaczęła się od płyty, a raczej kasety
Tata Kazika. Na jej plastikowym pudełku wytłoczono nazwę zespołu, a w
książeczce obok tekstów piosenek pojawiły się gitarowe chwyty. Tym sposobem
swoją naukę gry na gitarze rozpocząłem właśnie od utworów Kazika i spółki,
tych, w których nie było chwytów barowych, gdyż te początkowo nie chciały mi
wybrzmieć choćbym nie wiem jak mocno naciskał struny.
KULT towarzyszył mojemu muzycznemu życiu przez wiele kolejnych lat i do jego ostatnich dni nie zapomnę trwających po 4 godziny koncertów w Stodole, podczas których skakałem jak głupi bez koszulki, osiągałem stan nirwany i jak nigdy wcześniej czułem się członkiem pewnego plemienia. Z tym zespołem kojarzy mi się również pewien wyjątkowo ważny listopadowy dzień z roku, w którym runęły wieże WTC, kiedy to za pomocą piosenki numer 4 z Salon Recreativo, jak dla mnie ostatniej fantastycznej płyty w dorobku zespołu, podprogowo próbowałem zadziałać na pewną uroczą Kujawiankę - obecnie żonę.
KULT towarzyszył mojemu muzycznemu życiu przez wiele kolejnych lat i do jego ostatnich dni nie zapomnę trwających po 4 godziny koncertów w Stodole, podczas których skakałem jak głupi bez koszulki, osiągałem stan nirwany i jak nigdy wcześniej czułem się członkiem pewnego plemienia. Z tym zespołem kojarzy mi się również pewien wyjątkowo ważny listopadowy dzień z roku, w którym runęły wieże WTC, kiedy to za pomocą piosenki numer 4 z Salon Recreativo, jak dla mnie ostatniej fantastycznej płyty w dorobku zespołu, podprogowo próbowałem zadziałać na pewną uroczą Kujawiankę - obecnie żonę.
Myśląc o zespole KULT przed oczyma biegnie mi prawdziwa Parada Wspomnień. Spośród dziesiątek fantastycznych kawałków to mój zdecydowany faworyt numer 1. Nakręcony przez niesamowicie chwytliwy motyw gitary basu, szaloną solówkę zagraną na organach, piękny motyw zagrany na waltorni oraz niesamowicie prosty, nostalgiczny i piękny tekst refrenu:
"Nie nie nie nie nie nie nie nie
Nie nie nie nie nie nie nie nie
Nie nie nie nie nie nie nie nie
Te czasy już nie powtórzą się"
niedziela, 20 marca 2016
ANIMAL COLLECTIVE - PAINTING WITH
Etykiety:
RECENZJE; #PaintingWith
Animal Collective zdecydowanie nie tworzy muzyki
towarzyszącej. Albo wchodzisz w jej świat na maksa, poddajesz się jej dźwiękom
i płyniesz z ich nurtem albo lepiej zmień płytę. Zdecydowanie namawiam do
pierwszej opcji, gdyż Painiting With to wyjątkowo ciekawa muzycznie propozycja.
Słuchając jej przez słuchawki niemal przez cały czas kręci się w głowie. Aż roi
się tu od kosmicznych, wibrujących dźwięków i oryginalnych, falujących brzmień.
W zwrotce Lying In The Grass słyszymy na przykład organy stworzone
z ludzkich głosów. W refrenie dołącza beat, fortepian, przeróżne instrumenty
dęte (trąbka, flet, klarnet), każdy grający jakby oddzielną nie powiązaną ze
sobą partię a jednak stanowiącą w komplecie fantastyczną całość, którą kończy symfonia
dźwięków rodem ze starych gier komputerowych z Atari czy Commodore. Te ostatnie
pojawiają się na tej płycie wielokrotnie choćby w otwierającym ją Floridada i
Hocus Pocus przypominających nieco Yeasayer. Podobnie zresztą jak Summing The
Wretch, On Delay przywołuje z kolei klimat ostatniej płyty Arcade Fire.
Najlepszy fragment tego krążka zaczyna się wraz z numerem 5
i niesamowitym The Burglars. Ten kawałek to prawdziwa bomba, Red Bull
wstrzyknięty do żyły. Trudno wyliczyć wszystko, co się w nim dzieje: szybko
wyrzucane, nakręcające słowa na początku w towarzystwie śladów syreny
alarmowej, orientalny most prowadzący do niemal transowego refrenu, dwie
śpiewające zupełnie inne partie wokalne, to wszystko razem sprawia, że naprawdę
można odlecieć niczym Rudy Kojot. Równie świetnie jest w kolejnych Natural
Selection i Bagels in Kiev. Słuchając tej pierwszej ma się wrażenie bycia
wciąganym do dziwnego, muzycznego tunelu. A kiedy już się rozpędzimy i chcemy
zaprzeć nogami na 10 sekund zwalniamy podczas składającego się z dwóch lub
trzech słów refrenu, po którym przechodzimy na kolejny, wyższy level. Bułeczki
w Kijowie to minimalnie spokojniejsza za to nieco bardziej tajemnicza
propozycja. Rewelacyjnie wypada również przedostatni na krążku Golden Gal,
murowany kandydat na hit, ze świetną melodią, prostym motywem zagranym na basie
i delikatną porcją dźwięków niepospolitych. Zamykający całość Recycling
udowadnia za to, że Animal Collective równie dobrze czuje się w utworach
wolniejszych, potrafiąc z pospolitej "balladki" zrobić kawałek, o
którym trudno zapomnieć już po pierwszym razie.
Słuchanie tej płyty wymaga odpowiedniej fazy, zdecydowanie
lepiej wchodzi, gdy jest się wypoczętym, kilkakrotnie złapałem się na tym, że
przy głowie pełnej myśli ten album bardziej drażnił mnie niż cieszył. Rada jest
więc jedna: odpocznijcie a potem "pomalujcie z" Animal Collective. Na
Painting With znajdziecie bowiem mnóstwo muzycznych delicji. Smacznego.
wtorek, 15 marca 2016
NOWY SINGIEL HEYA...
Etykiety:
#HEY
...już jest! Indżoj! ;-D
Po pierwszym przesłuchania do głowy przychodzą mi 2 słowa: ŚWIEŻOŚĆ BRZMIENIA.
A jak Wasze wrażenia?
Po pierwszym przesłuchania do głowy przychodzą mi 2 słowa: ŚWIEŻOŚĆ BRZMIENIA.
A jak Wasze wrażenia?
PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 8 - BULLET IN THE HEAD
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Byliście kiedyś na koncercie Rage Against The Machine? Bo
ja...znam kogoś kto był ;-D. Niestety na dobre "załapałem się na Rejdżów o
kilka tygodni za późno. W czerwcu 1994 znałem już wtedy płytę z płonącym mnichem
na okładce, ale słuchałem jej zdecydowanie wybiórczo. Trójka w składzie:
Bombtrack, Killin' In The Name Of i Bullet In The Head wystarczała mi wtedy w
zupełności i potrzeby przeżycia jej "na żywo" nie miałem. W
przeciwieństwie do wielu osób z mojego podwórka, którzy w dużej mierze do dziś
wspominają owe wydarzenie jako legendarne.
Opowieści tamtym letnim wieczorze brzmią mi w głowie do
dziś, o tym "jakie kosmiczne było pogo", jak odjechane efekty i
brzmienia wyciągał z gitary Tom Morello, o deszczu potu padającym z sufitu,
itp. Muszę przyznać, że patrząc na poniższe nagranie sprzed 24 lat wierzę, iż
nie były one przesadzone.
Mimo, iż nie przeżyłem na Torwarze uniesień związanych z
RATM to właśnie ten zespół kojarzy mi się z pierwszym bezkompromisowym pogo w
życiu. Nie podskakiwaniem przy muzyce tylko z łupaniem kości. Na
"dyskotekach" obozowych, pół roku później włączaliśmy właśnie Bullet
i podczas jego końcówki obijaliśmy się o siebie z taką siłą, że dziś na bank
skończyło by się to gipsem, szyną lub innym usztywnieniem. Ale wtedy byliśmy
luźni i wstrząsoodporni.
środa, 9 marca 2016
ORANGE WARSAW FESTIVAL - PIERWSZE OGŁOSZENIA
Za nami pierwsze ogłoszenia Orange Warsaw Festival w nowej odsłonie. Impreza odbędzie się w pierwszy weekend czerwca na Służewcu i wystąpią na niej m.in. Editors, Skunk Anansie, Die Antwoord, MO, Daughter, Lana del Rey i Skrillex. Wrażenia raczej pozytywne, skład fajnie zróżnicowany aczkolwiek osłabia mnie delikatnie, że headlinerami festiwalu ma być dwoje artystów wymienionych na końcu poprzedniego zdania. Zastanawiają też dwa wykluczające się komunikaty w sprawie kształtu festiwalu pojawiające się w tym samym poście na stronie organizatora. W pierwszym akapicie czytamy, że "festiwal potrwa 2 dni, a na dwóch scenach wystąpi kilkunastu artystów". Kilkanaście zdań dalej widzimy wypowiedź przedstawicielki tytularnego sponsora festiwalu, iż "w sumie przez kilkanaście godzin każdego dnia na obu scenach zaprezentuje się około 10 wykonawców". Widząc taką sprzeczność w pierwszej oficjalnej informacji zapowiadającej festiwal trudno nie odnieść wrażenia, że ktoś "nie odrobił pracy domowej", co pod względem PR robi imprezie czarną robotę bo pośrednio sugeruje niską dbałość o szczegóły ze strony organizatorów. Tak, czy owak wierzę w kolejne ciekawe ogłoszenia składu Orange Warsaw Festival oraz to, że jego finalny skład uzasadni dość wysoką cenę karnetu.
wtorek, 8 marca 2016
PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 7 - ZAZDROŚĆ
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Hey to chyba pierwszy polski zespół, którego muzyczną drogę
śledziłem niemal od samego początku. Płyta Fire miała premierę, kiedy chodziłem
jeszcze do podstawówki. Po wakacjach 1993 roku nieznany kilka miesięcy
wcześniej szczeciński zespół osiągnął niebotyczną jak na polskie warunki
popularność, która nie ominęła podwórka, na którym się wychowałem ani mojej
klasy. Kojarzy mi się z tym krążkiem wiele wspomnień, jednak najbardziej
wyraźnym obrazem jest powrót z ostatniej wycieczki szkolnej, podczas którego cały
przedział śpiewał Zazdrość. Nikt z nas zapewne nie rozumiał delikatnie chorego
i toksycznego tekstu tej piosenki ale do wielu osób docierało wtedy, że pewien
etap w naszym życiu się kończy.
Zespół Hey przez wiele kolejnych lat przyniósł ludziom wiele
muzycznej radości a jego pierwsza płyta pozostaje w masowej świadomości do
dziś. W ostatnią sobotę przechodząc obok metra Centrum słyszałem grającego na
elektrycznej gitarze instrumentalną wersję utworu Dreams. Moim ulubionym
kawałkiem Heya jest Wczesna Jesień, do playlisty życia
wybrałem jednak przedstawiciela z debiutanckiej płyty. Do dziś zachwycają mnie
przebojowość tego cztero-akordowego riffu oraz przyprawiający o ciarki szept
umieszczony tuż pod wokalem Kasi, zwłaszcza tym podwójnym z drugiej zwrotki.
Na żywo Zazdrość zawsze brzmiała inaczej. Początkowo miała
bardziej rozbudowaną partię gitary...
...w późniejszych latach bardziej tajemniczy początek.
Każda z wersji tego utworu kosi równie mocno. Kwietniowy
koncert w Stodole zapowiadający nową, tegoroczną płytę został już wyprzedany, podobnie
jak wiele innych łącznie z tym pierwszym sprzed 23 lat. Przymierzałem się do
kupna biletów od przynajmniej kilku tygodni... Pozostanie poczekać na trasę
promującą nowy krążek lub, co bardziej prawdopodobne, pojechać do innego
miasta.
poniedziałek, 7 marca 2016
AKCJA COVER: WZMOCNIONY DŻORDŻ
Dziś na dobranoc proponuje Niewinny Szept Dżordża w wersji delikatnie wzmocnionej. Muszę przyznać, że tak samo, jak nigdy nie byłem fanem greckiego wokalisty tak samo i Careless Whisper specjalnego popłochu i szału w mej muzycznej pamięci nie czyniło. Do momentu, gdy usłyszałem ów kawałek w wykonaniu Seethera. Jest w tej wersji coś poruszającego, zwłaszcza w refrenie, który w duecie mocna gitara - chrypiący wokal działa dużo mocniej niż delikatny oryginał. Dopiero w takiej odsłonie dotarło do mnie wyjątkowość tej kompozycji. W przypadku tej piosenki wyjątkowo proste środki sprawiają bowiem, że przerasta on pierwotną wersję o trzy głowy.
wtorek, 1 marca 2016
WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 6 - EAT THE RICH
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
29 maja 1994 - mówi Wam coś ta data? Dla mnie to jeden z
najważniejszych dni w moim muzycznym życiu. To właśnie tamtej niedzieli po raz
pierwszy poszedłem na rockowy koncert. AEROSMITH, EXTREME oraz IRA - musicie
przyznać, że trudno wymarzyć sobie lepszy zestaw na debiut. Tym bardziej, że
płytę Get A Grip z krowim wymieniem na okładce katowałem tej wiosny niemal bez
przerwy, kawałki Extreme spotkać można było na MTV regularnie, a IRA była wtedy
absolutnym polskim topem.
Późną wiosną 22 lata temu kończyłem właśnie podstawówkę, a
jako że do liceum dostałem się podczas egzaminów w kwietniu, miałem jedne z
dłuższych wakacji w życiu. Na koncert odbywający się na Stadionie Gwardii
poszedłem z trzema kumplami. Żaden z nas wcześniej na koncercie nie był ale od starszych
kolegów słyszeliśmy wielokrotnie o tym jak pod Fugazi, Hybrydy czy Stodołę na
punkowe czy rockowe koncerty przychodzą skini i jest zadyma. Jechaliśmy więc na
Mokotów "gotowi na wszystko" - jakkolwiek śmiesznie dziś to brzmi.
Uczucia towarzyszącego przejściu przez bramki i znalezieniu
się na terenie stadionu nie zapomnę do końca życia. Chwilę później na scenę
wyszła IRA a ja po raz pierwszy skakałem obijając się o ludzi przy Bierz
Mnie. Tak więc to właśnie koncert radomskiego zespołu Kuby Płucisza był
tym pierwszym w moim życiu. Był fantastyczny od A do Z. Grające po nim Extreme
już takiego wrażenie na mnie nie zrobiło, dziś z tamtego występu pamiętam
jedynie zamykające całość, trwające ponad 10 minut More Than Words.
Wreszcie przyszedł czas na Aerosmith. Do dziś pamiętam
tamten poziom zajarki, poczucie, że Polska naprawdę jest "Bliżej
Świata", jak w nazwie programu nadawanego wtedy w TVP. Choć być może
części z Was trudno będzie w to uwierzyć 20 lat temu każdy koncert znanego,
zagranicznego zespołu był w Polsce ogromnym wydarzeniem, ponieważ z reguły
rocznie odbywało się ich dosłownie kilka.
To właśnie Eat The Rich, a dokładnie rzecz biorąc
poprzedzające go Intro, rozpoczęło warszawski koncert Aerosmith. Młyn był taki,
że po niecałej minucie zgubiłem się z kumplami. Początkowo próbowałem ich
szukać, w odległej podświadomości nadal musieli mi tkwić nadchodzący skini, ale
po 2 czy 3 kawałkach odpuściłem i zacząłem się bawić. Po raz pierwszy
zrozumiałem wtedy, że piękno muzyki polega na tym, że możesz przeżywać ją z
kompletnie obcymi ludźmi a wspólne skakanie czy pogowanie daje metafizyczne
poczucie wspólnoty. Ten wieczór naznaczył mnie na zawsze. Do dziś uwielbiam
koncerty i wierzę, że kiedyś jeszcze zobaczę na scenie Aerosmith.
poniedziałek, 29 lutego 2016
DZIEŃ JAK NIE CODZIEŃ
Taki dzień zdarza się raz na cztery lata. Postanowiłem dziś sprawdzić, kto z muzycznego świata starzeje się czterokrotnie wolniej niż pozostali obchodząc urodziny dwa lub maksymalnie trzy razy na dekadę. Powiedzmy sobie szczerze: żaden z dzisiejszych jubilatów nie jest z mojej muzycznej bajki. Znaleźli się na niej bowiem:
1) Ja Rule - najbardziej chyba znany z trójki
2) Steve Hart - z totalnie zapomnianego boysbandu Worlds Apart
3) Mark Foster z zespołu Foster The People - czyli one hit wonder ze świstem, o tym:
niedziela, 28 lutego 2016
MUZYCZNE NOMINACJE DO OSCARÓW
Za kilka godzin rozpocznie się oscarowa gala. Jak co roku nagroda przyznana zostanie również w kategorii "najlepsza piosenka". Muszę przyznać, że w tym roku wypada ona wyjątkowo blado. Żadna z pięciu propozycji szału nie robi, powiedziałbym nawet, że oprócz utworu Manta Ray reszta znalazła się w tym zestawieniu mocno na wyrost. Piosenka do filmów z Jamesem Bondem dawno nie była tak bezpłciowa jak w przypadku Spectre, Lady Gaga dziwnie zwolniła i jej oscarowa propozycja przekonuje i rusza o wiele słabiej niż Bad Romance czy Poker Face. Opery nie toleruję, więc na temat piosenki z Młodości wolę się nie wypowiadać a kawałek z 50 Twarzy Greya jest tylko niewiele lepszy niż obraz, który promuje. Obstawiam, że statuetka trafi właśnie do The Weeknd, choć mam nadzieję, że wygra pierwszy z poniższych utworów.
wtorek, 23 lutego 2016
WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 5 - DZIKOŚĆ SERCA
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Latem 1993 roku pojechałem na kolonie do Mrągowa. Nie był to
specjalnie historyczny wyjazd. Po raz pierwszy zaciągnąłem się na nim
papierosem oraz "samowolnie oddaliłem się od grupy" w skutek czego,
niczym w minionej epoce, musiałem podpisać specjalne "oświadczenie"
wystawione przez opiekunkę grupy o ksywie Kobra. Jedna rzecz została mi jednak
z tego wyjazdu na dłużej. W stolicy polskiego country był bazarek a na nim
stoisko z kasetami. To właśnie tam nabyłem pierwsze, w swojej kolekcji
wydawnictwo T.LOVE. który potem na kilkanaście lat stał się moim ulubionym
polskim zespołem.
Choć wiem, że takie porównania generalnie są bez sensu to
dla mnie płyta King to taka polska The Joshua Tree (a jednocześnie Prymityw to
prawie Achtung Baby). Znajdziemy na niej wiele muzycznego dobra, kawałków
wartych zacytowania, jednak to właśnie Dzikość Serca jest tym, który czaruje
najbardziej. Każdy wers to mistrzowska plama pobudzająca wyobraźnię i malująca
w niej żywy obraz. Pozornie niezwiązane ze sobą zdania tworzą przepiękną
całość.
Jest w tej piosence coś, co sprawia, za każdym
przesłuchaniem do głowy wpada mi myśl, że zrobię jeszcze kiedyś coś
niesamowitego. Nie umiem tego sprecyzować ale zwłaszcza refren to prawdziwe
paliwo, które pozwala się wyrwać z orbity codzienności, sięgnąć chmur i
pomyśleć o rzeczach wielkich.
czwartek, 18 lutego 2016
4
Kilka godzin temu Filip skończył 4 lata. Przez ostatni rok
do jego świadomości dotarły 4 nowe zespoły. Przede wszystkim The Libertines. "Tato,
a jaki zespół kiedyś nie istniał?" - spytał mnie któregoś dnia podczas
podróży samochodem. "A co się kłócili" - dopytywał, gdy wymieniłem
nazwę kapeli założonej przez Pete'a i Carla. "O sławę i pieniądze" -
odpowiedziałem. Kilka tygodni później światło dzienne ujrzał pierwszy od 11 lat
studyjny album The Libertines. Żeby było śmiesznej to najlepsza piosenka, która
się na nim znajduje nosi tytuł Fame and Fortune. To właśnie przy niej mój syn
po raz pierwszy pogował. Biorąc oczywiście poprawkę, że było to pogo 3-latka, czyli
bezkontaktowe skakanie do góry. Dzieje się tak zresztą za każdym razem, gdy z
głośników wybrzmią pierwsze dźwięki tej fantastycznej piosenki.
Innym razem spytał mnie jakich zespołów nie lubię. Coldplaya
- mówię - bo to smutasy. "A jakiego jesce nie lubis?" - to pytanie
było trudniejsze niż może się wydawać, z reguły bowiem myślę o kapelach, które
lubię a nie odwrotnie. "Megadeath" - wypaliłem kompletnie od czapy,
nie spodziewając się jakie konsekwencje przyniesie ta krótka, nieprzemyślana
wypowiedź. Otóż junior zapamiętał tą nazwę po jednym razie i do dziś dopytuje
dlaczego, czy ktoś w ogóle ten zespół lubi i stwierdza że w sumie to on też nie
znosi Megadeath.
Uwielbia za to Editors, które rozpoznaje po pierwszych
dźwiękach No Harm otwierającego ostatni album Brytyjczyków.
Jednym z jego ulubionych bajkowych bohaterów jest Elvis ze
Strażaka Sama, który śpiewa i gra na gitarze, Fil śpiewa razem z nim, bez
względu na okoliczności. Jedno z bardziej zjawiskowych wykonań "Rock w Pontypandy"
odbyło się w styczniu, kiedy pracując z domu uczestniczyłem właśnie w
telekonferencji. Cóż, Fil ma już pierwszych fanów w kilku krajach Europy.
wtorek, 16 lutego 2016
WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 4 - SELF ESTEEM
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Kiedy na początku 1995 roku usłyszałem po raz pierwszy Self
Esteem dosłownie raziło mnie piorunem. Mało który kawałek zrobił w życiu na
mnie takie wrażenie jak ten i do dziś należy on do mojego prywatnego "top
5". Przez długi czas słuchałem go nagranego z radia na kasetę. Czytelnikom
mających mniej niż 25 lat przypominam, choć dziś naprawdę trudno w to uwierzyć,
że 21 lat temu:
a) z Internetem łączyło się przez telefon stacjonarny
b) nie było youtube'a
c) rozgłośnie radiowe nie miały playlist więc grały to, co
prowadzący audycję sobie wymyślił
d) 95% czasu antenowego na MTV
zajmowały teledyski
Byłem wtedy w pierwszej klasie liceum, kiedy światło dzienne
ujrzała trzecia płyta niespecjalnie znanego wówczas zespołu The Offspring. W mojej
muzycznej kolekcji znajdowały się głównie kasety, w dużej mierze pirackie, a płyty
reprezentowane były w zawrotnej ilości sztuk trzech. Oprócz wspominanego w
zeszłym tygodniu Use Your Illusion II były to Get A Grip Aerosmith i Nevermind
Nirvany. Powód przewagi nośników, które mogły ulec wciągnięciu był prozaiczny i
oczywisty: kasety kosztowały 10 złotych a płyty od pięciu do sześciu razy
drożej. Przy miesięcznym kieszonkowym w wysokości 100 PLN ta różnica była
kolosalna. Dla porównania piwo Królewskie (pyszne, warzone kilka kilometrów
obok na ulicy Grzybowskiej) w Norze kosztowało wtedy 3,90, a Nora była wtedy
miejscem obowiązkowym podczas weekendu, pomimo mega niemiłej, pogarszającej się
z roku na rok obsługi i niepełnoletności (nikt wtedy o dowód nie pytał).
Czemu o tym wszystkim piszę? Otóż płyta S.M.A.S.H. z
niewiadomych powodów nie ukazała się w Polsce na kasecie. Na płytę CD zbierałem
więc kilka miesięcy, a kiedy już udało mi się ją kupić kilka tygodni później
ktoś mi ją zakosił z domu. Drugi egzemplarz zajechałem do upadłego, tak, że
odtwarzacz płyt nawet nie reagował na jego obecność, a trzeci spotkał ten sam
los co pierwszy. Tym samym spośród ponad 11 milionów sprzedanych krążków S.M.A.S.H.,
sam przyłożyłem się do czterech.
Self Esteem to jeden z najlepszych dowodów, że cztery proste
akordy mogą stworzyć dzieło epokowe, że muzyka może być jednocześnie czadowa i
fantastycznie przebojowa, że dobre rzeczy się na starzeją i mimo upływu czasu
nadal brzmią genialnie.
niedziela, 14 lutego 2016
WALĄ TYNKI
Z okazji dzisiejszego dnia tynkarzy zachęcam do posłuchania dwóch świetnych kawałków z teledyskami, w których naprawdę walą (w) tynki. W obydwu przypadkach ściany nie wytrzymują presji. The Prodigy rozprawia się z nią pod koniec trzeciej minuty teledysku. Mimo upływu ponad 20 lat od powstania tej piosenki nadal zabija ona świeżością i energią. Jeśli ktoś z Was nie wie jeszcze jak brzmi ona na żywo to najlepsza okazja do nadrobienia tej zaległości pojawi się w pierwszej połowie lipca na festiwalu w Jarocinie.
Druga dzisiejsza tynkarska propozycja powstała o dekadę wcześniej, w połowie lat 80-tych, przynajmniej w tej wersji, którą dziś "cytujemy" i ma ogromne znaczenie dla historii muzyki. Choć dziś może nie wydawać się odkrywcza to 30 lat temu była nie lada przełomem. Rap i rock w ówczesnej powszechnej opinii pasowały do siebie jak dres na wesele. Dzięki temu nagraniu po raz pierwszy na tak szeroką skalę wypłynęła do ludzi informacja, że współpraca zespołu rockowego z hip-hopowym nie tylko jest możliwa ale może dać wyśmienite efekty.
wtorek, 9 lutego 2016
WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 3 - DON'T CRY
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Guns'n'Roses to był mój pierwszy "ulubiony
zespół". W przeciwieństwie jednak do neutralnego dla większości U2 i
szanowanej na podwórku Nirvany bycie fanem Gunsów, na tarchomińskim podwórku,
do najłatwiejszych nie należało. Jeśli chciałeś być cool to przede wszystkim
powinieneś słuchać ACDC i Anthrax, ja wolałem jednak nosić koszulkę z
pistoletami i różami. Oznaczało to nieustającą szyderę ze strony kolegów a
sytuacji nie ułatwiały obcisłe majty, w których najczęściej prezentował się
Axl. Jeden z kolegów Gunsów słuchał ale się nie przyznawał. Kiedy jednak świat
okrążyła informacja, że Axl powiedział, że "nie zagra dla Polaków i
Żydów" ów ziom podszedł do mnie i w konspiracji wyznał: "miarka się
przebrała, wczoraj spaliłem wszystkie kasety tych frajerów". Wczesno-nastoletnia kontestacja miała swój niepowtarzalny smak.
Ja swoich pirackich kaset G'n'R nie zniszczyłem, mało tego
pierwszą płytą CD, jaka znalazła się w mojej kolekcji okazało się Use Your
Illusion II. Pamiętam do dziś chwilę, gdy ją kupowałem, dylemat, którą część
wybrać. "Niech pan weźmie dwójkę, jest bardziej hitowa" - radził
sprzedawca. Ameryki nie odkrył ale posłuchałem go, Knockin' On Heavend Door,
You Could Be Mine i Civil War przechyliły szalę. Chociaż przez brak na
niebieskiej płycie oryginalnej wersji Don't Cry sprawił, iż stałem w sklepie
prawie godzinę.
Guns'n'Roses ma swoim repertuarze dużo lepszych utworów niż
Nie Płacz. Długo zastanawiałem się czy do "akcji worek" nie delegować
dziś Mr. Browstone. Paradise City czy You Could Be Mine. To jednak od Don't Cry
zaczęła się moja przygoda z tym zespołem. Byłem w szóstej klasie podstawówki, z
powodu choroby nie poszedłem do szkoły i na MTV zobaczyłem ten teledysk. Od
tego czasu minęło 25 lat, w tym roku Use Your Illusion będzie obchodzić
ćwierćwiecze, we wrześniu na Bonomuzie poświęcimy tej rocznicy dużo czasu.
Wierzę też, że z tej okazji będziemy mieli okazję zobaczyć w Polsce G'n'R w
oryginalnym składzie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



