niedziela, 24 kwietnia 2016

YEASAYER - AMEN & GOODBYE

Z dwóch słów składających się na tytuł czwartego, studyjnego albumu Yeasayer zdecydowanie wybieram "ejmen". "Gudbaj" mówić tej grupie nie zamierzam, gdyż po słabszym, trzecim krążku wydanym cztery lata temu wraca do życia w genialnym stylu.
Otwierające album Daughters of Cain jest niczym wschód Słońca, kiedy to do życia budzą się kolejne istoty, w tym przypadku instrumenty - od plumkającego pianina przez chórki początkowo nucące, stopniowo coraz głośniejsze aż do przeistoczenia się w rozmyte, nieco kosmiczne dźwięki. Ten przypominający klimatem Beatlesów kawałek płynnie przechodzi w I Am Chemistry, jak na razie najpoważniejszego kandydata do piosenki roku. Pisałem już o nim krótko tydzień temu, jest jednak tak dobry, że nie wypada nie poświęcić mu kilku kolejnych zdań. Początek z typowym dla Yeasayer efektem wciągniętej taśmy, zwrotka podobna nieco w brzmieniu Sisters Of Mercy przechodząca w refren, przy którym trudno nie złapać fazy. I o ile przy "pierwszym okrążeniu" jest kosmicznie, to przy drugim następuje już odlot w stronę innej galaktyki i to bez panoramicznego obrazka pod językiem. Po drugiej zwrotce otrzymujemy bowiem brzmiący niczym Lucy In The Sky With Diamond "most", który przechodzi w...kolejnym "bridge" tym razem transowy, przywodzący na myśl Archive. I kiedy już stajemy się na moment "rudym kojotem" nasze uszy atakuje niewinny śpiew, brzmiący niczym kościelna scola, zakończony ostatnia, najgenialniejszą minutą tego utworu, której nie sposób opisać. Powiem tylko, że właśnie za takie fragmenty wielbię ten zespół.
Silly Me to nieco mniej udany klon O.N.E. z płyty Odd Blood, przebojowy, chwytliwy ale nieco wtórny. Jeśli chodzi o bardziej dyskotekową twarz Nowojorczyków zdecydowanie wolę tą spod numeru 5, czyli Dead Sea Scrolls ukazujące funkowe oblicze zespołu. Zaczyna się ona co prawda głupawo od słów "pa pa pa", na które mam wyjątkowe uczulenie, na szczęście bardzo szybko przechodzą one w świetną partię basu, jąkający, odbijający się echem wokal i czaderskie solo na saksofonie. Wcześniej jednak, pod numerem 4 kryje się jeden z największych rarytasów z Amen & Goodbye. Pierwsze 50 sekund Half Asleep, sennych niczym tytuł, nie zapowiada cudów, które następują chwilę potem. Tajemniczy, żeński chórek, fragment menueta i pokaźna dawka orientu tworzące razem przecudowną kompozycję momentami brzmiącą podobnie do spokojniejszych kawałków Kasabian, zwłaszcza tych śpiewanych przez Sergio. Równie pięknie jest w kolejnym na krążku Prophecy Gun, idealnej kołysance rodem z XXI wieku. Myślę że nawet Jarosław Psikutas bez s rozmarzyłby się przy niej przenosząc myślami do czasów, gdy najważniejszą dla niego rzeczą było nie 600 baniek tylko smoczek.
Kiedy wydaje się, że nic lepszego nas na tym krążku już nas raczej nie spotka Yeasayer podbija stawkę serwując fenomenalne Divine Simulacrum.  Pełen szacun za tajemniczy, bajkowy klimat tego numeru, w którym zespół znalazł kolejne patenty na oryginalne, przepiękne współbrzmienia, dodatkowo potrafiące utrzymać słuchaczy w napięciu mimo spokojnego tempa piosenki. Genialnie wypada także Gerson's Whistle, gdzie "groźna" zwrotka prowadzona przez wwiercający się w mózg dźwięk przechodzi w pogodny, radosny refren. Najlepsze w tym utworze jest jednak to, że każde jego kolejne 30 sekund brzmi jak inna piosenka.
Mógłbym tak pisać i pisać o tej płycie, choć tekst dawno już przekroczył standardową długość recenzji na Bonomuzie. Zamiast czytać dalej posłuchajcie koniecznie Amen & Goodbye kilka razy pod rząd, gdyż dobre płyty zazwyczaj za pierwszym razem "nie podchodzą". Ten natomiast stanowi kolejnz dowód na to, iż Yeasayer to jeden z najlepszych obecnie tworzących zespołów na świecie.

wtorek, 19 kwietnia 2016

PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 12 - WITH A LITTLE HELP FROM MY FRIENDS

Ten piękny numer pojawił się już na Bonomuzie niecałe półtora roku temu, przy smutnej okazji śmierci jego wykonawcy. Dziś trafia do Playlisty Życia jako jeden z najlepszych coverów w historii muzyki. Joe Cocker z przeciętnego i nieco infantylnego kawałka Beatlesów stworzył bowiem najprawdziwsze arcydzieło. Melodia zwrotki chwyta mnie za gardło niemal za każdym razem, gdy ją słyszę.
With A Little Help From My Friends w tej wersji do końca życia kojarzył mi się będzie z Cudownymi Latami, absolutnie najlepszym serialem w historii kinematografii. Filmem, który w każdym z 20-minutowych odcinków bawił, wzruszał, pokazywał historię świata i muzyki oraz poruszał życiowe problemy, z którymi boryka się każdy człowiek. Po raz pierwszy można go było obejrzeć na początku lat 90-tych w telewizyjnej Dwójce. Pamiętam tamte weekendowe projekcje, jakby wydarzyły się wczoraj. Kojarzą mi się jednoznacznie ze szczęśliwą czteroosobową rodziną wspólnie przeżywającą to samo, chociaż na swój sposób.



Na początku lat 90-tych, kiedy oglądałem go po raz pierwszy wielu z przytaczanych tam historii nie rozumiałem, bądź odbierałem je dość powierzchownie. Dziś, kiedy oglądam poszczególne odcinki po raz kolejny, choć dużo z nich znam niemal na pamięć, kumając całą treść w nich  przekazywaną dosłownie łapię się z zachwytu za głowę i rozumiem dlaczego 25 lat temu rodzicom podczas wspólnego oglądania często szkliły się oczy.
Ale przede wszystkim dużo i często myślę o tym jak swoje własne cudowne lata będzie wspominał mój syn i co zrobić, że pamiętał je jako naprawdę wspaniałe.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

AXL ROSE WOKALISTĄ ACDC

Gdyby 25 lat temu ktoś wypowiedział zdanie z tytułu tego posta na głos, lub chociaż pomyślał w ten sposób najpewniej otrzymałby potężną dawkę psychotropów dożylnie i przez długi czas nie opuścił szpitala bez klamek. Przynajmniej na moim podwórku, o czym pisałem dwa miesiące temu (KLIKNIJ TU ABY PRZECZYTAĆ). Myślę zresztą, że dla wielu fanów ACDC ta informacja jest dość szokująca i nie do końca przyjmują ją do wiadomości. W każdym razie do kilkunastu godzin wiadomo, iż miejsce mającego problemy ze słuchem Briana Johnsona za mikrofonem zespołu AC piorun DC zajmie wokalista Guns'n'Roses. Oficjalny komunikat mówi o tym, że głównie po to aby dokończyć trasę koncertową Rock Or Bust. Oznacza to też pewnie niestety iż za kilka tygodni ten australijskie band przestanie istnieć. Cieszę się, że miałem okazję zobaczyć ich koncert jeszcze z poprzednim wokalistą. Panowie dali czadu, zeszłoroczny show w Warszawie był naprawdę super, oprócz tego, że, jak to na Narodowym, w wielu momentach trudno było odróżnić wokal od perkusji.

Chętnie zobaczyłbym w akcji tę przedziwną w sumie hybrydę. Przedsmak można było poczuć na festiwalu Coachella, na którym do wracających na scenę Guns'n'Roses dołączył Angus Young. Oto pierwszy rezultat owego spotkania:



Swoją drogą jak patrzę na te obrazki to myślę sobie, że:

a) trzeba mieć naprawdę dużego pecha żeby złamać nogę tuż przed powrotem na scenę po tylu latach (w prawie oryginalnym składzie)
b) czas z Axlem nie obszedł się zbyt łagodnie
c) na koncertach ACDC Axl zbierze trochę gwizdów ale będą one niezapomniane, a na pewno oryginalne

A oto i druga próbka Axla w nowym repertuarze:


Jak to widzicie?

sobota, 16 kwietnia 2016

NOWE OD...YEASAYER

Niniejszym ogłaszam, że panowie z Yeasayer wrócili na jasną stronę Księżyca. Od dwóch tygodni dostępny jest ich nowy, czwarty studyjny album, W przyszłym tygodniu znajdziecie na Bonomuzie jego szczegółową recenzję, a na razie jako przedsmak pierwszy zapowiadający go singiel. Muszę przyznać, że tęskniłem za Nowojorczykami w takiej formie. Efekt wciągniętej taśmy na początku, kąsające wokalne wielogłosy, nutka orientalizmu, totalne zmiany tempa i klimatu, kosmiczna wstawka ze śpiewającymi dziećmi... To i dużo więcej znajdziecie w tych 5 fantastycznych muzycznych minutach.

środa, 13 kwietnia 2016

HEY PRZEDBŁYSK - KONCERT STODOŁA 13.04.2016

Właśnie wróciłem z ostatniego w ramach mini-trasy Przedbłysk koncertu Heya w Stodole. Będzie więc krótko, na gorąco i chaotycznie. Nowa płyta zapowiada się REWELACYJNIE. Usłyszałem dziś 10 wchodzących w jej skład kawałków po raz pierwszy (nie licząc singla oczywiście) i oprócz otwierającego całość, nieco dziwnego, mówionego intro pozostałe uradowały mnie niczym fistaszki wiewiórkę. Gdybym musiał opisać nowe kompozycje Heya jednym zdaniem powiedziałbym: przepiękne i nieoczywiste melodie oraz genialne, świeże i oryginalne brzmienie. Te kilka słów śmiało można przypisać do każdego z dziesięciu kawałków, które znajdą się na nowym krążku. Poniżej szczątkowe opisy ich klimatu, które udało mi się zanotować w telefonie w przerwach między piosenkami:

1. Dziwny numer, Kasia mówi zamiast śpiewać, niemal cały kawałek spoza sceny
2. Szum - rewelacyjny, wkręcający elektroniczny motyw dominujący pozostałe instrumenty, fantastyczny numer
3. Morales - dużo spokojniejszy, krótki, spoko.
4. Prędko Prędzej - singiel promujący Błysk na żywo to prawdziwa petarda, genialna solówka i fajne chórki klawiszowca
5.2015 - super melodia i wibrująca gitara
6. - mega utwór - zwrotka napędzana przez  dwa dźwięki gitary brzmiące podobnie do tej z Dalekiej Drogi Do Domu COMY ("pierwszy oddech wiosny budzi lęk...), nieco mocniejszy refren i genialna, nieoczywista melodia
7. Heyheyhey - najlepszy jak dotąd utwór, mega surowa zwrotka z fantastycznym brzmieniem i partią gitary, mocniejszy i szybszy refren
8.  "Współczesna Małgośka" - jeszcze lepsza niż numer 7, murowany hicior z ciekawym rytmem, super melodią i brzęczącą nisko gitarą
9. Balladowy początek w stylu Imagine i szybszy, mocniejszy refren
10. Pozytywne, fajne zakończenie płyty.


Dość równoważników zdań, czas na opis klimatu towarzyszącego dzisiejszemu wieczorowi. Po wejściu do Stodoły zdziwiły mnie 2 rzeczy: zamknięty bar na dole i zaryglowane wejście na koncertową salę. Kiedy w kolejce po piwo w barze na górze odwróciłem się w poszukiwaniu znajomych twarzy w miejscu, gdzie normalnie znajdowała się druga szatnia zobaczyłem...scenę. Zrozumiałem wtedy napis Open Stage na bilecie i niewielką ilość osób w klubie, Przedbłyskowy koncert widziało nie więcej niż 300 osób, dzięki czemu klimat był wyjątkowo kameralny.
Największym zaskoczeniem dzisiejszego koncertu była wyjątkowo "rozgadana" Kasia, która powiedziała chyba więcej słów niż na kilkudziesięciu koncertach Hey, na których byłem, razem wziętych. Super było posłuchać o inspiracjach i okolicznościach towarzyszących powstawaniu nowych piosenek, wspomnień ze Szczecina, "ciągotach do bycia na estradzie" i sposobach trzymania mikrofonu oraz wielu innych anegdot czy żartów. Czegoś takiego nie widziałem na koncercie tej grupy nigdy, czuć było, że Katarzyna ma naprawdę dobry klimat. Świetny był również tekst na temat wolności, której nie można zabrać, bo nie można jej dać jeśli tylko jest się dobrym człowiekiem.

Po przedpremierowym zaprezentowaniu nowej płyty zespół zagrał jeszcze kilka starszych utworów, wszystkie jednak z czasów, od kiedy Piotra Banacha zastąpił Paweł Krawczyk. Fenomenalnie wypadły Piersi Ćwierć, Kto Tam Kto Jest W Środku oraz Muka, ciekawie rozpoczynające bis wykonane w duecie Nie Więcej. Po wyjściu ze Stodoły w głowie zostały mi jednak głównie brzmienie nowych utworów. Odliczam dni, kiedy nowa płyta, dziś zamówiona w przedsprzedaży, trafi do mojego odtwarzacza. Szczegółowa recenzja już wkrótce.

niedziela, 10 kwietnia 2016

MUZYCZNA PRASÓWKA: WYWIAD Z NOELEM GALLAGHEREM

Na zakończenie weekendu zachęcam do przeczytania wywiadu z Noelem Gallagherem. Nie zawsze pasowała mi jego buta i kontrowersyjne wypowiedzi. Tym razem przy wielu odpowiedziach trudno odmówić mu racji. Oto dwie małe próbki:

Dlaczego Adele ciągle śpiewa ballady? Komu są potrzebne? Świat płonie, terroryści szlachtują ludzi, połowa Syrii ucieka do Europy, czysty Armagedon, a co robi ta kobieta? Śpiewa: "Hello, buu, mój chłopak mnie zostawił, chlip"...

I tak powstaje anonimowa muzyka klasy średniej, która nie porusza nikogo naprawdę. Muzyka bez kantów, robiona przez ludzi bez kantów. Tym rozpuszczonym chłopaczkom brakuje doświadczenia życiowego, by robić muzykę, która cokolwiek by znaczyła. Mama i tata kupią im gitarę i przy niej synek śpiewać będzie pioseneczki o swojej dziewczynie z klasy średniej. To upadek...

Całość znajdziecie klikając w TEN LINK.

wtorek, 5 kwietnia 2016

PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 11 - SWALLOWED

Dziś przypada 22 rocznica śmierci Kurta Cobaina. Tamten dzień wspominałem już 2 lata temu, tym razem czas na piosenkę zespołu, którego debiutancka płyta ujrzała światło dzienne również w 1994 roku, kapeli, która przez pewien czas był dla mnie namiastką a mówiąc ładniej następcą Nirvany. Kiedy dwa lata później po raz pierwszy usłyszałem Swallowed myślałem, że to nieznany wcześniej kawałek Kurta i spółki. Niemalże identyczny brzmiący głos w zwrotce, abstrakcyjny momentami tekst, piękna i urzekająca melodia połączona z przejmująco zaśpiewanym i zagranym refrenem... Te 4 minuty były wystarczającym powodem, żeby przyjrzeć się zespołowi Bush bliżej. Brytyjczycy nagrali kilka fantastycznych kawałków, żadna ich płyta nie dorównała jednak Nevermind czy In Utero, to znaczy nie była fantastyczna od A do Z. Swallowed potrafiłem jednak wałkować po kilkanaście razy pod rząd, aż w końcu kaseta, na której nagrałem ten numer z radia "nie wytrzymała presji". Drugim utworem Bush, który wielbię do dziś to Glicerine, o wiele spokojniejsza, złożona z tych samych akordów co With Or Without You U2 ballada, która udowadnia, że wystarczy aby stworzyć muzyczne piękno wystarczą najprostsze środki, 4 dźwięki, jedna gitara i melodia, która po jednym razie zostaje w duszy na zawsze.
Nigdy nie widziałem Bush na żywo, jakimś trafem przegapiłem niestety ich warszawski występ w 2013 roku ale wierzę, że "jeszcze kiedyś się zobaczymy". Tym bardziej, że zespół wydał w tej dekadzie dwa albumy. Zawsze, gdy słyszę The Chemicals Between Us zastanawiam się czy, gdyby Kurt Cobain żył Nirvana brzmiała by podobnie.  Z powodu oczywistego nigdy się tego nie dowiemy Pozostaje cieszyć się tym co na płytach. Twoje zdrowie Kurt!   

piątek, 1 kwietnia 2016

NOWE ROZPORZĄDZENIE DLA BLOGOSFERY

Wczoraj wieczorem Instytut Monitorowania Blogosfery wysłał do mnie maila o następującej treści. "W związku z wprowadzeniem planu Morawieckiego zakładającego dynamiczny rozwój polskiej gospodarki również w przemyśle muzycznym i filmowym nakłada się na wszystkich blogerów obowiązek promocji polskiej muzyki i teledysków przynajmniej w co drugim opublikowanym poście. Przepis ten obowiązuje od dnia 1 kwietnia i dotyczy wszystkich autorów blogów prowadzonych w języku polskim".
Poprzedni wpis no Bonomuzie dotyczył U2, zgodnie z nowym rozporządzeniem czas więc na utwór polski. Nie mam najmniejszych wątpilwości, że ten cytowany dziśp rzejdzie do historii polskiej muzyki rozrywkowej, jest w końcu "naj naj naj, słodka aj aj aj". Teledysk również robi wrażenie, ambitny, nieoczywisty, z przekazem i Kamilem Glikiem w roli głównej ;-))))))
No i warstwa liryczna:

"Najważniejsze moja mała
żebyś wiersze me lubiała"

Wstrząsające!




środa, 30 marca 2016

NOWA PŁYTA U2 CORAZ BLIŻEJ


Chociaż do nowej płyty i kontynuacji koncertowej trasy jeszcze zapewne daleko, a podobne zapewnienia słyszeliśmy w przeszłości z ust irlandzkiego kwartetu wielokrotnie to powyższego newsa trudno nie zaklasyfikować do pozytywnych. Songs of Innocence, ostatni studyjny album U2, był powrotem do świetnego grania a promujący go zeszłoroczny tour wręcz fenomenalny. Czekam na dalszy ciąg wyjątkowo niecierpliwie. A więcej na temat nowych 50 piosenek przeczytacie pod TYM LINKIEM.

wtorek, 29 marca 2016

PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 10 - ALIVE

W czasach, gdy wydany został debiutancki album Pearl Jam dostępność oryginalnych nośników muzycznych była, delikatnie rzecz biorąc, ograniczona. Swój muzyczny "kasetozbiór" powiększałem zazwyczaj poprzez zakupy w "muzycznej hurtowni" mieszczącej się wtedy niecałe 2 kilometry od bloku, w którym mieszkałem. Po kilku latach muzyczna hurtownia przemieniła się w sklep z farbami, potem w "monopol" a obecnie znajduje się tam klub fitness. Czyli przez ćwierć wieku lokal zatoczył koło od muzyki przez wódę i pędzle do sportu. Tak czy inaczej to dzięki zakupom w tamtym blaszaku po raz pierwszy w całości przesłuchałem fenomenalny od A do Z album Ten. Do tej rubryki mogłaby trafić praktycznie każda umieszczona na nim piosenka. Padło na Alive, ponieważ to właśnie ten utwór "namówił mnie" do zapoznania się z jego sąsiadami.

Choć dziś nie ma to nic do rzeczy i jakkolwiek głupio to dziś nie zabrzmi "zawsze wolałem Nirvanę od Pearl Jamu". Kiedy ma się lat kilkanaście świat bardzo często wydaje się czarno-biały, a ja dodatkowo chciałem się chyba poczuć niczym poprzednie pokolenie dokonujące wyboru "Beatlesi czy Stonesi". Poza tym kolejne krążki Pearl Jam szły w stronę kompletnie do mnie nie przemawiającą. Podobało mi się natomiast wiele rzeczy, które zespół robił dookoła, na przykład rejestrowanie i oficjalne wydawanie wszystkich koncertów z trasy z w 2000 roku oraz to, że niemal każdy ich koncert był inny.


Pamiętam też chorzowski koncert w 2006 roku, kiedy zobaczyłem Pearl Jam na żywo po raz pierwszy i...o wiele bardziej podobał mi się występujący przed nim Linkin' Park. Wspólny koncert tych dwóch grup przez wielu ultra fanów Eddiego i spółki był uważany za zły pomysł, czuć było, że na stadionie znajdują się ludzie z nieco innych światów. Jednak to młodszy band, mimo grania przy świetle dziennym wypadł o wiele korzystniej. Podczas występu gwiazdy wieczoru serce zabiło mi mocniej jedynie ze 3 razy a wracając ze Śląska autokarem myślałem, że to dobrze iż moja przygoda z Pearl Jam skończy się tak, jak w przypadku płyt, po "pierwszej sztuce".


Kiedy kilka lat później do sklepów trafił album Backspacer zrozumiałem, że byłem w błędzie. Płyta okazała się rewelacyjna, często nawiązująca klimatem do debiutu, a koncert na Openerze równie fantastyczny. Przez chwilę myślałem, żeby do Playlisty Życia dodać pochodzący z Backspacera Just Breathe. To dla mnie jedna z pięciu najpiękniejszych i najbardziej wzruszających piosenek jakie kiedykolwiek powstały, a w dodatku mam z nią nawet więcej, niestety w większości smutnych wspomnień, niż z Alive. O nich już jednak kiedyś pisałem a poza tym wiosna przyszła więc nie czas na smutki, tylko na pozytywny, wewnętrzny ogień. Wydaje się, że członkowie Pearl Jam ewidentnie takowy w sobie mają. Nie znam innego "światowego" zespołu, który tak mieszałby w swoich koncertowych setlistach. Podziwiam ich za to, że mimo 25 lat na scenie każdy skład ich kolejnego koncertu stanowi niespodziankę dla jego uczestników. Trudno o lepszy dowód na to, że panowie nadal grają dla przyjemności.  

piątek, 25 marca 2016

NOWE OD...THE KILLS

Premiera piątego albumu The Kills została zapowiedziana na 3 czerwca. Nazywał się będzie Ash&Ice a na razie mamy jej przedsmak w postaci singla Doing It To Death. Nie jest może tak spektakularny jak Satelite promujące poprzedni krążek zespołu, płytę roku 2011 według Bonomuzy  ale zdecydowanie warty uwagi, wkręcający i sprawiający, że odliczam dni do pierwszego czerwcowego weekendu. Dwa miesiące później, 6 sierpnia w Katowicach, będzie okazja posłuchać i zobaczyć Alison i Jamiego na żywo na OFF Festivalu. Indżoj! 

wtorek, 22 marca 2016

PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 9 - PARADA WSPOMNIEŃ

Wczorajszy pierwszy dzień wiosny spędziłem na sali gimnastycznej ale w czasach licealnych 21 marca oznaczał obowiązkową obecność na Agrykoli, na której co roku odbywał się rockowy koncert. To właśnie tam po raz pierwszy zobaczyłem  na żywo KULT oraz znaną wcześniej z opowieści zadymę pomiędzy punkami i skinami. Z koncertu, oprócz świetnej zabawy, zapamiętałem również Kazika, który przerywa piosenkę, żeby ochrzanić ochronę brutalnie traktującą ludzi wypadających za barierki. Niedługo później KULT, chyba jako pierwszy zespół w Polsce, zaczął zabierać na koncerty własnych ochroniarzy, co było nie lada przełomem, gdyż nawet jeszcze w XXI wieku zdarzało się, że ludzie mający dbać o zdrowie uczestników koncertu traktowali je jako okazję do wyżycia się.
Moja przygoda z KULTem zaczęła się od płyty, a raczej kasety Tata Kazika. Na jej plastikowym pudełku wytłoczono nazwę zespołu, a w książeczce obok tekstów piosenek pojawiły się gitarowe chwyty. Tym sposobem swoją naukę gry na gitarze rozpocząłem właśnie od utworów Kazika i spółki, tych, w których nie było chwytów barowych, gdyż te początkowo nie chciały mi wybrzmieć choćbym nie wiem jak mocno naciskał struny.

KULT towarzyszył mojemu muzycznemu życiu przez wiele kolejnych lat i do jego ostatnich dni nie zapomnę trwających po 4 godziny koncertów w Stodole, podczas których skakałem jak głupi bez koszulki, osiągałem stan nirwany i jak nigdy wcześniej czułem się członkiem pewnego plemienia. Z tym zespołem kojarzy mi się również pewien wyjątkowo ważny listopadowy dzień z roku, w którym runęły wieże WTC, kiedy to za pomocą piosenki numer 4 z Salon Recreativo, jak dla mnie ostatniej fantastycznej płyty w dorobku zespołu, podprogowo próbowałem zadziałać na pewną uroczą Kujawiankę - obecnie żonę.



Myśląc o zespole KULT przed oczyma biegnie mi prawdziwa Parada Wspomnień. Spośród dziesiątek fantastycznych kawałków to mój zdecydowany faworyt numer 1. Nakręcony przez niesamowicie chwytliwy motyw gitary basu, szaloną solówkę zagraną na organach, piękny motyw zagrany na waltorni oraz niesamowicie prosty, nostalgiczny i piękny tekst refrenu:

"Nie nie nie nie nie nie nie nie
Nie nie nie nie nie nie nie nie
Nie nie nie nie nie nie nie nie
Te czasy już nie powtórzą się"

Każdy z nas może zaśpiewać te słowa, bez względu na to o jakie konkretnie czasy chodzi. Ja wierzę, że jednak się powtórzą. Kultową paradę wspomnień zamierzam kontynuować 7 maja na Dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego.

niedziela, 20 marca 2016

ANIMAL COLLECTIVE - PAINTING WITH

Animal Collective zdecydowanie nie tworzy muzyki towarzyszącej. Albo wchodzisz w jej świat na maksa, poddajesz się jej dźwiękom i płyniesz z ich nurtem albo lepiej zmień płytę. Zdecydowanie namawiam do pierwszej opcji, gdyż Painiting With to wyjątkowo ciekawa muzycznie propozycja. Słuchając jej przez słuchawki niemal przez cały czas kręci się w głowie. Aż roi się tu od kosmicznych, wibrujących dźwięków i oryginalnych, falujących brzmień.
W zwrotce Lying In The Grass słyszymy na przykład organy stworzone z ludzkich głosów. W refrenie dołącza beat, fortepian, przeróżne instrumenty dęte (trąbka, flet, klarnet), każdy grający jakby oddzielną nie powiązaną ze sobą partię a jednak stanowiącą w komplecie fantastyczną całość, którą kończy symfonia dźwięków rodem ze starych gier komputerowych z Atari czy Commodore. Te ostatnie pojawiają się na tej płycie wielokrotnie choćby w otwierającym ją Floridada i Hocus Pocus przypominających nieco Yeasayer. Podobnie zresztą jak Summing The Wretch, On Delay przywołuje z kolei klimat ostatniej płyty Arcade Fire.

Najlepszy fragment tego krążka zaczyna się wraz z numerem 5 i niesamowitym The Burglars. Ten kawałek to prawdziwa bomba, Red Bull wstrzyknięty do żyły. Trudno wyliczyć wszystko, co się w nim dzieje: szybko wyrzucane, nakręcające słowa na początku w towarzystwie śladów syreny alarmowej, orientalny most prowadzący do niemal transowego refrenu, dwie śpiewające zupełnie inne partie wokalne, to wszystko razem sprawia, że naprawdę można odlecieć niczym Rudy Kojot. Równie świetnie jest w kolejnych Natural Selection i Bagels in Kiev. Słuchając tej pierwszej ma się wrażenie bycia wciąganym do dziwnego, muzycznego tunelu. A kiedy już się rozpędzimy i chcemy zaprzeć nogami na 10 sekund zwalniamy podczas składającego się z dwóch lub trzech słów refrenu, po którym przechodzimy na kolejny, wyższy level. Bułeczki w Kijowie to minimalnie spokojniejsza za to nieco bardziej tajemnicza propozycja. Rewelacyjnie wypada również przedostatni na krążku Golden Gal, murowany kandydat na hit, ze świetną melodią, prostym motywem zagranym na basie i delikatną porcją dźwięków niepospolitych. Zamykający całość Recycling udowadnia za to, że Animal Collective równie dobrze czuje się w utworach wolniejszych, potrafiąc z pospolitej "balladki" zrobić kawałek, o którym trudno zapomnieć już po pierwszym razie.

Słuchanie tej płyty wymaga odpowiedniej fazy, zdecydowanie lepiej wchodzi, gdy jest się wypoczętym, kilkakrotnie złapałem się na tym, że przy głowie pełnej myśli ten album bardziej drażnił mnie niż cieszył. Rada jest więc jedna: odpocznijcie a potem "pomalujcie z" Animal Collective. Na Painting With znajdziecie bowiem mnóstwo muzycznych delicji. Smacznego.

wtorek, 15 marca 2016

NOWY SINGIEL HEYA...

...już jest! Indżoj! ;-D
Po pierwszym przesłuchania do głowy przychodzą mi 2 słowa: ŚWIEŻOŚĆ BRZMIENIA.
A jak Wasze wrażenia?





PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 8 - BULLET IN THE HEAD

Byliście kiedyś na koncercie Rage Against The Machine? Bo ja...znam kogoś kto był ;-D. Niestety na dobre "załapałem się na Rejdżów o kilka tygodni za późno. W czerwcu 1994 znałem już wtedy płytę z płonącym mnichem na okładce, ale słuchałem jej zdecydowanie wybiórczo. Trójka w składzie: Bombtrack, Killin' In The Name Of i Bullet In The Head wystarczała mi wtedy w zupełności i potrzeby przeżycia jej "na żywo" nie miałem. W przeciwieństwie do wielu osób z mojego podwórka, którzy w dużej mierze do dziś wspominają owe wydarzenie jako legendarne.
Opowieści tamtym letnim wieczorze brzmią mi w głowie do dziś, o tym "jakie kosmiczne było pogo", jak odjechane efekty i brzmienia wyciągał z gitary Tom Morello, o deszczu potu padającym z sufitu, itp. Muszę przyznać, że patrząc na poniższe nagranie sprzed 24 lat wierzę, iż nie były one przesadzone.



Mimo, iż nie przeżyłem na Torwarze uniesień związanych z RATM to właśnie ten zespół kojarzy mi się z pierwszym bezkompromisowym pogo w życiu. Nie podskakiwaniem przy muzyce tylko z łupaniem kości. Na "dyskotekach" obozowych, pół roku później włączaliśmy właśnie Bullet i podczas jego końcówki obijaliśmy się o siebie z taką siłą, że dziś na bank skończyło by się to gipsem, szyną lub innym usztywnieniem. Ale wtedy byliśmy luźni i wstrząsoodporni.

środa, 9 marca 2016

ORANGE WARSAW FESTIVAL - PIERWSZE OGŁOSZENIA

Za nami pierwsze ogłoszenia Orange Warsaw Festival w nowej odsłonie. Impreza odbędzie się w pierwszy weekend czerwca na Służewcu i wystąpią na niej m.in. Editors, Skunk Anansie, Die Antwoord, MO, Daughter, Lana del Rey i Skrillex. Wrażenia raczej pozytywne, skład fajnie zróżnicowany aczkolwiek osłabia mnie delikatnie, że headlinerami festiwalu ma być dwoje artystów wymienionych na końcu poprzedniego zdania. Zastanawiają też dwa wykluczające się komunikaty w sprawie kształtu festiwalu pojawiające się w tym samym poście na stronie organizatora. W pierwszym akapicie czytamy, że "festiwal potrwa 2 dni, a na dwóch scenach wystąpi kilkunastu artystów". Kilkanaście zdań dalej widzimy wypowiedź przedstawicielki tytularnego sponsora festiwalu, iż "w sumie przez kilkanaście godzin każdego dnia na obu scenach zaprezentuje się około 10 wykonawców". Widząc taką sprzeczność w pierwszej oficjalnej informacji zapowiadającej festiwal trudno nie odnieść wrażenia, że ktoś "nie odrobił pracy domowej", co pod względem PR robi imprezie czarną robotę bo pośrednio sugeruje niską dbałość o szczegóły ze strony organizatorów. Tak, czy owak wierzę w kolejne ciekawe ogłoszenia składu Orange Warsaw Festival oraz to, że jego finalny skład uzasadni dość wysoką cenę karnetu.


wtorek, 8 marca 2016

PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 7 - ZAZDROŚĆ

Hey to chyba pierwszy polski zespół, którego muzyczną drogę śledziłem niemal od samego początku. Płyta Fire miała premierę, kiedy chodziłem jeszcze do podstawówki. Po wakacjach 1993 roku nieznany kilka miesięcy wcześniej szczeciński zespół osiągnął niebotyczną jak na polskie warunki popularność, która nie ominęła podwórka, na którym się wychowałem ani mojej klasy. Kojarzy mi się z tym krążkiem wiele wspomnień, jednak najbardziej wyraźnym obrazem jest powrót z ostatniej wycieczki szkolnej, podczas którego cały przedział śpiewał Zazdrość. Nikt z nas zapewne nie rozumiał delikatnie chorego i toksycznego tekstu tej piosenki ale do wielu osób docierało wtedy, że pewien etap w naszym życiu się kończy.

Zespół Hey przez wiele kolejnych lat przyniósł ludziom wiele muzycznej radości a jego pierwsza płyta pozostaje w masowej świadomości do dziś. W ostatnią sobotę przechodząc obok metra Centrum słyszałem grającego na elektrycznej gitarze instrumentalną wersję utworu Dreams. Moim ulubionym kawałkiem Heya jest Wczesna Jesień, do playlisty życia wybrałem jednak przedstawiciela z debiutanckiej płyty. Do dziś zachwycają mnie przebojowość tego cztero-akordowego riffu oraz przyprawiający o ciarki szept umieszczony tuż pod wokalem Kasi, zwłaszcza tym podwójnym z drugiej zwrotki.


Na żywo Zazdrość zawsze brzmiała inaczej. Początkowo miała bardziej rozbudowaną partię gitary...


...w późniejszych latach bardziej tajemniczy początek.



Każda z wersji tego utworu kosi równie mocno. Kwietniowy koncert w Stodole zapowiadający nową, tegoroczną płytę został już wyprzedany, podobnie jak wiele innych łącznie z tym pierwszym sprzed 23 lat. Przymierzałem się do kupna biletów od przynajmniej kilku tygodni... Pozostanie poczekać na trasę promującą nowy krążek lub, co bardziej prawdopodobne, pojechać do innego miasta.

poniedziałek, 7 marca 2016

AKCJA COVER: WZMOCNIONY DŻORDŻ

Dziś na dobranoc proponuje Niewinny Szept Dżordża w wersji delikatnie wzmocnionej. Muszę przyznać, że tak samo, jak nigdy nie byłem fanem greckiego wokalisty tak samo i Careless Whisper specjalnego popłochu i szału w mej muzycznej pamięci nie czyniło. Do momentu, gdy usłyszałem ów kawałek w wykonaniu Seethera. Jest w tej wersji coś poruszającego, zwłaszcza w refrenie, który w duecie mocna gitara - chrypiący wokal działa dużo mocniej niż delikatny oryginał. Dopiero w takiej odsłonie dotarło do mnie wyjątkowość tej kompozycji. W przypadku tej piosenki wyjątkowo proste środki sprawiają bowiem, że przerasta on pierwotną wersję o trzy głowy.

wtorek, 1 marca 2016

WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 6 - EAT THE RICH

29 maja 1994 - mówi Wam coś ta data? Dla mnie to jeden z najważniejszych dni w moim muzycznym życiu. To właśnie tamtej niedzieli po raz pierwszy poszedłem na rockowy koncert. AEROSMITH, EXTREME oraz IRA - musicie przyznać, że trudno wymarzyć sobie lepszy zestaw na debiut. Tym bardziej, że płytę Get A Grip z krowim wymieniem na okładce katowałem tej wiosny niemal bez przerwy, kawałki Extreme spotkać można było na MTV regularnie, a IRA była wtedy absolutnym polskim topem. 

Późną wiosną 22 lata temu kończyłem właśnie podstawówkę, a jako że do liceum dostałem się podczas egzaminów w kwietniu, miałem jedne z dłuższych wakacji w życiu. Na koncert odbywający się na Stadionie Gwardii poszedłem z trzema kumplami. Żaden z nas wcześniej na koncercie nie był ale od starszych kolegów słyszeliśmy wielokrotnie o tym jak pod Fugazi, Hybrydy czy Stodołę na punkowe czy rockowe koncerty przychodzą skini i jest zadyma. Jechaliśmy więc na Mokotów "gotowi na wszystko" - jakkolwiek śmiesznie dziś to brzmi.
Uczucia towarzyszącego przejściu przez bramki i znalezieniu się na terenie stadionu nie zapomnę do końca życia. Chwilę później na scenę wyszła IRA a ja po raz pierwszy skakałem obijając się o ludzi przy Bierz Mnie. Tak więc to właśnie koncert radomskiego zespołu Kuby Płucisza był tym pierwszym w moim życiu. Był fantastyczny od A do Z. Grające po nim Extreme już takiego wrażenie na mnie nie zrobiło, dziś z tamtego występu pamiętam jedynie zamykające całość, trwające ponad 10 minut More Than Words.

Wreszcie przyszedł czas na Aerosmith. Do dziś pamiętam tamten poziom zajarki, poczucie, że Polska naprawdę jest "Bliżej Świata", jak w nazwie programu nadawanego wtedy w TVP. Choć być może części z Was trudno będzie w to uwierzyć 20 lat temu każdy koncert znanego, zagranicznego zespołu był w Polsce ogromnym wydarzeniem, ponieważ z reguły rocznie odbywało się ich dosłownie kilka.

To właśnie Eat The Rich, a dokładnie rzecz biorąc poprzedzające go Intro, rozpoczęło warszawski koncert Aerosmith. Młyn był taki, że po niecałej minucie zgubiłem się z kumplami. Początkowo próbowałem ich szukać, w odległej podświadomości nadal musieli mi tkwić nadchodzący skini, ale po 2 czy 3 kawałkach odpuściłem i zacząłem się bawić. Po raz pierwszy zrozumiałem wtedy, że piękno muzyki polega na tym, że możesz przeżywać ją z kompletnie obcymi ludźmi a wspólne skakanie czy pogowanie daje metafizyczne poczucie wspólnoty. Ten wieczór naznaczył mnie na zawsze. Do dziś uwielbiam koncerty i wierzę, że kiedyś jeszcze zobaczę na scenie Aerosmith.



poniedziałek, 29 lutego 2016

DZIEŃ JAK NIE CODZIEŃ

Taki dzień zdarza się raz na cztery lata. Postanowiłem dziś sprawdzić, kto z muzycznego świata starzeje się czterokrotnie wolniej niż pozostali obchodząc urodziny dwa lub maksymalnie trzy razy na dekadę. Powiedzmy sobie szczerze: żaden z dzisiejszych jubilatów nie jest z mojej muzycznej bajki. Znaleźli się na niej bowiem:

1) Ja Rule - najbardziej chyba znany z trójki
2) Steve Hart - z totalnie zapomnianego boysbandu Worlds Apart
3) Mark Foster z zespołu Foster The People - czyli one hit wonder ze świstem, o tym:

  

niedziela, 28 lutego 2016

MUZYCZNE NOMINACJE DO OSCARÓW

Za kilka godzin rozpocznie się oscarowa gala. Jak co roku nagroda przyznana zostanie również w kategorii "najlepsza piosenka". Muszę przyznać, że w tym roku wypada ona wyjątkowo blado. Żadna z pięciu propozycji szału nie robi, powiedziałbym nawet, że oprócz utworu Manta Ray reszta znalazła się w tym zestawieniu mocno na wyrost. Piosenka do filmów z Jamesem Bondem dawno nie była tak bezpłciowa jak w przypadku Spectre, Lady Gaga dziwnie zwolniła i jej oscarowa propozycja przekonuje i rusza o wiele słabiej niż Bad Romance czy Poker Face. Opery nie toleruję, więc na temat piosenki z Młodości wolę się nie wypowiadać a kawałek z 50 Twarzy Greya jest tylko niewiele lepszy niż obraz, który promuje. Obstawiam, że statuetka trafi właśnie do The Weeknd, choć mam nadzieję, że wygra pierwszy z poniższych utworów.





wtorek, 23 lutego 2016

WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 5 - DZIKOŚĆ SERCA

Latem 1993 roku pojechałem na kolonie do Mrągowa. Nie był to specjalnie historyczny wyjazd. Po raz pierwszy zaciągnąłem się na nim papierosem oraz "samowolnie oddaliłem się od grupy" w skutek czego, niczym w minionej epoce, musiałem podpisać specjalne "oświadczenie" wystawione przez opiekunkę grupy o ksywie Kobra. Jedna rzecz została mi jednak z tego wyjazdu na dłużej. W stolicy polskiego country był bazarek a na nim stoisko z kasetami. To właśnie tam nabyłem pierwsze, w swojej kolekcji wydawnictwo T.LOVE. który potem na kilkanaście lat stał się moim ulubionym polskim zespołem.

Choć wiem, że takie porównania generalnie są bez sensu to dla mnie płyta King to taka polska The Joshua Tree (a jednocześnie Prymityw to prawie Achtung Baby). Znajdziemy na niej wiele muzycznego dobra, kawałków wartych zacytowania, jednak to właśnie Dzikość Serca jest tym, który czaruje najbardziej. Każdy wers to mistrzowska plama pobudzająca wyobraźnię i malująca w niej żywy obraz. Pozornie niezwiązane ze sobą zdania tworzą przepiękną całość.

Jest w tej piosence coś, co sprawia, za każdym przesłuchaniem do głowy wpada mi myśl, że zrobię jeszcze kiedyś coś niesamowitego. Nie umiem tego sprecyzować ale zwłaszcza refren to prawdziwe paliwo, które pozwala się wyrwać z orbity codzienności, sięgnąć chmur i pomyśleć o rzeczach wielkich.

czwartek, 18 lutego 2016

4

Kilka godzin temu Filip skończył 4 lata. Przez ostatni rok do jego świadomości dotarły 4 nowe zespoły. Przede wszystkim The Libertines. "Tato, a jaki zespół kiedyś nie istniał?" - spytał mnie któregoś dnia podczas podróży samochodem. "A co się kłócili" - dopytywał, gdy wymieniłem nazwę kapeli założonej przez Pete'a i Carla. "O sławę i pieniądze" - odpowiedziałem. Kilka tygodni później światło dzienne ujrzał pierwszy od 11 lat studyjny album The Libertines. Żeby było śmiesznej to najlepsza piosenka, która się na nim znajduje nosi tytuł Fame and Fortune. To właśnie przy niej mój syn po raz pierwszy pogował. Biorąc oczywiście poprawkę, że było to pogo 3-latka, czyli bezkontaktowe skakanie do góry. Dzieje się tak zresztą za każdym razem, gdy z głośników wybrzmią pierwsze dźwięki tej fantastycznej piosenki.


Innym razem spytał mnie jakich zespołów nie lubię. Coldplaya - mówię - bo to smutasy. "A jakiego jesce nie lubis?" - to pytanie było trudniejsze niż może się wydawać, z reguły bowiem myślę o kapelach, które lubię a nie odwrotnie. "Megadeath" - wypaliłem kompletnie od czapy, nie spodziewając się jakie konsekwencje przyniesie ta krótka, nieprzemyślana wypowiedź. Otóż junior zapamiętał tą nazwę po jednym razie i do dziś dopytuje dlaczego, czy ktoś w ogóle ten zespół lubi i stwierdza że w sumie to on też nie znosi Megadeath.
Uwielbia za to Editors, które rozpoznaje po pierwszych dźwiękach No Harm otwierającego ostatni album Brytyjczyków.



Jednym z jego ulubionych bajkowych bohaterów jest Elvis ze Strażaka Sama, który śpiewa i gra na gitarze, Fil śpiewa razem z nim, bez względu na okoliczności. Jedno z bardziej zjawiskowych wykonań "Rock w Pontypandy" odbyło się w styczniu, kiedy pracując z domu uczestniczyłem właśnie w telekonferencji. Cóż, Fil ma już pierwszych fanów w kilku krajach Europy.

wtorek, 16 lutego 2016

WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 4 - SELF ESTEEM

Kiedy na początku 1995 roku usłyszałem po raz pierwszy Self Esteem dosłownie raziło mnie piorunem. Mało który kawałek zrobił w życiu na mnie takie wrażenie jak ten i do dziś należy on do mojego prywatnego "top 5". Przez długi czas słuchałem go nagranego z radia na kasetę. Czytelnikom mających mniej niż 25 lat przypominam, choć dziś naprawdę trudno w to uwierzyć, że 21 lat temu:

a) z Internetem łączyło się przez telefon stacjonarny
b) nie było youtube'a
c) rozgłośnie radiowe nie miały playlist więc grały to, co prowadzący audycję sobie wymyślił
d) 95% czasu antenowego na MTV zajmowały teledyski

Byłem wtedy w pierwszej klasie liceum, kiedy światło dzienne ujrzała trzecia płyta niespecjalnie znanego wówczas zespołu The Offspring. W mojej muzycznej kolekcji znajdowały się głównie kasety, w dużej mierze pirackie, a płyty reprezentowane były w zawrotnej ilości sztuk trzech. Oprócz wspominanego w zeszłym tygodniu Use Your Illusion II były to Get A Grip Aerosmith i Nevermind Nirvany. Powód przewagi nośników, które mogły ulec wciągnięciu był prozaiczny i oczywisty: kasety kosztowały 10 złotych a płyty od pięciu do sześciu razy drożej. Przy miesięcznym kieszonkowym w wysokości 100 PLN ta różnica była kolosalna. Dla porównania piwo Królewskie (pyszne, warzone kilka kilometrów obok na ulicy Grzybowskiej) w Norze kosztowało wtedy 3,90, a Nora była wtedy miejscem obowiązkowym podczas weekendu, pomimo mega niemiłej, pogarszającej się z roku na rok obsługi i niepełnoletności (nikt wtedy o dowód nie pytał).
Czemu o tym wszystkim piszę? Otóż płyta S.M.A.S.H. z niewiadomych powodów nie ukazała się w Polsce na kasecie. Na płytę CD zbierałem więc kilka miesięcy, a kiedy już udało mi się ją kupić kilka tygodni później ktoś mi ją zakosił z domu. Drugi egzemplarz zajechałem do upadłego, tak, że odtwarzacz płyt nawet nie reagował na jego obecność, a trzeci spotkał ten sam los co pierwszy. Tym samym spośród ponad 11 milionów sprzedanych krążków S.M.A.S.H., sam  przyłożyłem się do czterech.

Self Esteem to jeden z najlepszych dowodów, że cztery proste akordy mogą stworzyć dzieło epokowe, że muzyka może być jednocześnie czadowa i fantastycznie przebojowa, że dobre rzeczy się na starzeją i mimo upływu czasu nadal brzmią genialnie. 

niedziela, 14 lutego 2016

WALĄ TYNKI

Z okazji dzisiejszego dnia tynkarzy zachęcam do posłuchania dwóch świetnych kawałków z teledyskami, w których naprawdę walą (w) tynki. W obydwu przypadkach ściany nie wytrzymują presji. The Prodigy rozprawia się z nią pod koniec trzeciej minuty teledysku. Mimo upływu ponad 20 lat od powstania tej piosenki nadal zabija ona świeżością i energią. Jeśli ktoś z Was nie wie jeszcze jak brzmi ona na żywo to najlepsza okazja do nadrobienia tej zaległości pojawi się w pierwszej połowie lipca na festiwalu w Jarocinie.



Druga dzisiejsza tynkarska propozycja powstała o dekadę wcześniej, w połowie lat 80-tych, przynajmniej w tej wersji, którą dziś "cytujemy" i ma ogromne znaczenie dla historii muzyki. Choć dziś może nie wydawać się odkrywcza to 30 lat temu była nie lada przełomem. Rap i rock w ówczesnej powszechnej opinii pasowały do siebie jak dres na wesele. Dzięki temu nagraniu po raz pierwszy na tak szeroką skalę wypłynęła do ludzi informacja, że współpraca zespołu rockowego z hip-hopowym nie tylko jest możliwa ale może dać wyśmienite efekty.    

wtorek, 9 lutego 2016

WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 3 - DON'T CRY

Guns'n'Roses to był mój pierwszy "ulubiony zespół". W przeciwieństwie jednak do neutralnego dla większości U2 i szanowanej na podwórku Nirvany bycie fanem Gunsów, na tarchomińskim podwórku, do najłatwiejszych nie należało. Jeśli chciałeś być cool to przede wszystkim powinieneś słuchać ACDC i Anthrax, ja wolałem jednak nosić koszulkę z pistoletami i różami. Oznaczało to nieustającą szyderę ze strony kolegów a sytuacji nie ułatwiały obcisłe majty, w których najczęściej prezentował się Axl. Jeden z kolegów Gunsów słuchał ale się nie przyznawał. Kiedy jednak świat okrążyła informacja, że Axl powiedział, że "nie zagra dla Polaków i Żydów" ów ziom podszedł do mnie i w konspiracji wyznał: "miarka się przebrała, wczoraj spaliłem wszystkie kasety tych frajerów". Wczesno-nastoletnia kontestacja miała swój niepowtarzalny smak.
Ja swoich pirackich kaset G'n'R nie zniszczyłem, mało tego pierwszą płytą CD, jaka znalazła się w mojej kolekcji okazało się Use Your Illusion II. Pamiętam do dziś chwilę, gdy ją kupowałem, dylemat, którą część wybrać. "Niech pan weźmie dwójkę, jest bardziej hitowa" - radził sprzedawca. Ameryki nie odkrył ale posłuchałem go, Knockin' On Heavend Door, You Could Be Mine i Civil War przechyliły szalę. Chociaż przez brak na niebieskiej płycie oryginalnej wersji Don't Cry sprawił, iż stałem w sklepie prawie godzinę.

Guns'n'Roses ma swoim repertuarze dużo lepszych utworów niż Nie Płacz. Długo zastanawiałem się czy do "akcji worek" nie delegować dziś Mr. Browstone. Paradise City czy You Could Be Mine. To jednak od Don't Cry zaczęła się moja przygoda z tym zespołem. Byłem w szóstej klasie podstawówki, z powodu choroby nie poszedłem do szkoły i na MTV zobaczyłem ten teledysk. Od tego czasu minęło 25 lat, w tym roku Use Your Illusion będzie obchodzić ćwierćwiecze, we wrześniu na Bonomuzie poświęcimy tej rocznicy dużo czasu. Wierzę też, że z tej okazji będziemy mieli okazję zobaczyć w Polsce G'n'R w oryginalnym składzie. 

piątek, 5 lutego 2016

SKUNK ANANSIE - ANARCHYTECTURE

Poprzez niezapomnianie żenujący program Idź Na Całość Ziggy Chajzer zostawił w moim mózgu ślad, że w życiu najczęściej do wyboru są trzy opcje. Przed pierwszym odtworzeniem Anarchytecture, nowego albumu Skunk Anansie zastanawiałem się czy będzie on:

1) zajebisty, jak jego nazwa, jak dla mnie jednak z najlepszych w historii muzyki
2) dobry jak promujące go Love Someone Else
3) zonkiem.

Na szczęście Skin z kolegami zdecydowanie wybrali bramkę numer 1, płyta jest fantastyczna. Jej pierwsza połowa idzie sprawdzonym schematem szybka-wolna, utwory nieparzyste podnoszą tętno do 100, te podzielne "chillują" w sposób bardzo daleki od banalnego. Po otwierającym płytę, zahaczającym momentami o ambitną dyskotekę singlu z bramki numer 2 słyszymy bowiem wolniejsze Victim, które po surowym początku przechodzi w niezwykle klimatyczny utwór zakończony genialną minutą pełną mocniej brzmiącego basu i wokalnymi popisami. Następującego po nich Beauty Is Your Curse nie sposób pomylić z piosenką żadnej innej kapeli, jej każda kolejna sekunda to Skunk Anansie w najlepszej formie, kawałek dosłownie "sam się słucha". Podobnie zresztą jak spokojniejszy, przepiękny Death To The Lovers. Numer 5 pod tytułem In The Back Room to murowany hit roku 2016 i absolutny wymiatacz tegorocznych koncertów Skunka. Od pierwszej do ostatniej sekundy ma taką moc, że nawet pies podczas komendy "siad" kręci bączki na dwóch łapach. Wraz z numerem 6 schemat szybka-wolna przechodzi do lamusa w zamian wprowadzając melodyczny motyw pozostający głowie godzinami. Without You mimo tytularnego podobieństwa do Maraji "bejbi if ju giw it to mi", która wystąpi w Krakowie za kilka tygodni, nie ma nic z rzewnego przeboju tylko jest pięknym, pełnym emocji kawałkiem, bardzo charakterystycznym dla tego zespołu, po raz kolejny udowadniający jego wielkość. Anarchytecture trzyma poziom do samego końca. Słuchając 80-sekundowego Suckers! żałuję się,  że to jedynie instrumentalne intro do jeszcze bardziej czadowego We Are The Flames. Po zamykającym album, wyciszającym I'll Let You Down automatycznie ma się ochotę wcisnąć PLAY i przeżyć tę 37-minutową przygodę ponownie.

Styczeń to z reguły martwy miesiąc dla muzycznych premier. Tym bardziej cieszę się, że Skunk Anansie zamiast kosić świąteczne żniwa wydało ten świetny krążek zaraz po nowym roku. To prawdziwe Anarchitecture. 

wtorek, 2 lutego 2016

WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 2 - DRAIN YOU

Zupełnie inny zespół miał się pojawić w dzisiejszej akcji worek. Pomyślałem jednak, że playlistę życia należy rozpocząć od grup dla niego najważniejszych. W moim przypadku obok U2 taką właśnie kapelą jest Nirvana. Miałem 12 lat, gdy światło dzienne ujrzała płyta Nevermind. W tamtym roku dźwięki Cobaina i spółki były dla mnie jeszcze minimalnie za mocne, rok później bardziej melodyjne kawałki zespołu były już jednym z najczęstszych gości mojego magnetofonu a w 1993 podpisywałem się już jako Kamil Kurt. Jak dziś pamiętam moment, w którym w radiowej Trójce dowiedziałem się o śmierci Cobaina, to była pierwsza w moim życiu śmierć idola. Gościa, na którego piosenkach uczyłem się grać na gitarze.  
Długo zastanawiałem się, który nirvanowy numer wrzucić dziś do muzycznego worka, bo ważnych dla mnie utworów Nirvany jest kilkanaście. Jako ostatnie kandydatury padły Lithium i Rape Me. Wybór padł na niesinglowe ale fenomenalne Drain You.

niedziela, 31 stycznia 2016

JA LUBIĘ DŻEM I JA GO ZJEM

Każdej soboty i niedzieli, między godziną 8 a 10 telewizja 4 Fun TV nadaje pasmo piosenek dla dzieci. Dzisiejszego poranka pomyślałem: "czas umuzykalnić syna" i postanowiłem z owej audycji skorzystać. Zaczęło się obiecująco, od Fasolek i ich smashing hitu w postaci Mydło Lubi Zabawę, wspomnienia z dzieciństwa ożyły. Z nostalgii wyrwał mnie kolejny utwór zaprezentowany w tym paśmie. Dotychczas nie wiedziałem o istnieniu zespołu Tulinki. Po dzisiejszym porannym, trzyminutowym seansie raczej długo ich nie zapomnę. Nuta powszechnie znana ale tekst nowatorski. Najbardziej urzekł mnie fragment tekstu pomiędzy zwrotką a refrenem, po około 100 sekundach od rozpoczęcia piosenki:

"o-o
ja lubię dże-em
i ja go zje-em
bo lubię dżem"

Szacun! Jeśli chodzi o perfekcyjną przyczynowo-skutkowość to Miód-Malina zostało właśnie strącone z pierwszego miejsca. 


Niedzielne poranki, jak wiadomo, służą rozmyślaniu o przyszłości. Po usłyszeniu Tulinek pomyślałem sobie, że napiszę tekst do kolejnego przeboju tej grupy. Nuta pozostanie ta sama, wszak lepsze jest wrogiem dobrego. Wersja liryczna wyglądać za to będzie następująco:

Ja uwielbiam miód
bo miód to cud
na zdrowie good.

Pszczoły robią go
mówiąc bz-bz
a odwłok lśni.

Jutro zgłaszam ów tigidi-tekst do ZAIKSU, Od kilku lat działa wszak sprawnie a z tantiem można podobno godnie żyć. Bonus do emerytury będzie jak znalazł.

wtorek, 26 stycznia 2016

WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 1 - ACROBAT

Od dziś, w kolejne wtorki otwierał się przed Wami będzie worek z piosenkami wyjątkowymi, kawałkami, które pozostaną w mojej głowie na zawsze, utworami fenomenalnymi, nierozerwalnie związanymi z moją egzystencją na planecie Ziemia. Taki mały, prywatny, soundtrack, playlista życia. Zachęcam do tworzenia własnej.


1. U2 - ACROBAT

Akcja worek nie mogła zacząć się od innego utworu. Bo choć nie lubię przesady i wzniosłych słówek a ów przedostatni element płyty Achtung Baby przytaczany był już na Bonomuzie kilkakrotnie to Acrobat jest dla mnie piosenką życia. Porażający muzycznie, fenomenalny tekstowo, mega towarzysz zarówno w chwilach trudnych, jak i tych najpiękniejszych. Każdy jest akrobatą ale najważniejsze to śnić głośno i nie dać się draniom. Nie wiem czy kiedykolwiek napiszę testament ale jeśli już to na pewno umieszczę w nim prośbę o zagraniu Acrobata na "ostatniej imprezie swojego życia".