Już za dwie i pół godziny na scenę Stadionu Narodowego wyjdą członkowie AC piorun DC zamykając europejską część trasy koncertowej Rock or Bust. Wyglądam przez okno i widzę, że nad Saską Kępą pojawi się dziś znacznie więcej niż jeden piorun. Jeszcze 2 lata temu nie było mi po drodze z tą australijską
kapelą, sama muza superowo ale wokal delikatnie mnie „przerastał”. Kilkanaście
miesięcy temu owa niechęć minęła i dziś nie mogę się doczekać aż usłyszę na
żywo Angusa i spółkę. Kto wie, czy nie jest to ostatnia szansa. Zapraszam na
cztery moje ulubione numery ACDC.
1. You Shook Me All Night Long
Myślę, że trudno wymyślić jest bardziej rockowy kawałek, kocham każdą jego nutę ukazującą piękno gitarowej muzyki.
2. Rock'n'Roll Train
W kawału o rockendrollowym pociągu Angus Young po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem jeśli chodzi o tworzenie gitarowych riffów łączących czad z przebojowością.
3. Thunderstruck
Ten kawałek kosił mnie nawet w czasach niechęci do tego zespołu. Kojarzą mi się z nim czasy późnej podstawówki spędzanej "za blokiem", kiedy na melodię początku kawałka śpiewaliśmy "maa aa aa aaa aa KA RON" - gdy tylko w pobliżu pojawiły się nielubiana sąsiadka o nazwisku Makarewicz.
4. Highway To Hell
Wybór tego kawałka do najlepszej czwórki jest może dość oczywisty i banalny ale kto z Was nie uczył się gry na gitarze właśnie na nim? No i pamiętne wykonanie z Idola: "ja jadę drogą do piekła".
Z okazji czterdziestych urodzin Jacka White'a Cztery Numery poświęcimy dziś jego ostatnim trzem projektom. Sto lat panie Biały, dużo muzycznej radości i weny oraz reaktywacji The White Stripes ;-)
1) I Just Don't Know What To Do With Myself
Na początek mój ulubiony kawałek z ulubionej grupy Jacka. Ta piosenka doskonale pokazuje to, co w twóczości Białego najpiękniejsze. Prostota, genialna ekspresja wokalna, zmienność nastroju, czad! Gdy słyszę ten utwór też często nie wiem co ze sobą zrobić. Nigdy nie zapomnę gdyńskiego koncertu Białych Pasków, kosmicznych technicznych oraz dzisiejszego jubilata mówiącego po polsku i biegającego od jednego do drugiego instrumentami.
W tym roku na Openerze pojawiłem się tylko drugiego dnia. Line
up tegorocznego festiwalu choć ciekawy miał dla mnie braki na pozycji
headlinerów, bo ani Mumford & Sons, po dziwnej zmianie stylistycznej, ani tym bardziej Drake w moim odczuciu
na takie miano nie zasługują. Główną gwiazdą czwartkowego wieczoru był zespół
The Libertines, najważniejszy powód, dla którego wybrałem się do Gdyni. Tego
dnia na trzech festiwalowych scenach działo się jednak dużo więcej dobra.
Wchodząc na teren lotniska w Babich Dołach słyszałem z
oddali ostatnie dźwięki wydawane przez Toma Odella. Chwilę później pod namiotem
instalował się Fisz, ponieważ jednak rybę jadłem wcześniej w drodze do
Trójmiasta czas jego występu poświęciłem na zwiedzanie festiwalowego terenu. W
zeszłym roku nie pojechałem na Openera pierwszy raz od roku 2005 chciałem więc
zobaczyć co zmieniło się przez ten czas. Pierwszą zmianą, in minus, była zmiana
ceny kuponu, a co za tym idzie piwa. Na szczęście pozostałe organizacyjne
nowinki były już pozytywne: tradycyjne „budy” czy „namioty z żarciem” zostały w
dużej mierze zastąpione przez modne teraz food trucki, dzięki czemu repertuar
dostępnego na terenie festiwalu jedzenia
uległ znacznemu urozmaiceniu. Wreszcie też dostępne są różne rodzaje piwa, w
tym także Paulaner czy różne rodzaje Żywca, super pomysł. Przejdźmy jednak
do muzyki.
Pierwszy zespół, który usłyszałem na tegorocznym Openerze to
Enter Shikari. Elegancki strój wokalisty nijak miał się do szaleństw, które
prezentował na scenie. Brytyjczycy zaprezentowali kawał świetnej muzyki, szkoda
tylko, że nie grali po zmroku, wtedy szaleństwo pod sceną byłoby pewnie jeszcze
większe i liczniejsze. Końcówkę koncertu musiałem odpuścić nie chcąc się
spóźnić na Eagles of Death Metal grających na przeciwległym końcu, czyli w
namiocie. To, co prezentuje na scenie pan Wąsacz z kolegami nie jest do końca
moją bajką, nadal nie wiem czy te wąsy, szelki i przepocony olschoolowy
podkoszulek to na poważnie czy dla jaj ale trzeba przyznać, że Orły absolutnie
zawładnęły tłumem zgromadzonym pod Tent Stage. Porcja surowego, fajnego, mocno
gitarowego grania, świetny kontakt wokalisty z publiką sprawiły, iż od wielu
osób słyszałem iż był to najlepszy koncert z całego dnia.
W jego drugiej
połowie przeniosłem się jednak na Alter Stage, posłuchać znajdującego się na
zupełnie przeciwległym muzycznym biegunie Fismolla. Delikatne, akustyczne
granie, wokalista wchodzący często w rejestry dostępne raczej dla kobiet i
piękna, delikatna muzyka słuchana w wielkim skupieniu – tak można opisać ten
koncert jednym zdaniem.
Wraz z jego końcem nastąpił początek tego, na który
czekałem najbardziej. Miałem poważne obawy czy ten koncert w ogóle się
odbędzie: najpierw tuż po jego ogłoszeniu, wiadomo bowiem jak hardkorowo lubią
bawić się jego członkowie, obawiałem się więc, że z trasy koncertowej mogą
szybko zostać skierowani na kolejny odwyk. Potem moja schiza narastał z dnia na
dzień, ponieważ o gdyńskim koncercie nie było ani słowa zarówno na oficjalnej
stronie zespołu, jak i ich profilach na Facebooku czy Twitterze. Na szczęście
dojechali na czas i w komplecie.
Niestety pod sceną było dość pusto Szczerze
nie pamiętam, żeby na żadnej edycji jakikolwiek headliner zgromadził tak
nieliczną publiczność. Dziwne to było dla mnie ogromnie, The Libertines nigdy w
Polsce nie grali, ich powrót na scenę, jakby nie patrzeć jest sporym muzycznym
wydarzeniem, a przede wszystkim to zespół, który w swoim repertuarze ma
niezliczoną ilość fenomenalnych utworów. Z drugiej strony publiczność festiwalu
odmładza się, za czym idzie również zmiana muzycznych gustów i tego co jest
cool. W zeszłym tygodniu wjeżdżając windą do pracy odbyłem z koleżanką
krótką rozmowę, która najlepiej obrazuje to, o czym piszę:
- Cześć, jedziesz na
Openera? – pytam.
- Chyba tylko na sobotę, będzie Discolsure! A ty?
- Ja tylko na czwartek.
-A co gra?
- The Libertines.
- A co to jest?
Patrząc na frekwencję pod główną sceną widać, że owo pytanie
zadawało sobie sporo innych uczestników festiwalu. I wielu z nich nie chciało
się przyjść i sprawdzić na nie odpowiedzi. Na szczęście nie przeszkodziło to
zespołowi zagrać fenomenalnego setu pełnego muzycznego piękna. Przed koncertem
zastanawiałem się czy stanąć na wysokości wieży dźwiękowców zapewniając sobie
najlepsze możliwe audio czy „uderzyć w zabawę” i pchać się pod przednie barierki.
Ostatecznie postawiłem na to drugie i choć jakość dźwięku jak to zwykle pod
samą sceną była średnia, wiadomo, jeśli chce się nagłośnić tak wielki teren z
przodu dźwięk nie może być selektywny, to wyskakałem się jak kangur na
australijskiej autostradzie. The Libertines nie używają przesterowanych gitar,
ich muzyka wydaję się być dość spokojna jednak momentami na ich koncercie jazda
była jak na punkowym koncercie. Świetnie było się „poobijać” przy tak pięknych
dźwiękach, żałuję tylko, że nie mogę tego samego koncertu przeżyć jeszcze raz i
po prostu go posłuchać. Cieszę się, że mogłem usłyszeć Music When The Lights Go
Out, czy
zobaczyć typowe dla tej grupy śpiewanie przez Carla i Pete’a twarzą w twarz do jednego mikrofonu oraz gromadzenie się przy perkusji tyłem do widzów
przez rozpoczęciem kolejnego kawałka.
Ciekawym widokiem był też sposób zmiany
gitary przez tego drugiego. Zarówno pod koniec głównej części koncertu i jak i
bisów Doherty zdejmując instrument ciskał nim na kilkanaście metrów w kierunku
technicznego, który za każdym razem chwytał ją ze sprawnością bejsbolowego
łapacza. Zjawiskowe to i dość ryzykowne. Na scenie widać było podział między
dwiema gwiazdami zespołu i sekcją rytmiczną, w tym sensie, że show robili Pete
i Carl, grający na basie John stał niemal zawsze mocno z boku, skoncentrowany
tylko na graniu. Obiektywnie trzeba stwierdzić, że dla kogoś niezaangażowanego
nie był to pewnie wielki koncert, nie było w nim fajerwerków w postaci efektów
specjalnych, nietypowych świateł czy nawet scenografii, na którą składała się
jedynie wielka płachta przedstawiająca debiutancki album zespołu. Dla mnie było
to jednak coś wspaniałego i cieszę się, że braku tych dodatkowych elementów, bo
przy tak genialnej muzyce były po prostu niepotrzebne. Zespół zaprezentował również nowy kawałek, który mam
nadzieje jest zwiastunem nowej płyty. Oby, powtórka koncertu w przyszłym roku
mile widziana.
Drugim zespołem, na zobaczeniu którego zależało mi w ten
czwartek najbardziej było Django Django. Niestety ich występ w ponad połowie
pokrywał się z The Libertines, a dodając do tego czas potrzebny do przejście
spod jednej pod drugą przeciwległą scenę załapałem się jedynie na trzy ostatnie
utwory. Szału niestety nie było, jakoś blado to wypadało w porównaniu do wydarzeń sprzed chwili.
Największym pozytywnym zaskoczeniem okazali się Major Lazer,
którzy byli dla mnie przed koncertem wielką niewiadomą, słyszałem pojedyncze
rzeczy i raczej nie wybrałbym się na ich indywidualny koncert. Po tym, co
zobaczyłem na Openerze to stwierdzenie przestało być aktualne. Na żywo ich
taneczno-elektroniczne kawałki wypadły dużo ciekawiej i mocniej, powodując, że
australijski kangur w mojej naturze uruchomił się tego dnia po raz kolejny. I o
ile do tego momentu wydawało mi się, że z frekwencją jest nie najlepiej to pod
główną sceną na Major Lazer było naprawdę tłoczno.
Było na tyle fajnie, że aż
szkoda mi było oddalać się przed końcem ich występu, o pierwszej pod namiotem
zaczynali jednak Curly Heads, autorzy genialnego albumu, numeru dwa w moim
zeszłorocznym zestawieniu płyt roku, których nie widziałem jeszcze na żywo. Po
tym koncercie tylko upewniłem się, że dawno na polskiej muzycznej scenie nie
pojawiła się tak świetna grupa. Zagrane na początek Synthlove powaliło mnie na
kolana, niesamowity klimat kawałka, porażający ekspresją głos Dawida wykonany w
sposób, którego nie powstydziłby się żaden zespół na świecie. Kolejne kawałki potwierdzały
tylko wielki potencjał koncertowy zespołu. Około połowy przeniosłem się na tył
namiotu, gdyż z przodu dźwięk opierał się bardziej na mocy niż jakości. Z tej
perspektywy było widać jeszcze lepiej jak świetną muzyczną maszyną są Curly
Heads.
Zamknięciem festiwalowego dnia było wracające po przerwie
Faithless. Widziałem już tą grupę na pierwszym swoim Openerze w 2005 roku a
jako, że nie jestem mega fanem muzyki elektronicznej
emocji wielkich ten come back we mnie nie wzbudzał. Koncert był jednak bardzo
dobrym zwieńczeniem świetnego festiwalowego dnia, dobrze wykonany, skutecznie
bujający ludzi do tańca, profesjonalny. Teren Babich Dołów opuszczałem wraz ze
wschodem słońca. Szczęśliwy.
Bohaterem pierwszego odcinka Czterech Numerów jest zespół, którego koncert widziałem w czwartkowy wieczór, i który od tego czasu absolutnie nie chce mi wyjść z głowy. Mam nadzieję, że panowie ogarnęli się z nałogów na dobre i wkrótce doczekamy się nowego albumu The Libertines. Na razie zapraszam na krótką podróż po ich dotychczasowych muzycznych delicjach.
1)When The Lights Go Out
To obecnie mój numer jeden w kategorii najpiękniejsze piosenki świata. Genialna melodia, dobry tekst i zmiana tempa w refrenie. Prawdziwe, muzyczne cudo.
2) Boys In The Band
Fenomenalny przykład z debiutanckiego albumu jak czadowo może brzmieć gitara bez przesteru.
3) What a Waster
Niezmiennie rozwala mnie w tym kawałku końcowy dialog dwóch gitar będący prawdziwą wiśnią na muzycznym torcie.
4) Last Post on the Bugle
Druga piosenka z drugiej, fenomenalnej płyty zatytułowanej po prostu The Libertines.
Nigdy nie zapomnę dnia kiedy w bloku podłączyli nam kablówkę. Niemal w całości spędziłem go oglądając MTV, kanał wtedy nadający na okrągło muzykę. Kontakt z niezliczoną ilością teledysków do piosenek, które znałem tylko z radio był dla mnie odkryciem na poziomie tego, którego dokonał Kolumb 500 lat wcześnie. Młodszym czytelnikom zadającym sobie właśnie pytanie WTF przypominam, że w 1992 roku nie było youtube'a i aby zobaczyć klip ulubionego artysty trzeba było na niego trafić.
Jedną z moich ulubionych audycji na MTV było 3 from 1, banalna i genialna w swojej prostocie, prezentująca trzy klipy danego artysty. To właśnie do niej nawiązuje nowy cykl Bonomuzy. Z tymże zamiast trzech będziemy tu prezentować cztery numery jednego wykonawcy lub na jeden temat.
Na pierwszym dniu festiwalu pojawiłem się około 17:30 i aż
do samego końca nie nudziłem się ani sekundy, mało tego, każda minuta
pierwszego dnia wypełniona była świetną muzyką. Mela Koteluk to nie moja muzyczna bajka, jej koncertu na
Warsaw Stage czyli w namiocie słuchałem więc konsumując przedwczesną,
festiwalową kolację. Ładne, profesjonalnie wykonane piosenki w wersjach nie
różniących się od tych, które znam z radio. O 18 na Rochstar Crew Stage, najmniejszej festiwalowej
scenie wystąpił polski Terrific Sunday. Ich koncert zgromadził ledwie
kilkadziesiąt osób, być może w porywach była ich setka, a szkoda bo zespół
zaprezentował kawał porządnej muzyki, z ciekawym wokalem i fajnymi aranżacjami
kawałków w stylu przypominającym momentami Placebo.
Chwilę później na Orange Stage - głównej scenie
zainstalowali się Crystal Fighters. Kto choć raz widział Wojowników wie, że
każda sekunda ich show to istny żywioł. Tradycja
została podtrzymana, mimo dość trudnej pory koncertu. Statywy mikrofonów
ozdobione kwiatami, białe stroje muzyków, taniec i wiecznie uśmiechnięte twarze
wokalistek, wokalista z głosem niczym Żwirek lub Muchomorek, folkowe dźwięki,
chwytliwe melodie i elementy elektro w połączeniu dające klimat fantastycznej,
tanecznej imprezy odbywającej się gdzieś w ciepłej krainie szczęśliwości i
radości. W dodatku mój zdecydowany faworyt z repertuaru Crystal Fighters czyli
I Love London jak zwykle rozwalił system.
Nigdy wcześniej nie widziałem na żywo Afromental, nie znałem
też specjalnie ich twórczości, mimo iż kilka osób przekonywało mnie iż "to
zdolne chłopaki". Kilka kawałków, które usłyszałem w ich wykonaniu na OWF
zdają się potwierdzać tą tezę, wkręcająca, świetnie wykonana muza łącząca wiele
gatunków sprawiła iż po wybrzmieniu każdej z piosenek chciałem powiedzieć
"szacun". Czar prysł kiedy Łozo się odezwał. Jego nawijka miała chyba
w założeniu być motywacją dla innych aby wierzyli siebie, robili to co kochają
i nie poddawali się napotykając przeszkody. Byłoby super, gdyby nie forma, w
jakiej owa pogadanka się odbyła. Zdecydowanie lepiej dla wszystkich byłoby,
gdyby Afromental skupił się na graniu. Narcyzm, zadufanie, wklejane na siłę
amerykańskie powiedzonka, przechwałki, przydługi bełkot bijący z wypowiedzi ich
frontmana sprawiły iż czym prędzej postanowiłem opuścić namiot, tym bardziej iż
na najmniejszej scenie zaczynała występ Agyness B. Marry. Poczułem się na jej
koncercie trochę jakbym cofnął się o 45 lat i znalazł na festiwalu Woodstock.
Fantastycznie wypadł również Hey prezentując przegląd
kawałków z ponad 20-letniej działalności. Słucham tego zespołu od pierwszej
płyty, towarzyszył mi w mojej muzycznej drodze od zawsze ale właśnie podczas
tego koncertu po raz pierwszy poczułem, że ta grupa to legenda polskiego rocka.
Ilość genialnych utworów, które ma w swoim dorobku po prostu poraża. Piękne
jest też to iż zespół nadal kombinuje, nowa wersja Wczesnej Jesieni po prostu
wbiła mnie w trawę, możecie jej posłuchać od siódmej minuty poniższego linka.
Pozostaje tylko zawtórować Kasi, która jak zwykle rzucała po
każdej piosence rozczulające "nooooooooooo, dziękujemy bardzo".
Największym pozytywnym zaskoczeniem był jednak zespół Three
Days Grace, który, z całą stanowczością dał absolutnie najlepszy koncert całego
pierwszego dnia OWF. Poszedłem na niego z ciekawości wyszedłem ze szczęką
opuszczoną niczym do kopania trzeciej linii metra. Mocne, gitarowe riffy,
ekspresyjny wokal, tłum skandujący nazwę kapeli, szaleństwo pod sceną i godzina
fantastycznej gitarowej, czadowej muzy sprawiła iż wyglądałem jak clown gotowy
do roboty, w przeciwieństwie do cyrkowca mój uśmiech spowodowany był jednak nie
makijażem tylko szczęściem.
Wisienką na torcie tego piątkowego wieczora miał być Noel
Gallagher i jego High Flying Birds, będące namiastką Oasis, która jak wieść
gminna niesie jest o krok od reaktywacji. Oba solowe albumu starszego z braci
G. są naprawdę świetne, stąd czekałem na jego pierwszą wizytę w Polsce z dużą
zajawką. Trzeba przyznać, iż Noel ma pecha do Warszawy, podczas jedynego,
polskiego koncertu Oasis nie przyjechał z zespołem, gdyż chwilę wcześniej pobił
się z bratem, w tym roku jego występ okraszony był burzą i deszczem padającym z
intensywnością wody wylewanej z wiadra. Aura sprawiła iż pod sceną zebrała się
naprawdę garstka, myślę, że nie więcej jak 2000 osób, od połowy koncertu
bardziej niż na zabawie skupiająca się na tym, by jakoś przetrwać.
Na szczęście
było ciepło, choć i tak po 45 minutach stania pod prysznicem, mając przemoczoną
każdą, najmniejszą część ubrania imprezowy nastrój nieco mi przygasł. Tak, czy
inaczej, Noel dał radę, bez żadnej buty i zbędnego gwiazdorstwa zagrał po
prostu ponad godzinę świetnej muzyki, na którą złożyły się również 4 kawałki
Oasis. Z każdego zagranego dźwięku czuć było iż ów pan to muzyczny czarodziej, jestem mega szczęśliwy iż mogłem być tego świadkiem, było pięknie. Niestety atmosfera
pod sceną była równie świetna, co aura, czego efektem był chyba brak Whatever,
granego zarówno na wcześniejszych, jak i późniejszych koncertach. Straszna
szkoda, bo nie mam wątpliwości, że przy normalnych warunkach mógł być to
koncert, którego na długo nie zapomnieliby zarówno Noel jak i jego fani. Liczę na szybką powtórkę w hali.
Papa Roach, którego koncert częściowo pokrywał się z
Gallagherem, grał na szczęście pod namiotem. Bo kończącym występ pana G Don't
Look Back In Anger pobiegłem więc poskakać przy nieco mocniejszych dźwiękach.
Czad był, przy Getting Away With Murder czy Last Resort nie mogło być inaczej.
Tłum został porwany, jednak chyba w nieco mniejszym stopniu niż przez grających
bardzo podobną muzykę i występujących chwilę wcześniej na tej samej scenie
Three Days Grace.
Koncertów The Chemical Brothers i Goorala niestety nie
doczekałem z powodu totalnego przemoczenia. Ale nawet bez nich był zdecydowanie
jeden z najlepszych festiwalowych dni w moim życiu.
Na koniec kilka słów odnośnie organizacji. Przenosiny na Tor Wyścigów na Służewcu, zgodnie z przewidywaniem okazały się strzałem w dziesiątkę. Dużo większy teren, dający poczucie plenerowego festiwalu, brak największej zmory poprzednich edycji na stadionach Narodowym i Legii czyli problemów z nagłośnieniem oraz trzy sceny ustawione w odległości 2-minutowego spaceru umożliwiający przemieszczanie się między koncertami oraz możliwość przemieszczania się z piwem po całym terenie festiwalu to cztery naprawdę duże organizacyjne plusy tegorocznego OWF.
Dziwne to uczucie recenzować płytę, na którą czekało się 12
lat, w której pojawienie wierzyło się kilkukrotnie podczas krótkich,
koncertowych reaktywacji zespołu, by ostatecznie ów wiarę porzucić. Na The
Magic Whip nie znajdziemy przeboju pokroju Tender czy Song 2. Dużo tu natomiast
naprawdę dobrych kompozycji autorstwa świetnych, dojrzałych muzyków.
Do "starego BLUR" zdecydowanie najbardziej
nawiązuje najkrótszy na krążku I Broadcast, fantastyczny, prosty i szybki
kawałek, z charakterystycznym gitarowym riffem Grahama Coxona, który równie
dobrze pasuje do pogo jak i tańca towarzyskiego. Drugi typowo
"blurowy" numer na The Magic Whip to Ong Ong, bezpretensjonalny,
radosny, ogniskowy song z melodią wpadającą w ucho po kilkunastu sekundach
sprawiający iż śmieję się jak koń do owsa. Również otwierające album Lonesome
Street trudno pomylić z kompozycją jakiegokolwiek innego zespołu. Duży plus za
środkową część utworu, która brzmi trochę jak The Beatles z ostatniego okresu
działalności.
Go Out, czyli pierwszy singiel, to najlepszy dowód na to, że
panowie z BLUR nie zamierzają jedynie powielać schematów, które przyniosły im
fortunę tylko nadal szukają nowych, muzycznych rozwiązań. Im dłużej słucham tej
piosenki tym bardziej mnie poraża swoim industrialnym klimatem, pulsującą
gitarą i rosnącym napięciem.
Najpiękniejszym utworem na Magicznym Biczu jest jednak
Pyongyang...
Jeszcze przez niecałe 2 godziny można kupować bilety i karnety na Orange Warsaw Festival w promocyjnej cenie obniżonej o 30 procent. Wygląda na to, że impreza nie cieszy się chyba zbyt wielką popularnością co, szczerze mówiąc, mocno mnie dziwi. Zestaw artystów, który będzie można zobaczyć w Warszawie w połowie czerwca jest naprawdę zacny. Moje top 5 to: Incubus, MUSE, Papa Roach, Metronomy i Noel Gallagher. Trzech ostatnich nigdy nie widziałem na żywo. Ostatnio fazuję się solową twórczością starszego z panów G. Recenzja jego drugiego solowego albumu pojawi się na Bonomuzie jeszcze w tym miesiącu. Dziś słuchając koncertu z trasy koncertowej promującej jego pierwszą płytę natknąłem się na następujący "smakołyk":
Uwielbiam ten utwór, równie mocno za piękną muzykę, co za fantastyczny, prosty tekst, który za każdym razem sprawia, że czuję prawdziwą wolność. Nie wiem czy Noel zagra akurat tą niesamowitą i przepiękną piosenkę ale kilku utworów z repertuaru Oasis na pewno nie zabraknie. I myślę, że to będzie najpiękniejsze wydarzenie pierwszego dnia warszawskiego festiwalu. Nie przekonuje mnie line up soboty, mam nadzieję, że organizatorzy dołożą tu jeszcze jakąś prawdziwą gwiazdę. Natomiast zamknięcie imprezy w towarzystwie Incubusa i MUSE powinno mocno wstrząsnąć stolycą i okolycą.
Zestaw wszystkich ogłoszonych dotychczas artystów Orange Warsaw Festival znajdziecie TU.
Panowie z Lao Che, swoim szóstym studyjnym albumem, znów dostarczyli
dowód na to, że ich zespół to absolutny, polski muzyczny top. Tym razem krążek
porusza tematykę związaną szeroko rozumianym dzieciństwem, także od strony
rodzicielstwa, związanych z nimi troskami, radościami i przemyśleniami. To
niezwykle oryginalna, zaskakująca i spójna płyta.
Teksty Spiętego, zawsze pełne smaczków, tym razem w wielu
przypadkach wchodzą na orbitę dostępną tylko dla najlepszych poetów.
Ci z nieba przez lufcik wrzucili mi haczyk,
że byłby etacik, może Mały Fiacik
lecz mają warunek i problem w tym,
że muszę być dobry, tylko nie wiem w czym.
To przykład z singlowego Tu - mistrzostwo świata. Znacznie
większy ciężar gatunkowy niosą ze sobą Z Kamerą Wśród Zwierząt Buszujących w Sieci czy Legenda o Smoku. Ta pierwsza w towarzystwie klimatycznych, w
większości elektronicznych brzmień przedstawia "ciemną stronę sieci" ta
druga, przy dość korzenno-rockowych dźwiękach opisuje powstanie świata
nietolerancji i radykałów oraz smoka, który przyszedł się z nim rozprawić.
Końcówka Legendy, także w wersji muzycznej ma w sobie coś niesamowitego,
dźwiękowy chaos i wibrujące dźwięki przyprawiające o zawroty głowy
przypominające klimatem najbardziej poruszające fragmenty płyty Powstanie
Warszawskie.
Niekiedy marzy smok o cichym kątku
Gdzieś pośród Wysp Przyzwoitego Rozsądku
Tam ludzie ludziom chylą nieba
I tylko wysp tych nie ma...
Geniusz! Tak właśnie należy korzystać z cytatów. Spięty w
podobny sposób sięga do nich również w otwierającym płytę, świetnie
wprowadzającym w klimat całej płyty, nieco orientalnym Dżinie.
O Wojence pisałem już w poprzednim poście. Mam nadzieję, że
utwór ten stanie się singlem maglowanym na okrągło przez wszystkie rozgłośnie,
tak aby trafiła do masowej świadomości, gdyż zasługuje na to, jak żaden inny
utwór w ostatniej "pięciolatce". Moim drugim ulubionym numerem z tego
krążka jest Ballada o Misiu tom II, pozytywny, tak odczapowy, że aż trudny do
opisania oddech. Pięknie wybrzmiewa również Znajda, smutna historia o
nieudanych poszukiwaniach szczęścia. Erratato z kolei pięciominutowe spotkanie
z zupełnie nowym, jazzującym obliczem Płocczan, wyśpiewany niemalże falsetem,
niezwykle chwytliwy i klimatyczny kawałek. Co rusz to na Dzieciom znajdujemy
smakołyk, czyli coś co dzieci lubią najbardziej. I nie tylko one.
Jak każdy dobry muzyczny album także ten przekonuje do
siebie powoli. Początkowo druga połowa wydawała mi się nieporozumieniem, Errata
irytująco-piszczącym tworem, Legenda o Smoku bezsensowną naparzanką, a Z
Kamerą... nieudanym zwrotem w stronę melorecytacji. Dziś nie pasuje mi jedynie
zamykające całość A Chciałem o Sobie. Całą resztę polecam z całego, muzycznego
serca.
Od dwóch tygodni niezmiennie gra mi w głowie Wojenka, numer trzy na nowym albumie Lao Che. Spięty teksciarzem jest wyjątkowym ale w tym przypadku przeszedł samego siebie. Nie pamiętan kiedy ostatnio słowa piosenki poruszyły mnie tak bardzo jak w tym przypadku. Nie ma chyba piękniejszego sposobu do opisania rodzicielskiej troski niż ten użyty przez Huberta w refrenie. Nie wiem też czy kiedykolwiek słyszałem tak trafny opis bezsensu wojny jak słowa z drugiej częsci utworu. W dodatku myśląc o tym co dzieje się za naszą wschodnią granicą, a także w Kenii, Tunezji, Jemenie i wielu innych zakątkach świata tekst tego utworu jest niestety wyjątkowo aktualny.
Wojenka - sł. Hubert Dobaczewski
Raz i dwa, raz i dwa
Dziewczynka Wojenka na imię ma.
Trzy i cztery, trzy i cztery,
Dziwne ona ma maniery. Pięć i sześć, pięć i sześć, Wcale lodów nie chce jeść. Siedem, osiem, siedem, osiem, Wciąż o kości tylko prosi. Dziewięć, dziesięć, dziewięć, dziesięć, Kto z was kości jej przyniesie? Może ja, może ty? Licz od nowa: raz, dwa, trzy.
Gdyby do nas przyszła, Skłamałbym, że wyszłaś, że na świat nie przyszłaś. Kłamałbym jak popadnie, Choć kłamać, córeńko nieładnie.
Gdy dorosły chmurny - marszczy brew, Wtedy wojna jest i psika krew. Wojna to sport, a sport to zdrowie: Skoki do gardła i rzuty ołowiem. Zawsze jest powód do użycia noża, Połock żąda dostępu do morza! Żołnierz na wojnie gnije w okopie, żona pisze: brzuch duży i mały kopie... Myśli żołnierz - w dupie z wami i waszymi wojnami.
Gdyby do nas przyszła, Skłamałbym, że wyszłaś, że na świat nie przyszłaś. Kłamałbym jak popadnie, Choć kłamać, córeńko nieładnie.
Gdyby do nas przyszła, żeby ją zaraza ścisła, żeby ją zabrała Wisła. Jak mnie słyszysz, Ja Wisła, Ja Wisła!
Chociąż minął dopiero pierwszy kwartał tego roku nie wyobrażam sobie co mogłoby zdetronizować ten kawałek z pozycji piosenki roku 2015.
Mniej więcej 20 lat temu wywołam lekką konsternację
stawiając na wigilijny stół wielkanocnego baranka. W tym roku, pamiętając tamtą
pogadankę Dziadka, patrząc przez okno o mały włos nie zacząłem głośno protestować,
że owej gipsowej figurki nie używa się przecież na Boże Narodzenie. Po obiedzie
bardziej niż o wiosennym spacerze myślałem o ulepieniu bałwana, a Filip,
tradycyjnie, jak podczas każdej wizyty u Dziadków zapodał swój ulubiony, prawdziwie wielkanocny hit:
Karpia na szczęście na stole nie było. Sanki z Mikołajem też nie przyjechały.
To chyba pierwszy w historii Bonomuzy wpis o pogodzie.
Sytuacja w tym roku jest jednak naprawdę dziwna. Globalne ocieplenie mocno daje
się we znaki - w rundzie wiosennej Ekstraklasy, która kończy się za 3 kolejki
nie zdarzyło mi się jeszcze pójść na stadion bez zimowej kurtki. Kwiecień może
i plecień ale czas najwyższy aby wreszcie przyniósł trochę lata. Wesołych
Świąt!
Dawno nie oglądałem żadnej muzycznej telewizji. Na MTV od
dawna muzykę można znaleźć jedynie w nazwie stacji, na innych kanałach króluje
disco polo lub ewentualnie hity łupu cupu ze świata. Przez ostatnie dwa
weekendy nie mając sprecyzowanego pomysłu na to wrzucić do odtwarzacza trafiłem
przypadkowo na stację Stars TV. Zatrzymała mnie przy niej dawno nie słyszana
piosenka zespołu Big Day. Z opisu audycji wynikało, że prezentowane są w niej polskie
hity lat 90-tych. Kolejną godzinę spędziłem więc słuchając kawałków, które
pojawiły się w czasach, kiedy dopiero co zacząłem świadomie słuchać muzyki. Przypomniałem
sobie czasy, kiedy w sklepach pojawiły się pierwsze kasety Heya, Edyty
Bartosiewicz, Kasi Kowalskiej, ścieżkę dźwiękową Varius Manx do Młodych Wilków, Chłopców z Placu Broni zs ś.p. polskim Johnem Lennonem, IRĘ z Kubą Płuciszem, Makumbę, Rzekę Oddziału Zamkniętego i wiele innych fantastycznych
kawałków, których w większości nie uraczysz dziś w radio i które powstały w
czasach, gdy byłem beztroskim nastolatkiem. Jedna myśl niezmiennie wracała mi
do głowy: niezmiernie się cieszę, że z muzyką zacząłem się zaprzyjaźniać w
czasach, gdy powstawały tak piękne piosenki.
Zapewne ten tekst i to, że z rozrzewnieniem wspominam
"piosenki młodości" to znak, że się starzeję. Oby starzenie się
zawsze było takie przyjemne.
Od kilku godzin w sieci dostępny jest klip do najnowszej kompozycji MUSE zwiastującej nowy album, który trafi do sklepów za niecałe 3 miesiące. Zapowiada się rewelacyjne, muzyczne lato.A już niecały tydzień po premierze nowy materiał będzie można usłyszeć na żywo na warszawskim Służewcu podczas ostatniego dnia Orange Warsaw Festival. Radość tym większa, że brytyjskie trio po zdecydowanie mało udanych, jak dla mnie, eksperymentach na The 2nd Law najwyraźniej wraca do mocniejszego, gitarowego grania.
Ostatni tydzień urlopowałem się w odcięciu od wszelkiego kontaktu ze światem zewnętrznym. W efekcie dzisiejszy news będzie równie świeży, co zawinięta w gazetę makrela dojrzewająca tydzień na słońcu. Krótko więc i na temat: po 12 latach przerwy nowy studyjny album wyda BLUR. I to już za niecałe 2 miesięce, 27 kwietnia. Powiem szczerze, że tak, jak liczyłem na to podczas dwóch poprzednich, krótkich, koncertowych reaktywacji tego kwartetu, tak teraz jest to dla mnie mega zaskoczeniem i jednym z bardziej ekscytujących, muzycznych newsów od dawna, równie mocnym, co zeszłoroczne, niespodziewane udostępnienie nowego krążka U2.
Rock Werchter Festival ma w poniedziałek ma podać nazwę kolejnego headlinera, który pojawi się na belgijskiej scenie. Mam nieodparte wrażenie, że będą to 4 litery "BLUR" i że tuż po weekendzie zobaczymy je również w programie Orange Warsaw Festival. W oczekiwaniu na te pozytywne informacje posłuchajmy zapowiedzi nowego albumu Damona i spółki. Nie wiem,w która stronę panowie pójdą tym razem ale po tych 4 minutach czuję, że "będzie dobrze". A nawet zajebiście dobrze,
Muzyczna edukacja Fila zaczyna nabierać tempa. Na razie w dziewięćdziesięciu procentach ogranicza się do wyciągania płyt CD z półki i wkładania ich do odtwarzacza. Z jednej strony bardzo mnie to cieszy, z drugiej, niczym Kasia K. jestem coraz bardziej "pełny obaw" o swoją zbieraną ponad 20 lat kolekcję. W związku z otwarciem się Filipa na muzyczny świat dźwięki piosenek dziecięcych słychać u nas coraz rzadziej. Jako trzylatek rozpoznaje dwa zespoły: U2 oraz Placebo, ze zdecydowanym wskazaniem na ten pierwszy. Nie mam pojęcia skąd się mu to wzięło ;-D
Niemal zawsze gdy podczas samochodowej podróży wybrzmią pierwsze dźwięki Every Breaking Wave komentarz jest krótki: "o, ju tu". A jeśli aktualny singiel Bono i spółki nie pojawi się w głośnikach przez kilka minut bardzo szybko pada pytanie: "tato, kiedy będzie ju tu?". Nowe pokolenie fanów nadciąga! ;-)
Dokłądnie za cztery miesiące w Parku Sowińskiego wystąpi Body Count. Szczerze nie mogę się go doczekać. Nie dotarłem na koncert Ice-T i kolegów 20 lat temu, gdy byli w pełni twórczej mocy, tym razem jednak tego nie przegapię twardych tekstów o policjantów którzy jedzą "fakin donats" oraz przynajmniej trzech "madafaków" na minutę. Zupełnie poważnie spodziewam się sporej dawki czadu i mam nadzieję usłyszeć wiele kawałków z lat 90-tych. Kiedy dziś słucham Cop Killera czy Born Dead z jednej strony w uszy kole pokaźny powiew old schoolu i "twardość" dość żenujących tekstów płynących z głośników, z drugiej za każdym razem przekonuję się, że mimo upływu czasu te numery nie straciły nic ze swej mocy. I myślę, że na żywo kosić będą niczym koncerny farmaceutyczne w porze jesienno-zimowej. Jeśli nie znacie lub zapomnieliście jakim gangsta-twardzielem jest Ice-T posłuchajcie choćby legendarnego Born Dead.
Albo każdego dowolnego kawałka z albumu Cop Killer, chociażby jego pierwszych dwóch minut.
W tym roku mija 15 lat odkąd z taśmy produkcyjnej zjechał ostatni Fiat 126p - niedawne jeszcze marzenie milionów, odpalane czasem na szczotkę, z silnikiem umieszczonym z tyłu. Trzeba przyznać, że Maluch miał w sobie "to coś" a swego czasu był nawet naszym eksportowym hitem. Na własne oczy widziałem ów wehikuł na dwóch pozaeuropejskich kontynentach. Choć polska motoryzacja nie była mi obca nigdy Malucha nie miałem. Wolałem "wozić się" Polonezem i słowa złego o tym demonie prędkości i zwrotności powiedzieć nie dam. Podobnie zresztą pewnie jak panowie z Kasabian na temat Fiata 126p. Ich wspólna przygodę z monstrum z Bielsko Białej yacyzna się w trzeciej minucie teledysku do Re-Wired.
Na koniec
wspominek z roku 2014 czas na tradycyjna składankę podsumowującą minione 365
dni. Możecie posłuchać jej klikając na tytuły poszczególnych kawałków lub w
całości w poniższym okienku.
W roku 2014 odbył się
Mundial, najciekawszy jaki pamiętam, a pierwsze prześwity z mistrzostw świata
mam z Mexico '86. Song Shakiry, z którą zrobiliśmy wywiad w ramach Kaszana Song
Festival, po raz trzeci z rzędu był hymnem futbolowych mistrzostw świata.
Autor ów ckliwej i
chwytliwej pieśni wygrał chyba konkurs na najlepszy cover kawałka Roxette. I
choć pewnie jego plakaty zdobią głównie pokoje nastolatek ten numer chwyta
również i mnie.
Kasabian wykonało dość
niski ukłon w stronę muzyki elektronicznej i wyszło z tego obronną ręką. Treat
to tego najlepszy przykład. Koncert na Narodowym podczas Orange Warsaw Festival
był mega.
Piotr Rogucki zapuścił
wiejskie wąchy i udziela się jako juror w jednym z talent show. O nowej płycie
COMY na razie cicho, ten gościnny występ to jedyny ślad po twórczości PR. który
chwilowo niczym pies Saba wydaje się podążać niewłaściwą drogą.
Najważniejszym
muzycznym wydarzeniem, które w Polsce przeszło praktycznie bez echa, była
reaktywacja Nirvany przy okazji włączenia do Rock'n'Roll Hall of Fame w roku
dwudziestej rocznicy śmierci Kurta Cobaina. Z tej okazji zespół zagrał mini koncert.
Jestem pewien, że przy tym kawałku Kurt uśmiechał się od ucha do ucha.
Dwudziestą rocznicę
obchodził również Przystanek Woodstock, na który z radością wróciłem po 10
latach przerwy. To jedna z jego najpiękniejszych chwil..
Dwudziestolecie
obchodziła też płyta PRYMITYW. T.LOVE zaprezentował ją na żywo podczas
specjalnej trasy koncertowej. W Stodole nawet w oryginalnym składzie, z
Perkozem na gitarze. A przy okazji w 2014 obejrzeliśmy wiele naprawdę pięknych
meczów.
Od przyszłego roku
będziemy niestety obchodzić także smutną rocznicę. Po 45 latach od oryginalnego festiwalu Woodstock, kilka dni
przed końcem roku zmarł Joe Cocker. Nie mogło więc go zabraknąć w muzycznych
podsumowaniach roku 2014.
Bezapelacyjne najważniejszym muzycznym wydarzeniem zeszłego roku byłą reaktywacja Nirvany przy okazji przyjęcia zespołu do Rock'n'Roll Hall of Fame. I nie o samo wyróżnienie chodzi tylko o minim koncert, który przy tej okazji się odbył. Mowę wstępna wygłosił Michael Stipe, na scenie oprócz Krisa Novoselica i Dave'a Grohla pojawiły się m.in. Wendy o'Connor czyli matka Kurta oraz Courtney Love. Niesamowite wrażenie zrobiły na mnie słowa Dave Grohla, jego podziękowania dla rodziców, którzy pozwalali mu odnaleźć siebie oraz to jak należy podchodzić do idoli, to jak naprawdę mogą oni pomóc w życiu. Bez kitu ten kilkuset sekundowy speech to majstersztyk. Na deser zespół wykonał 5 utworów, każdy z inną wokalistką. Jestem przekonany, że gdyby Kurt usłyszał fenomenalne Smells Like Teen Spirit zaśpiewane przez Joan Jett byłby mega zadowolony i szczęśliwy. Niewiele gorzej wypadła Kim Gordom z Sonic Youth prezentując Aneurysm. Lithium w wykonaniu St. Vincent a zwłaszcza All Apologies z udziałęm Lorde podobały mi się znacznie mniej.
Mam wrażenie, że w Polsce temat ten przeszedł raczej bez echa. Namawiam do poświecenia 30 minut na poniższy film. Dla mnie to była prawdziwa podróż do przeszłości, przez chwilę znów miałem 15 lat, przypomniały mi się setki chwil spędzonych z Nirvaną, zdałem sobie sprawę, że mało którego zespołu słuchałem w życiu więcej.
W ramach zeszłorocznych wspominek dziś przyszedł czas na najbardziej "pojechany" teledysk, na jaki trafiłem ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Już wkrótce będziemy na Bonomuzie umieszczać wybrane, najciekawsze teledyski, zarówno klasyki jak i teraźniejsze. Niestety "w dzisiejszych czasach" coraz trudniej o oryginalny i ciekawy wiedoklip. Większość koncentruje się na prezentacji najnowszej mody w dziedzinie bielizny lub operacji plastycznych. Innymi słowy - niemal każdy teledysk "bez dupy się nie obejdzie". Poniższy, zagrany jednym ujęciem, klip Fat White Family również nie stanowi wyjątku. Wnosi jednak do sztuki teledysku nowe spojrzenie na ten aspekt. A poza wszystkim Touch That Leather to genialna piosenka.
Po fatalnej płycie No Line On The Horizon U2 wróciło na
jasną stronę muzycznego Księżyca. Dziwi mnie dość powszechna, tegoroczna mody
na hejtowanie Irlandczyków, do którego przyłączyło się także NME nominując Bono
na "wieśniaka roku" z powodu wypadku na rowerze i wysłania nową płytę
zespołu do wszystkich użytkowników sprzętu z jabłkiem bez ich zgody. Tak, jakby
skasowanie 11 plików stanowiło wielki problem. Zresztą najważniejsze, że nie
warto ich wyrzucać. Odstawiłem ten krążek na kilka tygodni aby móc go ocenić
już po minięciu radości z jej ukazania się. Nadal "działa"
bezbłędnie. To nie jest nowe Achtung Baby czy The Joshua Tree ale fajny
przegląd tego co panowie stworzyli przez ponad 30 lat już jak najbardziej.
MIEJSCE 2:
CURLY HEADS
- Ruby Dress Skinny Dog
To ta płyta zabrała Foo Fighters miejsce na podium. Wpadłem
na nią w grudniu, kiedy miejsce kapeli Dave'a Grohla w pierwszej trójce
tegorocznego zestawienia wydawało się niezagrożone. Dawida Podsiadło nie
przekonywał mnie swym songiem o wielokątach i w życiu nie spodziewałem się, że
wraz z zespołem może nagrać tak niesamowitą, krwisto rockową płytę. Tymczasem
debiut Curly Heads dosłownie poraża czadem, profesjonalizmem, ekspresyjnością i
ciekawymi melodiami. Dawno nie jarałem się tak bardzo polskim debiutem.
MIEJSCE 1:
ALT-J -
This Is All Yours
O ile pozycja płyt z miejsc 2-5 zmieniała się w mojej głowie
wielokrotnie to kandydat na zwycięstwo w tegorocznym zestawieniu pozostał
niezmienny. Drugi krążek ALT-J jest po prostu fenomenalny od pierwszego do
ostatniego dźwięku. Nowoczesny, urozmaicony, pełen pięknych melodii i
zaskakujących brzmień. Za każdym razem, gdy go włączę dosłownie przenosi mnie
na inną orbitę. Oby jak najwięcej takich płyt w rozpoczętym właśnie roku 2015.
W tym roku przesłuchałem zdecydowanie mniej płyt, niż bym chciał. Mam też wrażenie, że to było 365 dni pełne fantastycznych piosenek, bardziej niż świetnych, kompletnych albumów. Najlepsza dziesiątka prezentuje się jednak zacnie. Dziś miejsca od dziesiątego do czwartego. Podium jutro.
MIEJSCE 10.
ROYAL BLOOD – Royal Blood
Tegoroczny debiut w stylu The Black Keys. Mocny dosłownie i
w przenośni. Recenzja płyty już wkrótce.
MIEJSCE 9.
DAMON ALBARN – Everyday Robots
Damon Albarn w swoim spokojniejszym obliczu. Płyta pełna dojrzałych, refleksyjnych kompozycji. Nie do końca uśmierza jednak tęsknotę za BLUR. Recenzja w styczniu.
MIEJSCE 8.
TABU – Live at 20th Woodstock Festival
Po raz pierwszy w zestawieniu płyt roku pojawia się album koncertowy. Woodstockowy zapis z 1 sierpnia tego roku jest jednak fantastyczny i genialnie oddaje atmosferę największego polskiego muzycznego festiwalu.
MIEJSCE 7.
JACK WHITE -
Lazaretto
Pozycja, która daje z siebie tym więcej im więcej czasu jej
poświęcimy. Jack to, niczym Słowacki, artysta przez duże „A”. Swoim drugim
solowym krążkiem potweirdza ten status.
MIEJSCE 6.
FAMILY RAIN – Under The Volcano
Nagrania z tego krążka chodziły za mną z kolei przez całą zimę. Świetny debiut, który w roku 2015 mam nadzieję usłyszeć i zobaczyć w wersji live. Don’t Waste Your Time On Me to dla mnie tegoroczny następca Little Black Submarines.
MIEJSCE 5.
KASABIAN – 48:13
Ta płyta nie opuszczała mojego odtwarzacza niemal przez całe lato. Kasabian po raz kolejny udowodnili, że po pierwsze cały czas mają ochotę na muzyczne eksperymenty, a po drugie jakiegokolwiek muzycznego gatunku by nie tknęli wychodzi z tego smakowity kąsek. Choć przyznaję, że po kilkumiesięcznej przerwie w słuchaniu 48:13 całościowo kręci mnie ona mniej niż jej dwie Kasabianowe poprzedniczki.
MIEJSCE 4.
FOO FIGHTERS – Sonic Highways
Jeszcze do połowy grudnia byłem pewny, że ósmy krążek Dave’a Grohla i spółki znajdzie się na podium. Ostatecznie ląduje tuż poza nim. Bardzo żałuję, że w bonomuzianej klasyfikacji nie ma miejsc ex aequo, gdyż na Sonic Highways znajdziemy fantastyczną, mięsistą porcję rocka z dodatkiem pięknych melodii.
Ta płyta to jedna z największych tegorocznych pozytywnych muzycznych niespodzianek. Kiedy, jeszcze przed jej wydaniem, usłyszałem w radio promujący album Reconcile byłem pewny, iż to jakaś nowa brytyjska kapela. A kiedy kilka dni później dowiedziałem się, że jego twórcy nie dość, że są rodzimymi ziomami to w dodatku mają niewiele ponad 20 lat pomyślałem sobie, że na polskim rynku fonograficznym wydarzyło się coś bardzo ważnego. Moja radość potroiła się dodatkowo po pierwszym przesłuchaniu całego krążka, po którym okazało się, że promujący singiel nie był jedynie wypadkiem przy pracy. Panowie z Curly Heads stworzyli bowiem 40-minutowe rock'n'rollowe dzieło, które przejdzie do historii polskiej muzyki.
Której by się piosenki nie dotknąć pozostaje niewiele więcej jak zacząć bić brawo. Otwierające całość Love Again spokojnie wprowadza nas w świat gitarowej muzyki dając znak, iż będzie dobrze. Po singlowym Reconcile dostajemy pierwszy dowód na to, że mamy do czynienia z kompozytorami prawdziwie wysokich lotów. Sposób w jaki w trzecim na płycie kawału tytułowym, po spokojnych dwóch minutach "wybucha" refren i jak potem przeobraża się aż do końca utworu to prawdziwy majstersztyk. Podobnie zresztą jak...
Dawno nie słyszałem albumu tak pobudzającego wyobraźnię jak
This Is All Yours. Gdybym był dzieckiem to chciałbym, żeby każda muzyka do
każdej bajki brzmiała się tak jak Intro do drugiego album zespołu ALT-J. Rozpoczyna
się niczym śpiew budzących się elfów, po kilkunastu sekundach dołączają do nich
niższe głosy, piszczałka oraz coraz bardziej magiczne instrumenty i dźwięki.
Pierwszy kawałek tej płyty to mistrzostwo świata w kategorii
"przygotowanie do dalszego słuchania", jedno z najpiękniejszych
muzycznych otwarć, jakie kiedykolwiek wpadło mi w uszy. Intro płynnie
przechodzi w Arrival in Nara, cudownie piękną, spokojną i ciepłą kompozycję,
której każda sekunda to ciepły okład na serce, łyk wody na pustyni, pomocna
dłoń podana, gdy nie mamy już siły się wspinać. Podobne doznania towarzyszą nam
już po przybyciu do Nary, bo taki tytuł nosi trzecia ścieżka This Is All Yours.
Robi się nieco bardziej tajemniczo, dzięki orientalnym nieco współbrzmieniom i
czarodziejskim głosom zaskakującymi co kilkanaście sekund zmianą barwy. Tu
brzdąknie fortepian, tam uderzy mocno przesterowany bas tylko po to by za
chwilę a capella mógł wybrzmieć wokal w rejestrze bliskim sopranowi. Z jeszcze
większym kosmosem mamy do czynienia w Every Other Freckle, niespełna
czterominutowej symfonii. Trudno opisać słowami co dzieje się w tym kawałku.
Przez pierwsze 15 sekund mamy wrażenie zbliżającego się do nas w szybkim tempie
obiektu, którym okazuje się pokojowo nastawiony, śpiewający skrzat, który jak
po chwili się przekonujemy nie jest sam. Jego towarzysze przywieźli ze sobą moc
niesamowitych, oryginalnych brzmień, zarówno tych melodyjnych jak i
brzęczących. I kiedy wnikniemy już w ich świat utwór ten zaczyna się jakby od
nowa, fragmentem rodem z barokowego dworu i tańczonego tam menueta. Po ostatnim
ukłonie robi się coraz bardziej mrocznie, brzęczenia zdecydowanie wychodzą na
pierwszy plan i kiedy spodziewamy się kolejnego menueta nasze uszy atakuje
najbardziej abstrakcyjno-kosmiczne dźwiękowe
tegoroczne 15 sekund. To prawdziwe muzyczne LSD...
Święta, Święta i...no właśnie. Niespełna godzinę temu doszło do mnie, że czegoś w tegorocznym fiestowaniu mi zabrakło. Opłatek, kapusta, pirogen, borszcz, gifty, Mikołaj, rodzinne spotkania... Wszystko było. Nawet śnieg spadł wczoraj. A jednak , niczym "w powietrzu czuję, czegoś mi brakuje", Niczym Urszuli pozostaje spytać "czego wciąż mi brak"? Siedziłem, kminiłem, aż stała się jasność. W tym roku ani razu, naprawdę ANI RAZU nie usłyszałem w radio Last Christmas. A Święta bez Wham to jak karp bez ości, jak lód bez wafelka, jak gofer bez bitej. Kiszka, jednym słowem. Dla wszystkich Was, którym również zabrakło ów magicznych dźwięków, na niespełna 4 godziny przed końcem Świąt Bonomuza przychodzi z pomocą. Specjalnie dla Was: LAS KRISMES!
Jeśli ktoś z Was nie słyszał dotąd zespołu TABU to oto
nadarza się świetna okazja do nadrobienia tej zaległości. Od kilku tygodni
dostępny jest bowiem zapis koncertu Wodzisławian z tegorocznego Przystanku
Woodstock. Jest to fantastyczna piguła słonecznej, radosnej muzyki reggae, z
fantastyczną, stanowiącą prawdziwe greatest hits setlistą. Fenomenalne -
energetyczne i czyste - wykonanie piosenek, reakcje kilkusettysięcznej
publiczności sprawia, że już po kilku pierwszych dźwiękach możemy mentalnie
cofnąć się o kilka miesięcy wstecz i przenieść się do Kostrzyna, nawet jeśli 1
sierpnia 2014 roku nie byliśmy świadkiem tego koncertu.
Każdy kolejny numer na tej płycie wlewa w duszę kolejną
porcję ciepła. Intro z muzycznym motywem znanym z Pulp Fiction, Bang Bang, Nie
Chcę Umierać, Naga Prawda oraz Chodź Ze Mną - po takim początku nawet ogrodowy
krasnal zaczyna gibać się niczym "wiecie jaki Rezus" w Chłopaki Nie
Płaczą. Zespół TABU ma cudowny zwyczaj grania swoich piosenek blokami - bez
przerwy między nimi. Taką właśnie 15-minutową porcję nieprzerwanej muzy mamy
okazję tu usłyszeć na ścieżce numer sześć noszącej tytuł 5 Bomb. Ten kwadrans
to jedna z najlepszych porcji muzycznej endorfiny, jaką słyszałem w tym roku.
Argumenty, Salut, Dziękuje Ci Jah, Wojownik oraz Love Fill My Soul - oto jej
składniki. Pamiętam, że w ten sierpniowy upalny dzień cudownej muzycznej bomby
Kostrzyn stał się miejscem z największym natężeniem szczęśliwych ludzi na metr
kwadratowy na całym świecie. Przypominam sobie, że zaraz po niej przez dobrą
minutę "śledziłem" straż pożarną jadącą wśród tłumu i schładzająca
chętnych strumieniem zimnej wody. Dzięki temu podczas finału, na który złożyły
się fenomenalne Nie Bój Się oraz Tyle Mam znów mogłem osiągać rekordy w
konkurencji "wyskok z miejsca". To jak ten ostatni numer brzmi
wyśpiewany przez woodstockową publiczność sprawia iż za każdym razem przechodzą
mnie ciarki, nie mam najmniejszej wątpliwości, że zespół zapamięta te chwile do
końca życia. Na płycie znajdziemy również audio z wręczenia im nagrody Złotego
Bączka oraz wykonany na bis Jak Dobrze Cię Widzieć oraz jeden utwór z koncertu
na scenie folkowej w roku 2013. Z całego serca polecam te 66 fantastycznej
muzyki!
Kilka godzin temu zmarł Joe Cocker. Niestety nigdy nie udało mi się usłyszeć go na żywo. Pamiętam, że w czasie mojej drugiej klasy liceum liceum, prawie 20 lat temu kilkoro znajomych szło na jego koncert na Stadionie Gwardii. I pamiętam też, że dziwiłem się wtedy, że wydają całe kieszonkowe na koncert "dziadka". Tymczasem lata mijały, studia się skończyły a Joe nadal nagrywał i występował.
Ten artysta kojarzy mi się jednak z dziesiątkami godzin spędzonymi przy najlepszym serialu, jaki kiedykolwiek widziałem. Piosenka Beatlesów w jego wykonaniu rozpoczynała bowiem każdy odcinek Cudownych Lat. Dzięki temu czołówkę oglądałem zawsze z równie zapartym tchem kolejne przygody Kevina i spółki. Dziękuje Ci Joe!
Sonic Highways to kolejna płyta Foo
Fighters, która przypomina mi dlaczego ponad 20 lat temu zacząłem słuchać
rockowej muzyki, o tym jaką moc ma gitarowy czad, jak świetnie i świeżo można
brzmieć bez instrumentów klawiszowych. Jest w tym zespole coś pięknie
oldschoolowego, pewna prostota i bezkompromisowość a jednocześnie umiejętność
łączenia mocnych riffów z chwytliwymi melodiami. Chociaż brak tu kawałków
tanecznych podczas słuchania Sonic Highways trudno usiedzieć nie
"przytupując nóżką".
Singlowy Something From Nothing to idealny
kandydat na otwarcie albumu. Niczym w wierszu Tuwima "najpierw powoli, jak
żółw ociężale" wprowadza w słuchaczy w dobry nastrój, następnie
wzmocnionym wokalem przygotowuje na to co będzie działo się w dalszej części
płyty, by zakończyć utwór kompletną młócką. Wracając jeszcze do czasów, gdy
ledwo co miałem jedynkę z przodu, gdyby ta piosenka istniała na początku lat
90-tych byłaby koszmarem wszystkich tańczących wolne piosenki na kolonijnych
lub szkolnych dyskotekach. Pamiętacie te kawałki, przy których z
tango-przytulango niespodziewanie trzeba było zacząć "tańczyć
normalnie", przejść do pogo lub rżnąć głupa i bujać się dalej wbrew
zmianie rytmu?
Podobnych zmyłem pozbawiony jest płytowy
numer 2 - The Feast and the Famine. Tu wszystko jasne jest od początku, od...