środa, 30 marca 2016

NOWA PŁYTA U2 CORAZ BLIŻEJ


Chociaż do nowej płyty i kontynuacji koncertowej trasy jeszcze zapewne daleko, a podobne zapewnienia słyszeliśmy w przeszłości z ust irlandzkiego kwartetu wielokrotnie to powyższego newsa trudno nie zaklasyfikować do pozytywnych. Songs of Innocence, ostatni studyjny album U2, był powrotem do świetnego grania a promujący go zeszłoroczny tour wręcz fenomenalny. Czekam na dalszy ciąg wyjątkowo niecierpliwie. A więcej na temat nowych 50 piosenek przeczytacie pod TYM LINKIEM.

wtorek, 29 marca 2016

PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 10 - ALIVE

W czasach, gdy wydany został debiutancki album Pearl Jam dostępność oryginalnych nośników muzycznych była, delikatnie rzecz biorąc, ograniczona. Swój muzyczny "kasetozbiór" powiększałem zazwyczaj poprzez zakupy w "muzycznej hurtowni" mieszczącej się wtedy niecałe 2 kilometry od bloku, w którym mieszkałem. Po kilku latach muzyczna hurtownia przemieniła się w sklep z farbami, potem w "monopol" a obecnie znajduje się tam klub fitness. Czyli przez ćwierć wieku lokal zatoczył koło od muzyki przez wódę i pędzle do sportu. Tak czy inaczej to dzięki zakupom w tamtym blaszaku po raz pierwszy w całości przesłuchałem fenomenalny od A do Z album Ten. Do tej rubryki mogłaby trafić praktycznie każda umieszczona na nim piosenka. Padło na Alive, ponieważ to właśnie ten utwór "namówił mnie" do zapoznania się z jego sąsiadami.

Choć dziś nie ma to nic do rzeczy i jakkolwiek głupio to dziś nie zabrzmi "zawsze wolałem Nirvanę od Pearl Jamu". Kiedy ma się lat kilkanaście świat bardzo często wydaje się czarno-biały, a ja dodatkowo chciałem się chyba poczuć niczym poprzednie pokolenie dokonujące wyboru "Beatlesi czy Stonesi". Poza tym kolejne krążki Pearl Jam szły w stronę kompletnie do mnie nie przemawiającą. Podobało mi się natomiast wiele rzeczy, które zespół robił dookoła, na przykład rejestrowanie i oficjalne wydawanie wszystkich koncertów z trasy z w 2000 roku oraz to, że niemal każdy ich koncert był inny.


Pamiętam też chorzowski koncert w 2006 roku, kiedy zobaczyłem Pearl Jam na żywo po raz pierwszy i...o wiele bardziej podobał mi się występujący przed nim Linkin' Park. Wspólny koncert tych dwóch grup przez wielu ultra fanów Eddiego i spółki był uważany za zły pomysł, czuć było, że na stadionie znajdują się ludzie z nieco innych światów. Jednak to młodszy band, mimo grania przy świetle dziennym wypadł o wiele korzystniej. Podczas występu gwiazdy wieczoru serce zabiło mi mocniej jedynie ze 3 razy a wracając ze Śląska autokarem myślałem, że to dobrze iż moja przygoda z Pearl Jam skończy się tak, jak w przypadku płyt, po "pierwszej sztuce".


Kiedy kilka lat później do sklepów trafił album Backspacer zrozumiałem, że byłem w błędzie. Płyta okazała się rewelacyjna, często nawiązująca klimatem do debiutu, a koncert na Openerze równie fantastyczny. Przez chwilę myślałem, żeby do Playlisty Życia dodać pochodzący z Backspacera Just Breathe. To dla mnie jedna z pięciu najpiękniejszych i najbardziej wzruszających piosenek jakie kiedykolwiek powstały, a w dodatku mam z nią nawet więcej, niestety w większości smutnych wspomnień, niż z Alive. O nich już jednak kiedyś pisałem a poza tym wiosna przyszła więc nie czas na smutki, tylko na pozytywny, wewnętrzny ogień. Wydaje się, że członkowie Pearl Jam ewidentnie takowy w sobie mają. Nie znam innego "światowego" zespołu, który tak mieszałby w swoich koncertowych setlistach. Podziwiam ich za to, że mimo 25 lat na scenie każdy skład ich kolejnego koncertu stanowi niespodziankę dla jego uczestników. Trudno o lepszy dowód na to, że panowie nadal grają dla przyjemności.  

piątek, 25 marca 2016

NOWE OD...THE KILLS

Premiera piątego albumu The Kills została zapowiedziana na 3 czerwca. Nazywał się będzie Ash&Ice a na razie mamy jej przedsmak w postaci singla Doing It To Death. Nie jest może tak spektakularny jak Satelite promujące poprzedni krążek zespołu, płytę roku 2011 według Bonomuzy  ale zdecydowanie warty uwagi, wkręcający i sprawiający, że odliczam dni do pierwszego czerwcowego weekendu. Dwa miesiące później, 6 sierpnia w Katowicach, będzie okazja posłuchać i zobaczyć Alison i Jamiego na żywo na OFF Festivalu. Indżoj! 

wtorek, 22 marca 2016

PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 9 - PARADA WSPOMNIEŃ

Wczorajszy pierwszy dzień wiosny spędziłem na sali gimnastycznej ale w czasach licealnych 21 marca oznaczał obowiązkową obecność na Agrykoli, na której co roku odbywał się rockowy koncert. To właśnie tam po raz pierwszy zobaczyłem  na żywo KULT oraz znaną wcześniej z opowieści zadymę pomiędzy punkami i skinami. Z koncertu, oprócz świetnej zabawy, zapamiętałem również Kazika, który przerywa piosenkę, żeby ochrzanić ochronę brutalnie traktującą ludzi wypadających za barierki. Niedługo później KULT, chyba jako pierwszy zespół w Polsce, zaczął zabierać na koncerty własnych ochroniarzy, co było nie lada przełomem, gdyż nawet jeszcze w XXI wieku zdarzało się, że ludzie mający dbać o zdrowie uczestników koncertu traktowali je jako okazję do wyżycia się.
Moja przygoda z KULTem zaczęła się od płyty, a raczej kasety Tata Kazika. Na jej plastikowym pudełku wytłoczono nazwę zespołu, a w książeczce obok tekstów piosenek pojawiły się gitarowe chwyty. Tym sposobem swoją naukę gry na gitarze rozpocząłem właśnie od utworów Kazika i spółki, tych, w których nie było chwytów barowych, gdyż te początkowo nie chciały mi wybrzmieć choćbym nie wiem jak mocno naciskał struny.

KULT towarzyszył mojemu muzycznemu życiu przez wiele kolejnych lat i do jego ostatnich dni nie zapomnę trwających po 4 godziny koncertów w Stodole, podczas których skakałem jak głupi bez koszulki, osiągałem stan nirwany i jak nigdy wcześniej czułem się członkiem pewnego plemienia. Z tym zespołem kojarzy mi się również pewien wyjątkowo ważny listopadowy dzień z roku, w którym runęły wieże WTC, kiedy to za pomocą piosenki numer 4 z Salon Recreativo, jak dla mnie ostatniej fantastycznej płyty w dorobku zespołu, podprogowo próbowałem zadziałać na pewną uroczą Kujawiankę - obecnie żonę.



Myśląc o zespole KULT przed oczyma biegnie mi prawdziwa Parada Wspomnień. Spośród dziesiątek fantastycznych kawałków to mój zdecydowany faworyt numer 1. Nakręcony przez niesamowicie chwytliwy motyw gitary basu, szaloną solówkę zagraną na organach, piękny motyw zagrany na waltorni oraz niesamowicie prosty, nostalgiczny i piękny tekst refrenu:

"Nie nie nie nie nie nie nie nie
Nie nie nie nie nie nie nie nie
Nie nie nie nie nie nie nie nie
Te czasy już nie powtórzą się"

Każdy z nas może zaśpiewać te słowa, bez względu na to o jakie konkretnie czasy chodzi. Ja wierzę, że jednak się powtórzą. Kultową paradę wspomnień zamierzam kontynuować 7 maja na Dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego.

niedziela, 20 marca 2016

ANIMAL COLLECTIVE - PAINTING WITH

Animal Collective zdecydowanie nie tworzy muzyki towarzyszącej. Albo wchodzisz w jej świat na maksa, poddajesz się jej dźwiękom i płyniesz z ich nurtem albo lepiej zmień płytę. Zdecydowanie namawiam do pierwszej opcji, gdyż Painiting With to wyjątkowo ciekawa muzycznie propozycja. Słuchając jej przez słuchawki niemal przez cały czas kręci się w głowie. Aż roi się tu od kosmicznych, wibrujących dźwięków i oryginalnych, falujących brzmień.
W zwrotce Lying In The Grass słyszymy na przykład organy stworzone z ludzkich głosów. W refrenie dołącza beat, fortepian, przeróżne instrumenty dęte (trąbka, flet, klarnet), każdy grający jakby oddzielną nie powiązaną ze sobą partię a jednak stanowiącą w komplecie fantastyczną całość, którą kończy symfonia dźwięków rodem ze starych gier komputerowych z Atari czy Commodore. Te ostatnie pojawiają się na tej płycie wielokrotnie choćby w otwierającym ją Floridada i Hocus Pocus przypominających nieco Yeasayer. Podobnie zresztą jak Summing The Wretch, On Delay przywołuje z kolei klimat ostatniej płyty Arcade Fire.

Najlepszy fragment tego krążka zaczyna się wraz z numerem 5 i niesamowitym The Burglars. Ten kawałek to prawdziwa bomba, Red Bull wstrzyknięty do żyły. Trudno wyliczyć wszystko, co się w nim dzieje: szybko wyrzucane, nakręcające słowa na początku w towarzystwie śladów syreny alarmowej, orientalny most prowadzący do niemal transowego refrenu, dwie śpiewające zupełnie inne partie wokalne, to wszystko razem sprawia, że naprawdę można odlecieć niczym Rudy Kojot. Równie świetnie jest w kolejnych Natural Selection i Bagels in Kiev. Słuchając tej pierwszej ma się wrażenie bycia wciąganym do dziwnego, muzycznego tunelu. A kiedy już się rozpędzimy i chcemy zaprzeć nogami na 10 sekund zwalniamy podczas składającego się z dwóch lub trzech słów refrenu, po którym przechodzimy na kolejny, wyższy level. Bułeczki w Kijowie to minimalnie spokojniejsza za to nieco bardziej tajemnicza propozycja. Rewelacyjnie wypada również przedostatni na krążku Golden Gal, murowany kandydat na hit, ze świetną melodią, prostym motywem zagranym na basie i delikatną porcją dźwięków niepospolitych. Zamykający całość Recycling udowadnia za to, że Animal Collective równie dobrze czuje się w utworach wolniejszych, potrafiąc z pospolitej "balladki" zrobić kawałek, o którym trudno zapomnieć już po pierwszym razie.

Słuchanie tej płyty wymaga odpowiedniej fazy, zdecydowanie lepiej wchodzi, gdy jest się wypoczętym, kilkakrotnie złapałem się na tym, że przy głowie pełnej myśli ten album bardziej drażnił mnie niż cieszył. Rada jest więc jedna: odpocznijcie a potem "pomalujcie z" Animal Collective. Na Painting With znajdziecie bowiem mnóstwo muzycznych delicji. Smacznego.

wtorek, 15 marca 2016

NOWY SINGIEL HEYA...

...już jest! Indżoj! ;-D
Po pierwszym przesłuchania do głowy przychodzą mi 2 słowa: ŚWIEŻOŚĆ BRZMIENIA.
A jak Wasze wrażenia?





PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 8 - BULLET IN THE HEAD

Byliście kiedyś na koncercie Rage Against The Machine? Bo ja...znam kogoś kto był ;-D. Niestety na dobre "załapałem się na Rejdżów o kilka tygodni za późno. W czerwcu 1994 znałem już wtedy płytę z płonącym mnichem na okładce, ale słuchałem jej zdecydowanie wybiórczo. Trójka w składzie: Bombtrack, Killin' In The Name Of i Bullet In The Head wystarczała mi wtedy w zupełności i potrzeby przeżycia jej "na żywo" nie miałem. W przeciwieństwie do wielu osób z mojego podwórka, którzy w dużej mierze do dziś wspominają owe wydarzenie jako legendarne.
Opowieści tamtym letnim wieczorze brzmią mi w głowie do dziś, o tym "jakie kosmiczne było pogo", jak odjechane efekty i brzmienia wyciągał z gitary Tom Morello, o deszczu potu padającym z sufitu, itp. Muszę przyznać, że patrząc na poniższe nagranie sprzed 24 lat wierzę, iż nie były one przesadzone.



Mimo, iż nie przeżyłem na Torwarze uniesień związanych z RATM to właśnie ten zespół kojarzy mi się z pierwszym bezkompromisowym pogo w życiu. Nie podskakiwaniem przy muzyce tylko z łupaniem kości. Na "dyskotekach" obozowych, pół roku później włączaliśmy właśnie Bullet i podczas jego końcówki obijaliśmy się o siebie z taką siłą, że dziś na bank skończyło by się to gipsem, szyną lub innym usztywnieniem. Ale wtedy byliśmy luźni i wstrząsoodporni.

środa, 9 marca 2016

ORANGE WARSAW FESTIVAL - PIERWSZE OGŁOSZENIA

Za nami pierwsze ogłoszenia Orange Warsaw Festival w nowej odsłonie. Impreza odbędzie się w pierwszy weekend czerwca na Służewcu i wystąpią na niej m.in. Editors, Skunk Anansie, Die Antwoord, MO, Daughter, Lana del Rey i Skrillex. Wrażenia raczej pozytywne, skład fajnie zróżnicowany aczkolwiek osłabia mnie delikatnie, że headlinerami festiwalu ma być dwoje artystów wymienionych na końcu poprzedniego zdania. Zastanawiają też dwa wykluczające się komunikaty w sprawie kształtu festiwalu pojawiające się w tym samym poście na stronie organizatora. W pierwszym akapicie czytamy, że "festiwal potrwa 2 dni, a na dwóch scenach wystąpi kilkunastu artystów". Kilkanaście zdań dalej widzimy wypowiedź przedstawicielki tytularnego sponsora festiwalu, iż "w sumie przez kilkanaście godzin każdego dnia na obu scenach zaprezentuje się około 10 wykonawców". Widząc taką sprzeczność w pierwszej oficjalnej informacji zapowiadającej festiwal trudno nie odnieść wrażenia, że ktoś "nie odrobił pracy domowej", co pod względem PR robi imprezie czarną robotę bo pośrednio sugeruje niską dbałość o szczegóły ze strony organizatorów. Tak, czy owak wierzę w kolejne ciekawe ogłoszenia składu Orange Warsaw Festival oraz to, że jego finalny skład uzasadni dość wysoką cenę karnetu.


wtorek, 8 marca 2016

PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 7 - ZAZDROŚĆ

Hey to chyba pierwszy polski zespół, którego muzyczną drogę śledziłem niemal od samego początku. Płyta Fire miała premierę, kiedy chodziłem jeszcze do podstawówki. Po wakacjach 1993 roku nieznany kilka miesięcy wcześniej szczeciński zespół osiągnął niebotyczną jak na polskie warunki popularność, która nie ominęła podwórka, na którym się wychowałem ani mojej klasy. Kojarzy mi się z tym krążkiem wiele wspomnień, jednak najbardziej wyraźnym obrazem jest powrót z ostatniej wycieczki szkolnej, podczas którego cały przedział śpiewał Zazdrość. Nikt z nas zapewne nie rozumiał delikatnie chorego i toksycznego tekstu tej piosenki ale do wielu osób docierało wtedy, że pewien etap w naszym życiu się kończy.

Zespół Hey przez wiele kolejnych lat przyniósł ludziom wiele muzycznej radości a jego pierwsza płyta pozostaje w masowej świadomości do dziś. W ostatnią sobotę przechodząc obok metra Centrum słyszałem grającego na elektrycznej gitarze instrumentalną wersję utworu Dreams. Moim ulubionym kawałkiem Heya jest Wczesna Jesień, do playlisty życia wybrałem jednak przedstawiciela z debiutanckiej płyty. Do dziś zachwycają mnie przebojowość tego cztero-akordowego riffu oraz przyprawiający o ciarki szept umieszczony tuż pod wokalem Kasi, zwłaszcza tym podwójnym z drugiej zwrotki.


Na żywo Zazdrość zawsze brzmiała inaczej. Początkowo miała bardziej rozbudowaną partię gitary...


...w późniejszych latach bardziej tajemniczy początek.



Każda z wersji tego utworu kosi równie mocno. Kwietniowy koncert w Stodole zapowiadający nową, tegoroczną płytę został już wyprzedany, podobnie jak wiele innych łącznie z tym pierwszym sprzed 23 lat. Przymierzałem się do kupna biletów od przynajmniej kilku tygodni... Pozostanie poczekać na trasę promującą nowy krążek lub, co bardziej prawdopodobne, pojechać do innego miasta.

poniedziałek, 7 marca 2016

AKCJA COVER: WZMOCNIONY DŻORDŻ

Dziś na dobranoc proponuje Niewinny Szept Dżordża w wersji delikatnie wzmocnionej. Muszę przyznać, że tak samo, jak nigdy nie byłem fanem greckiego wokalisty tak samo i Careless Whisper specjalnego popłochu i szału w mej muzycznej pamięci nie czyniło. Do momentu, gdy usłyszałem ów kawałek w wykonaniu Seethera. Jest w tej wersji coś poruszającego, zwłaszcza w refrenie, który w duecie mocna gitara - chrypiący wokal działa dużo mocniej niż delikatny oryginał. Dopiero w takiej odsłonie dotarło do mnie wyjątkowość tej kompozycji. W przypadku tej piosenki wyjątkowo proste środki sprawiają bowiem, że przerasta on pierwotną wersję o trzy głowy.

wtorek, 1 marca 2016

WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 6 - EAT THE RICH

29 maja 1994 - mówi Wam coś ta data? Dla mnie to jeden z najważniejszych dni w moim muzycznym życiu. To właśnie tamtej niedzieli po raz pierwszy poszedłem na rockowy koncert. AEROSMITH, EXTREME oraz IRA - musicie przyznać, że trudno wymarzyć sobie lepszy zestaw na debiut. Tym bardziej, że płytę Get A Grip z krowim wymieniem na okładce katowałem tej wiosny niemal bez przerwy, kawałki Extreme spotkać można było na MTV regularnie, a IRA była wtedy absolutnym polskim topem. 

Późną wiosną 22 lata temu kończyłem właśnie podstawówkę, a jako że do liceum dostałem się podczas egzaminów w kwietniu, miałem jedne z dłuższych wakacji w życiu. Na koncert odbywający się na Stadionie Gwardii poszedłem z trzema kumplami. Żaden z nas wcześniej na koncercie nie był ale od starszych kolegów słyszeliśmy wielokrotnie o tym jak pod Fugazi, Hybrydy czy Stodołę na punkowe czy rockowe koncerty przychodzą skini i jest zadyma. Jechaliśmy więc na Mokotów "gotowi na wszystko" - jakkolwiek śmiesznie dziś to brzmi.
Uczucia towarzyszącego przejściu przez bramki i znalezieniu się na terenie stadionu nie zapomnę do końca życia. Chwilę później na scenę wyszła IRA a ja po raz pierwszy skakałem obijając się o ludzi przy Bierz Mnie. Tak więc to właśnie koncert radomskiego zespołu Kuby Płucisza był tym pierwszym w moim życiu. Był fantastyczny od A do Z. Grające po nim Extreme już takiego wrażenie na mnie nie zrobiło, dziś z tamtego występu pamiętam jedynie zamykające całość, trwające ponad 10 minut More Than Words.

Wreszcie przyszedł czas na Aerosmith. Do dziś pamiętam tamten poziom zajarki, poczucie, że Polska naprawdę jest "Bliżej Świata", jak w nazwie programu nadawanego wtedy w TVP. Choć być może części z Was trudno będzie w to uwierzyć 20 lat temu każdy koncert znanego, zagranicznego zespołu był w Polsce ogromnym wydarzeniem, ponieważ z reguły rocznie odbywało się ich dosłownie kilka.

To właśnie Eat The Rich, a dokładnie rzecz biorąc poprzedzające go Intro, rozpoczęło warszawski koncert Aerosmith. Młyn był taki, że po niecałej minucie zgubiłem się z kumplami. Początkowo próbowałem ich szukać, w odległej podświadomości nadal musieli mi tkwić nadchodzący skini, ale po 2 czy 3 kawałkach odpuściłem i zacząłem się bawić. Po raz pierwszy zrozumiałem wtedy, że piękno muzyki polega na tym, że możesz przeżywać ją z kompletnie obcymi ludźmi a wspólne skakanie czy pogowanie daje metafizyczne poczucie wspólnoty. Ten wieczór naznaczył mnie na zawsze. Do dziś uwielbiam koncerty i wierzę, że kiedyś jeszcze zobaczę na scenie Aerosmith.



poniedziałek, 29 lutego 2016

DZIEŃ JAK NIE CODZIEŃ

Taki dzień zdarza się raz na cztery lata. Postanowiłem dziś sprawdzić, kto z muzycznego świata starzeje się czterokrotnie wolniej niż pozostali obchodząc urodziny dwa lub maksymalnie trzy razy na dekadę. Powiedzmy sobie szczerze: żaden z dzisiejszych jubilatów nie jest z mojej muzycznej bajki. Znaleźli się na niej bowiem:

1) Ja Rule - najbardziej chyba znany z trójki
2) Steve Hart - z totalnie zapomnianego boysbandu Worlds Apart
3) Mark Foster z zespołu Foster The People - czyli one hit wonder ze świstem, o tym:

  

niedziela, 28 lutego 2016

MUZYCZNE NOMINACJE DO OSCARÓW

Za kilka godzin rozpocznie się oscarowa gala. Jak co roku nagroda przyznana zostanie również w kategorii "najlepsza piosenka". Muszę przyznać, że w tym roku wypada ona wyjątkowo blado. Żadna z pięciu propozycji szału nie robi, powiedziałbym nawet, że oprócz utworu Manta Ray reszta znalazła się w tym zestawieniu mocno na wyrost. Piosenka do filmów z Jamesem Bondem dawno nie była tak bezpłciowa jak w przypadku Spectre, Lady Gaga dziwnie zwolniła i jej oscarowa propozycja przekonuje i rusza o wiele słabiej niż Bad Romance czy Poker Face. Opery nie toleruję, więc na temat piosenki z Młodości wolę się nie wypowiadać a kawałek z 50 Twarzy Greya jest tylko niewiele lepszy niż obraz, który promuje. Obstawiam, że statuetka trafi właśnie do The Weeknd, choć mam nadzieję, że wygra pierwszy z poniższych utworów.





wtorek, 23 lutego 2016

WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 5 - DZIKOŚĆ SERCA

Latem 1993 roku pojechałem na kolonie do Mrągowa. Nie był to specjalnie historyczny wyjazd. Po raz pierwszy zaciągnąłem się na nim papierosem oraz "samowolnie oddaliłem się od grupy" w skutek czego, niczym w minionej epoce, musiałem podpisać specjalne "oświadczenie" wystawione przez opiekunkę grupy o ksywie Kobra. Jedna rzecz została mi jednak z tego wyjazdu na dłużej. W stolicy polskiego country był bazarek a na nim stoisko z kasetami. To właśnie tam nabyłem pierwsze, w swojej kolekcji wydawnictwo T.LOVE. który potem na kilkanaście lat stał się moim ulubionym polskim zespołem.

Choć wiem, że takie porównania generalnie są bez sensu to dla mnie płyta King to taka polska The Joshua Tree (a jednocześnie Prymityw to prawie Achtung Baby). Znajdziemy na niej wiele muzycznego dobra, kawałków wartych zacytowania, jednak to właśnie Dzikość Serca jest tym, który czaruje najbardziej. Każdy wers to mistrzowska plama pobudzająca wyobraźnię i malująca w niej żywy obraz. Pozornie niezwiązane ze sobą zdania tworzą przepiękną całość.

Jest w tej piosence coś, co sprawia, za każdym przesłuchaniem do głowy wpada mi myśl, że zrobię jeszcze kiedyś coś niesamowitego. Nie umiem tego sprecyzować ale zwłaszcza refren to prawdziwe paliwo, które pozwala się wyrwać z orbity codzienności, sięgnąć chmur i pomyśleć o rzeczach wielkich.

czwartek, 18 lutego 2016

4

Kilka godzin temu Filip skończył 4 lata. Przez ostatni rok do jego świadomości dotarły 4 nowe zespoły. Przede wszystkim The Libertines. "Tato, a jaki zespół kiedyś nie istniał?" - spytał mnie któregoś dnia podczas podróży samochodem. "A co się kłócili" - dopytywał, gdy wymieniłem nazwę kapeli założonej przez Pete'a i Carla. "O sławę i pieniądze" - odpowiedziałem. Kilka tygodni później światło dzienne ujrzał pierwszy od 11 lat studyjny album The Libertines. Żeby było śmiesznej to najlepsza piosenka, która się na nim znajduje nosi tytuł Fame and Fortune. To właśnie przy niej mój syn po raz pierwszy pogował. Biorąc oczywiście poprawkę, że było to pogo 3-latka, czyli bezkontaktowe skakanie do góry. Dzieje się tak zresztą za każdym razem, gdy z głośników wybrzmią pierwsze dźwięki tej fantastycznej piosenki.


Innym razem spytał mnie jakich zespołów nie lubię. Coldplaya - mówię - bo to smutasy. "A jakiego jesce nie lubis?" - to pytanie było trudniejsze niż może się wydawać, z reguły bowiem myślę o kapelach, które lubię a nie odwrotnie. "Megadeath" - wypaliłem kompletnie od czapy, nie spodziewając się jakie konsekwencje przyniesie ta krótka, nieprzemyślana wypowiedź. Otóż junior zapamiętał tą nazwę po jednym razie i do dziś dopytuje dlaczego, czy ktoś w ogóle ten zespół lubi i stwierdza że w sumie to on też nie znosi Megadeath.
Uwielbia za to Editors, które rozpoznaje po pierwszych dźwiękach No Harm otwierającego ostatni album Brytyjczyków.



Jednym z jego ulubionych bajkowych bohaterów jest Elvis ze Strażaka Sama, który śpiewa i gra na gitarze, Fil śpiewa razem z nim, bez względu na okoliczności. Jedno z bardziej zjawiskowych wykonań "Rock w Pontypandy" odbyło się w styczniu, kiedy pracując z domu uczestniczyłem właśnie w telekonferencji. Cóż, Fil ma już pierwszych fanów w kilku krajach Europy.

wtorek, 16 lutego 2016

WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 4 - SELF ESTEEM

Kiedy na początku 1995 roku usłyszałem po raz pierwszy Self Esteem dosłownie raziło mnie piorunem. Mało który kawałek zrobił w życiu na mnie takie wrażenie jak ten i do dziś należy on do mojego prywatnego "top 5". Przez długi czas słuchałem go nagranego z radia na kasetę. Czytelnikom mających mniej niż 25 lat przypominam, choć dziś naprawdę trudno w to uwierzyć, że 21 lat temu:

a) z Internetem łączyło się przez telefon stacjonarny
b) nie było youtube'a
c) rozgłośnie radiowe nie miały playlist więc grały to, co prowadzący audycję sobie wymyślił
d) 95% czasu antenowego na MTV zajmowały teledyski

Byłem wtedy w pierwszej klasie liceum, kiedy światło dzienne ujrzała trzecia płyta niespecjalnie znanego wówczas zespołu The Offspring. W mojej muzycznej kolekcji znajdowały się głównie kasety, w dużej mierze pirackie, a płyty reprezentowane były w zawrotnej ilości sztuk trzech. Oprócz wspominanego w zeszłym tygodniu Use Your Illusion II były to Get A Grip Aerosmith i Nevermind Nirvany. Powód przewagi nośników, które mogły ulec wciągnięciu był prozaiczny i oczywisty: kasety kosztowały 10 złotych a płyty od pięciu do sześciu razy drożej. Przy miesięcznym kieszonkowym w wysokości 100 PLN ta różnica była kolosalna. Dla porównania piwo Królewskie (pyszne, warzone kilka kilometrów obok na ulicy Grzybowskiej) w Norze kosztowało wtedy 3,90, a Nora była wtedy miejscem obowiązkowym podczas weekendu, pomimo mega niemiłej, pogarszającej się z roku na rok obsługi i niepełnoletności (nikt wtedy o dowód nie pytał).
Czemu o tym wszystkim piszę? Otóż płyta S.M.A.S.H. z niewiadomych powodów nie ukazała się w Polsce na kasecie. Na płytę CD zbierałem więc kilka miesięcy, a kiedy już udało mi się ją kupić kilka tygodni później ktoś mi ją zakosił z domu. Drugi egzemplarz zajechałem do upadłego, tak, że odtwarzacz płyt nawet nie reagował na jego obecność, a trzeci spotkał ten sam los co pierwszy. Tym samym spośród ponad 11 milionów sprzedanych krążków S.M.A.S.H., sam  przyłożyłem się do czterech.

Self Esteem to jeden z najlepszych dowodów, że cztery proste akordy mogą stworzyć dzieło epokowe, że muzyka może być jednocześnie czadowa i fantastycznie przebojowa, że dobre rzeczy się na starzeją i mimo upływu czasu nadal brzmią genialnie. 

niedziela, 14 lutego 2016

WALĄ TYNKI

Z okazji dzisiejszego dnia tynkarzy zachęcam do posłuchania dwóch świetnych kawałków z teledyskami, w których naprawdę walą (w) tynki. W obydwu przypadkach ściany nie wytrzymują presji. The Prodigy rozprawia się z nią pod koniec trzeciej minuty teledysku. Mimo upływu ponad 20 lat od powstania tej piosenki nadal zabija ona świeżością i energią. Jeśli ktoś z Was nie wie jeszcze jak brzmi ona na żywo to najlepsza okazja do nadrobienia tej zaległości pojawi się w pierwszej połowie lipca na festiwalu w Jarocinie.



Druga dzisiejsza tynkarska propozycja powstała o dekadę wcześniej, w połowie lat 80-tych, przynajmniej w tej wersji, którą dziś "cytujemy" i ma ogromne znaczenie dla historii muzyki. Choć dziś może nie wydawać się odkrywcza to 30 lat temu była nie lada przełomem. Rap i rock w ówczesnej powszechnej opinii pasowały do siebie jak dres na wesele. Dzięki temu nagraniu po raz pierwszy na tak szeroką skalę wypłynęła do ludzi informacja, że współpraca zespołu rockowego z hip-hopowym nie tylko jest możliwa ale może dać wyśmienite efekty.    

wtorek, 9 lutego 2016

WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 3 - DON'T CRY

Guns'n'Roses to był mój pierwszy "ulubiony zespół". W przeciwieństwie jednak do neutralnego dla większości U2 i szanowanej na podwórku Nirvany bycie fanem Gunsów, na tarchomińskim podwórku, do najłatwiejszych nie należało. Jeśli chciałeś być cool to przede wszystkim powinieneś słuchać ACDC i Anthrax, ja wolałem jednak nosić koszulkę z pistoletami i różami. Oznaczało to nieustającą szyderę ze strony kolegów a sytuacji nie ułatwiały obcisłe majty, w których najczęściej prezentował się Axl. Jeden z kolegów Gunsów słuchał ale się nie przyznawał. Kiedy jednak świat okrążyła informacja, że Axl powiedział, że "nie zagra dla Polaków i Żydów" ów ziom podszedł do mnie i w konspiracji wyznał: "miarka się przebrała, wczoraj spaliłem wszystkie kasety tych frajerów". Wczesno-nastoletnia kontestacja miała swój niepowtarzalny smak.
Ja swoich pirackich kaset G'n'R nie zniszczyłem, mało tego pierwszą płytą CD, jaka znalazła się w mojej kolekcji okazało się Use Your Illusion II. Pamiętam do dziś chwilę, gdy ją kupowałem, dylemat, którą część wybrać. "Niech pan weźmie dwójkę, jest bardziej hitowa" - radził sprzedawca. Ameryki nie odkrył ale posłuchałem go, Knockin' On Heavend Door, You Could Be Mine i Civil War przechyliły szalę. Chociaż przez brak na niebieskiej płycie oryginalnej wersji Don't Cry sprawił, iż stałem w sklepie prawie godzinę.

Guns'n'Roses ma swoim repertuarze dużo lepszych utworów niż Nie Płacz. Długo zastanawiałem się czy do "akcji worek" nie delegować dziś Mr. Browstone. Paradise City czy You Could Be Mine. To jednak od Don't Cry zaczęła się moja przygoda z tym zespołem. Byłem w szóstej klasie podstawówki, z powodu choroby nie poszedłem do szkoły i na MTV zobaczyłem ten teledysk. Od tego czasu minęło 25 lat, w tym roku Use Your Illusion będzie obchodzić ćwierćwiecze, we wrześniu na Bonomuzie poświęcimy tej rocznicy dużo czasu. Wierzę też, że z tej okazji będziemy mieli okazję zobaczyć w Polsce G'n'R w oryginalnym składzie. 

piątek, 5 lutego 2016

SKUNK ANANSIE - ANARCHYTECTURE

Poprzez niezapomnianie żenujący program Idź Na Całość Ziggy Chajzer zostawił w moim mózgu ślad, że w życiu najczęściej do wyboru są trzy opcje. Przed pierwszym odtworzeniem Anarchytecture, nowego albumu Skunk Anansie zastanawiałem się czy będzie on:

1) zajebisty, jak jego nazwa, jak dla mnie jednak z najlepszych w historii muzyki
2) dobry jak promujące go Love Someone Else
3) zonkiem.

Na szczęście Skin z kolegami zdecydowanie wybrali bramkę numer 1, płyta jest fantastyczna. Jej pierwsza połowa idzie sprawdzonym schematem szybka-wolna, utwory nieparzyste podnoszą tętno do 100, te podzielne "chillują" w sposób bardzo daleki od banalnego. Po otwierającym płytę, zahaczającym momentami o ambitną dyskotekę singlu z bramki numer 2 słyszymy bowiem wolniejsze Victim, które po surowym początku przechodzi w niezwykle klimatyczny utwór zakończony genialną minutą pełną mocniej brzmiącego basu i wokalnymi popisami. Następującego po nich Beauty Is Your Curse nie sposób pomylić z piosenką żadnej innej kapeli, jej każda kolejna sekunda to Skunk Anansie w najlepszej formie, kawałek dosłownie "sam się słucha". Podobnie zresztą jak spokojniejszy, przepiękny Death To The Lovers. Numer 5 pod tytułem In The Back Room to murowany hit roku 2016 i absolutny wymiatacz tegorocznych koncertów Skunka. Od pierwszej do ostatniej sekundy ma taką moc, że nawet pies podczas komendy "siad" kręci bączki na dwóch łapach. Wraz z numerem 6 schemat szybka-wolna przechodzi do lamusa w zamian wprowadzając melodyczny motyw pozostający głowie godzinami. Without You mimo tytularnego podobieństwa do Maraji "bejbi if ju giw it to mi", która wystąpi w Krakowie za kilka tygodni, nie ma nic z rzewnego przeboju tylko jest pięknym, pełnym emocji kawałkiem, bardzo charakterystycznym dla tego zespołu, po raz kolejny udowadniający jego wielkość. Anarchytecture trzyma poziom do samego końca. Słuchając 80-sekundowego Suckers! żałuję się,  że to jedynie instrumentalne intro do jeszcze bardziej czadowego We Are The Flames. Po zamykającym album, wyciszającym I'll Let You Down automatycznie ma się ochotę wcisnąć PLAY i przeżyć tę 37-minutową przygodę ponownie.

Styczeń to z reguły martwy miesiąc dla muzycznych premier. Tym bardziej cieszę się, że Skunk Anansie zamiast kosić świąteczne żniwa wydało ten świetny krążek zaraz po nowym roku. To prawdziwe Anarchitecture. 

wtorek, 2 lutego 2016

WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 2 - DRAIN YOU

Zupełnie inny zespół miał się pojawić w dzisiejszej akcji worek. Pomyślałem jednak, że playlistę życia należy rozpocząć od grup dla niego najważniejszych. W moim przypadku obok U2 taką właśnie kapelą jest Nirvana. Miałem 12 lat, gdy światło dzienne ujrzała płyta Nevermind. W tamtym roku dźwięki Cobaina i spółki były dla mnie jeszcze minimalnie za mocne, rok później bardziej melodyjne kawałki zespołu były już jednym z najczęstszych gości mojego magnetofonu a w 1993 podpisywałem się już jako Kamil Kurt. Jak dziś pamiętam moment, w którym w radiowej Trójce dowiedziałem się o śmierci Cobaina, to była pierwsza w moim życiu śmierć idola. Gościa, na którego piosenkach uczyłem się grać na gitarze.  
Długo zastanawiałem się, który nirvanowy numer wrzucić dziś do muzycznego worka, bo ważnych dla mnie utworów Nirvany jest kilkanaście. Jako ostatnie kandydatury padły Lithium i Rape Me. Wybór padł na niesinglowe ale fenomenalne Drain You.

niedziela, 31 stycznia 2016

JA LUBIĘ DŻEM I JA GO ZJEM

Każdej soboty i niedzieli, między godziną 8 a 10 telewizja 4 Fun TV nadaje pasmo piosenek dla dzieci. Dzisiejszego poranka pomyślałem: "czas umuzykalnić syna" i postanowiłem z owej audycji skorzystać. Zaczęło się obiecująco, od Fasolek i ich smashing hitu w postaci Mydło Lubi Zabawę, wspomnienia z dzieciństwa ożyły. Z nostalgii wyrwał mnie kolejny utwór zaprezentowany w tym paśmie. Dotychczas nie wiedziałem o istnieniu zespołu Tulinki. Po dzisiejszym porannym, trzyminutowym seansie raczej długo ich nie zapomnę. Nuta powszechnie znana ale tekst nowatorski. Najbardziej urzekł mnie fragment tekstu pomiędzy zwrotką a refrenem, po około 100 sekundach od rozpoczęcia piosenki:

"o-o
ja lubię dże-em
i ja go zje-em
bo lubię dżem"

Szacun! Jeśli chodzi o perfekcyjną przyczynowo-skutkowość to Miód-Malina zostało właśnie strącone z pierwszego miejsca. 


Niedzielne poranki, jak wiadomo, służą rozmyślaniu o przyszłości. Po usłyszeniu Tulinek pomyślałem sobie, że napiszę tekst do kolejnego przeboju tej grupy. Nuta pozostanie ta sama, wszak lepsze jest wrogiem dobrego. Wersja liryczna wyglądać za to będzie następująco:

Ja uwielbiam miód
bo miód to cud
na zdrowie good.

Pszczoły robią go
mówiąc bz-bz
a odwłok lśni.

Jutro zgłaszam ów tigidi-tekst do ZAIKSU, Od kilku lat działa wszak sprawnie a z tantiem można podobno godnie żyć. Bonus do emerytury będzie jak znalazł.

wtorek, 26 stycznia 2016

WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 1 - ACROBAT

Od dziś, w kolejne wtorki otwierał się przed Wami będzie worek z piosenkami wyjątkowymi, kawałkami, które pozostaną w mojej głowie na zawsze, utworami fenomenalnymi, nierozerwalnie związanymi z moją egzystencją na planecie Ziemia. Taki mały, prywatny, soundtrack, playlista życia. Zachęcam do tworzenia własnej.


1. U2 - ACROBAT

Akcja worek nie mogła zacząć się od innego utworu. Bo choć nie lubię przesady i wzniosłych słówek a ów przedostatni element płyty Achtung Baby przytaczany był już na Bonomuzie kilkakrotnie to Acrobat jest dla mnie piosenką życia. Porażający muzycznie, fenomenalny tekstowo, mega towarzysz zarówno w chwilach trudnych, jak i tych najpiękniejszych. Każdy jest akrobatą ale najważniejsze to śnić głośno i nie dać się draniom. Nie wiem czy kiedykolwiek napiszę testament ale jeśli już to na pewno umieszczę w nim prośbę o zagraniu Acrobata na "ostatniej imprezie swojego życia". 

sobota, 16 stycznia 2016

SLAVES - ARE YOU SATISFIED?

Muzyka Slaves ma w sobie coś zawadiackiego. W każdym kolejnym kawałku słychać fantastyczny, garażowy klimat przywodzący na myśl wczesne nagrania The Clash oraz Sex Pistols. Kolejne piosenki, zwłaszcza z pierwszej części krążka nie pozostawiają wątpliwości - nagrali je prawdziwe "wykręty-agenty".
Mimo prostoty umieszczonych tu nagrań są one naprawdę wkręcające. Sporo tu klimatów punkowych, prostych, chwytliwych riffów przemieszanych z krzykami i melodeklamacjami, jak choćby w otwierający album The Hunter. Następujący po nim Cheer Up London to zdecydowanie najmocniejszy punkt Are You Satisfied. Równie dobrze wypada Do Something, numer, który udowadnia, że nawet dwóch muzyków, nie prezentujących przesadnej, technicznej maestrii może stworzyć utwór niebanalny.
Słuchając Slaves co chwilę przychodzi do głowy inne, fajne muzyczne skojarzenie. Hey przypomina trochę Nirvanę z płyty Bleach, w Despair and Traffic dostajemy najprostszy z możliwych, zagrany na wytłumionej gitarze riff uzupełniony wokalnym dialogiem ekspresją przypominający Beastie Boys a Sockets klasyczną, punkową naparzankę. W wielu kawałkach, głównie z powodu wyraźnego, brytyjskiego akcentu wokalisty trudno nie wspomnieć The Streets. Wow 7 A.M. to z kolei cięższe i bardziej mroczne oblicze zespołu. Kawałek godni kawałek i niemal do każdego z nich chce się wracać. Jedynie w przypadku Live Like An Animal, Ninety Nine i zamykającego płytę Sugar Coated Bitter Truth trafiamy na nieco męczące numery z cyklu trzy akordy - darcie mordy bez dodatkowego pomysłu.
Siłą muzyki Slaves jest prostota i wyrazistość. Ich debiutancki album to prawdziwa petarda, muzyczna lawina, która od pierwszej sekundy rośnie na sile i która z powodzeniem może zastąpić codzienną dawkę kofeiny. Szukający wzniosłych przeżyć, przebojów i oryginalnych współbrzmień powinni udać się pod inny adres. Natomiast Ci, którym pasuje punkowy klimat po projekcji tej płyty powinni być niezwykle zadowoleni słysząc, jak ta muzyka ewaluowała w XXI wieku.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

SMUTNE MUZYCZNE WIEŚCI

Nowy rok zaczął się niestety w muzycznym świecie podobnie jak skończył stary - smutno. Po śmierci Lemmy'ego Killmistera pod koniec grudnia dzisiejszy poranek przyniósł informację o odejściu Davida Bowiego. Obaj nie byli do końca z mojej muzycznej bajki ale obydwu bardzo szanowałem. Pierwszego za konsekwencję i stworzenie stylu, którego nie dało się pomylić z żadnym innym zespołem. Drugiego za liczne eksperymenty, kosmiczny wizerunek jeszcze w czasach, gdy nie było mnie na świecie i mnóstwo genialnych występów gościnnych, chociażby z Placebo czy Queen.



Pierwszy raz usłyszałem Motorhead w kawałku Hellraiser, chwilę potem pobiegłem na bazarek po piracką kasetę ale sprzedawca akurat nie miał jej akurat "na szczękach" profilując się bardziej w kierunku Top One i Ace of Base.



Odpoczywajcie Panowie w spokoju!

niedziela, 10 stycznia 2016

SKŁADANKA BEST OF BONOMUZA 2015

Jak co roku na początku stycznia podsumowujemy muzyczny rok za pomocą składanki. W playliście za A.D.2015 znalazło się 21 numerów, których możecie posłuchać klikając na ich tytuły.

1. LAO CHEWojenka
Bezapelacyjna piosenka roku, z ogromnymi szansami na pieśń dekady.
2. THE LIBERTINES Fame and Fortune
Jedno z największych tegorocznych pozytywnych muzycznych zaskoczeń. Kolejny dowód na muzyczny geniusz brytyjskiego kwartetu.
3. EDITORSAll The Kings
Sposób w jaki tenprzebojowy numer rośnie z każdą sekundą bez wątpienia przyspieszy również „beat of your heart”
4. MUSEThe Handler
Najlepszy fragment najlepszej płyty roku 2015.
5. BLURPyongyang
To właśnie ten kawałek ostatecznie odpowiada na pytanie czy zespół BLUR nadal ma coś do powiedzenia. Załóżcie słuchawki by dostrzec w nim dużo więcej niż rzewną balladę.
6. PAPA ROACHGravity
Delikatny klon Stana z reprtuaru Eminema ma w sobie dziwną, hipnotyzującą moc. Wokalna ekspresja na 120%.
7. DJANGO DJANGOFirst Light  
Najlepsze w tym numerze dzieje się w ostatniej, instrumentalnej minucie.
8. THREE DAYS GRACEPainkiller
Poznałem ten zespół podczas tegorocznego Orange Warsaw Festival. Żałuję, że tak późno.
9. THE VACCINES – Dream Lover         
Szczepionki na tegorocznej płycie postanowiły zdecydowanie zwolnić. W tym kawałku jeszcze się bronią, całość jednak niestety rozczarowuje.
10. RED SUN RISING The Otherside
Odkrycie ostatnich tygodni zeszłego roku, mega smakowity numer zwrotką nawiązujących do najlepszych czasów grunge.
11. MARYLIN MANSON – Third day of a seven day binge
Można nie lubić scenicznego wizerunku tego pana ale umiejętności pisania klimatycznych numerów nie odmówi mu nawet oburzone stado moherów.
12. MIGMiód Malina
"Ona jest przy mnie blisko, na balet przyszedł czas, tańczymy w rytmie disco, super imprezka, lans". Moja prywatna nominacja za najbardziej przyczynowo-skutkowy tekst roku ;-) Absolutny hit smażalni, dancingów i muzycznych gal.
13. SLAVESCheer Up London
Ostatni zespół, który poznałem w roku 2015. Oby jak najwięcej takich także w 2016.
14. INCUBUS Absolution Calling
Powrót w świetnym stylu okraszony bardzo przeciętnym niestety koncertem na OWF.
15. COLD WAR KIDS – Hot Coals
Mniej znana ale znacznie bardziej interesująca propozycja Dzieci Zimnej Wojny niż katowane tego lata First.
16. FOALSMountain All My Gates
Nie rozumiem fenomenu i wzniety tą grupą ale przyznaję, że ten kawałek kręci mnie niczym Oskanę nauka i takie takie.
17. MUMFORD & SONS Believe
Zwrot, którego dokonali w tym roku Mumfordzi uważam za ślepą uliczkę. Aczkolwiek pierwszy promujący płytę singiel jest zacny.
18. NOEL GALLGHER & HIGH FLYING BIRDS Lock All Doors
Wierzę w powrót OASIS na scene w 2016 roku, tymczasem solowe kawałki Noela takie jak ten pozwalają poczuć, iż ten zespół nadal tworzy.
19. SKOWYTPlayboy
Jest coś magicznego w tym kawałku, za każdym razem, gdy go słyszę przed oczami płynie mi projekcja fantastycznych nastoletnich czasów z ostatniej dekady minionego wieku.
20. TACO HEMINGWAY – Następna Stacja
Yo yo to raczej nie mój klimat ale ten numer to naprawdę fajna krótka relacja z podróży warszawskim metrem. Szacun za tekst!
Fantastycznie przearanżowany jeden z największych hitów PLACEBO to zdecydowanie najjaśniejszy punkt ich tegorocznego wydawnictwa Unplugged.

niedziela, 3 stycznia 2016

PIOSENKA ROKU 2015


Nigdy jeszcze wybór piosenki roku nie był dla mnie tak oczywisty. Wojenka chwyciła mnie za gardło już przy pierwszej projekcji w marcu i z każdą kolejną trzyma coraz mocniej. Potęga tego utworu tkwi w tekście, fenomenlanym, niedosłownym i przede wszystkim poruszającym. Przyznający różnego rodzaju nagrody literackie powinni zdecydowanie rozważyć kandydaurę Spiętego.

Pozostałe piosenki "nominowane" w tej kategorii znajdziecie poniżej. Możecie posłuchać ich klikając tytuł każdej z nich. 

- Pyongyang BLUR
- Fame and Fortune - THE LIBERTINES
- All The Kings - EDITORS
- First Light - DJANGO DJANGO

piątek, 1 stycznia 2016

PŁYTY ROKU 2015 - PODIUM



MIEJSCE 3:
EDITORS - In Dream

Ten album to kolejny dowód na to, że podróże kształcą. Dowiedziałem się o niej od przypadkowo spotkanego kolegi w drodze powrotnej z londyńskiego koncertu U2. Gdyby nie tamta rozmowa być może po In Dreams w ogóle bym w tym roku nie sięgnął, wydawało mi się bowiem, że zespół Editors wszystko, co miał najlepsze zaprezentował już na poprzednich wydawnictwach. Tymczasem to właśnie tegorocznym, fenomenalnym, zaskakującym i przebojowym krążkiem dołączyli do absolutnego, światowego, muzycznego topu. 


MIEJSCE 2:
LAO CHE - Dzieciom

Płyta powalająca w warstwie tekstowej, równie dobra i zróżnicowana muzycznie. Połączenie licznych, bajkowych cytatów z Jana Brzechwy z poważnymi, ciężkimi tekstami robi wrażenie piorunujące. Kolejny, absolutnie fenomenlany konceptualny album Płocczan.


MIEJSCE 1:
MUSE - Drones

Triumfalny powrót Brytyjczyków na muzyczny szczyt. Concept album nawiązujący momentami treścią i stylistyką do The Wall Pink Floydów. Po słabszym The 2nd Law Matthew i spółka znów dostarczyli uszom swoich fanów dziesiątki fenomenalnych współbrzmień, chwytliwych melodii i czadowych riffów. Ten krążek to istny taran wbijający się do mózgu, koło napędowe zatrzymujące się dopiero wraz z ostatniem "ejmen" zamykającym utwór tytułowy.

czwartek, 31 grudnia 2015

PŁYTY ROKU 2015 - MIEJSCA 10-4

Dziwny to był rok, także pod kątem płyt. Z jednej strony dostaliśmy w nim kilka krążków fenomenalnych (pierwsza szóstka zestawienia), z drugiej masa zespołów nagrała jakby tylko po połowie albumu. Wielu recenzji tych połowicznych w tym roku na Bonomuzie nie umieszczałem, dając im szansę na dotarcie do głębszych pokładów muzycznej podświadomości, w większości niewykorzystaną. Do dziś podoba mi się z nich 3-4 kawałki a reszta nie stanowi wiele więcej niż bezbarwne tło. Ale „nie o tym, nie o tym, nie tym dziś będzie mowa”.

Czas na zestawienie najlepszych dziesięciu płyt roku 2015 według Bonomuzy. Dziś miejsca od dziesiątego do czwartego:

10. DJANGO DJANGO – Born Under Saturn

Ostatnie miejsce na tej liście drugi album Django Django wygrał z tegoroczną propozycją Courntey Barnett. Na Born Under Saturn nie jest może tak dobrze jak na debiutanckim krążku Brytyjczyków ale mimo tego nadal znajdziemy tu mnóstwo ciekawych, falujących dźwięków, świetnych współbrzmień rodem z The Beach Boys i sporo pokładów fajnej energii. A promujący album First Light to jeden z mocniejszych kandydatów na piosenkę roku.


9. PAPA ROACH – F.E.A.R.

Jak zwykle w przypadku zespołu: bez specjalnych zaskoczeń za to z potężną dawką czadu. Słucha się tej płyty wyśmienicie, to taka przenośna porcją kofeiny, którą warto zawsze mieć przy sobie.


8. PLACEBO – Mtv Unplugged

Nareszcie, po niemal 10-letniej przerwie, panowie z PLACEBO wydali krążek, po który chce się sięgać więcej niż raz. Nowe kawałki zastępują tu coprawda „tylko” nowe aranżacje, ale w dużej mierze są one fantastyczne, na czele ze Slave To The Wage.


7. SLAVES – Are You Satisifed?

To moje ostatnie „muzyczne odkrycie”.  Punkowo-girme’owy duet z Wielkiej Brytanii dosłownie rozwala bezpośrednością, prostotą i mocą swojej muzyki. Od pierwszych sekund ich debiutanckiego krążka ma się poczucie absolutnej szczerości ich twórczości. PUNK IS NOT DEAD. Ten wyświechtany nieco slogan nadal jest prawdziwy, czego dowodem chociażby ten album. Jego szczegółowa recenzja na Bonomuzie już za kilka dni.


6. NOEL GALLAGHER & HIGH FLYING BIRDS – Chasing Yesterday

Można go lubić lub nie znosić ale przyznać trzeba, że gdy chłop łapie za gitarę I otwiera paszczę to robi sie pięknie. Tak samo w przypadku jego drugiego dziecka z zespołem High Flying Birds. Którego kawałka by nie włączyć przejście obok niego obojętnie jest równie prawdopodobne co trafienie szóstki w totka.


5. BLUR – The Magic Whip

Jedna z najbardziej wyczekiwanych przez mnie tegorocznych płyt. Z jednej strony brakuje tu nieco „starego, wesołego BLUR”, a z drugiej pełno tu naprawdę przepięknych, głębokich i niepospolitych kompozycji. Nie sięgam po tę płytę przesadnie często, ale za każdym razem, gdy to zrobię odpływam w krainę muzycznej szczęśliwości.


4. THE LIBERTINES – Anthems For Doomed Youth

Odczuwam dosłownie fizyczny ból, że ten fantastyczny krążek znajduje się poza tegorocznym podium. Nie wierzyłem, że ta grupa może wykrzesać jeszcze z siebie tyle muzycznego geniuszu. Każdy umieszczony tu numer to sól muzycznego piękna, balsam dla uszu i endorfina dla mózgu. Zarówno w wydaniu szybkim (Barbarians, Fame and Fortune) jak i wolnym (You’re My Waterloo, Iceman). 

poniedziałek, 21 grudnia 2015

PAPA ROACH - F.E.A.R.

Sięgając po nowy krążek Papa Roach nie spodziewałem się znaleźć na nim nowych brzmień ani przełomowych nut, które przejdą do historii muzyki. Amerykański kwartet należy raczej do zespołów przewidywalnych i na każdej swojej płycie konsekwentnie zamieszcza porcję soczystych, mocnych brzmień okraszonych chwytliwymi melodiami. Nie inaczej jest też w przypadku ich siódmego studyjnego wydawnictwa. Dotychczasowi fani zespołu nie powinni czuć się zawiedzeni słuchając dwunastu kawałków umieszczonych na wersji "deluxe" F.E.AR. Ci, który z Papa Roach spotykają się przy tej okazji po raz pierwszy również otrzymują dość mocny argument do kontynuacji tej znajomości.
Zdecydowanie najlepsze trio z F.E.A.R. otwiera cytowane w poprzednim poście Gravity, kawałek, który jeśli chodzi o ekspresję mocno przypomina mi klimatem Eminema z kawałka Stan, z tymże wzbogaconego niesamowitym refrenem pełnym emocji i pięknych nut. I chociaż rozumiem, że niektórym ten kawałek może wydać się nieco infantylny oraz "a little bit too twardy" to będę upierał się, że właśnie w nim Papa Roach pokazuje, iż jest grupą ponadprzeciętną. Równie dobrze wypada Broken As Me, numer z serii "Papa Roach od pierwszej do ostatniej sekundy". Genialny mocny riff na początek wzbogacony po chwili wokalem Jacoba, jeszcze mocniejszy, fantastycznie zaaranżowany i zaśpiewany refren. Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości co do tego numeru to posłuchajcie go głośno "na słuchawkach". Najlepszą trójce z F.E.A.R. zamyka Hope For The Hopeless zaczynające się partią basu bardzo podobną do tej z Getting Away For Murder. Nie ma w tym numerze słabej sekundy, ale jej najjaśniejsza część to instrumentalny most pomiędzy refrenem a zwrotką.
Cały album naprawdę daje radę, słucha się go bardzo dobrze, kawałek goni kawałek, w uszy uderza z jednej strony spójność, z drugiej raz po raz ciekawe rozwiązania sprawiające, iż nie słyszymy zwykłej młócki tylko kawałki wciągające. Którego kawałka nie wziąć by na warsztat to broni się swoją autentyczną mocą, czy to w postaci fajnej warstwy elektronicznej  przypominająca nieco The Prodigy (Warriors), zmianą nastrojów (Falling Apart), partią smyczków w pierwszych sekundach War Over Me, czy istną muzyczną przejażdżką kolejką górską w przypadku Fear Hate Love zamykającego wersję deluxe płyty. Od całości odstaje właściwie jedynie lekko bezpłciowe Love Me Till It Hurts.

Jutro najkrótszy dzień w roku, jeśli doskwiera Ci brak energii spowodowany ciemnością za oknem, gdy wstajesz i gdy wychodzisz z pracy to F.E.A.R. jest idealną propozycją na rozwiązanie tego problemu. Jeśli natomiast brak energii jest Ci obcy posłuchaj tej płyty po prostu dlatego, że świetnie jej się słucha.

czwartek, 17 grudnia 2015

GRAWITACJA PAPY

Rok 2015 nieuchronnie zmierza do swego końca a kolejka płyt wydanych w nim wydaje się nieskończona. W tym tygodniu część mojego mózgu odpowiedzialna za muzykę została zdecydowanie opanowana przez ten oto kawałek. 



I dlatego kolejną recenzją, którą będziecie mogli przeczytać na Bonomuzie będzie F.E.A.R. czyli tegoroczna propozycji Papa Roach.