poniedziałek, 31 października 2016

KULT - WSTYD

Nową płytę KULTu nabyłem podczas piątkowego koncertu zachęcony brzmieniem kilku nowych kawałków zaprezentowanych w Stodole. Przyznaję, że z twórczością tej grupy pochodzącej z XXI wieku, zwłaszcza tej po Poligono Industrial mam lekki problem niezmiennie odnosząc wrażenie, że zespół powinien bardziej srogo selekcjonować kawałki trafiające na krążki. Najnowsze wydawnictwo KULTu nosi tytuł Wstyd i po kilku jej przesłuchaniach z ręką na sercu stwierdzam, że "wstydu nie ma". 
Promujący album Madryt mocno kontrastował z zapowiadającym poprzedni krążek Prosto. Na Wstydzie znajdziemy jeszcze dwa inne wolne kompozycje, zaskakująco delikatny jak na Kult utwór pod tytułem Cisza Nocna. Ten pierwszy, podobnie jak Madryt, wyszedł spod palców Wojciecha Jabłońskiego i  choć jej głównym motorem napędowym jest chwytliwa, gitarowa zagrywka to równie wyraźnie pojawiają się w nim brzemienia piszczałek charakterystycznych dla peruwiańskich grup grających szlagier "w wysokich Andach kondor jajo zniósł". Drugi jest dużo bardziej tajemniczy, rozpoczyna się orientalnie i dzięki fantastycznej partii dęciaków połączonej z organami Hammonda przypomina Kult z czasów największej świetności. W ogóle instrumenty dęte "robią robotę" na Wstydzie. Najbardziej wyraźnie w otwierającym płytę Jeśli Będziesz Tam oraz najlepszej na płycie Dwururce. O ile w pierwszym przypadku brzmienie saxów, trąbek i puzona fantastycznie uzupełnia pulsującą partię basu i ciekawą melodię śpiewaną przez Kazika to w przypadku Dwururki prowadzi główny temat utworu. To właśnie ta piosenka usłyszana 4 dni temu w Stodole kazała mi zakupić ten album i to ona udowadnia, że KULT nadal potrafi nagrać kawałek, po który z radością sięga się wielokrotnie i o który koncertowa publiczność zapewne nieraz upomni się w kolejnych latach. Podobnie zresztą jak o najweselszy na całym krążku, przynajmniej w warstwie muzycznej, Pęknięty dom część 2.
Nie da się ukryć, że KULT coraz bardziej staję się kapelą z kategorii dinozaury rocka. Tegoroczną płytą udowadniają, że ów status można osiągnąć nadal tworząc piosenki ważne i ciekawe. Mimo wielu muzycznych rozwiązań znanych z lat poprzednich bardzo cieszy mnie chęć poszukiwania nowych aranżacji, czego przykładem może być choćby początek piosenki tytułowej. KULT nie wymyślił na Wstydzie prochu, nagrał natomiast kilka naprawdę niezłych numerów, które zyskują z każdym kolejnym przesłuchaniem. Tym albumem zespół nie poszerzy raczej grona fanów ale ci dotychczasowi narzekać raczej nie będą.


wtorek, 25 października 2016

PJ HARVEY - TORWAR 12.10.2016

Chociaż od koncertu PJ Harvey na Torwarze minęły już prawie 2 tygodni to nadal jestem pod jego wrażeniem. Te 90 minut wypełnione fantastyczną i perfekcyjnie wykonaną muzyką pozostanie mi w pamięci na długo. Brytyjka wraz z dziewięcioma towarzyszącymi muzykami zaprezentowała coś na pograniczu muzycznej sztuki i teatru. Rozbudowana sekcja dęta, dwóch perkusistów i pięć męskich głosów towarzyszących często wokalistce dawały niesamowity efekt. O ile na płytach pieśni PJ brzmią klimatycznie to w wykonaniach na żywo zyskują dodatkowo element przejmującego emocjonalnego napięcia. 


Koncert rozpoczął się od Chain Of Keys, któremu towarzyszyło wspólne wejście na scenę całej dziesiątki muzyków. Po kolejnych czterech utworach z najnowszego krążka przyszedł czas na pięć propozycji z Let England Shake. Po niemal każdej piosence wokalistka schodziła na tył lub bok sceny nie odzywając się ani słowem. Przez ponad godzinę nie odezwała się słowem. Początkowo nieco mnie to dziwiło ale po przy piątym czy szóstym razem doszło do mnie, że właśnie ten zabieg dodaje temu koncertowi teatralnego klimatu. Tak samo zresztą jak umieszczona za muzykami prosta scenografia przypominająca gofra. W teatrze aktorzy nie kłaniają się po każdej zagranej, choćby najbardziej brawurowo scenie, a tym bardziej nie mówią "senk ju". Taki zabieg na muzycznym koncercie ma rację bytu jedynie w przypadku, gdy jakość warstwy muzycznej prezentowana przez zespół nie podlega najmniejszej dyskusji. I tak właśnie było tego środowego wieczora na Torwarze wypełnionym mniej więcej w połowie, za to totalnie świadomą i nieprzypadkową publicznością. Owacje pomiędzy piosenkami przybierały na sile proporcjonalnie z ciszą panującą na płycie i trybunach podczas wykonywania kolejnych utworów. PJ dosłownie czarowała swoim głosem prezentując niesamowitą ekspresję i skalę od mrocznej, zachrypniętej niczym Marianne Faithful i brzęczący saksofon basowy do najwyższych, piskliwych rejestrów. Fenomenalnie wypadło The Ministry Of Social Affairs a zwłaszcza jego końcowa część zwieńczona szalonym solo na białym, małym saksofonie. Ten utwór wraz z piorunującym Down By The Water były dla mnie dwoma największymi diamentami w tym wypełnionym dwudziestoma perłami koncercie. 

piątek, 14 października 2016

PRZERWANY KONCERT PLACEBO - "MENTAL DISORDER" BRIANA MOLKO

Wczoraj wystartowała trasa koncertowa Placebo będąca częścią obchodów dwudziestolecia istnienia zespołu. Rozpoczęła się niestety potężnym falstartem. Chcąc dziś sprawdzić jakie piosenki panowie zagrali na koncercie otwierającym tour oprócz dwóch tytułów znalazłem napis "concert cancelled due Brian's mental disorder". To dość lakoniczne stwierdzenie kazało mi zagłębić się w szczegóły tego, co stało się wczorajszego wieczora i trzeba przyznać, że nie wygląda to najlepiej.
Koncert rozpoczęło Pure Morning, po którym Placebo wykonali Loud Like Love. Tuż po jego zakończeniu Brian zdjął gitarę i zaczął dystkutować ze Stefanem.



Chwilę potem wokalista postanowił porozmawiać z publicznością. Film przedstawiający tę sytuację znajdziecie poniżej. W 60 sekundzie ze sceny schodzi Stefan, minutę później "poddaje się" grająca na skrzypcach i klawiszach Fiona Brice. 



Przez cały czas trwania tej sceny, z prawej strony widać wyraźnie jednego z członków, który daje Brianowi znaki namawiające na zakończenie tej dość żenującej sytuacji. Finał wczorajszego wieczora wyglądał następująco:


Mam nadzieję, że to nietypowy sposób promocji trasy koncertowej lub jedynie chwilowa niedyspozycja wokalisty. Dzisiejszy koncert, również w Danii, odbył się już bez przeszkód. A za 2 tygodnie zespół przyjeżdża do Warszawy. I coś mi dziwnie podpowiada, że będzie to ostatnia okazja do zobaczenia Placebo na żywo.

środa, 5 października 2016

NOWE PAŹDZIERNIKOWE ZAGRANICZNE

Ilość ważnych, świetnie zapowiadających się październikowych, zagranicznych premier muzycznych poraża. Poniżej możecie poznać po jednym reprezentancie przypadającym na kolejne tygodnie tego miesiąca. Dość powiedzieć, że oprócz nich w ciągu najbliższych 4 tygodni do sklepów dodatkowo trafią nowe wydawnictwa m.in. Archive, Lady Gaga, White Lies czy Kings of Leon, które nie załapały się na poniższą prezentację.

Green Day - Revolution Radio (data premiery: 7/10)


Kiedy zupełnie przypadkowo natknąłem się na premierę tego kawałka w Antyradio wydał mi się nieco "na jedno kopyto". Za to już po drugim przesłuchaniu wiedziałem, że byłem w dużym błędzie. Bang Bang to prawdziwa moc, "stary, dobry Green Day", prosty, mocny i melodyjny. Nadzieja, że cały nowy album będzie równie dobry przygasła nieco po opublikowaniu drugiego singla, Still Breathing, tak wygładzonego i bezpłciowego, że aż trudno uwierzyć że to ten sam zespół. Już za dwa dni przekonamy się, która twarz nowej odsłony Green Daya jest prawidziwa.


Moby - These Systems Are Failing  (data premiery: 14/10)


 Systemy zawodzą, przykłady na poparcie tej tezy można mnożyć a teledysk do tytułowego kawałka udowadnia, że niestety także za pomocą przykładów z bieżącego, 2016 roku. Po 3 latach Moby wraca nagraniem z mocnym przekazem i jeszcze mocniejszym klipem. Brakuje w nim tylko pewnego kawalera z kotkiem.


KORN - The Serenity of Suffering  (data premiery: 21/10)


Przy okazji ostatniego koncertu KORN w Polsce spotkałem się z opinią, że muzyka tego zespołu nie wytrzymała próby czasy. Zupełnie nie zgadzam się z tym stwierdzeniem a nowy utwór oraz towarzyszący mu teledysk zdają się potwierdzać, że "moja racja jest najmojsza". Okazja do sprawdzenia jak nowy repertuar zespołu wypada na żywo nadarzy się 31 marca przyszłego roku, kiedy to zespół zagra na Torwarze.


Madness - Can't Touch Us Now   (data premiery: 28/10)

Nie spodziewałem się, że "dziadki" z Madness poczęstują nas jeszcze kiedyś nowym albumem. Tymczasem Can't Touch Us Now trafi do sklepów w ostatni weekend października. I choć promujący go singiel nie jest może zbyt porywający to niecierpliwie czekam na ponowny występ Brytyjczyków w Polsce. Ich koncert w Gdyni w 2009 roku był bowiem "przekosmiczny" a kawałki sprzed ponad 30 lat nadal brzmią fenomenalnie.




Receznje wszystkich tych albumów juz wkrótce na Bonomuzie!

niedziela, 2 października 2016

DUŻO NOWEGO PAŹDZIERNIKOWEGO

Jesień zdecydowanie nie jest moją ulubioną porą roku. Idę o zakład, że 80 procent z Was również nie klaszcze z radości widząc spadające z drzew liście. Na szczęście nic nie jest czarno białe i jednym z fajniejszych aspektów tej pory roku stanowi duża ilość muzycznych premier oraz klubowych koncertów. A tego października naprawdę "będzie się działo".

Już za 5 dni premiera nowego wydawnictwa COMY. Płytę pod tytułem Coma 2005 YU55 zapowiada piosenka Lipiec. Mówiąc szczerze na razie, po kilku przesłuchaniach nie do końca on do mnie przemawia, rzekłbym że to "mocno alternatywny singiel". Zdecydowanie ma klimat ale mam nadzieję, że na krążku usłyszymy również bardziej żywe i bardziej melodyjne utwory.

 

Również 7 października będzie miała miejsce premiera nowego projektu pod kryptonimem Bisz/Radex. Nie jestem raczej z klimatu "yo yo" ale dwa opublikowane do tej pory kawałki tego duetu pozwala wierzyć, że z połączenia hip hopu z beatami gitarzysty Pustek zrodziło się coś naprawdę ciekawego i oryginalnego.

 

Tydzień później na sklepowe półki trafi nowa płyta KULTU. Promujący ją Madryt to także dość nietypowe nagranie, jak na grupę Kazika. O wiele spokojniejsze niż zapowiedź Prosto - poprzedniego kultowego albumu i o wiele bardziej przebojowe niż wyżej wspominana pieśń Comy. 


Jeśli za chodzi o koncerty to, oprócz tradcyjnych wydarzeń w Stodole, w październiku prym wiódł będzie Torwar. PJ Harvey, Biffy Clyro, Placebo - oto prawdziwie fantastyczna trójka, którą będzie można zobaczyć w tym miesiącu w warszawskiej hali na przeciwko stadionu Legii. Ostrze sobie zęby zwłaszcza występ tej pierwszej.


We wtorek przyjrzymy się październikowym premierom artystów zagranicznych.


niedziela, 25 września 2016

NOWE T.LOVE

Premiera nowej płyty T.LOVE już za 6 tygodni. Na razie zespół poczęstował nas pierwszym singlem pod tytułem Pielgrzym. Fantastyczny riff prowadzący zwrotkę, wpadający w ucho refren i świetny teledysk. Mój apetyt został tym nagraniem zaostrzony na maxa. A Wasz?

sobota, 24 września 2016

ROMANTIKA OD STALOWEJ PANTERY

Od kilkunastu minut na scenie warszawskiej Progresji można oglądać zespół Steel Panther. Miałem okazję spotkać Panterę cztery lata temu na Rock Im Park, o czym w tuż po polsko-ukraińskich futbolowych mistrzostwach Europy w piłkę nożną mogliście przeczytać TU. Do dziś pamiętam tamto poczucie żenady wywołane żenadą płynącą wtedy ze sceny. Aż do momentu, gdy z głośników popłynęła ta oto ballada, po której zrozumiałem z opóźnieniem, że Steel Panther ma po prostu swojego, nietypowego stajla. Trzeba przyznać, że chłopcy potrafią być romantyczni. ;-D


Jeśli spodobała się Wam "romantika od Stalowej Pantery" a nie załapaliście się na ich dzisiejszy występ w Progresji jutro macie okazję nadrobić zaległości w Krakowie.

czwartek, 22 września 2016

PJ HARVEY - THE HOPE SIX DEMOLITION PROJECT

The Hope Six Demolition Project to płyta, która łapie za twarz od pierwszej sekundy i nie wypuszcza przez kolejne 40 minut, aż do wybrzmienia jej ostatniego dźwięku. Jest w niej coś magicznego, co sprawia, iż słuchając jej znajdujemy się w stanie permanentnego napięcia i skupienia. Klimaty mieszają się nieustannie. Na początek hippisowskie i dość radosne The Community Of Hope, chwilę później mroczne i potężne The Ministry of Defence, którego każdy dźwięk zdaje się mówić "w twoich głośników dzieje się właśnie coś wyjątkowego".

A Line In The Sand rozpoczyna się trochę, jak First zespołu Cold War Kids, podobieństwa kończą się jednak po 10 sekundach, czyli momentu, w którym PJ "wchodzi" z wokalem. Ogromną rolę w muzyce Brytyjki pełnią grające w niskich rejestrach saksofony,  fantastycznie tworzące uczucie niepokoju w bardziej mrocznych utworach, takich jak choćby Chain Of Keys. Near The Memorials To Vietnam and Lincoln momentalnie przenosi nas myślami do lat siedemdziesiątych a The Orange Monkey kojarzy mi się z daleką, morską wyprawą w ciemności. Z kolei Medicinals to prawdziwa, muzyczna moc w zwrotce i genialny dialog w refrenie. Każda z jedenastu umieszczonych na tym krążku piosenek ma w sobie coś oryginalnego, wyjątkowego i wzniosłego. Trudno znaleźć odpowiednie słowa na opisanie dziewiątego albumu PJ Harvey, gdyż jest on po prostu jedyny w swoim rodzaju. Jeśli jakimś sposobem jeszcze nie poznaliście The Hope Six Demolition Project to nie zwlekajcie ani dnia dłużej.

niedziela, 11 września 2016

CAŁKIEM NOWI PARKINGOWI

Kolejne dni spędzone w Italii utwierdzają mnie w przekonaniu, iż Włosi wyznaczają nowe standardy już nie tylko jeśli chodzi o modę, kawę czy catenccio ale również w kwestii zakresu obowiązków parkingowych. Tutejsi panowie podchodzący do kierowców tuż po zgaszeniu przez nich silnika zdecydowanie różnią się od „naszych”, swojskich ziomów i ich nieśmiertelnego „przypylnować autka”? Tutejsi łowcy  asfaltowych metrów kwadratowych oprócz tradycyjnych, żwawych wymachów przedramion, niczym w piosence Feela „wskazujących nam drogę” do najbliższego, wolnego miejsca, dodatkowo za każdym razem zjawiają się ze specjalną ofertą. W żadnym razie nie na zasadzie „kup pan cegłę” ale bardziej w stylu „znam twoje potrzeby”. Ich przenośne stragany zmieniają wyposażenie momentalnie i dostosowują się do obecnej pory roku, zmiany pogody, narodowego święta, meczu, koncertu, itp. Tym sposobem w ponad 30-stopniowym upale w Pizie nabyłem pierwsze w swoim życiu Ray Bany. W zawrotnej cenie 6 Euro. Lepszy interes można zrobić chyba tylko kupując Rolexa na plaży w Pattayi.
Dzień później, w najpiękniejszym mieście świata – Florencji, podczas przechadzki obok Palazzo Veccho, jeden z nich zaoferował mi samochodową ładowarkę do wszystkiego. „It’s automatic maj frjend, it’s automatic” – rzekł ów jegomość. A do mnie w tej samej chwili dotarło, że jego życiowa misja jest tożsama z tytułem najlepszej płyty R.E.M. „Automatic For The People” – muzyczne dzieło porównywalne do Achtung Baby U2 i Nevermind Nirvany. Dziś przypomnijmy sobie jego piękne zakończenie.


wtorek, 6 września 2016

REBUSIK Z GENUI

Pierwszy dzień tegorocznych wakacji w Italii najlepiej oddaje poniższy rebus:



                                  


Odgadliście po jednej nutce? Ta puentująca, jak zwykle na Bonomuzie, znajdzie się na końcu posta. A tuż przed nią rozwiązanie rebusu. Nasz samolot startował o 6:20 rano. W skutek tak , ieludzkiej pory i pobudki o 4, śniadanie przyszło nam spożyć na lotnisku. Najszybszą dostępną opcją wydawał się „Maciek” zwany makiem. Na mój, jakże pożywny posiłek dnia złożył się więc McChicken, czyli kanapka kurzęca bez grama kurczaka. Innymi słowy jadłem MOM, nom, nom, nom, nom. Smakowanie ów kurczako-podobnego produktu pochłonęło tyle moich zmysłów, iż efektem końcowym było wywołanie nas przez spikera w ramach final calla. Ale zdążyliśmy.
Z Mediolanu, po w miarę sprawnym wypożyczeniu auta, udaliśmy się do Genui w celu obejrzenia tamtejszego oceanarium. Pippo od dłuższego czasu ma fazę na delifiny butlonosy, także okazji spotkania ów pływających istot na żywo nie mogliśmy przegapić. Przy okazji zobaczyliśmy wiele innych wodnych stworzeń, m.in. pingwiny, foki i lwa morskiego, który na totalnym relaksie, z rozłożonymi płetwami i szelmowskim uśmiechem podpłynął do samej szyby i „walnął dwójkę”.
Po wyjściu z oceanarium, w drodze do samochodu, w porcie oprócz licznych statków, promu wielkości Titanica zobaczyliśmy również „pojazd” z trzeciej części rebusa. Jego rozwiązanie to oczywiście: „kurka wodna, łódź podwodna”. A skoro tak, to czas na posłuchanie piosenki o pewnej takiej:


piątek, 2 września 2016

BIFFY CLYRO - ELLIPSIS

Biffy Clyro to zespół dość przewidywalny. O ile nie można się po nim spodziewać nowatorskich brzmień i stworzenia nowego nurtu w muzyce to na każdym swym krążku serwują masę wpadających w ucho rockowych kawałków. Tak samo jest w przypadku Ellipsis, siódmej studyjnej pozycji w ich dyskografii. Najlepszym tego przykład stanowi Flammable, absolutny numer jeden wśród pozostałych. Jestem przekonany, że gdy tylko stanie się singlem nie będzie schodził z podium list przebojów przez wiele tygodni. Po pojedynczych gitarowych strzałach do głosu dochodzi pozostałe instrumentarium i choć klangowanie zarezerwowane jest raczej dla gitary basowej to w tym przypadku ma się wrażenie, iż technikę tę stosuje cała trójka. Po świetnej zwrotce słyszymy dość oczywisty "most" czy, jak kto woli "przedrefren" po którym wchodzi genialny w swojej prostocie refren, przy którym naprawdę trudno usiedzieć w miejscu. Pomimo tego płyta idealnie nadaje się do samochodu, fajnie nakręca i pozwala przekształcić się we władcę szos. Jedynym numerem, przy którym można się nieco zdrzemnąć to rzewne, rozpoczynające się od "tiru riru ri tu tu", nieco boysbandowe Re-arrange. Znacznie lepiej wypada jego następca, czyli Herex, z rytmiczną zwrotką i refrenem przypominające coraz mocniejsze walenie młotkiem w gwóźdź. Nieco mroczniejszą i mocniejszą propozycję spotykamy pod numerem 8, czyli w On a Bang, po raz kolejny pokazującym, że szkockie trio ma wyjątkowy dar do łączenia czadu i przebojowości. Ten utwór to takie dwa razy mocniejsze Animal Style, aktualnie promujące Ellipsis, trzeba przyznać w naprawdę godny sposób.
Każdy, kto słyszał wcześniej Biffy Clyro na ich siódmej płycie znajdzie dobrą kontynuację dotychczasowych dokonań. Ci, którym ta nazwa kojarzyła się dotąd bardziej z przybytkiem pełnym hamburgerów, po przesłuchaniu Ellipsis zapewne sięgną także po wcześniejsze nagrania Simona, Jamesa i Bena. 25 października zespół zagra na Torwarze. Polecam przybycie tego dnia do Warszawy, gdyż na żywo ich piosenki brzmią dużo mocniej i lepiej niż w wersjach studyjnych.


wtorek, 30 sierpnia 2016

LOW MESYDŻ FEST - DEJ TU

Low Mesydż Fest już za nami. Coż tam się nie działo. Nie byłem, ale znam kogoś, kto był. A oto, kogo można było przylookać na olsztyńskiej scenie:

1. MR PRESIDENT

Mogę się założyć, że Coco Jumbo prawdziwie kręci każdego z czytelników Bonomuzy, nawet jeśli, niczym Monika Brodka, skrywa to "głęboko w środku gdzieś". A jako, że wokalistka gorąco zachęca, żeby "singin' everybody" dołączmy się wszyscy i zanućmy:

Kup mi jacht
Kup mi dwa
Kup mi wszystko co się da
Kup mi dres
Trampki też
A będę happy

Nie jestem pewny jak rozpoczął się sobotni koncert Pana Prezydenta ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że skończył się słowami "nał aj gara goł sou kou kou".



2. FUN FACTORY

W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych zespół Fun Factory zrobił w naszym liceum prawdziwą miazgę, był prawdziwą Fabryką Śmiechu. Cymbałki przy I Wanna Be With You wprawiały w ekstazę cały parkiet odbywających się w sali gimnastycznej dyskotek. Zwłaszcza słowa "siekerałt, siekarałt", które właśnie dzięki tej piosence na stałe weszły do mojego słownika. Od czasów największych sukcesów minęło 20 lat i grupa ta stanowi kolejny przykład na to, iż "łaska fana na pstrym koniu jeździ". Niegdyś Paryż, dziś Złotoryja.
Nie jestem w stanie zweryfikować stuprocentowej oryginalności składu Fun Factory. O ile pan "raper" z fryzurą a'la Pazdan to wątpliwości mam, co do wokalistki. W każdym razie playback na pewno jest ten sam. 



3. DJ BOBO

"Mjuzik is what I'm living for" - i wszystko jasne. DJ Bobas również odcisnął się głębokim piętnem na XXXV L.O. im. Bolesława Prusa. To właśnie tym zdaniem niemal codziennie witaliśmy się z jednym z kolegów zamiast zwyczajowego "sie ma". Jak gminna wieść niesie DJ Bobas, z racji osiągnięcia dojrzałości, od pewnego czasu woli, gdy nazywa się go Didżej BOB.



4. DR ALBAN

Ćwierć wieku temu dowiedziałem się z BRAVO - najpopularniejszego w dobie niepowszechnego internetu źródła wiadomości o życiu, iż Dr. Alban jest dentystą. Jestem jednak pewny, że zrobił on dużo mniej plomb niż strzelili sobie podczas jego występów fani. To właśnie jego koncert w Warszawie z początku lat dziewięćdziesiątych pozostał w mojej świadomości jako pierwsze "pojawienie się w Polsce zagranicznej gwiazdy. Kiedy dziś patrzę na klip do No Coke urzeka mnie i wzrusza jego scenografia oraz wujęta rodem z pływania synchronicznego choreografia tancerek. No i to nieśmiertelne zakończenie:

Dom gimno kok dom gimno kok do gimno kok kok
Dom gimno siet dom gimno siet do gimno siet siet


środa, 24 sierpnia 2016

THE KILLS - ASH & ICE

Ash & Ice nie dorówna raczej swojej poprzedniczce, Blood Pressure, która w rankingu płyt Bonomuzy 2011 zajęła bezapelacyjne pierwsze miejsce. Nie znaczy to bynajmniej, iż tegoroczny krążek The Kills jest słaby, bardziej pasują do niego określenie nierówny i mniej spójny niż ten sprzed 5 lat. Nie znajdziemy na nim równie fenomenalnej pozycji co Satelite ale kilka kawałków to próby najwyższego sortu. O dziwo niekoniecznie w postaci singli, które oprócz Doing It To Death wypadają blado przy reszcie piosenek. Zarówno Heart of a Dog jak i Siberian Night nie mają, w moim odczuciu, niczego co predysponuje je do promowania płyty. W przeciwieństwie do, na przykład, Days Of Why And How - hipnotyzującej ballady z fantastyczną partią wokalną Alison w delikatnym towarzystwie pojedynczych dźwięków oraz przepięknej gitary oraz dwugłosu w refrenie. To zdecydowany numer jeden na tym krążku. Równie pięknie wypada, także spokojny, Hum For Your Buzz, brzmiące jak oldschoolowa piosenka wędrownej trupy grającej na rozstrojonych nieco instrumentach. Na płycie nie mogło zabraknąć też solowego pojedynku Alison z fortepianem, który w przypadku That Love wypada fenomenalnie. Tak samo, jak hipnotyzujące, wyśpiewane przez duet unisono w towarzystwie wibrującej gitary Echo Home - absolutnie przepiękna rzecz.
Niestety na Ash & Ice słabiej wypadają szybsze kompozycje. Na większą uwagę zasługują praktycznie jedynie Let It Drop, Bitter Fruit oraz ewentualnie Hard Habbit To Break, ten ostatni głównie za sprawą rytmu. Pierwszy to, z kolei, przykład świetnego połączenia przebojowości z niebanalną melodią i zmieniającym się co chwilę klimatem z kulminacją w postaci refrenu. W Bitter Fruit całą "robotę odwala" gitarowy riff oraz solówka z brzmieniem znanym z Pulp Fiction.

Nie umiem do końca wczuć się w Ash & Ice. Nagrania genialne przeplatają się z nużąco średnimi. Ale to właśnie z powodu tych lepszych absolutnie nie powinniście tej płyty przegapić. 

KASZAAAAANKAAAA TATARATATAAAAA

Doskonale pamiętam 23 sierpnia 1995 roku, obserwowany z Żylety rzut karny wykonywany przez Jurka Podbrożnego i Grzegorza Lewandowskiego kucającego na środku boiska tyłem do strzelającego. Nigdy też nie zapomnę stadionowej euforii po strzeleniu gola. Tak samo, jak klimatu, gdy w rewanżu najniższy na boisku, wchodzący z ławki Leszek Pisz strzela na 2:1 z główki. Ten drugi mecz oglądaliśmy z kumplami u mnie w mieszkaniu, miałem 16 lat, to był kosmos. 

Dziś, 21 lat po tamtych wydarzeniach, na tej samej trybunie, choć już nie Żylecie mogłem "świętować" ponowny awans do Ligi Mistrzów. Sęk w tym, że na grę Legii w tym sezonie nie da się patrzeć. Tak żenująco prezentującej się drużyny nie widziałem od 1994 roku, kiedy to po raz pierwszy pojawiłem się na Ł3. Trudno mi też uwierzyć, że z obecnym trenerem sytuacja ulegnie poprawie. W grze Legii nie widać żadnego pomysłu, choćby pół akcji wyćwiczonej podczas treningów, króluje improwizacja i podziały w drużynie. W życiu nie przypuszczałem, że w dniu ponownego awansu do Ligi Mistrzów jej hymn będzie mi brzmiał nie jako "the champions" tylko jako "kaszanka". Ale, żeby nie było, cieszę się, że jeszcze w tym roku usłyszę go kilka razy na stadionie. Innymi słowami "nie ma bunkrów ale i tak jest zajebiście".  

piątek, 19 sierpnia 2016

POŻEGNALNY KONCERT KNŻ

Od wczoraj można szaleć na Rock Festivalu w Cieszanowie. Dziś startują koncerty na scenie głównej, a wśród nich odbędzie się pożegnalny koncert Kazika Na Żywo. To nie pierwsze pożegnanie tej grupy i mam nadzieje, że również nie ostatnie. Tak się jakoś niedobrze złożyło, że nigdy nie udało mi się zobaczyć tego projektu na scenie a do Cieszanowa też nie dotrę, gdyż na weekend obieram kierunek zdecydowanie bardziej północny. Gdyby jednak okazało się, że Kazik i spółka tym razem dotrzymają słowo, co niestety po lekturze ostatnich wywiadów wydaje się bardzo prawdopodobne, pozostanie poprzestać na projekcji DVD z koncertu w ramach zeszłorocznej trasy "Ostatni koncert w mieście". Oto jego próbka:

czwartek, 18 sierpnia 2016

LOW MESYDŻ FEST

Kilka dni temu na ekranie monitora zawieszonego w wagonie metra przed oczami błysnęła mi informacja, że jeszcze w tym miesiącu w Olsztynie zagra Mr. President. Przez chwilę pomyślałem, iż chodzi może folkowe tiru riru na dudach, kiedy jednak sprawdziłem szczegóły w internetach "cenka" opadła mi bardziej niż reniferowi Rudolfowi podczas przedświątecznych zakupów w sklepie, który reklamuje pewna krzykliwa diwa - pseudonim "EweLa". W ostatni weekend sierpnia w stolicy Mazur w ramach Love Message Festival na scenie pojawią się zespoły, których dalszego istnienia nie spodziewał się chyba nawet TurboDymoMen, a ten jak wiadomo wie wszystko. Większość z tych grup kojarzy mi się z dyskotekami w podstawówce i liceum, największe sukcesy na listach przebojów święcili bowiem ćwierć wieku temu. Czy ktokolwiek z Was wiedział, że aktywni koncertowo są takie tuzy muzyki rozrywkowej jak Dj Bobas i Milli Vanilli? Listę wszystkich zespołów, które pojawią się na olsztyńskim festiwalu możecie znaleźć TU. Dziś i w przyszłym tygodniu na Bonomuzie powieje disko-oldschoolem, przypomnimy sobie bowiem kilka przebojów sprzed lat, które już za tydzień będzie można usłyszeć "na żywo". Buahaha. Oto rozkład jazdy na pierwszy dzień festiwalu:

1) MYLY WANYLY


Pamiętam, jak w 1990 roku do kiosków trafił pierwszy numer młodzieżowego pisma POPCORN, którego jednym z głównych atrakcji był "MEGA POSTER", na którym znaleźli się właśnie Milli Vanilli. Problem z plakatem polegał na tym, że był on dwustronny i na odwrocie znajdowały się... Wojownicze Żółwie Ninja, których fanem był mój brat. O kompromis nie było łatwo, co tydzień przeklejaliśmy więc plakat na drugą stronę. Po kilku miesiącach świat obeszła miażdżąca wiadomości MILLI VANILLI GRA Z PLAYBACKU. Miałem wtedy 11 lat i był to pierwszy muzyczny "skandal", którego doświadczyłem. I chociaż potem ów zespół nazywano Miło Walili i nic nie było już takie same to do dziś, patrząc na teledysk, jestem pod wrażeniem zaangażowania perkusistki i wymiatacza na basie, których nie słychać w tym songsie ani sekundy oraz nieśmiertelnego "ślizgu panczenisty" przy słowach "u u u, aj low ju".      


2) REAL MCCOY


Nie do końca wiem czy "Prawidziwy Mak Koj" to on czy ona. Chyba jednak ona, chociaż bez seksownej tokany współpartnera "aj tok tok, aj tok tu ju in de najt" ów hit nie miał by tej mocy. Myślę sobie, żeby, gdyby zrobić go na rockowo byłby prawdziwym "smeszing hitem" także poza dyskotekami. Przyznajcie, że Was też rusza ten żeński zaśpiew o kolejnej nocy,  bo ja za każdym razem, gdy słyszę pianinko rozpoczynające ten kawałek, niczym pani McCoy, jednocześnie "I feel joy, I feel pain".

  
3) NANA



Mimo intensywnego researchu nie udało mi się odnaleźć genezy melodyjnej ksywy ów artysty. Wiem tylko, że był i nadal jest bardzo samotny o czym niezmiennie od 20 lat informuje nas w swej najbardziej znanej pieśni "ajm lounly, lounli, lounly". Dziś chciałem jednak przypomnieć inny hicior Nany, ten bardziej na czasie, ponieważ on naprawdę "is comming". Przekształca się z przeciwnika Terminatora Dwójki i nadciąga bez strachu nad Olsztyn aby zagrać w "bujjjja"? Graliście kiedyś w tę grę? Jeśli nie znacie zasad przetrwajcie operowy wstęp tego kawałka a w 70 sekundzie utworu Nana powie Wam czym jest prawdziwe "boo yya". A na deser dostaniecie prawdziwy "fiuczuring" od jednego z ziomków z Fun Factory, którzy wystąpią w Olsztynie drugiego dnia festiwalu. Ale o tym już po weekendzie, gdyż czuję, że Wasze emocje sięgnęły Zenitu ;-D 

wtorek, 28 czerwca 2016

SZAŁ W SAINT ETIENNE

Sobotnie popołudnie przejdzie do historii polskiego futbolu. Emocje, które dane mi było przeżyć 3 dni temu we francuskim Saint Etienne zostaną ze mną na zawsze. W pierwszej połowie, kiedy gra wyglądała super wydawało mi się, że to przecież oczywiste i awansujemy do kolejnej rundy. Kiedy w drugiej części straciliśmy bramkę dotarło do mnie z pięciokrotną siłą, jak ważny jest ten mecz, co tak naprawdę może się wydarzyć i jak bardzo się cieszę, że w końcu, po latach rozczarowań, mogę przeżywać tak piękne chwile z piłkarską reprezentacją Polski. To co się działo po ostatnim strzale Grzrgorza Krychowiaka opisać można tylko jednym słowem, które kiedyś w refrenie powtarzała Edzia B - "szał". Zobaczcie zresztą sami jak wyglądało to z perspektywy trybun.



Po meczu poszliśmy do centrum niewielkiego miasteczka, świętować i przy okazji obejrzeć dwa kolejne mecze. Ku wielkiemu zaskoczeniu w centrum Saint Ettiene panował klimat jak na polskim weselu. Jedna z knajp postanowiła wystawić przez okno głośniki i raczyć z nich zgromadzonych Polaków ich ojczystą muzyką, w dużej mierze disco polo. ZOBACZ KLIKAJĄC TU.
Swojskie dźwięki zrobiły naprawdę świetną atmosferę, zresztą po takim zwycięstwie wybornie było by nawet przy Smerfnych Hitach. Swojskie piosnki przeplatały się z kibicowskimi pojedynkami na okrzyki, Szwajcarów chyba specjalnie nie przejęła przegrana bo przemieszani z Polakami bawili się na maxa. Klima była nieprawdopodobna. Hitem wieczoru bezapelacyjnie zostało Freed From Desire, które usłyszałem chyba pierwszy raz w tym wieku, za to 5 razy pod rząd. 


"Nanana nana nana na nana na na" niosła się po Saint Etienne przez dobre 15 minut. Tłum był w takim amoku, że z uśmiechem przyjąłby i kolejny kwadrans. Największe wrażenie podczas sobotniego wieczora zrobiło na mniej jednak inne nagranie. Szacun dla autora, który na bank przytulił na nim niezły "piniądz". Oto ono:



wtorek, 31 maja 2016

PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 13 - MASTER OF PUPPETS

Długo zastanawiałem się, którą piosenkę Metallicy wybrać do Playlisty Życia. W finałowej rozgrywce oprócz Master Of Puppets pozostały Memory Remains z fenomenalną partią Marianne Faithfull oraz One fantastycznie pokazujące dwa różne oblicza tego zespołu. Master to jednak Master, fantastyczny utwór z czasów, kiedy Metallica, zgodnie z nazwą była jeszcze zespołem metalowym. W tym roku ten kawałek obchodzi swoje trzydziesta urodziny i nadal ma w sobie niesamowitą moc. Wersja studyjna być może momentami brzmi nieco oldschoolowo ale wystarczy odpalić jakiekolwiek wykonanie koncertowe, żeby przekonać się jak potężny to utwór. Za każdym razem, gdy słyszę refren ze słowami "come crawling faster..." czuję się przez niego pokonany. Sposób, w jaki w tym kawałku pracują gitary oraz zmiana klimatu w środkowej, instrumentalnej części to prawdziwe mistrzostwo świata. A okładka albumu Master of Puppets, jedna z pierwszych, jakie zobaczyłem w życiu, pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Nie umiem tego racjonalnie wytłumaczyć ale do dziś, gdy patrzę na ów "las krzyży" czuję dziwny przypływ emocji. 

niedziela, 29 maja 2016

AKCJA COVER: SOUND OF SILENCE

Kiedy w 2001 roku po raz pierwszy usłyszałem Disturbed, w roli supportu Marylina Mansona, nigdy w życiu bym nie pomyślał, że 15 lat później stworzą jeden z najlepszych coverów, jakie w życiu słyszałem, w dodatku w tak łagodnej odsłonie. Co prawda wtedy na Torwarze Amerykanie zagrali fragment coveru Eurythmics, próbując wkręcić publiczność, iż podczas wykonywanego właśnie Sweet Dreams na scenę wkroczy za chwilę główna gwiazda wieczoru ale mimo wszystko, to co pokazali przy okazji Sound of Silence po prostu rozkłada na łopatki.

Uwielbiam oryginał tej piosenki, delikatny, cały wyśpiewany w dwugłosie przez Simona i Garfunkela, już od pierwszego dźwięku przenoszący do krainy dzieciństwa i bajek. Wersja Disturbed zaczyna się zwyczajnie, pojedynczymi dźwiękami fortepianu i niskim wokalem, po minucie dołączają skromne partie gitary i instrumentów smyczkowych. Jednak od początku jego trzeciej minuty napięcie zaczyna rosnąć szybciej niż pączki na turbo-drożdżach. Duża w tym zasługa rytmicznie pojawiającego się dźwięku kotła ale przede wszystkim głosu Davida Draimana, który w ciągu ostatnich 90 sekund piosenki wykreował ze swych strun głosowych coś wyjątkowego, chwytającego za gardło, niezwykle emocjonalnie poruszającego i pięknego, coś co na bank przejdzie do historii muzyki. Słuchając oryginału nigdy nie zastanawiałem się o czym jest ta piosenka, dopiero wersja Disturbed skłoniła mnie to bliższego "przyjrzenia" się jej tekstowi. Od kilku dni nie mogę się uwolnić od tego kawałka. A właściwie to wcale nie chcę.

piątek, 27 maja 2016

HEY - BŁYSK

Mając świeżo w pamięci przedpremierowy koncert w Stodole podczas pierwszego przesłuchania Błysku zaskoczyła mnie "lajtowość" jego brzmienia. Otwierające album Dalej oraz Historie na koncertach wypadają o wiele lepiej. Szkoda zwłaszcza tej drugiej, przepięknej piosenki z cudownie mądrym tekstem, fantastyczną melodią, która w wersji studyjnej ma w sobie jakiś dziwny, zbędny "francuski sznyt" niepotrzebnie odwracający uwagę od jej naturalnego piękna. W początkowych fragmentach nowego krążka ma się wrażenie, że nie do końca na wysokości zadania stanął realizator. Tym bardziej to dziwne, iż na Błysku znajdziemy sporo świetnego i świeżego brzmienia. Za najlepszy przykład może posłużyć choćby Hej Hej Hej, mroczny i dość ascetyczny kawałek, w którym każdy instrument gra jakby oddzielną partię, które mimo wszystko tworzą intrygującą i wyjątkowo smakowitą całość. Podobnie Szum atakujący wwiercającym się w głowę, chcącym rozsadzić głośniki przesterowano-brzęczącym motywem genialnie współgrającym z głosem Kasi, zachrypniętym niczym na pierwszej płycie.
Moi absolutni faworyci z tej płyty to jednak I Tak W Kółko oraz Cud, dwa zupełnie różne utwory, które łączy fakt, iż można ich słuchać po kilkanaście razy pod rząd. Ten pierwszy ma w sobie wszystko, czym HEY raczy nas od ponad 20 lat, m.in. świetny gitarowy riff, ciekawą, fantastycznie wkomponowaną warstwę elektroniczną, nie dającą się wybić z głowy melodię czy zmiany tempa i klimatu. Cud początkowo wydaje się mniej udaną wersją Imagine Lennona, nie warto jednak poddawać się po kilku pierwszych sekundach, gdyż utwór ten okazuje się jednym z najpiękniejszych w historii zespołu. Wszystko za sprawą porażającej ostatniej minuty, która jednostajną dotąd, smutną piosenkę przemienia w niosącą nadzieję petardę porażającą każdym ułamkiem sekundy niesionej zachrypniętym głosem Kasi i brzęczącą gitarą, do opisania piękna której język polski nie posiada wystarczających słów. Dużo ciekawego dzieje się również w przedostatnim na krążku 2015, a singlowe Prędko Prędzej zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem.
Jedenasty studyjny album Heya to płyta, której nikt z Was nie powinien przegapić. Na 10 umieszczonych na Błysku kawałków 6 jest rewelacyjnych, 3 dobre i tylko jeden słaby (Ku Słońcu). Natomiast w sferze lirycznej Kasia Nosowska po raz kolejny z poziomu wysokiego podniosła poprzeczkę jeszcze wyżej. Historie, Cud, Hej Hej Hej czy 2015 to przepiękne wiersze, poetyckie, życiowe, niepowtarzalne.    

środa, 25 maja 2016

WALIZECZKA Z DWORCA ZOO

Ostatnie trzy dni stacjonowałem w Berlinie, 50 metrów od stacji Zoo rozsławionej zarówno przez książkę o „trudnej młodzieży”, jak i piosenkę otwierającą najlepszą płytę w dyskografii U2. Siedzę właśnie na lotnisku i myślę, że to doskonała to okazja, żeby przypomnieć tę drugą.


Okolice dworca Zoo zmieniły się nie do poznania. Cieszę się, że kilkanaście lat temu, podczas pierwszej wizyty w Berlinie, mogłem zobaczyć je w kształcie, o którym śpiewał Bono. W ciągu ostatnich kilku lat stacja została odnowiona a wokół wyrosły dziesiątki nowoczesnych biurowców i hoteli. W bardzo modnej obecnie dzielnicy nadal widać jednak sporo bezdomnych, młodych ludzi, śpiących na ulicy wraz z całym swoim „dobytkiem”, snujących się pomiędzy setkami przechodzących obok korpo-ludzi w krawatach. Kontrast jest dość kosmiczny ale symbioza również wyjątkowa, nikt nikomu nie przeszkadza.

Wczoraj przed hotelem, w którym mieszkałem pojawił się dodatkowy „smaczek”. Pewien wesoły jegomość, Helmut lub Sztefan przez kilka minut biegał wokół budynku z walizką, po czym zostawił ją przed samymi jego drzwiami i uciekł. Kiedy wieczorem chciałem wejść do hotelu policaj powiedzieli stanowcze „NAJN”, otoczyli teren biało-czerwoną taśmą i kazali czekać. Wkrótce przyjechał czarny robot, podjechał do walizki, coś tam przy niej pomajstrował, otworzył znajdując zapewne trzy pary brudnych skarpetek i akcja się zakończyła. Ale w gazetach o walizeczce z dworca Zoo dziś napisali. 

niedziela, 24 kwietnia 2016

YEASAYER - AMEN & GOODBYE

Z dwóch słów składających się na tytuł czwartego, studyjnego albumu Yeasayer zdecydowanie wybieram "ejmen". "Gudbaj" mówić tej grupie nie zamierzam, gdyż po słabszym, trzecim krążku wydanym cztery lata temu wraca do życia w genialnym stylu.
Otwierające album Daughters of Cain jest niczym wschód Słońca, kiedy to do życia budzą się kolejne istoty, w tym przypadku instrumenty - od plumkającego pianina przez chórki początkowo nucące, stopniowo coraz głośniejsze aż do przeistoczenia się w rozmyte, nieco kosmiczne dźwięki. Ten przypominający klimatem Beatlesów kawałek płynnie przechodzi w I Am Chemistry, jak na razie najpoważniejszego kandydata do piosenki roku. Pisałem już o nim krótko tydzień temu, jest jednak tak dobry, że nie wypada nie poświęcić mu kilku kolejnych zdań. Początek z typowym dla Yeasayer efektem wciągniętej taśmy, zwrotka podobna nieco w brzmieniu Sisters Of Mercy przechodząca w refren, przy którym trudno nie złapać fazy. I o ile przy "pierwszym okrążeniu" jest kosmicznie, to przy drugim następuje już odlot w stronę innej galaktyki i to bez panoramicznego obrazka pod językiem. Po drugiej zwrotce otrzymujemy bowiem brzmiący niczym Lucy In The Sky With Diamond "most", który przechodzi w...kolejnym "bridge" tym razem transowy, przywodzący na myśl Archive. I kiedy już stajemy się na moment "rudym kojotem" nasze uszy atakuje niewinny śpiew, brzmiący niczym kościelna scola, zakończony ostatnia, najgenialniejszą minutą tego utworu, której nie sposób opisać. Powiem tylko, że właśnie za takie fragmenty wielbię ten zespół.
Silly Me to nieco mniej udany klon O.N.E. z płyty Odd Blood, przebojowy, chwytliwy ale nieco wtórny. Jeśli chodzi o bardziej dyskotekową twarz Nowojorczyków zdecydowanie wolę tą spod numeru 5, czyli Dead Sea Scrolls ukazujące funkowe oblicze zespołu. Zaczyna się ona co prawda głupawo od słów "pa pa pa", na które mam wyjątkowe uczulenie, na szczęście bardzo szybko przechodzą one w świetną partię basu, jąkający, odbijający się echem wokal i czaderskie solo na saksofonie. Wcześniej jednak, pod numerem 4 kryje się jeden z największych rarytasów z Amen & Goodbye. Pierwsze 50 sekund Half Asleep, sennych niczym tytuł, nie zapowiada cudów, które następują chwilę potem. Tajemniczy, żeński chórek, fragment menueta i pokaźna dawka orientu tworzące razem przecudowną kompozycję momentami brzmiącą podobnie do spokojniejszych kawałków Kasabian, zwłaszcza tych śpiewanych przez Sergio. Równie pięknie jest w kolejnym na krążku Prophecy Gun, idealnej kołysance rodem z XXI wieku. Myślę że nawet Jarosław Psikutas bez s rozmarzyłby się przy niej przenosząc myślami do czasów, gdy najważniejszą dla niego rzeczą było nie 600 baniek tylko smoczek.
Kiedy wydaje się, że nic lepszego nas na tym krążku już nas raczej nie spotka Yeasayer podbija stawkę serwując fenomenalne Divine Simulacrum.  Pełen szacun za tajemniczy, bajkowy klimat tego numeru, w którym zespół znalazł kolejne patenty na oryginalne, przepiękne współbrzmienia, dodatkowo potrafiące utrzymać słuchaczy w napięciu mimo spokojnego tempa piosenki. Genialnie wypada także Gerson's Whistle, gdzie "groźna" zwrotka prowadzona przez wwiercający się w mózg dźwięk przechodzi w pogodny, radosny refren. Najlepsze w tym utworze jest jednak to, że każde jego kolejne 30 sekund brzmi jak inna piosenka.
Mógłbym tak pisać i pisać o tej płycie, choć tekst dawno już przekroczył standardową długość recenzji na Bonomuzie. Zamiast czytać dalej posłuchajcie koniecznie Amen & Goodbye kilka razy pod rząd, gdyż dobre płyty zazwyczaj za pierwszym razem "nie podchodzą". Ten natomiast stanowi kolejnz dowód na to, iż Yeasayer to jeden z najlepszych obecnie tworzących zespołów na świecie.

wtorek, 19 kwietnia 2016

PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 12 - WITH A LITTLE HELP FROM MY FRIENDS

Ten piękny numer pojawił się już na Bonomuzie niecałe półtora roku temu, przy smutnej okazji śmierci jego wykonawcy. Dziś trafia do Playlisty Życia jako jeden z najlepszych coverów w historii muzyki. Joe Cocker z przeciętnego i nieco infantylnego kawałka Beatlesów stworzył bowiem najprawdziwsze arcydzieło. Melodia zwrotki chwyta mnie za gardło niemal za każdym razem, gdy ją słyszę.
With A Little Help From My Friends w tej wersji do końca życia kojarzył mi się będzie z Cudownymi Latami, absolutnie najlepszym serialem w historii kinematografii. Filmem, który w każdym z 20-minutowych odcinków bawił, wzruszał, pokazywał historię świata i muzyki oraz poruszał życiowe problemy, z którymi boryka się każdy człowiek. Po raz pierwszy można go było obejrzeć na początku lat 90-tych w telewizyjnej Dwójce. Pamiętam tamte weekendowe projekcje, jakby wydarzyły się wczoraj. Kojarzą mi się jednoznacznie ze szczęśliwą czteroosobową rodziną wspólnie przeżywającą to samo, chociaż na swój sposób.



Na początku lat 90-tych, kiedy oglądałem go po raz pierwszy wielu z przytaczanych tam historii nie rozumiałem, bądź odbierałem je dość powierzchownie. Dziś, kiedy oglądam poszczególne odcinki po raz kolejny, choć dużo z nich znam niemal na pamięć, kumając całą treść w nich  przekazywaną dosłownie łapię się z zachwytu za głowę i rozumiem dlaczego 25 lat temu rodzicom podczas wspólnego oglądania często szkliły się oczy.
Ale przede wszystkim dużo i często myślę o tym jak swoje własne cudowne lata będzie wspominał mój syn i co zrobić, że pamiętał je jako naprawdę wspaniałe.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

AXL ROSE WOKALISTĄ ACDC

Gdyby 25 lat temu ktoś wypowiedział zdanie z tytułu tego posta na głos, lub chociaż pomyślał w ten sposób najpewniej otrzymałby potężną dawkę psychotropów dożylnie i przez długi czas nie opuścił szpitala bez klamek. Przynajmniej na moim podwórku, o czym pisałem dwa miesiące temu (KLIKNIJ TU ABY PRZECZYTAĆ). Myślę zresztą, że dla wielu fanów ACDC ta informacja jest dość szokująca i nie do końca przyjmują ją do wiadomości. W każdym razie do kilkunastu godzin wiadomo, iż miejsce mającego problemy ze słuchem Briana Johnsona za mikrofonem zespołu AC piorun DC zajmie wokalista Guns'n'Roses. Oficjalny komunikat mówi o tym, że głównie po to aby dokończyć trasę koncertową Rock Or Bust. Oznacza to też pewnie niestety iż za kilka tygodni ten australijskie band przestanie istnieć. Cieszę się, że miałem okazję zobaczyć ich koncert jeszcze z poprzednim wokalistą. Panowie dali czadu, zeszłoroczny show w Warszawie był naprawdę super, oprócz tego, że, jak to na Narodowym, w wielu momentach trudno było odróżnić wokal od perkusji.

Chętnie zobaczyłbym w akcji tę przedziwną w sumie hybrydę. Przedsmak można było poczuć na festiwalu Coachella, na którym do wracających na scenę Guns'n'Roses dołączył Angus Young. Oto pierwszy rezultat owego spotkania:



Swoją drogą jak patrzę na te obrazki to myślę sobie, że:

a) trzeba mieć naprawdę dużego pecha żeby złamać nogę tuż przed powrotem na scenę po tylu latach (w prawie oryginalnym składzie)
b) czas z Axlem nie obszedł się zbyt łagodnie
c) na koncertach ACDC Axl zbierze trochę gwizdów ale będą one niezapomniane, a na pewno oryginalne

A oto i druga próbka Axla w nowym repertuarze:


Jak to widzicie?

sobota, 16 kwietnia 2016

NOWE OD...YEASAYER

Niniejszym ogłaszam, że panowie z Yeasayer wrócili na jasną stronę Księżyca. Od dwóch tygodni dostępny jest ich nowy, czwarty studyjny album, W przyszłym tygodniu znajdziecie na Bonomuzie jego szczegółową recenzję, a na razie jako przedsmak pierwszy zapowiadający go singiel. Muszę przyznać, że tęskniłem za Nowojorczykami w takiej formie. Efekt wciągniętej taśmy na początku, kąsające wokalne wielogłosy, nutka orientalizmu, totalne zmiany tempa i klimatu, kosmiczna wstawka ze śpiewającymi dziećmi... To i dużo więcej znajdziecie w tych 5 fantastycznych muzycznych minutach.

środa, 13 kwietnia 2016

HEY PRZEDBŁYSK - KONCERT STODOŁA 13.04.2016

Właśnie wróciłem z ostatniego w ramach mini-trasy Przedbłysk koncertu Heya w Stodole. Będzie więc krótko, na gorąco i chaotycznie. Nowa płyta zapowiada się REWELACYJNIE. Usłyszałem dziś 10 wchodzących w jej skład kawałków po raz pierwszy (nie licząc singla oczywiście) i oprócz otwierającego całość, nieco dziwnego, mówionego intro pozostałe uradowały mnie niczym fistaszki wiewiórkę. Gdybym musiał opisać nowe kompozycje Heya jednym zdaniem powiedziałbym: przepiękne i nieoczywiste melodie oraz genialne, świeże i oryginalne brzmienie. Te kilka słów śmiało można przypisać do każdego z dziesięciu kawałków, które znajdą się na nowym krążku. Poniżej szczątkowe opisy ich klimatu, które udało mi się zanotować w telefonie w przerwach między piosenkami:

1. Dziwny numer, Kasia mówi zamiast śpiewać, niemal cały kawałek spoza sceny
2. Szum - rewelacyjny, wkręcający elektroniczny motyw dominujący pozostałe instrumenty, fantastyczny numer
3. Morales - dużo spokojniejszy, krótki, spoko.
4. Prędko Prędzej - singiel promujący Błysk na żywo to prawdziwa petarda, genialna solówka i fajne chórki klawiszowca
5.2015 - super melodia i wibrująca gitara
6. - mega utwór - zwrotka napędzana przez  dwa dźwięki gitary brzmiące podobnie do tej z Dalekiej Drogi Do Domu COMY ("pierwszy oddech wiosny budzi lęk...), nieco mocniejszy refren i genialna, nieoczywista melodia
7. Heyheyhey - najlepszy jak dotąd utwór, mega surowa zwrotka z fantastycznym brzmieniem i partią gitary, mocniejszy i szybszy refren
8.  "Współczesna Małgośka" - jeszcze lepsza niż numer 7, murowany hicior z ciekawym rytmem, super melodią i brzęczącą nisko gitarą
9. Balladowy początek w stylu Imagine i szybszy, mocniejszy refren
10. Pozytywne, fajne zakończenie płyty.


Dość równoważników zdań, czas na opis klimatu towarzyszącego dzisiejszemu wieczorowi. Po wejściu do Stodoły zdziwiły mnie 2 rzeczy: zamknięty bar na dole i zaryglowane wejście na koncertową salę. Kiedy w kolejce po piwo w barze na górze odwróciłem się w poszukiwaniu znajomych twarzy w miejscu, gdzie normalnie znajdowała się druga szatnia zobaczyłem...scenę. Zrozumiałem wtedy napis Open Stage na bilecie i niewielką ilość osób w klubie, Przedbłyskowy koncert widziało nie więcej niż 300 osób, dzięki czemu klimat był wyjątkowo kameralny.
Największym zaskoczeniem dzisiejszego koncertu była wyjątkowo "rozgadana" Kasia, która powiedziała chyba więcej słów niż na kilkudziesięciu koncertach Hey, na których byłem, razem wziętych. Super było posłuchać o inspiracjach i okolicznościach towarzyszących powstawaniu nowych piosenek, wspomnień ze Szczecina, "ciągotach do bycia na estradzie" i sposobach trzymania mikrofonu oraz wielu innych anegdot czy żartów. Czegoś takiego nie widziałem na koncercie tej grupy nigdy, czuć było, że Katarzyna ma naprawdę dobry klimat. Świetny był również tekst na temat wolności, której nie można zabrać, bo nie można jej dać jeśli tylko jest się dobrym człowiekiem.

Po przedpremierowym zaprezentowaniu nowej płyty zespół zagrał jeszcze kilka starszych utworów, wszystkie jednak z czasów, od kiedy Piotra Banacha zastąpił Paweł Krawczyk. Fenomenalnie wypadły Piersi Ćwierć, Kto Tam Kto Jest W Środku oraz Muka, ciekawie rozpoczynające bis wykonane w duecie Nie Więcej. Po wyjściu ze Stodoły w głowie zostały mi jednak głównie brzmienie nowych utworów. Odliczam dni, kiedy nowa płyta, dziś zamówiona w przedsprzedaży, trafi do mojego odtwarzacza. Szczegółowa recenzja już wkrótce.

niedziela, 10 kwietnia 2016

MUZYCZNA PRASÓWKA: WYWIAD Z NOELEM GALLAGHEREM

Na zakończenie weekendu zachęcam do przeczytania wywiadu z Noelem Gallagherem. Nie zawsze pasowała mi jego buta i kontrowersyjne wypowiedzi. Tym razem przy wielu odpowiedziach trudno odmówić mu racji. Oto dwie małe próbki:

Dlaczego Adele ciągle śpiewa ballady? Komu są potrzebne? Świat płonie, terroryści szlachtują ludzi, połowa Syrii ucieka do Europy, czysty Armagedon, a co robi ta kobieta? Śpiewa: "Hello, buu, mój chłopak mnie zostawił, chlip"...

I tak powstaje anonimowa muzyka klasy średniej, która nie porusza nikogo naprawdę. Muzyka bez kantów, robiona przez ludzi bez kantów. Tym rozpuszczonym chłopaczkom brakuje doświadczenia życiowego, by robić muzykę, która cokolwiek by znaczyła. Mama i tata kupią im gitarę i przy niej synek śpiewać będzie pioseneczki o swojej dziewczynie z klasy średniej. To upadek...

Całość znajdziecie klikając w TEN LINK.

wtorek, 5 kwietnia 2016

PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 11 - SWALLOWED

Dziś przypada 22 rocznica śmierci Kurta Cobaina. Tamten dzień wspominałem już 2 lata temu, tym razem czas na piosenkę zespołu, którego debiutancka płyta ujrzała światło dzienne również w 1994 roku, kapeli, która przez pewien czas był dla mnie namiastką a mówiąc ładniej następcą Nirvany. Kiedy dwa lata później po raz pierwszy usłyszałem Swallowed myślałem, że to nieznany wcześniej kawałek Kurta i spółki. Niemalże identyczny brzmiący głos w zwrotce, abstrakcyjny momentami tekst, piękna i urzekająca melodia połączona z przejmująco zaśpiewanym i zagranym refrenem... Te 4 minuty były wystarczającym powodem, żeby przyjrzeć się zespołowi Bush bliżej. Brytyjczycy nagrali kilka fantastycznych kawałków, żadna ich płyta nie dorównała jednak Nevermind czy In Utero, to znaczy nie była fantastyczna od A do Z. Swallowed potrafiłem jednak wałkować po kilkanaście razy pod rząd, aż w końcu kaseta, na której nagrałem ten numer z radia "nie wytrzymała presji". Drugim utworem Bush, który wielbię do dziś to Glicerine, o wiele spokojniejsza, złożona z tych samych akordów co With Or Without You U2 ballada, która udowadnia, że wystarczy aby stworzyć muzyczne piękno wystarczą najprostsze środki, 4 dźwięki, jedna gitara i melodia, która po jednym razie zostaje w duszy na zawsze.
Nigdy nie widziałem Bush na żywo, jakimś trafem przegapiłem niestety ich warszawski występ w 2013 roku ale wierzę, że "jeszcze kiedyś się zobaczymy". Tym bardziej, że zespół wydał w tej dekadzie dwa albumy. Zawsze, gdy słyszę The Chemicals Between Us zastanawiam się czy, gdyby Kurt Cobain żył Nirvana brzmiała by podobnie.  Z powodu oczywistego nigdy się tego nie dowiemy Pozostaje cieszyć się tym co na płytach. Twoje zdrowie Kurt!   

piątek, 1 kwietnia 2016

NOWE ROZPORZĄDZENIE DLA BLOGOSFERY

Wczoraj wieczorem Instytut Monitorowania Blogosfery wysłał do mnie maila o następującej treści. "W związku z wprowadzeniem planu Morawieckiego zakładającego dynamiczny rozwój polskiej gospodarki również w przemyśle muzycznym i filmowym nakłada się na wszystkich blogerów obowiązek promocji polskiej muzyki i teledysków przynajmniej w co drugim opublikowanym poście. Przepis ten obowiązuje od dnia 1 kwietnia i dotyczy wszystkich autorów blogów prowadzonych w języku polskim".
Poprzedni wpis no Bonomuzie dotyczył U2, zgodnie z nowym rozporządzeniem czas więc na utwór polski. Nie mam najmniejszych wątpilwości, że ten cytowany dziśp rzejdzie do historii polskiej muzyki rozrywkowej, jest w końcu "naj naj naj, słodka aj aj aj". Teledysk również robi wrażenie, ambitny, nieoczywisty, z przekazem i Kamilem Glikiem w roli głównej ;-))))))
No i warstwa liryczna:

"Najważniejsze moja mała
żebyś wiersze me lubiała"

Wstrząsające!




środa, 30 marca 2016

NOWA PŁYTA U2 CORAZ BLIŻEJ


Chociaż do nowej płyty i kontynuacji koncertowej trasy jeszcze zapewne daleko, a podobne zapewnienia słyszeliśmy w przeszłości z ust irlandzkiego kwartetu wielokrotnie to powyższego newsa trudno nie zaklasyfikować do pozytywnych. Songs of Innocence, ostatni studyjny album U2, był powrotem do świetnego grania a promujący go zeszłoroczny tour wręcz fenomenalny. Czekam na dalszy ciąg wyjątkowo niecierpliwie. A więcej na temat nowych 50 piosenek przeczytacie pod TYM LINKIEM.