W tym roku mija 15 lat odkąd z taśmy produkcyjnej zjechał ostatni Fiat 126p - niedawne jeszcze marzenie milionów, odpalane czasem na szczotkę, z silnikiem umieszczonym z tyłu. Trzeba przyznać, że Maluch miał w sobie "to coś" a swego czasu był nawet naszym eksportowym hitem. Na własne oczy widziałem ów wehikuł na dwóch pozaeuropejskich kontynentach. Choć polska motoryzacja nie była mi obca nigdy Malucha nie miałem. Wolałem "wozić się" Polonezem i słowa złego o tym demonie prędkości i zwrotności powiedzieć nie dam. Podobnie zresztą pewnie jak panowie z Kasabian na temat Fiata 126p. Ich wspólna przygodę z monstrum z Bielsko Białej yacyzna się w trzeciej minucie teledysku do Re-Wired.
wtorek, 20 stycznia 2015
niedziela, 11 stycznia 2015
SKŁADANKA "BEST OF BONOMUZA 2014"
Na koniec
wspominek z roku 2014 czas na tradycyjna składankę podsumowującą minione 365
dni. Możecie posłuchać jej klikając na tytuły poszczególnych kawałków lub w
całości w poniższym okienku.
1. FAMILY RAIN - Don't Waste Your Time On Me
Pierwszy kawałek,
który w zeszłym roku "chodził za mną" przez kilka tygodni.
W 2014 ponownie
uwierzyłem w swój ulubiony zespół. A ta wersja, która usłyszałem niemal 2
miesiące po premierzy płyty po prostu wbiła mnie w fotel.
Solówka kończąca to
combo to najpiękniejsze muzyczne 30 sekund tego roku.
Muzyczne LSD,
przedstawiciel najlepszego albumu A.D. 2014.
To z kolei najlepszy
kawałek z ciekawego debiutu w stylu The Black Keys.
Jeden z lepszych
reprezentantów smutno-dojrzałej płyty wokalisty BLUR.
Jacek Biały może nie
rzucił na kolana swoim drugim solowym albumem ale umieścił ta kilka naprawdę
dobrych kawałków. Między innymi ten.
Największe muzyczne
zaskoczenie zeszłego roku. Najlepszy polski debiut od lat, kariera zagranicą
niemalże murowana.
W roku 2014 odbył się
Mundial, najciekawszy jaki pamiętam, a pierwsze prześwity z mistrzostw świata
mam z Mexico '86. Song Shakiry, z którą zrobiliśmy wywiad w ramach Kaszana Song
Festival, po raz trzeci z rzędu był hymnem futbolowych mistrzostw świata.
Autor ów ckliwej i
chwytliwej pieśni wygrał chyba konkurs na najlepszy cover kawałka Roxette. I
choć pewnie jego plakaty zdobią głównie pokoje nastolatek ten numer chwyta
również i mnie.
11. KASABIAN - Treat
Kasabian wykonało dość
niski ukłon w stronę muzyki elektronicznej i wyszło z tego obronną ręką. Treat
to tego najlepszy przykład. Koncert na Narodowym podczas Orange Warsaw Festival
był mega.
Absolutny numer 1 w
kategorii "najbardziej odczapowy klip roku".
Apetyczny zwiastun
nadchodzącej płyty i koncertu w Polsce. Czyżby na Orange Warsaw Festival?
Zwycięzca w kategorii
tekstowy suspens roku - "Nie pozwolę ci mnie opuścić nawet gdybym miał się
....". Zmienić. Tiaaaaaa.
Piotr Rogucki zapuścił
wiejskie wąchy i udziela się jako juror w jednym z talent show. O nowej płycie
COMY na razie cicho, ten gościnny występ to jedyny ślad po twórczości PR. który
chwilowo niczym pies Saba wydaje się podążać niewłaściwą drogą.
Najważniejszym
muzycznym wydarzeniem, które w Polsce przeszło praktycznie bez echa, była
reaktywacja Nirvany przy okazji włączenia do Rock'n'Roll Hall of Fame w roku
dwudziestej rocznicy śmierci Kurta Cobaina. Z tej okazji zespół zagrał mini koncert.
Jestem pewien, że przy tym kawałku Kurt uśmiechał się od ucha do ucha.
Dwudziestą rocznicę
obchodził również Przystanek Woodstock, na który z radością wróciłem po 10
latach przerwy. To jedna z jego najpiękniejszych chwil..
18. T.LOVE- Mecz
Dwudziestolecie
obchodziła też płyta PRYMITYW. T.LOVE zaprezentował ją na żywo podczas
specjalnej trasy koncertowej. W Stodole nawet w oryginalnym składzie, z
Perkozem na gitarze. A przy okazji w 2014 obejrzeliśmy wiele naprawdę pięknych
meczów.
poniedziałek, 5 stycznia 2015
MUZYCZNE WYDARZENIE ROKU 2014 - REAKTYWACJA NIRVANY
Bezapelacyjne najważniejszym muzycznym wydarzeniem zeszłego roku byłą reaktywacja Nirvany przy okazji przyjęcia zespołu do Rock'n'Roll Hall of Fame. I nie o samo wyróżnienie chodzi tylko o minim koncert, który przy tej okazji się odbył. Mowę wstępna wygłosił Michael Stipe, na scenie oprócz Krisa Novoselica i Dave'a Grohla pojawiły się m.in. Wendy o'Connor czyli matka Kurta oraz Courtney Love. Niesamowite wrażenie zrobiły na mnie słowa Dave Grohla, jego podziękowania dla rodziców, którzy pozwalali mu odnaleźć siebie oraz to jak należy podchodzić do idoli, to jak naprawdę mogą oni pomóc w życiu. Bez kitu ten kilkuset sekundowy speech to majstersztyk. Na deser zespół wykonał 5 utworów, każdy z inną wokalistką. Jestem przekonany, że gdyby Kurt usłyszał fenomenalne Smells Like Teen Spirit zaśpiewane przez Joan Jett byłby mega zadowolony i szczęśliwy. Niewiele gorzej wypadła Kim Gordom z Sonic Youth prezentując Aneurysm. Lithium w wykonaniu St. Vincent a zwłaszcza All Apologies z udziałęm Lorde podobały mi się znacznie mniej.
Mam wrażenie, że w Polsce temat ten przeszedł raczej bez echa. Namawiam do poświecenia 30 minut na poniższy film. Dla mnie to była prawdziwa podróż do przeszłości, przez chwilę znów miałem 15 lat, przypomniały mi się setki chwil spędzonych z Nirvaną, zdałem sobie sprawę, że mało którego zespołu słuchałem w życiu więcej.
niedziela, 4 stycznia 2015
NAJBARDZIEJ POJECHANY KLIP ROKU 2014
W ramach zeszłorocznych wspominek dziś przyszedł czas na najbardziej "pojechany" teledysk, na jaki trafiłem ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Już wkrótce będziemy na Bonomuzie umieszczać wybrane, najciekawsze teledyski, zarówno klasyki jak i teraźniejsze. Niestety "w dzisiejszych czasach" coraz trudniej o oryginalny i ciekawy wiedoklip. Większość koncentruje się na prezentacji najnowszej mody w dziedzinie bielizny lub operacji plastycznych. Innymi słowy - niemal każdy teledysk "bez dupy się nie obejdzie". Poniższy, zagrany jednym ujęciem, klip Fat White Family również nie stanowi wyjątku. Wnosi jednak do sztuki teledysku nowe spojrzenie na ten aspekt. A poza wszystkim Touch That Leather to genialna piosenka.
piątek, 2 stycznia 2015
NOWOROCZNIE...
W rozpoczętym wczoraj roku 2015 życzę wszystkim czytelnikom Bonomuzy wielu
radosnych i pełnych wszechogarniającego szczęścia chwil, a także:
- jak najmniej reklam w stylu
http://bonomuza.blogspot.com/2014/12/smuteczekwaczone-niskie-ceny.html
http://bonomuza.blogspot.com/2014/12/smuteczekwaczone-niskie-ceny.html
- niekończących się sukcesów, także sportowych takich jak
- muzycznych festiwali z klimatem jak na
- wesołych podróży
- hucznego celebrowania ważnych rocznic
- proroczych snów
- setki równie cudownych płyt jak
- oraz tysięcy piosenek z podobnym ładunkiem piękna co:
czwartek, 1 stycznia 2015
PŁYTY ROKU 2014 - PODIUM

MIEJSCE 3:
U2 - Songs Of Innocence
Po fatalnej płycie No Line On The Horizon U2 wróciło na
jasną stronę muzycznego Księżyca. Dziwi mnie dość powszechna, tegoroczna mody
na hejtowanie Irlandczyków, do którego przyłączyło się także NME nominując Bono
na "wieśniaka roku" z powodu wypadku na rowerze i wysłania nową płytę
zespołu do wszystkich użytkowników sprzętu z jabłkiem bez ich zgody. Tak, jakby
skasowanie 11 plików stanowiło wielki problem. Zresztą najważniejsze, że nie
warto ich wyrzucać. Odstawiłem ten krążek na kilka tygodni aby móc go ocenić
już po minięciu radości z jej ukazania się. Nadal "działa"
bezbłędnie. To nie jest nowe Achtung Baby czy The Joshua Tree ale fajny
przegląd tego co panowie stworzyli przez ponad 30 lat już jak najbardziej.
MIEJSCE 2:
CURLY HEADS
- Ruby Dress Skinny Dog
To ta płyta zabrała Foo Fighters miejsce na podium. Wpadłem
na nią w grudniu, kiedy miejsce kapeli Dave'a Grohla w pierwszej trójce
tegorocznego zestawienia wydawało się niezagrożone. Dawida Podsiadło nie
przekonywał mnie swym songiem o wielokątach i w życiu nie spodziewałem się, że
wraz z zespołem może nagrać tak niesamowitą, krwisto rockową płytę. Tymczasem
debiut Curly Heads dosłownie poraża czadem, profesjonalizmem, ekspresyjnością i
ciekawymi melodiami. Dawno nie jarałem się tak bardzo polskim debiutem.
MIEJSCE 1:
ALT-J -
This Is All Yours
O ile pozycja płyt z miejsc 2-5 zmieniała się w mojej głowie
wielokrotnie to kandydat na zwycięstwo w tegorocznym zestawieniu pozostał
niezmienny. Drugi krążek ALT-J jest po prostu fenomenalny od pierwszego do
ostatniego dźwięku. Nowoczesny, urozmaicony, pełen pięknych melodii i
zaskakujących brzmień. Za każdym razem, gdy go włączę dosłownie przenosi mnie
na inną orbitę. Oby jak najwięcej takich płyt w rozpoczętym właśnie roku 2015.
środa, 31 grudnia 2014
PŁYTY ROKU 2014 - MIEJSCA 10-4
W tym roku przesłuchałem zdecydowanie mniej płyt, niż bym chciał. Mam też wrażenie, że to było 365 dni pełne fantastycznych piosenek, bardziej niż świetnych, kompletnych albumów. Najlepsza dziesiątka prezentuje się jednak zacnie. Dziś miejsca od dziesiątego do czwartego. Podium jutro.
MIEJSCE 10.
ROYAL BLOOD – Royal Blood
Tegoroczny debiut w stylu The Black Keys. Mocny dosłownie i
w przenośni. Recenzja płyty już wkrótce.
MIEJSCE 9.
DAMON ALBARN – Everyday Robots
Damon Albarn w swoim spokojniejszym obliczu. Płyta pełna dojrzałych, refleksyjnych kompozycji. Nie do końca uśmierza jednak tęsknotę za BLUR. Recenzja w styczniu.
MIEJSCE 8.
TABU – Live at 20th Woodstock Festival
Po raz pierwszy w zestawieniu płyt roku pojawia się album koncertowy. Woodstockowy zapis z 1 sierpnia tego roku jest jednak fantastyczny i genialnie oddaje atmosferę największego polskiego muzycznego festiwalu.
MIEJSCE 7.
JACK WHITE -
Lazaretto
Pozycja, która daje z siebie tym więcej im więcej czasu jej
poświęcimy. Jack to, niczym Słowacki, artysta przez duże „A”. Swoim drugim
solowym krążkiem potweirdza ten status.
MIEJSCE 6.
FAMILY RAIN – Under The Volcano
MIEJSCE 5.
KASABIAN – 48:13
Ta płyta nie opuszczała mojego odtwarzacza niemal przez całe lato. Kasabian po raz kolejny udowodnili, że po pierwsze cały czas mają ochotę na muzyczne eksperymenty, a po drugie jakiegokolwiek muzycznego gatunku by nie tknęli wychodzi z tego smakowity kąsek. Choć przyznaję, że po kilkumiesięcznej przerwie w słuchaniu 48:13 całościowo kręci mnie ona mniej niż jej dwie Kasabianowe poprzedniczki.
MIEJSCE 4.
FOO FIGHTERS – Sonic Highways
Jeszcze do połowy grudnia byłem pewny, że ósmy krążek Dave’a Grohla i spółki znajdzie się na podium. Ostatecznie ląduje tuż poza nim. Bardzo żałuję, że w bonomuzianej klasyfikacji nie ma miejsc ex aequo, gdyż na Sonic Highways znajdziemy fantastyczną, mięsistą porcję rocka z dodatkiem pięknych melodii.
wtorek, 30 grudnia 2014
CURLY HEADS - RUBY DRESS SKINNY DOG
Etykiety:
RECENZJE
Ta płyta to jedna z największych tegorocznych pozytywnych muzycznych niespodzianek. Kiedy, jeszcze przed jej wydaniem, usłyszałem w radio promujący album Reconcile byłem pewny, iż to jakaś nowa brytyjska kapela. A kiedy kilka dni później dowiedziałem się, że jego twórcy nie dość, że są rodzimymi ziomami to w dodatku mają niewiele ponad 20 lat pomyślałem sobie, że na polskim rynku fonograficznym wydarzyło się coś bardzo ważnego. Moja radość potroiła się dodatkowo po pierwszym przesłuchaniu całego krążka, po którym okazało się, że promujący singiel nie był jedynie wypadkiem przy pracy. Panowie z Curly Heads stworzyli bowiem 40-minutowe rock'n'rollowe dzieło, które przejdzie do historii polskiej muzyki.
Której by się piosenki nie dotknąć pozostaje niewiele więcej jak zacząć bić brawo. Otwierające całość Love Again spokojnie wprowadza nas w świat gitarowej muzyki dając znak, iż będzie dobrze. Po singlowym Reconcile dostajemy pierwszy dowód na to, że mamy do czynienia z kompozytorami prawdziwie wysokich lotów. Sposób w jaki w trzecim na płycie kawału tytułowym, po spokojnych dwóch minutach "wybucha" refren i jak potem przeobraża się aż do końca utworu to prawdziwy majstersztyk. Podobnie zresztą jak...
sobota, 27 grudnia 2014
ALT-J - THIS IS ALL YOURS
Etykiety:
RECENZJE
Dawno nie słyszałem albumu tak pobudzającego wyobraźnię jak
This Is All Yours. Gdybym był dzieckiem to chciałbym, żeby każda muzyka do
każdej bajki brzmiała się tak jak Intro do drugiego album zespołu ALT-J. Rozpoczyna
się niczym śpiew budzących się elfów, po kilkunastu sekundach dołączają do nich
niższe głosy, piszczałka oraz coraz bardziej magiczne instrumenty i dźwięki.
Pierwszy kawałek tej płyty to mistrzostwo świata w kategorii
"przygotowanie do dalszego słuchania", jedno z najpiękniejszych
muzycznych otwarć, jakie kiedykolwiek wpadło mi w uszy. Intro płynnie
przechodzi w Arrival in Nara, cudownie piękną, spokojną i ciepłą kompozycję,
której każda sekunda to ciepły okład na serce, łyk wody na pustyni, pomocna
dłoń podana, gdy nie mamy już siły się wspinać. Podobne doznania towarzyszą nam
już po przybyciu do Nary, bo taki tytuł nosi trzecia ścieżka This Is All Yours.
Robi się nieco bardziej tajemniczo, dzięki orientalnym nieco współbrzmieniom i
czarodziejskim głosom zaskakującymi co kilkanaście sekund zmianą barwy. Tu
brzdąknie fortepian, tam uderzy mocno przesterowany bas tylko po to by za
chwilę a capella mógł wybrzmieć wokal w rejestrze bliskim sopranowi. Z jeszcze
większym kosmosem mamy do czynienia w Every Other Freckle, niespełna
czterominutowej symfonii. Trudno opisać słowami co dzieje się w tym kawałku.
Przez pierwsze 15 sekund mamy wrażenie zbliżającego się do nas w szybkim tempie
obiektu, którym okazuje się pokojowo nastawiony, śpiewający skrzat, który jak
po chwili się przekonujemy nie jest sam. Jego towarzysze przywieźli ze sobą moc
niesamowitych, oryginalnych brzmień, zarówno tych melodyjnych jak i
brzęczących. I kiedy wnikniemy już w ich świat utwór ten zaczyna się jakby od
nowa, fragmentem rodem z barokowego dworu i tańczonego tam menueta. Po ostatnim
ukłonie robi się coraz bardziej mrocznie, brzęczenia zdecydowanie wychodzą na
pierwszy plan i kiedy spodziewamy się kolejnego menueta nasze uszy atakuje
najbardziej abstrakcyjno-kosmiczne dźwiękowe
tegoroczne 15 sekund. To prawdziwe muzyczne LSD...piątek, 26 grudnia 2014
ŚWIĘTA - BRAKUJĄCE OGNIWO
Święta, Święta i...no właśnie. Niespełna godzinę temu doszło do mnie, że czegoś w tegorocznym fiestowaniu mi zabrakło. Opłatek, kapusta, pirogen, borszcz, gifty, Mikołaj, rodzinne spotkania... Wszystko było. Nawet śnieg spadł wczoraj. A jednak , niczym "w powietrzu czuję, czegoś mi brakuje", Niczym Urszuli pozostaje spytać "czego wciąż mi brak"? Siedziłem, kminiłem, aż stała się jasność. W tym roku ani razu, naprawdę ANI RAZU nie usłyszałem w radio Last Christmas. A Święta bez Wham to jak karp bez ości, jak lód bez wafelka, jak gofer bez bitej. Kiszka, jednym słowem. Dla wszystkich Was, którym również zabrakło ów magicznych dźwięków, na niespełna 4 godziny przed końcem Świąt Bonomuza przychodzi z pomocą. Specjalnie dla Was: LAS KRISMES!
czwartek, 25 grudnia 2014
TABU - LIVE AT 20TH WOODSTOCK
Etykiety:
RECENZJE
Jeśli ktoś z Was nie słyszał dotąd zespołu TABU to oto
nadarza się świetna okazja do nadrobienia tej zaległości. Od kilku tygodni
dostępny jest bowiem zapis koncertu Wodzisławian z tegorocznego Przystanku
Woodstock. Jest to fantastyczna piguła słonecznej, radosnej muzyki reggae, z
fantastyczną, stanowiącą prawdziwe greatest hits setlistą. Fenomenalne -
energetyczne i czyste - wykonanie piosenek, reakcje kilkusettysięcznej
publiczności sprawia, że już po kilku pierwszych dźwiękach możemy mentalnie
cofnąć się o kilka miesięcy wstecz i przenieść się do Kostrzyna, nawet jeśli 1
sierpnia 2014 roku nie byliśmy świadkiem tego koncertu.
Każdy kolejny numer na tej płycie wlewa w duszę kolejną
porcję ciepła. Intro z muzycznym motywem znanym z Pulp Fiction, Bang Bang, Nie
Chcę Umierać, Naga Prawda oraz Chodź Ze Mną - po takim początku nawet ogrodowy
krasnal zaczyna gibać się niczym "wiecie jaki Rezus" w Chłopaki Nie
Płaczą. Zespół TABU ma cudowny zwyczaj grania swoich piosenek blokami - bez
przerwy między nimi. Taką właśnie 15-minutową porcję nieprzerwanej muzy mamy
okazję tu usłyszeć na ścieżce numer sześć noszącej tytuł 5 Bomb. Ten kwadrans
to jedna z najlepszych porcji muzycznej endorfiny, jaką słyszałem w tym roku.
Argumenty, Salut, Dziękuje Ci Jah, Wojownik oraz Love Fill My Soul - oto jej
składniki. Pamiętam, że w ten sierpniowy upalny dzień cudownej muzycznej bomby
Kostrzyn stał się miejscem z największym natężeniem szczęśliwych ludzi na metr
kwadratowy na całym świecie. Przypominam sobie, że zaraz po niej przez dobrą
minutę "śledziłem" straż pożarną jadącą wśród tłumu i schładzająca
chętnych strumieniem zimnej wody. Dzięki temu podczas finału, na który złożyły
się fenomenalne Nie Bój Się oraz Tyle Mam znów mogłem osiągać rekordy w
konkurencji "wyskok z miejsca". To jak ten ostatni numer brzmi
wyśpiewany przez woodstockową publiczność sprawia iż za każdym razem przechodzą
mnie ciarki, nie mam najmniejszej wątpliwości, że zespół zapamięta te chwile do
końca życia. Na płycie znajdziemy również audio z wręczenia im nagrody Złotego
Bączka oraz wykonany na bis Jak Dobrze Cię Widzieć oraz jeden utwór z koncertu
na scenie folkowej w roku 2013. Z całego serca polecam te 66 fantastycznej
muzyki!
poniedziałek, 22 grudnia 2014
DZIĘKI JOE!
Kilka godzin temu zmarł Joe Cocker. Niestety nigdy nie udało mi się usłyszeć go na żywo. Pamiętam, że w czasie mojej drugiej klasy liceum liceum, prawie 20 lat temu kilkoro znajomych szło na jego koncert na Stadionie Gwardii. I pamiętam też, że dziwiłem się wtedy, że wydają całe kieszonkowe na koncert "dziadka". Tymczasem lata mijały, studia się skończyły a Joe nadal nagrywał i występował.
Ten artysta kojarzy mi się jednak z dziesiątkami godzin spędzonymi przy najlepszym serialu, jaki kiedykolwiek widziałem. Piosenka Beatlesów w jego wykonaniu rozpoczynała bowiem każdy odcinek Cudownych Lat. Dzięki temu czołówkę oglądałem zawsze z równie zapartym tchem kolejne przygody Kevina i spółki. Dziękuje Ci Joe!
niedziela, 21 grudnia 2014
FOO FIGHTERS - SONIC HIGHWAYS
Etykiety:
RECENZJE
Sonic Highways to kolejna płyta Foo
Fighters, która przypomina mi dlaczego ponad 20 lat temu zacząłem słuchać
rockowej muzyki, o tym jaką moc ma gitarowy czad, jak świetnie i świeżo można
brzmieć bez instrumentów klawiszowych. Jest w tym zespole coś pięknie
oldschoolowego, pewna prostota i bezkompromisowość a jednocześnie umiejętność
łączenia mocnych riffów z chwytliwymi melodiami. Chociaż brak tu kawałków
tanecznych podczas słuchania Sonic Highways trudno usiedzieć nie
"przytupując nóżką".
Singlowy Something From Nothing to idealny
kandydat na otwarcie albumu. Niczym w wierszu Tuwima "najpierw powoli, jak
żółw ociężale" wprowadza w słuchaczy w dobry nastrój, następnie
wzmocnionym wokalem przygotowuje na to co będzie działo się w dalszej części
płyty, by zakończyć utwór kompletną młócką. Wracając jeszcze do czasów, gdy
ledwo co miałem jedynkę z przodu, gdyby ta piosenka istniała na początku lat
90-tych byłaby koszmarem wszystkich tańczących wolne piosenki na kolonijnych
lub szkolnych dyskotekach. Pamiętacie te kawałki, przy których z
tango-przytulango niespodziewanie trzeba było zacząć "tańczyć
normalnie", przejść do pogo lub rżnąć głupa i bujać się dalej wbrew
zmianie rytmu?
Podobnych zmyłem pozbawiony jest płytowy
numer 2 - The Feast and the Famine. Tu wszystko jasne jest od początku, od...
wtorek, 9 grudnia 2014
SMUTECZEK...WŁĄCZONE NISKIE CENY !!!
Żenująca jest każda sekunda tej
radiowej pseudo-reklamy. "Chciałabym podzielić się z wami piosenką, która
ostatnio chodzi mi po głowie" - zaczyna Ewelyna. Po czym zaczyna
wrzeszczeć swój song z kretyńsko przerobionym tekstem. Zamiast w stronę Słońca
rozpędza się w kierunku sprzętu AGD i RTV.
Miałem dać spokój z tym postem, przeczekać. Kiedyś te niskie
ceny wyłączą, Mikołajki przejdą, zniknie też ten reklamowy gniot - myślałem.
Nic z tego. Wczoraj znowu wrzask zaatakował mnie z wielu radiowych anten, nie
było częstotliwości, które nie ogłaszałaby by codziennych niskich cen. Dziś, o
zgrozo, zobaczyłem go również w telewizji. Trzeba niestety założyć, że do
Wigilii lekko nie będzie.
Jako konsumenci mamy jednak możliwość reagowania na podobną
żenadę. Niniejszym uroczyście ogłaszam choćby ów sklepowy ekspert wyłączył ceny
totalnie, nie kupię tam nawet baterii "paluszków", pustej płyty cd
czy choćby jednorazowej foliowej torebki. Bo o tym, że da się zareklamować
sklep z identycznym asortymentem w niebanalny i zabawny sposób świadczy choćby
radiowa propozycja jednego z konkurentów: "tato jest szynka? NIE!".
piątek, 28 listopada 2014
J-23 JUŻ NIE NADAJE
Wczoraj rano usłyszałem w radio, że w wieku 85 lat zmarł Stanisław Mikulski - legendarny, serialowy Hans Kloss. Oglądałem niemal wszystkie odcinki po kilkanaście razy i do dziś patrzę na nie z przyjemnością, kiedy trafię na nie przypadkiem w telewizji. Jest coś fenomenalnego w tym jak ten serial został nakręcony, scenariusz, światło, gra aktorska. Wszystko to, mimo upływu pół wieku nadal działa fantastycznie. No i muzyka, charakterystyczna niczym motyw z Jamesa Bonda, dramatyczna, pełna emocji, genialna.
Szacun Panie Stanisławie, dobrego życia po drugiej stronie.
poniedziałek, 17 listopada 2014
FESTIWALOWO
Do Świąt pozostał nieco ponad miesiąc, czas najwyższy powoli pospekulować na temat przyszłorocznych letnich festiwali. Tym bardziej, że niektóre z nich ogłosiły już pierwszych wykonawców. Fani The Strokes, chcąc zobaczyć swych idoli powinni zjawić sie w ostatni weekend maja w Barcelonie na Primavera Sound. MUSE to z kolei pierwsza gwiazda lizbońskiego Optimus Alive, na którego scenie tego samego dnia pojawią sie panowie z ALT-J. Niemcy podali nawet już zdecydowaną większość gwiazd, które pojawią się na ich scenach. Headlinerami Rock im Park będą Slipknot, Die Toten Hosen oraz Foo Fighters. Zespół Dave'a Grohla jest też pierwszym potwierdzoną artystą belgijskiego Rock Werchter, który właśnie specjalnie dla tego zespołu odbędzie się w przyszłym roku o tydzień wcześniej niż zwykle. Na Nurburgring odbędzie się nowa impreza pod nazwą Grunne Holle Rock a jego line up otwierają Metallica, MUSE oraz Kiss, w towarzystwie między innymi Incubusa, Faith No More oraz Limp Bizkit, Rock am Ring przenosi się o 30 kilometrów na Wschód, tradycyjnie jednak będzie miał ten sam zestaw artystów co jego "brat z parku". Oprócz wymienionych wcześniej headlinerów wystąpią tam m.in. Papa Roach, Marylin Manson oraz wracający po latach przerwy Ice-T wraz z Body Count. Bardzo liczę na ich pojawienie się również w Polsce. Myślę, że zobaczymy ich na Orange Warsaw Festival,
Ciekawie zapowiada się jego rywalizacja z Openerem. Obstawiam, że głównymi gwiazdami na Babich Dołach będą MUSE, Kasabian i Arcade Fire. Choć tych ostatnich, zwłaszcza po powrocie warszawskiego festiwalu na Służewiec chętnie zobaczyłbym właśnie w stolicy. Razem z Foo Fighters. Z kalendarza zespołu wynika, że, w przeciwieństwie do terminu lipcowego, jest to możliwe. Oficjalnie w świecie polskich festiwali na razie cisza. Jedynie Woodstock podał, iż pierwszym zespołem XXI edycji festiwalu będzie Black Label Society. Trzymajmy kciuki za dobre i ciekawe ogłoszenia. Tak abyśmy już za kilka miesięcy mogli przeżyć takie oto chwile:
niedziela, 16 listopada 2014
JACK WHITE - LAZARETTO
Etykiety:
RECENZJE
Choć na Lazaretto, drugim solowym albumie Jacka White'a, nie
znajdziemy zbyt wielu nowinek czy eksperymentów słucha się go z ogromną
przyjemnością. Płyta brzmi jak przegląd muzycznych inspiracji Białego Jacka.
Wystarczy lekko przymknąć oczy oraz otworzyć uszy aby mentalnie przenieść się
do ojczyzny gazowanego odrdzewiacza i Big Maca. Jack po raz kolejny potwierdza
swój kompozytorski talent. Każda kolejna piosenka na tym krążku zagrana jest
jakby od niechcenia, na pierwszy rzut ucha nie mając w sobie nic specjalnego.
Sęk w tym, że po wybrzmieniu ostatniej nuty kolejnych umieszczonych tu numerów,
niczym w "Ale Urwał" możemy je tylko puentować słowami "ale to
było dobre".
Otwierające Three Women ma w sobie coś z dziecięcej radości,
nieco infantylnej ale spontanicznej i prawdziwej.
Krótkie solówki zagrane na kolejnych instrumentach połączone refrenem ze
słowami "lordi Lord" tworzą fantastyczne zaproszenie do wspólnej
zabawy. Następujący po nim kawałek tytułowy...
wtorek, 4 listopada 2014
U2 - SONGS OF INNOCENCE
Etykiety:
RECENZJE
Ostatnia minuta otwierającego krążek The Miracle pozwala
uwierzyć, że U2 nadal stać na stworzenie prawdziwej muzycznej magii. Sposób w
jaki Edge gra na gitarze podczas, podczas słów "I get so many things I
don't deserve" udowadnia iż irlandzki kwartet, wbrew temu co śpiewa ich
wokalista zasługuje na miejsce wśród najlepszych zespołów świata i to
zdecydowanie. Ta piosenka to jednocześnie dowód na to, iż panowie postarzeli
się na tyle, że stronią raczej od nagrywania "pod prąd". Jestem
przekonany, że gdyby ten utwór powstał 15 lat temu zaczynał by się nie od
dziwnego chórku tylko właśnie od tych 2 mocnych uderzeń gitary, przesterowanych
do tego stopnia, iż pękały by bębenki w uszach a całość rozsadzała by głośniki,
identycznie jak Zoo Station czy choćby Vertigo. W The Miracle, przez większość
jego trwania, słyszymy natomiast przesterowaną gitarę przepuszczoną jakby przez
niemal dźwiękoszczelną szybę, przez co "efekt wow", jaki niewątpliwie
ten numer wywołuje jest niestety również przytłumiony.
Nic nie hamuje jednak zachwytu nad następującym po nim Every Breaking Wave. Ten kawałek to dla mnie najlepsza nagroda za 4 lata oczekiwania
następcy żenująco słabego No Line On The Horizon. Ma w sobie wszystko, co
powinna zawierać dobra piosenka: niebanalną, piękną melodię, która pozostaje w
głowie na zawsze i świetny, mądry tekst. Potrafię jej słuchać w kółko po 5-6
razy, uwielbiam jej każdą nutę. I kiedy na dobre zaczynam się rozpływać w
dźwiękach swego ulubionego zespołu U2 wraz ze ścieżką numer 3 powracają
koszmary minionej płyty. Na szczęście California jest jedynym prawdziwym
zonkiem na tym albumie, wymuszonym, wystękanym pierdem, który powinien być
odesłany "ad acta" już po pierwszej próbie. Niestety obawiam się, że
Bono uważa, iż ta piosenka jest przebojowa, podobnie jak...
niedziela, 12 października 2014
GUT GUT SUPER GUT -> POLSKA - NIEMCY 2:0
Po raz pierwszy w historii piłkarska reprezentacja Polski pokonała drużynę Niemiec, którzy w dodatku od dwóch miesięcy noszą tytuł mistrzów świata. "Siemasz Liroy, jak jest? Jest dobrze!" - zapodawał lat temu kilkanaście tigidyś-bobry Scyzoryk. Dziś należy mu tylko przyklasnąć a także pozdrowić wszystkich niemieckich kibiców piosenkę idealnie opisującą to jak teraz czują się ich wschodni sąsiedzi.
Przyznaję, że straciłem wiarę w naszą drużynę narodową po Euro 2012. Karykaturalne występy pod wodzą Fornalika i brak jakiegokolwiek błysku już pod wodzą Nawałki ponownego stania się "wierzącym" nie ułatwiały. Dziś na Stadionie Narodowym znalazłem się tylko dlatego, że przyjaciel, z którym chodzę na mecze od 20 lat namówił mnie do tego jeszcze w sierpniu, kiedy kompletnie nie miałem ochoty obserwować wyczynów polskich Orłów. Dziękowałem mu dziś wielokrotnie, podobnie jak drugiemu koledze, który ów bilet załatwił. Bo jakby na to nie spojrzeć ten mecz przejdzie do historii polskiego futbolu, będzie się o nim mówić przez kolejne pół wieku, tak jak o meczu na Wembley w 1973. Oby nie, obyśmy ten sukces szybko przyćmili kolejnym, jeszcze większym. Najlepiej na Euro 2016.
sobota, 11 października 2014
ARTUR ROJEK - SKŁADAM SIĘ Z CIĄGŁYCH POWTÓRZEŃ
Etykiety:
RECENZJE
Na początek zagadka: jakiego słowa brakuje w zdaniu:
"Nie pozwolę ci mnie opuścić, nawet gdyby miał się ...". Wiem co
odpowiedzieliście, ale Artur wybrał słowo "zgubić". Momentami aż
trudno uwierzyć, że na solowej płycie, na którą czekaliśmy tyle lat pojawiają
się takie tekstowe kwiatki jak: "z braku słów nie lubię w górę lubię w
dół" albo "gdybyś nie zahamował, nie było by mnie". Boli mnie
zwłaszcza ten drugi tigidi-tekst, ponieważ pojawia się w doskonałym, subtelnym
i pełnym pięknych wysublimowanych dźwięków, otwierającym album kawału Lato 76.
W towarzystwie magicznych, zmiennych brzmień i ciekawych chórków takie dosłowne
i prostolinijne stwierdzenia po prostu nie przystoją. Tym bardziej, że
kilkanaście sekund później Rojek udowadnia, że umie poetycko opisać dużo
trudniejsze sprawy, jak choćby rodzinną przemoc.
Na szczęście solowy album Artura Rojka zdecydowanie lepiej
wypada pod względem muzycznym, zwłaszcza...
niedziela, 21 września 2014
POLSKA MISTRZEM ŚWIATA W SIATKÓWCE !!!
Kilkanaście minut temu, po 40 latach Polska zdobyło mistrzostwo świata w piłce siatkowej. Piękno tej sprawy potęguje fakt, iż turniej ten odbył się w naszym kraju. Ciemną stroną tej historii jest fakt zakodowania przez Polszmat transmisji z tych wydarzeń. Byliśmy jedynym krajem na świecie, w którym za oglądanie mistrzostw świata w siatkówce trzeba było zapłacić.
Muszę przyznać, że absolutnie nie wierzyłem w sukces tej drużyny. Wybór na trenera Stephana Antigi, gościa który wcześniej nigdy nikogo nie trenował wydawał mi się paranoją. Na szczęście totalnie się myliłem, a rację miał ów trenerski żółtodziób, także pozbywając się z drużyny gwiazdorzących Kurka i Bartmana.
Nie będę się silił na oryginalność przy wyborze piosenki obrazującej dzisiejsze wydarzenia, liczy się przekaz i konkret ;-)
GRATLACJE!
wtorek, 9 września 2014
NOWA PŁYTA U2 OFICJALNIE W SIECI !!!
Od dziś oficjalnie można posłuchać nowego albumu U2. Po ich ostatnich trzech tegorocznych wytworach zląkłem się nie na żarty obawiając, że Song Of Innocence przebije słabością swoją poprzedniczkę No Line On The Horizon. O płycie zrobiło się jednak potem cicho, wydawało się, że nowy krążek znów poszedł w odroczenie aż tu dziś, nagle na oficjalnej stornie zespołu pojawił się link do itunesa poprzez który można odsłuchać całe nowe wydawnictwo. Oto ON. Od kilkunastu minut wszystkie piosenki są także dostępne na youtubie.
Z radością muszę przyznać, że mimo swojego sceptycyzmu odnośnie sensowności wydawania przez U2 kolejnej płyty, mega stęskniłem się za głosem Bono, gitarą Edge'a i sekcją rytmiczną Adama i Larry'ego. A w dodatku pierwsze przesłuchania okazało się naprawdę obiecujące.
Trzynasty studyjny album Irlandczyków na krążku CD trafi do sklepów 13 października. Wtedy też przyjdzie czas na pełną recenzję. Na razie naprawdę się jaram ;-D
wtorek, 26 sierpnia 2014
CELTIC ODPADA Z MARIBOREM
Legii miejsca w rozgrywkach o Ligę Mistrzów to nie przywróci ale sprawiedliwość przynajmniej dziś triumfowała. Czekam na dopełnienie formalności w czwartek i marzę o wylosowaniu Szkotów w piątek. Cwaniactwo nie popłaca. Smród pozostanie na lata. And Justice For All. ;-D
Z drugiej strony, po meczu piłkarze ze Słowenii zdjęli koszulki przed opuszczeniem stadionu i w dodatku rzucili nimi w trybuny. O ile znam regulamin ułefa na trybuny nie wolno wnosić broni biologicznej. Chyba będzie walkower ;-D
KASABIAN - 48:13
Etykiety:
RECENZJE
Kasabian nie przestaje zaskakiwać. Kiedy w eter trafił
eez-eh, singiel promujący ich piąty studyjny krążek pomyślałem, że tym razem chłopcy postanowili zapowiedzieć swoją nową płytę elektronicznym numerem typowym dla końcówek wszystkich wcześniejszych wydawnictw. Po pierwszym kontakcie z 48:13 doszło do mnie, iż kwartet z Leicester zmienił nieco stajla a ów
singiel wyjątkowo dobrze oddaje charakter nowej płyty. I choć uwielbiam dwa
poprzednie krążki Kasabian, skrajnie różne od 48:13, to nowa pozycja w ich
dorobku jest dowodem na to, iż ten zespół nie nagrywa słabych płyt.
Tą ostatnią charakteryzuje muzyczny chaos. Nigdy w życiu nie
słyszałem bardziej porąbanego kawałka niż otwierające ją bumblebeee. Podczas
pierwszej projekcji zastanawiałem się, czy pijany jestem ja, odtwarzacz cd, czy
może ten, kto zarejestrował ten numer. Refren tej piosenki to dla mnie
najbardziej chaotyczne kilkanaście sekund w historii muzyki. Cały kawałek,
zmieniający nastrój niczym kameleon, łamiący rytm w najbardziej niespodziewanym
momencie, brzmiący niczym wezwanie w stylu "powstań, walcz" za każdym
razem działa na mnie niczym zastrzyk adrenaliny prosto w serce. Ów połamany
beat...niedziela, 17 sierpnia 2014
IV KASZANA FESTIVAL:SHAKIRA

Dla takich chwil warto żyć! Tuż przed rozpoczęciem koncertu otwierającego IV KASZANA FESTIVAL Shakira udzieliła nam eksluzywnego wywiadu, z którego, jako pierwsi na świecie możecie dowiedzieć się jakie było pierwsze słowo wypowiedziane przez jej synka Milana.
Bonomuza: Jak wspominasz Mundial w Brazylii?
Shakira: Łell, jestem rozdarta niczym bark Chielliniego, tego Włocha co go Suarez kąsnął. Z jednej strony „yo soy Columbiana” – dużo radości, z drugiej strony mój Pique Pike biedaczysko… W sumie to na Mundialu miałam więcej roboty niż on
Jak Dżerard zareagował na odpadnięcie Hiszpanii już po fazie grupowej?wtorek, 12 sierpnia 2014
XX PRZYSTANEK WOODSTOCK
Etykiety:
RELACJE
Ostatni raz na Przystanku Woodstock byłem w roku 2004. Miesiąc wcześniej, po raz pierwszy odwiedziłem też Opener Festival. Po 10 latach obecności na gdyńskiej imprezie z rzędu w tym roku sprzedałem swój openerowy karnet i wróciłem na Woodstock. Przez ten czas festiwal organizowany przez Jurka Owsiaka dość znacznie się zmienił: zespoły otrzymują za koncerty pieniądze, na terenie imprezy budują LIDLA, dostępne są płatne prysznice, itp. Jadać do Kostrzyna zastanawiałem się czy te zmiany nie zabiły klimatu Woodstocku, który pamiętam i czy po tak długiej przerwie będzie mi się tam nadal podobało. Moje obawy były zupełnie bezpodstawne. Było przepięknie!
Fantastycznie było znowu znaleźć się na festiwalu, który ma ideologiczny przekaz. W czasie, gdy za naszą wschodnią granicą dzieje się dużo złego antywojenne przesłanie i namawianie do pokoju jest wyjątkowo na czasie. Naprawdę niesamowity moment stanowiło uczczenie 70. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, minuta ciszy, hymn Polski i zapowiedź filmu Miasto 44. Wzruszyłem się niesamowicie, pod sceną nie było tłumów ale kto był wiedział po co się tam znajduje.
Możecie wierzyć lub nie ale w pierwszy weekend sierpnia Polska staje się na Przystanku Woodstock krajem, w którym wszyscy dookoła się uśmiechają, gdzie setki osób bezinteresownie chodzą ze spryskiwaczami i schładzają wszystkich zainteresowanych psikając na nich wodą, miejscem, gdzie nie ma agresji, chamówy, wpychania się w sięgającą 100 metrów kolejkę do sklepu, krainą, w której wszechogarniająca wzajemna życzliwość zaraża i powoduje iż chce się krzyczeć "jak pięknie jest żyć"! Pamiętam dokładnie atmosferę panującą na Woodstocku na początku XXI wieku i z wielką radością stwierdzam, że nic się tam pod tym względem nie zmieniło. No może jedna rzecz: mniej ludzi "sępi o browara". Pamiętam, jak 10 lat temu kupno zgrzewki piwa oznaczało powtarzające się co kilka kroków prośby o "kopsnięcie puszki". W tym roku nie widziałem takiej sytuacji i choć zdecydowanie nie jest to festiwal trzeźwości to ilość pokonanych przez alko do pozycji leżącej, których widziałem mogę policzyć na palcach jednej ręki. Nie podobało mi się natomiast wymuszanie przez Jurka śpiewania "Sto Lat" po każdym z koncertów. Jestem przekonany, że artyści doceniliby ów śpiew o wiele bardziej, gdyby pojawiał się on spontanicznie i tylko po fantastycznych koncertach. Tym bardziej, że takowych na XX Przystanku Woodstock było multum.
Niestety nie dałem rady dojechać na pierwszy dzień festiwalu, podczas którego bardzo chciałem zobaczyć koncert zespołu THE BILL. Muzyczną przygodę z Woodstockiem rozpocząłem więc od występu laureat nagrody Złotego Bączka czy TABU - fantastycznej reggaeowej ekipy z Wodzisławia. Piątek, godzina 15, pełne słońce i cudowny bujany rytm. Myślę, że wszyscy zgromadzeni pod sceną czuli się jak na Jamajce. O wiele bardziej niż podczas odbywającego się kilka godzin później pochodzącego stamtąd Ky-Mani Marleya, który okazał się dla mnie jednym z większych zawodów festiwalu. W koncercie Tribute to Bob Marley usłyszeliśmy bowiem jedynie 4 klasyki mistrza: Iion, Lion, Zion, One Love, Redemption Song i... Reszcie zaprezentowanych, nie znanych szerokiej publiczności utworów zdecydowanie zabrakło "flow", tego czegoś co posiadał każdy dźwięk zagrany piątkowego popołudnia przez TABU. Uwielbiam ich pierwszą płytę, każdorazowo odlatuję przy Wojowniku i Tyle Mam, ale na pierwszym swoim koncercie podczas XX Przystanku Woodstock przy dosłownie każdym kawałku bawiłem się równie fantastycznie. A bis w postaci Jak Dobrze Cię Widzieć dosłownie rozwalił system.
Duże nadzieje wiązałem tego dnia z koncertem Lao Che. Niestety ekipa Spiętego wypadła dość blado. Zabrakło w tym występie energii, zabrakło czegoś niepowtarzalnego. W dodatku trzy nowe zaprezentowane kawałki każą niestety z niepokojem oczekiwać na nadchodzący album. Na przeciwległym biegunie należy umieścić występ Acid Drinkers, co jest o tyle dziwne, iż zarówno twórczości jak stylu bycia ich frontmana nie znoszę. Wypowiedziane z syndromem zatwardzenia "pasuje?" z następującym po nim sztucznym śmiechem to kompletnie nie moja bajka ale muszę przyznać, że Kwasożłopy podczas woodstockowego koncertu byli genialni. W setliście znalazły się jedynie kawałki z dwóch odcinków albumu Fishdick, ale zagrane zostały w taki sposób, że trudno nie zgodzić się z wypowiedzianymi chwilę po koncercie słowami Jurka, że "tylko najlepsze kapele mogą sobie pozwolić na granie cudzych piosenek". Absolutny szacun dla Acidów za ten występ!
Niestety nie zachowałem wystarczającej ilości energii do przeżycia na maxa koncertu SKA-P. Muzycy jak zwykle stanęli na wysokości zadania prezentując na scenie wszystko to z czego są znani, fantastyczną dawkę energii oraz "show z przekazem". Nieco gorzej wypadli niestety dźwiękowcy, którzy postanowili wyjątkowo mocno podkreślić brzmienie gitary basowej, dość skutecznie zagłuszając wokal i sekcję dętą. Zastrzegam jednak, że być może mój odbiór wynikał ze zmęczenia, znam bowiem kilka osób, które twierdzą iż był to najlepszy koncert tegorocznego Woodstocku.
Dla mnie absolutną wisienką na woodstockowym torcie, zgodnie zresztą z oczekiwaniem okazał się Manu Chao. To artysta stworzony wręcz do grania w takich miejscach. 750 tysięcy osób, które zgromadził ostatni dzień festiwalu fantastycznie odebrało liczne improwizacje artysty polegające między innymi na graniu kilku kawałków na jednym gitarowym temacie. Dzięki temu po pierwsze wykonanie wielu numerów znacznie różniło się od tych studyjnych, z drugiej koncert Manu był niczym czekoladki dla Forresta Gumpa, "you never know what you get". Miałem okazję przeżyć koncert Manu już wcześniej na Openerze. Tam również było niesamowicie. Tu wartością dodaną był widok artysty, który autentycznie nie może uwierzyć iż swoją grą sprawia radość tak wielkiej rzeszy ludzi. Będę pamiętał te chwile do końca życia.
Kilka godzin wcześniej naprawdę korzystnie zaprezentowały się na woodstockowej PIERSI. Niczym U2 podczas Vertigo Tour zaczęli i skończyli tym samym kawałkiem. "Będzie, będzie zabawa, będzie się działo i znowu nocy będzie mało...". Ten tekst śmiało mógłby zostać hymnem Woodstocku. Pomiędzy Bałkanicami zespół zaprezentował fajny miks kabaretu i muzcznego best of, co z racji braku "oryginalnego" wokalisty nie było łatwe. Usłyszenie na żywo "Miłej", "Rowerka" czy "Nie Samym Chlebem Człowiek Żyje" było jednak czymś naprawdę fajnym. Tym bardziej, że po muzykach zespołu widać było, że właśnie grają koncert swojego życia, co zresztą wielokrotnie powtarzali.
Zacnie wypadła również COMA, podczas koncertu której niestety znowu pojawił się delikatny problem z nagłośnieniem. Odszedł on jednak w niepamięć dzięki fantastycznemu zestawowi piosenek, jaki tego dnia zaprezentowali łodzianie. Leszek Żukowski na otwarcie, Trujące Kwiaty zaraz po nim oraz Woda Leży Pod Powierzchnią ze specjalną dedykacją dla Jurka - tak wyglądała pierwsza trójka tego koncertu. A potem było równie dobrze, aż do bisu, podczas którego ponad pół miliona osób słuchało "100 tysięcy jednakowych miast" siedząc, po którym podczas zamykającego koncert przepięknie zagranego "Los Cebula i Krokodyle Łzy" padło zdanie bardzo trafnie oddające klimat dwudziestego Przystanku Woodstock:
"Dla mnie też niezbyt łaskawy był dzień,
Dla mnie też za długa zima i zła
Dla mnie też, ale przyznaj,
ŻE W SUMIE ŻYJE SIĘ CUDNIE..."
Przyznaję, cieszę się, że tu wróciłem!
piątek, 1 sierpnia 2014
70. ROCZNICA WYBUCHU POWSTANIA WARSZAWSKIEGO
Po raz pierwszy od dawna nie będę w Warszawie w godzinie W. Za chwilę, po 10 latach przerwy ruszam na Woodstock. Około 18 zagra dziś tam Lao Che, powstańczych akcentów na pewno i na szczęście więc nie zabraknie. Dziś po raz piąty wspominamy na Bonomuzie wszystkich bohaterów z tamtych lat. Piosenka Stare Miasto niesamowicie oddaje tragizm tamtych czasów, niesamowicie opisuje emocje walczących jak i cywilów...Porażające. Zatrzymajcie się dziś na chwilę o 17!
wtorek, 29 lipca 2014
KASZANA FESTIVAL PO RAZ CZWARTY !
Nie da
się ukryć, że w ostatnich tygodniach jeśli chodzi o muzykę i Bonomuzę to…
W tajemnicy
przed słuchaczami, milionami słuchaczy i czytelników pełną parą trwały bowiem
przygotowania kolejnej edycji KASZANA FESTIVALu. W skutek kryzysu na rynku
festiwali zeszłoroczna edycja nie doczekała się niestety odpowiedniego
medialnego wsparcia w związku z czym transmisje „lajf” były misją niemożliwą bardziej
niż Tom Cruise. Wszystko jedna zarejestrowaliśmy i przy okazji tegorocznej
kaszankowej edycji zaprezentujemy Wam największe „hajlajtsy”.
Na razie jednak z
radością i dumą ogłaszam start czwartej edycji KASZANA FESTIVAL, który rusza
już w przyszłym tygodniu. Na początek nie lada gratka! Niespełna miesiąc po
występie na zamknięciu Mundialu w Brazylii na otwarciu naszego swojsko-kaszaniastego
festynu pojawi się ONA. Znaczy się Shakira, nie „nauczyciele fuck off,
nienawidzę was” Agnieszka, z którą jesteśmy umówieni na wywiad-rzekę. „Będzieee,
będzie zabawa, będzie się działoooo…”.
Tym bardziej, że kolumbijska gwiazda gościła
już raz na naszym festiwalu. Przeżyjmy to jeszcze raz klikając na:
niedziela, 22 czerwca 2014
ORANGE WARSAW FESTIVAL - DZIEŃ 3 - KASABIAN & LIMP BIZKIT
Etykiety:
RELACJE
Tegoroczny Orange Warsaw Festival rozpoczął się z
hukiem...spadającego telebimu. Współczuję tym, którzy pierwszego dnia
nastawiali się na zabawę przy dźwiękach Ska-P czy The Pretty Reckless, których
koncerty nie odbyły się z powodu opadów, a raczej opadu ekranu. Na swoje
szczęście uczestniczyłem tylko w trzecim, ostatnim dniu imprezy na Stadionie
Narodowym, a konkretnie w dwóch jego koncertach, z których wrażeniami chcę się
tu krótko podzielić.
Nigdy jeszcze nie szedłem na muzyczny festiwal tak
"sprofilowany" jak w zeszłą niedzielę skupiając się jedynie na
występach Kasabian oraz Limp Bizkit.
Początek trasy koncertowej promującej nowy album to
zdecydowanie najlepszy moment na zobaczenie każdego zespołu na żywo. Premiera
48:13 - piątej, studyjnej płyty czwórki z Leicester miał miejsce 6 dni przed
ich warszawskim koncertem. Widziałem Kasabian na żywo po raz czwarty, zawsze
było fajnie, ale nigdy jeszcze nie prezentowali się na scenie tak żywiołowo. W
muzykach czuć było kipiącą energię, niemal każdy kawałek został zagrany z mocą,
która omal nie rozsadziła Narodowego. Mimo tradycyjnych problemów tego miejsca
z nagłośnieniem zabawa była przednia, a sam dźwięk też był przynajmniej
przyzwoity. Na płycie łomotało jak nie wiem, ale spokojnie dało się odróżnić
partie basu, dęciaków czy wokalu. Kasabian postawiło tego wieczoru na czad.
Rozpoczęli tak jak startuje ich nowa płyta, od mega chaotycznego i kosmicznego
Bumblebee, o którym bardziej rozpiszę się już wkrótce przy okazji recenzji
48:13 ale tu powiem tylko, że na żywo jest chyba jeszcze bardziej piorunujący
niż w wersji studyjnej.
Następne kawałki pozostawiły metronom perkusisty na
niemal niezmienionym tempie. Shoot
The Runner, Underdog, Where Did All The Love Go, Days Are Forgotten oraz Eez-eh
to kolejne pięć numerów zagranych tego dnia przez Anglików. Stadion
dosłownie frunął razem z tysiącami skaczących ludzi. Dopiero siódme w
kolejności I.D. pozwoliło na kilka minut oddechu przed, jak się okazało,
kolejnym maratonem czadu. Fantastyczny miks najstarszych kawałków z najnowszymi
w reprezentacji Club Foot, Stevie oraz Empire znowu wprowadził bowiem w drżenie
całą Saską Kępę. Równie mocno co przewidywalnie było podczas zamykającej ten
fantastyczny występ trójki: Switchblade Smiles, Vlad The Impaler oraz Fire
poprzedzonej bujającym jak zawsze L.S.F.
Jedynym nie końca, moim zdaniem, udanym pomysłem tego dnia
było wykonanie Praise You z repertuaru Fatboy Slima. Po pierwsze nie było w nim
nic oryginalnego, po drugie zbyt wielu świetnych, własnych kompozycji Kasabian
zabrakło z powodu ograniczonego czasu, żeby "marnować" 5 minut na
cover. Czekam niecierpliwie na pierwszy, halowy koncert Anglików w Polsce, tak
aby mogli znajdować się na scenie tak długo, jak chcą, tak, aby mogli zrobić
krótki set akustyczny, zagrać kilka "smaczków" i zaprezentować bis
dłuższy niż 20-sekundowe All You Need Is Love a capella. Wierzę, że nastąpi to
jeszcze w tym roku, bo zarówno Tom, jak i Sergio byli autentycznie zajarani
przyjęciem w Warszawie, kilkakrotnie dając temu werbalny wyraz.
Na pierwszy w życiu koncert Limp Bizkit ruszyłem naładowany
mega pozytywną energią. A to, co zaprezentowali na drugiej, umieszczonej na
błoniach Stadionu Narodowego scenie, Fred Durst i spółka podniosło ją do potęgi
piątej. Set, którym Amerykanie poczęstowali zeszłej niedzieli publikę zasługuje
na muzycznego Oscara. Przed koncertem zastanawiałem się czy twórczość Limp
Bizkit przetrwała próbę czasu, czy przypadkiem nie zabrzmi w 2014 roku jak
ciężkostrawny oldschool. Już pierwsze 3 minuty oddaliły moje obawy o kontynent
dalej niż dziewczyna, która poszła w siną dal. Zagrane w początkowej fazie
koncertu Rollin', Gold Cobra czy My Generation brzmiały tak jakby skomponowano
je kilka miesięcy temu. Wrażenie potęgowało fantastyczne nagłośnienie sceny
znajdującej się poza konstrukcją stadionu, co tylko utwierdza mnie w
przekonaniu, iż największy muzyczny festiwal stolicy powinien odbywać się gdzie
indziej, chociażby jak niegdyś na Służewcu, gdzie dźwięk był równie dobry jak
podczas tegorocznego występu LB. Czysty, melodyjny wokal, mega czadowe gitary,
fantastycznie nakręcająca perkusja i fenomenalne, stawiające czoło upływającemu
czasowi kawałki to wszystko sprawiło, iż chciałem aby ta muzyczna noc nigdy się
nie skończyła. Limp Bizkit fantastycznie wplątywali między swoje numery
fragmenty klasyków, chociażby Birthday 50 Centa czy Stayin' Alive Bee Gees. Na
kolana powaliły mnie jednak dwa zagrane na żywo covery: Faith z repertuaru
Geroge'a Michaela, a przede wszystkim Killin' In The Name Of nieodżałowanego
Rage Against The Machine. Moja szczęka znalazła się po tym koncercie znacznie
poniżej poziomu kopanej nieopodal drugiej linii metra. Jeżeli kiedykolwiek
będziecie mieli okazję zobaczyć w swojej okolicy Kasabian lub Limp Bizkit
skorzystajcie z niej choćby nie wiem co. No i trzymajmy kciuki za to by kolejny
Orange Warsaw Festival miał równie dobry line-up ale odbył się w innej, nie
przymkniętej części miasta.
czwartek, 12 czerwca 2014
MUNDIALEIROS
Mało ostatnio mam czasu, co widać między innymi po mojej blogowej aktywności. Rozpoczynający się dziś Mundial raczej w zwiększeniu ilości czasu poświęconego muzyce nie pomoże ale dziś chciałbym przypomnieć na Bonomuzie oficjalne piosenki ostatnich kilku mistrzostw świata w piłce nożnej. Turniej brazylijski, który zaczął się niecałą godzinę temu promuje kawałek, jednego z bohaterów pierwszej edycji Kaszana Songs - PITBULL.
Nie od dziś wiadomo, że pod "mały, szybki dęs" Pitbull umie skleić nuty zawsze i wszędzie, mam jednak nieustanne wrażenie, że tegoroczna oficjalna pieśń Mundialu jest 1000 razy słabsza niż ta promująca turniej sprzed 4 lat w RPA.
O piosence z mistrzostw u naszych zachodnich sąsiadów w 2006 roku lepiej nie mówić nic. Dla porządku umieszczam ją poniżej ale radzę raczej jeszcze raz odpalić "Waka Waka".
I choć powyższa piosenka jest naprawdę nędzna to 8 lat temu mogliśmy się przynajmniej emocjonować występem naszej narodowej reprezentacji. Podobnie było zresztą w roku 2002. Do dziś pamiętam tę zajarkę z powodu powrotu Polski na najważniejszy piłkarski turniej. Piosenka promująca Mundial w Korei w wykonaniu Anastasii była równie żenująca jak nasz hymn zaśpiewany wtedy przez Edzię G, która słowa "nie zginęła" wyartykuowała z siebie gdy pozostałe 39 milionów rodaków krzyczało już "marsz, marsz Dąbrowski". Dlatego jako muzyczne wspomnienie tamtych wydarzeń proponuję numer, po którym przekonałem się do pana Maleńczuka. To, jak Pudelsi oddali klimat koreańskiej klapy brzmi mistrzowsko do dziś.
Gdybym miał zrobić ranking sumujący muzyczne hymny ostatnich pięciu Mundiali zdecydowanym zwycięzcą okazałby się jednak Ricky. Usłyszałem ostatnio w radio La Copa de la Vida i poczułem się o 16 lat młodszy, znów cieszyłem się, że od miesiąca mogę legalnie kupić bronxa. Przede wszystkim jednak za każdym razem, gdy słyszę ten kawałek mentalnie przenoszę się na stadion już w drugiej sekundzie jego trwania.
Mam nadzieję, że oficjalna piosenka Mundial 2018 będzie żenująca. Bo z tego małego podsumowania wynika, że polska reprezentacja występuje tylko w mistrzostwach świata z takowymi. ;-D
Subskrybuj:
Posty (Atom)




