poniedziałek, 14 września 2015

U2 AMSTERDAM 13.09.2015 - KILKA FOTEK

Było magicznie! Zdecydowanie najlepszy koncert U2, na którym byłem. Szczegółowa relacja wkrótce, dziś kilka zdjęć.







niedziela, 13 września 2015

CZTERY NUMERY: U2 - LISTA ŻYCZEŃ NA DZISIEJSZY KONCERT

Za kilka godzin rozpocznie się dziesiąty koncert U2, na którym będę. Bono i spółka zagrają w Amsterdamie po raz czwarty w tym tygodniu. Wczoraj podjąłem skazaną na niepowodzenie próbę zdobycia biletu również na trzeci amsterdamski show. Sprrzedających nie było, chętnych na kupno kilkunastu, zobaczyłem natomiast z bliska arenę, na którą za chwilę ruszam oraz 21 ciężarówek, którymi jeździ scena i pozostały koncertowy sprzęt zespołu. 

Nie mam pojęcia co Panowie zagrają, udało mi się nie poznać żadnej setlisty z dotychczasowej trasy, nie widziałem choćby ułamka sekundy z tegorocznych koncertów, zajarka jest więc ogromna. Mam cztery marzenia na swój jubileuszowy koncert zespołu mojego życia, dwie realne, dwie nie za bardzo. Numery, które mam nadzieję dziś usłyszeć to:

1) Please

Nigdy nie zapomnę wersji koncertowej z trasy POP Mart, zwłaszcza jej miażdżącej końcówki. Ten kawałek to moje dzisiejsze marzenie numer 1.


2) Acrobat

Tak naprawdę kawałkiem, który najbardziej chciałbym usłyszeć na kocercie U2 jest oczywiście. Jako jednak, że jego wykonanie na żywo nie zdarzyło się chyba jeszcze nigdy od 24 lat, czyli od czasu powstania tej piosenki, wiara w jego usłyszenie akurat dziś jest jednak znikoma. No chyba, że zaczęli grać Acrobata w tym roku. Odlecę wtedy kosmos!


3) Red Hill Mining Town

Ta piękna część The Joshua Tree to też raczej pewnie marzenie ściętej głowy, nie sądzę bowiem, żeby Bono mógł sobie jeszcze pozwolić na narażanie głosu śpiewaniem refrenu tego utworu. Choć z drugiej strony  5 lat temu nie wierzyłem, że usłyszę kiedykolwiek na koncercie MOthers of Dissappeared a stało się tak w Istambule.


4) Kite

Jedna z najpiękniejszych piosenek U2, niedoceniana, podobnie jak cały album All That You Can't Leave Behind. Podczas koncertu w Wiedniuu w 2001 roku stojąc w trzecim rzędzie w serduszku w środku sceny wydzielonym dla kilkuste osób miałem wrażenie, że Bono śpiewa mi te fanastyczne słowa prosto w twarz, 

Who's to say where the wind will take you? 
Who's to say what it is will break you? 
I don't know, which way the wind will blow 

Nie wiem, w którą stronę zawieje wiatr podczas dzisiejszego koncertu ale czuję, że będzie pięknie.

czwartek, 10 września 2015

RADIO NA SYCYLII

Podczas przemieszczania się po wyspie towarzyszą nam na zmianę dwie tutejsze rozgłośnie: Radio KISS KISS albo Radio Virgin. To pierwsze nadaje muzykę przeróżną, to drugie zdecydowanie rockową. Po kilku dniach słuchania z radością mogę stwierdzić, że obie stacje nie mają chyba sztywnej playlisty. Na KISS KISS jedyną często powtarzającą się piosenką jest El Perdon, czyli nowy hit Enrique Pleksiglassa, a na Virgin najczęściej granym kawałkiem jest Coming For You Offspringa. Brak setlisty skutkuje takimi miłymi dla ucha niespodziankami, jak dawno niesłyszane w polskim eterze starsze kawałki w wykonaniu U2, jak choćby Staring At The Sun czy Everlasting Love. Przydało by się przysłać tu na odsłuch kilku dyrektorów programowych polskich rozgłośni. Słuchając tutejszego radio obudziła się we mnie tęskonta za kształtem i brzmieniem polskich stacji z pierwszej połowy lat 90-tych, kiedy każdy kolejny song był niespodzianką, instrumentalne intro oraz słowa prowadzącego audycję nie musiały trwać maksymanie 10 sekund,  a radio było naprawdę „żywe”. Do tamtych radiowych czasów moja „love” jest prawdziwie „everlasting”.


wtorek, 8 września 2015

SYCYLIJSKI PĘPEK ŚWIATA

Po 24 godzinach w przeskomicznym, średniowiecznym miasteczku Erice i odwiedzeniu rezerwatu Zingaro udaliśmy się na zasłużony plażing do Mondello. Prawie bezpośrednio, gdyż po drodze postanowiliśmy wrócić na chwilę do Trapani zamienić wypożyczony samochód, gdyż nasz Citroen C3 miał może i fajny panoramiczny dach ale w bonusie także zatarty swego czasu silnik, co powodowało, że pod górę ledwo co wspinał się na „jedynce”.

Tak, czy owak to właśnie w Mondello Filip zadebiutował w roli gościa hostelu i, ku naszej radości, bardzo mu się to spodobało. Ostro pojechana właścicielka poleciła nam na następny dzień odwiedzenie plaży L’ombelico del mondo. Tak naprawdę był to bar niedaleko plaży, odwiedziliśmy, było super. Od tej chwili z głowy nie może wyjść mi kawałek o tytule tożsamym z nazwą knajpy:



Chwilę po zejściu z plaży przekonałem się, a jeszcze bardziej nasz wypożyczony Fiat Punto, że Sycylijczycy zdecydowanie mają odrębnego stajla jeśli chodzi o prowadzenie auta, zwłaszcza ustępowanie pieszym na pasach, włączanie się do ruchu i parkowanie. Byłem już w kilku miejscach słynących z hardkorowego stylu jazdy miejscowych ale Sycylia zdecydowanie zwycięża w tej klasyfikacji. Tego, że aby przejść przez ulicę trzeba po prostu na nią wtargnąć, nie zważając na złorzeczenia kierowców, dođwiadcztłem już wcześniej. Tym razem spotkałem straszego wąsa, który dobitnie udowdnił mi, że parkowanie kopert bez obtarcia sąsiada prakktycznie nie jest możliwe. Nasz srebrny, wypożyczony Punto zyskał na tylnym zderzaku nową czarno-szarą „ozdobę”. Trzymam się jednak maksymy Laski: „Nie bądź takim materialistą, trzeba się wyluzowac” ;-D 

poniedziałek, 7 września 2015

PEDALO ?

Najbardziej znana plaża Trapani nazywa się Lido Paradiso. Wstęp płatny ale w ramach biletu bogata infrastruktura dziecięca, plac zabaw, mały basen i dużo sprzętu wodnego. Przez dłuższą chwilę miałem wrażenie, że kolejną atrakcją tego miejsca jest pytanie się nawzajem o orientację seksualną. Już przy płatności za bilet miła kasjerka wspomniała coś o „pedalo”. Myślałem, że się przesłyszałem ale kiedy kilka minut wcześniej podszedł do mnie ratownik i spytał: „pedalo?” zrobiło mi się dziwnie. Już miałem pytać czy chce mnie obrazić, kiedy ten podobnym pytanie obdarzył mojego 3-letniego syna. „Pedalo”? Fafancullo, stronzo, cornutto – zastanawiałem się, od którego słowa zacząć dalszą dyskusję z ratownikiem, gdyż więcej obelg po włosku nie znam. I kiedy miałem wypowiedzieć to pierwsze do ratownika podbiegł inny facet drąc się: „pedalo”?!?. To jakiś flash mob czy inny performance? – pomyślałem. A ratownik z uśmiechem do tego zioma: „si, si , pedalo”. Po czym wskazał na taki oto stojący w wodzie przedmiot:


;-))))

Pierwszy dzień na Sycylii upłynąl więc pod znakiem orientacji seksualnej. A skoro mowa o tej odmiennej, czas na kultowe w tym kręgu Irejża.


środa, 2 września 2015

KLYMA Z MODLYNA

Nie przypuszczałem, że pierwszy obrazek, jaki zapamiętam z wyjazdu na Sycylię będzie miał tło lotniska w Modlinie. Kiedy boarding wkroczył w fazę ostatniego wezwania wychodząc z terminalu na pas startowy (jeśli ktoś nie był to właśnie tak to się odbywa w tym miejscu, pasażerowie czekają na wejście do samolotu na zewnątrz, obserwując m.in. jak maszyna jest tankowana) moją uwagę zwrócił róż. Róż walizki, która utknęła w banerze służącym do sprawdzania dopuszczalnej wielkości bagażu podręcznego i z którą bezskutecznie siłował się około 50-letni Włoch do złudzenia przypominiający Gigi d’Agostino. Szarpał, sapał i charczał w asyście ochorniarza z Modlina. Stojąca obok małżonka Gigi, prawdopodobnie właścicielka owego różowego cudeńka na przemian załamywała ręcę, jodłowała i krzyczała „fafankullo”. Jak się domyślacie cała historia zaczęła się od pomysłu stewardessy sprawdzającej karty pokładowe, iż ów różowe ten teges jest troszeczku za duże i należało by je zmierzyć aby sprawdzić, czy rozmiar walizki nie uprawnia do pobrania dodatkowej opłaty. No i w sumie czujna pracownica lotniska miała rację, walizka była za dużo, głównym problemem stał się jednak nie fakt potencjalnej dopałaty tylko pytanie czy ów róż uda się wnieść na podkład, a raczej wyjąć z baneru do mierzenia. Udało się po 10 minutach, w fazę końcową operacji zaangażowane były 4 osoby. Kiedy waliza z powrotem trafiła w ręce właścicielki Italiano skierował w stronę obsługi naziemnej kilkakrotnie powtórzone „stronzo” po czym... został poproszony o okazanie karty pokładowej. Prośba w normalnych okolicznościach byłaby standardowa. W tym przypadku Gigi wyszedł z siebie i odezwał się w ten deseń:

’’


A tak w ogóle to zarówno oryginalny Gigi jak I ten z powyższej historii wyglądaja tak:


sobota, 1 sierpnia 2015

71. ROCZNICA WYBUCHU POWSTANIA WARSZAWSKIEGO


Jak co roku 1 sierpnia w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego słuchamy kolejnych utworów z albumu Lao Che. W tym roku czas na Przebicie do Śródmieścia. Wstrząsające.
Cześć i chwała Bohaterom!

sobota, 25 lipca 2015

CZTERY NUMER: AC piorun DC

Już za dwie i pół godziny na scenę Stadionu Narodowego wyjdą członkowie AC piorun DC zamykając europejską część trasy koncertowej Rock or Bust. Wyglądam przez okno i widzę, że nad Saską Kępą pojawi się dziś znacznie więcej niż jeden piorun. Jeszcze 2 lata temu nie było mi po drodze z tą australijską kapelą, sama muza superowo ale wokal delikatnie mnie „przerastał”. Kilkanaście miesięcy temu owa niechęć minęła i dziś nie mogę się doczekać aż usłyszę na żywo Angusa i spółkę. Kto wie, czy nie jest to ostatnia szansa. Zapraszam na cztery moje ulubione numery ACDC.

1. You Shook Me All Night Long


Myślę, że trudno wymyślić jest bardziej rockowy kawałek, kocham każdą jego nutę ukazującą piękno gitarowej muzyki.

2. Rock'n'Roll Train


W kawału o rockendrollowym pociągu Angus Young po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem jeśli chodzi o tworzenie gitarowych riffów łączących czad z przebojowością.

3. Thunderstruck


Ten kawałek kosił mnie nawet w czasach niechęci do tego zespołu. Kojarzą mi się z nim czasy późnej podstawówki spędzanej "za blokiem", kiedy na melodię początku kawałka śpiewaliśmy "maa aa aa aaa aa KA RON" - gdy tylko w pobliżu pojawiły się nielubiana sąsiadka o nazwisku Makarewicz.

4. Highway To Hell


Wybór tego kawałka do najlepszej czwórki jest może dość oczywisty i banalny ale kto z Was nie uczył się gry na gitarze właśnie na nim? No i pamiętne wykonanie z Idola: "ja jadę drogą do piekła".

czwartek, 9 lipca 2015

CZTERY NUMERY: 40-TKA JACKA WHITE'A

Z okazji czterdziestych urodzin Jacka White'a Cztery Numery poświęcimy dziś jego ostatnim trzem projektom. Sto lat panie Biały, dużo muzycznej radości i weny oraz reaktywacji The White Stripes ;-)

1) I Just Don't Know What To Do With Myself


Na początek mój ulubiony kawałek z ulubionej grupy Jacka. Ta piosenka doskonale pokazuje to, co w twóczości Białego najpiękniejsze. Prostota, genialna ekspresja wokalna, zmienność nastroju, czad! Gdy słyszę ten utwór też często nie wiem co ze sobą zrobić. Nigdy nie zapomnę gdyńskiego koncertu Białych Pasków, kosmicznych technicznych oraz dzisiejszego jubilata mówiącego po polsku i biegającego od jednego do drugiego instrumentami.

poniedziałek, 6 lipca 2015

OPENER FESTIVAL 2015 - DZIEŃ 2

W tym roku na Openerze pojawiłem się tylko drugiego dnia. Line up tegorocznego festiwalu choć ciekawy miał dla mnie braki na pozycji headlinerów, bo ani Mumford & Sons, po dziwnej zmianie stylistycznej, ani tym bardziej Drake w moim odczuciu na takie miano nie zasługują. Główną gwiazdą czwartkowego wieczoru był zespół The Libertines, najważniejszy powód, dla którego wybrałem się do Gdyni. Tego dnia na trzech festiwalowych scenach działo się jednak dużo więcej dobra.

Wchodząc na teren lotniska w Babich Dołach słyszałem z oddali ostatnie dźwięki wydawane przez Toma Odella. Chwilę później pod namiotem instalował się Fisz, ponieważ jednak rybę jadłem wcześniej w drodze do Trójmiasta czas jego występu poświęciłem na zwiedzanie festiwalowego terenu. W zeszłym roku nie pojechałem na Openera pierwszy raz od roku 2005 chciałem więc zobaczyć co zmieniło się przez ten czas. Pierwszą zmianą, in minus, była zmiana ceny kuponu, a co za tym idzie piwa. Na szczęście pozostałe organizacyjne nowinki były już pozytywne: tradycyjne „budy” czy „namioty z żarciem” zostały w dużej mierze zastąpione przez modne teraz food trucki, dzięki czemu repertuar dostępnego  na terenie festiwalu jedzenia uległ znacznemu urozmaiceniu. Wreszcie też dostępne są różne rodzaje piwa, w tym także Paulaner czy różne rodzaje Żywca, super pomysł. Przejdźmy jednak do  muzyki.


Pierwszy zespół, który usłyszałem na tegorocznym Openerze to Enter Shikari. Elegancki strój wokalisty nijak miał się do szaleństw, które prezentował na scenie. Brytyjczycy zaprezentowali kawał świetnej muzyki, szkoda tylko, że nie grali po zmroku, wtedy szaleństwo pod sceną byłoby pewnie jeszcze większe i liczniejsze. Końcówkę koncertu musiałem odpuścić nie chcąc się spóźnić na Eagles of Death Metal grających na przeciwległym końcu, czyli w namiocie. To, co prezentuje na scenie pan Wąsacz z kolegami nie jest do końca moją bajką, nadal nie wiem czy te wąsy, szelki i przepocony olschoolowy podkoszulek to na poważnie czy dla jaj ale trzeba przyznać, że Orły absolutnie zawładnęły tłumem zgromadzonym pod Tent Stage. Porcja surowego, fajnego, mocno gitarowego grania, świetny kontakt wokalisty z publiką sprawiły, iż od wielu osób słyszałem iż był to najlepszy koncert z całego dnia. 


W jego drugiej połowie przeniosłem się jednak na Alter Stage, posłuchać znajdującego się na zupełnie przeciwległym muzycznym biegunie Fismolla. Delikatne, akustyczne granie, wokalista wchodzący często w rejestry dostępne raczej dla kobiet i piękna, delikatna muzyka słuchana w wielkim skupieniu – tak można opisać ten koncert jednym zdaniem. 


Wraz z jego końcem nastąpił początek tego, na który czekałem najbardziej. Miałem poważne obawy czy ten koncert w ogóle się odbędzie: najpierw tuż po jego ogłoszeniu, wiadomo bowiem jak hardkorowo lubią bawić się jego członkowie, obawiałem się więc, że z trasy koncertowej mogą szybko zostać skierowani na kolejny odwyk. Potem moja schiza narastał z dnia na dzień, ponieważ o gdyńskim koncercie nie było ani słowa zarówno na oficjalnej stronie zespołu, jak i ich profilach na Facebooku czy Twitterze. Na szczęście dojechali na czas i w komplecie. 


Niestety pod sceną było dość pusto Szczerze nie pamiętam, żeby na żadnej edycji jakikolwiek headliner zgromadził tak nieliczną publiczność. Dziwne to było dla mnie ogromnie, The Libertines nigdy w Polsce nie grali, ich powrót na scenę, jakby nie patrzeć jest sporym muzycznym wydarzeniem, a przede wszystkim to zespół, który w swoim repertuarze ma niezliczoną ilość fenomenalnych utworów. Z drugiej strony publiczność festiwalu odmładza się, za czym idzie również zmiana muzycznych gustów i tego co jest cool. W zeszłym tygodniu wjeżdżając windą do pracy odbyłem z koleżanką krótką rozmowę, która najlepiej obrazuje to, o czym piszę:

- Cześć, jedziesz na  Openera? – pytam.
- Chyba tylko na sobotę, będzie Discolsure! A ty?
- Ja tylko na czwartek.
-A co gra?
- The Libertines.
- A co to jest?

Patrząc na frekwencję pod główną sceną widać, że owo pytanie zadawało sobie sporo innych uczestników festiwalu. I wielu z nich nie chciało się przyjść i sprawdzić na nie odpowiedzi. Na szczęście nie przeszkodziło to zespołowi zagrać fenomenalnego setu pełnego muzycznego piękna. Przed koncertem zastanawiałem się czy stanąć na wysokości wieży dźwiękowców zapewniając sobie najlepsze możliwe audio czy „uderzyć w zabawę” i pchać się pod przednie barierki. Ostatecznie postawiłem na to drugie i choć jakość dźwięku jak to zwykle pod samą sceną była średnia, wiadomo, jeśli chce się nagłośnić tak wielki teren z przodu dźwięk nie może być selektywny, to wyskakałem się jak kangur na australijskiej autostradzie. The Libertines nie używają przesterowanych gitar, ich muzyka wydaję się być dość spokojna jednak momentami na ich koncercie jazda była jak na punkowym koncercie. Świetnie było się „poobijać” przy tak pięknych dźwiękach, żałuję tylko, że nie mogę tego samego koncertu przeżyć jeszcze raz i po prostu go posłuchać. Cieszę się, że mogłem usłyszeć Music When The Lights Go Out, czy zobaczyć typowe dla tej grupy śpiewanie przez Carla i Pete’a twarzą w twarz do jednego mikrofonu oraz gromadzenie się przy perkusji tyłem do widzów przez rozpoczęciem kolejnego kawałka. 


Ciekawym widokiem był też sposób zmiany gitary przez tego drugiego. Zarówno pod koniec głównej części koncertu i jak i bisów Doherty zdejmując instrument ciskał nim na kilkanaście metrów w kierunku technicznego, który za każdym razem chwytał ją ze sprawnością bejsbolowego łapacza. Zjawiskowe to i dość ryzykowne. Na scenie widać było podział między dwiema gwiazdami zespołu i sekcją rytmiczną, w tym sensie, że show robili Pete i Carl, grający na basie John stał niemal zawsze mocno z boku, skoncentrowany tylko na graniu. Obiektywnie trzeba stwierdzić, że dla kogoś niezaangażowanego nie był to pewnie wielki koncert, nie było w nim fajerwerków w postaci efektów specjalnych, nietypowych świateł czy nawet scenografii, na którą składała się jedynie wielka płachta przedstawiająca debiutancki album zespołu. Dla mnie było to jednak coś wspaniałego i cieszę się, że braku tych dodatkowych elementów, bo przy tak genialnej muzyce były po prostu niepotrzebne. Zespół zaprezentował również nowy kawałek, który mam nadzieje jest zwiastunem nowej płyty. Oby, powtórka koncertu w przyszłym roku mile widziana.


Drugim zespołem, na zobaczeniu którego zależało mi w ten czwartek najbardziej było Django Django. Niestety ich występ w ponad połowie pokrywał się z The Libertines, a dodając do tego czas potrzebny do przejście spod jednej pod drugą przeciwległą scenę załapałem się jedynie na trzy ostatnie utwory. Szału niestety nie było, jakoś blado to wypadało w porównaniu do wydarzeń sprzed chwili.
Największym pozytywnym zaskoczeniem okazali się Major Lazer, którzy byli dla mnie przed koncertem wielką niewiadomą, słyszałem pojedyncze rzeczy i raczej nie wybrałbym się na ich indywidualny koncert. Po tym, co zobaczyłem na Openerze to stwierdzenie przestało być aktualne. Na żywo ich taneczno-elektroniczne kawałki wypadły dużo ciekawiej i mocniej, powodując, że australijski kangur w mojej naturze uruchomił się tego dnia po raz kolejny. I o ile do tego momentu wydawało mi się, że z frekwencją jest nie najlepiej to pod główną sceną na Major Lazer było naprawdę tłoczno. 


Było na tyle fajnie, że aż szkoda mi było oddalać się przed końcem ich występu, o pierwszej pod namiotem zaczynali jednak Curly Heads, autorzy genialnego albumu, numeru dwa w moim zeszłorocznym zestawieniu płyt roku, których nie widziałem jeszcze na żywo. Po tym koncercie tylko upewniłem się, że dawno na polskiej muzycznej scenie nie pojawiła się tak świetna grupa. Zagrane na początek Synthlove powaliło mnie na kolana, niesamowity klimat kawałka, porażający ekspresją głos Dawida wykonany w sposób, którego nie powstydziłby się żaden zespół na świecie. Kolejne kawałki potwierdzały tylko wielki potencjał koncertowy zespołu. Około połowy przeniosłem się na tył namiotu, gdyż z przodu dźwięk opierał się bardziej na mocy niż jakości. Z tej perspektywy było widać jeszcze lepiej jak świetną muzyczną maszyną są Curly Heads.



Zamknięciem festiwalowego dnia było wracające po przerwie Faithless. Widziałem już tą grupę na pierwszym swoim Openerze w 2005 roku a jako, że nie jestem mega fanem  muzyki elektronicznej emocji wielkich ten come back we mnie nie wzbudzał. Koncert był jednak bardzo dobrym zwieńczeniem świetnego festiwalowego dnia, dobrze wykonany, skutecznie bujający ludzi do tańca, profesjonalny. Teren Babich Dołów opuszczałem wraz ze wschodem  słońca.  Szczęśliwy.

sobota, 4 lipca 2015

CZTERY NUMERY: THE LIBERTINES

Bohaterem pierwszego odcinka Czterech Numerów jest zespół, którego koncert widziałem w czwartkowy wieczór, i który od tego czasu absolutnie nie chce mi wyjść z głowy. Mam nadzieję, że panowie ogarnęli się z nałogów na dobre i wkrótce doczekamy się nowego albumu The Libertines. Na razie zapraszam na krótką podróż po ich dotychczasowych muzycznych delicjach.

1) When The Lights Go Out
To obecnie mój numer jeden w kategorii najpiękniejsze piosenki świata. Genialna melodia, dobry tekst i zmiana tempa w refrenie. Prawdziwe, muzyczne cudo.

2) Boys In The Band
Fenomenalny przykład z debiutanckiego albumu jak czadowo może brzmieć gitara bez przesteru. 

3) What a Waster
Niezmiennie rozwala mnie w tym kawałku końcowy dialog dwóch gitar będący prawdziwą wiśnią na muzycznym torcie.

4) Last Post on the Bugle
Druga piosenka z drugiej, fenomenalnej płyty zatytułowanej po prostu The Libertines.

CZTERY NUMERY - NOWY CYKL BONOMUZY

Nigdy nie zapomnę dnia kiedy w bloku podłączyli nam kablówkę. Niemal w całości spędziłem go oglądając MTV, kanał wtedy nadający na okrągło muzykę. Kontakt z niezliczoną ilością teledysków do piosenek, które znałem tylko z radio był dla mnie odkryciem na poziomie tego, którego dokonał Kolumb 500 lat wcześnie. Młodszym czytelnikom zadającym sobie właśnie pytanie WTF przypominam, że w 1992 roku nie było youtube'a i aby zobaczyć klip ulubionego artysty trzeba było na niego trafić. 

Jedną z moich ulubionych audycji na MTV było 3 from 1, banalna i genialna w swojej prostocie, prezentująca trzy klipy danego artysty. To właśnie do niej nawiązuje nowy cykl Bonomuzy. Z tymże zamiast trzech będziemy tu prezentować cztery numery jednego wykonawcy lub na jeden temat.

niedziela, 28 czerwca 2015

ORANGE WARSAW FESTIVAL - DZIEŃ 1

Na pierwszym dniu festiwalu pojawiłem się około 17:30 i aż do samego końca nie nudziłem się ani sekundy, mało tego, każda minuta pierwszego dnia wypełniona była świetną muzyką. Mela Koteluk to nie moja muzyczna bajka, jej koncertu na Warsaw Stage czyli w namiocie słuchałem więc konsumując przedwczesną, festiwalową kolację. Ładne, profesjonalnie wykonane piosenki w wersjach nie różniących się od tych, które znam z radio. O 18 na Rochstar Crew Stage, najmniejszej festiwalowej scenie wystąpił polski Terrific Sunday. Ich koncert zgromadził ledwie kilkadziesiąt osób, być może w porywach była ich setka, a szkoda bo zespół zaprezentował kawał porządnej muzyki, z ciekawym wokalem i fajnymi aranżacjami kawałków w stylu przypominającym momentami Placebo.


Chwilę później na Orange Stage - głównej scenie zainstalowali się Crystal Fighters. Kto choć raz widział Wojowników wie, że każda sekunda ich show to istny żywioł.  Tradycja została podtrzymana, mimo dość trudnej pory koncertu. Statywy mikrofonów ozdobione kwiatami, białe stroje muzyków, taniec i wiecznie uśmiechnięte twarze wokalistek, wokalista z głosem niczym Żwirek lub Muchomorek, folkowe dźwięki, chwytliwe melodie i elementy elektro w połączeniu dające klimat fantastycznej, tanecznej imprezy odbywającej się gdzieś w ciepłej krainie szczęśliwości i radości. W dodatku mój zdecydowany faworyt z repertuaru Crystal Fighters czyli I Love London jak zwykle rozwalił system.


Nigdy wcześniej nie widziałem na żywo Afromental, nie znałem też specjalnie ich twórczości, mimo iż kilka osób przekonywało mnie iż "to zdolne chłopaki". Kilka kawałków, które usłyszałem w ich wykonaniu na OWF zdają się potwierdzać tą tezę, wkręcająca, świetnie wykonana muza łącząca wiele gatunków sprawiła iż po wybrzmieniu każdej z piosenek chciałem powiedzieć "szacun". Czar prysł kiedy Łozo się odezwał. Jego nawijka miała chyba w założeniu być motywacją dla innych aby wierzyli siebie, robili to co kochają i nie poddawali się napotykając przeszkody. Byłoby super, gdyby nie forma, w jakiej owa pogadanka się odbyła. Zdecydowanie lepiej dla wszystkich byłoby, gdyby Afromental skupił się na graniu. Narcyzm, zadufanie, wklejane na siłę amerykańskie powiedzonka, przechwałki, przydługi bełkot bijący z wypowiedzi ich frontmana sprawiły iż czym prędzej postanowiłem opuścić namiot, tym bardziej iż na najmniejszej scenie zaczynała występ Agyness B. Marry. Poczułem się na jej koncercie trochę jakbym cofnął się o 45 lat i znalazł na festiwalu Woodstock.


Fantastycznie wypadł również Hey prezentując przegląd kawałków z ponad 20-letniej działalności. Słucham tego zespołu od pierwszej płyty, towarzyszył mi w mojej muzycznej drodze od zawsze ale właśnie podczas tego koncertu po raz pierwszy poczułem, że ta grupa to legenda polskiego rocka. Ilość genialnych utworów, które ma w swoim dorobku po prostu poraża. Piękne jest też to iż zespół nadal kombinuje, nowa wersja Wczesnej Jesieni po prostu wbiła mnie w trawę, możecie jej posłuchać od siódmej minuty poniższego linka.


Pozostaje tylko zawtórować Kasi, która jak zwykle rzucała po każdej piosence rozczulające "nooooooooooo, dziękujemy bardzo".


Największym pozytywnym zaskoczeniem był jednak zespół Three Days Grace, który, z całą stanowczością dał absolutnie najlepszy koncert całego pierwszego dnia OWF. Poszedłem na niego z ciekawości wyszedłem ze szczęką opuszczoną niczym do kopania trzeciej linii metra. Mocne, gitarowe riffy, ekspresyjny wokal, tłum skandujący nazwę kapeli, szaleństwo pod sceną i godzina fantastycznej gitarowej, czadowej muzy sprawiła iż wyglądałem jak clown gotowy do roboty, w przeciwieństwie do cyrkowca mój uśmiech spowodowany był jednak nie makijażem tylko szczęściem.


Wisienką na torcie tego piątkowego wieczora miał być Noel Gallagher i jego High Flying Birds, będące namiastką Oasis, która jak wieść gminna niesie jest o krok od reaktywacji. Oba solowe albumu starszego z braci G. są naprawdę świetne, stąd czekałem na jego pierwszą wizytę w Polsce z dużą zajawką. Trzeba przyznać, iż Noel ma pecha do Warszawy, podczas jedynego, polskiego koncertu Oasis nie przyjechał z zespołem, gdyż chwilę wcześniej pobił się z bratem, w tym roku jego występ okraszony był burzą i deszczem padającym z intensywnością wody wylewanej z wiadra. Aura sprawiła iż pod sceną zebrała się naprawdę garstka, myślę, że nie więcej jak 2000 osób, od połowy koncertu bardziej niż na zabawie skupiająca się na tym, by jakoś przetrwać. 


Na szczęście było ciepło, choć i tak po 45 minutach stania pod prysznicem, mając przemoczoną każdą, najmniejszą część ubrania imprezowy nastrój nieco mi przygasł. Tak, czy inaczej, Noel dał radę, bez żadnej buty i zbędnego gwiazdorstwa zagrał po prostu ponad godzinę świetnej muzyki, na którą złożyły się również 4 kawałki Oasis. Z każdego zagranego dźwięku czuć było iż ów pan to muzyczny czarodziej, jestem mega szczęśliwy iż mogłem być tego świadkiem, było pięknie. Niestety atmosfera pod sceną była równie świetna, co aura, czego efektem był chyba brak Whatever, granego zarówno na wcześniejszych, jak i późniejszych koncertach. Straszna szkoda, bo nie mam wątpliwości, że przy normalnych warunkach mógł być to koncert, którego na długo nie zapomnieliby zarówno Noel jak i jego fani. Liczę na szybką powtórkę w hali.


Papa Roach, którego koncert częściowo pokrywał się z Gallagherem, grał na szczęście pod namiotem. Bo kończącym występ pana G Don't Look Back In Anger pobiegłem więc poskakać przy nieco mocniejszych dźwiękach. Czad był, przy Getting Away With Murder czy Last Resort nie mogło być inaczej. Tłum został porwany, jednak chyba w nieco mniejszym stopniu niż przez grających bardzo podobną muzykę i występujących chwilę wcześniej na tej samej scenie Three Days Grace. 


Koncertów The Chemical Brothers i Goorala niestety nie doczekałem z powodu totalnego przemoczenia. Ale nawet bez nich był zdecydowanie jeden z najlepszych festiwalowych dni w moim życiu.

Na koniec kilka słów odnośnie organizacji. Przenosiny na Tor Wyścigów na Służewcu, zgodnie z przewidywaniem okazały się strzałem w dziesiątkę. Dużo większy teren, dający poczucie plenerowego festiwalu, brak największej zmory poprzednich edycji na stadionach Narodowym i Legii czyli problemów z nagłośnieniem oraz trzy sceny ustawione w odległości 2-minutowego spaceru umożliwiający przemieszczanie się między koncertami oraz możliwość przemieszczania się z piwem po całym terenie festiwalu to cztery naprawdę duże organizacyjne plusy tegorocznego OWF. 

wtorek, 23 czerwca 2015

BLUR - THE MAGIC WHIP

Dziwne to uczucie recenzować płytę, na którą czekało się 12 lat, w której pojawienie wierzyło się kilkukrotnie podczas krótkich, koncertowych reaktywacji zespołu, by ostatecznie ów wiarę porzucić. Na The Magic Whip nie znajdziemy przeboju pokroju Tender czy Song 2. Dużo tu natomiast naprawdę dobrych kompozycji autorstwa świetnych, dojrzałych muzyków.

Do "starego BLUR" zdecydowanie najbardziej nawiązuje najkrótszy na krążku I Broadcast, fantastyczny, prosty i szybki kawałek, z charakterystycznym gitarowym riffem Grahama Coxona, który równie dobrze pasuje do pogo jak i tańca towarzyskiego. Drugi typowo "blurowy" numer na The Magic Whip to Ong Ong, bezpretensjonalny, radosny, ogniskowy song z melodią wpadającą w ucho po kilkunastu sekundach sprawiający iż śmieję się jak koń do owsa. Również otwierające album Lonesome Street trudno pomylić z kompozycją jakiegokolwiek innego zespołu. Duży plus za środkową część utworu, która brzmi trochę jak The Beatles z ostatniego okresu działalności.
Go Out, czyli pierwszy singiel, to najlepszy dowód na to, że panowie z BLUR nie zamierzają jedynie powielać schematów, które przyniosły im fortunę tylko nadal szukają nowych, muzycznych rozwiązań. Im dłużej słucham tej piosenki tym bardziej mnie poraża swoim industrialnym klimatem, pulsującą gitarą i rosnącym napięciem.
Najpiękniejszym utworem na Magicznym Biczu jest jednak Pyongyang...

niedziela, 24 maja 2015

OUDEDUDADEJ

Od jutra znowu kredyt w złotówkach i może dożyję jednak emerytury. W sumie...
Oudedudadej. ;-)




wtorek, 5 maja 2015

OSTATNIE GODZINY PROMOCYJNYCH CEN NA OWF

Jeszcze przez niecałe 2 godziny można kupować bilety i karnety na Orange Warsaw Festival w promocyjnej cenie obniżonej o 30 procent. Wygląda na to, że impreza nie cieszy się chyba zbyt wielką popularnością co, szczerze mówiąc, mocno mnie dziwi. Zestaw artystów, który będzie można zobaczyć w Warszawie w połowie czerwca jest naprawdę zacny. Moje top 5 to: Incubus, MUSE, Papa Roach, Metronomy i Noel Gallagher. Trzech ostatnich nigdy nie widziałem na żywo. Ostatnio fazuję się solową twórczością starszego z panów G. Recenzja jego drugiego solowego albumu pojawi się na Bonomuzie jeszcze w tym miesiącu. Dziś słuchając koncertu z trasy koncertowej promującej jego pierwszą płytę natknąłem się na następujący "smakołyk":


Uwielbiam ten utwór, równie mocno za piękną muzykę, co za fantastyczny, prosty tekst, który za każdym razem sprawia, że czuję prawdziwą wolność. Nie wiem czy Noel zagra akurat tą niesamowitą i przepiękną piosenkę ale kilku utworów z repertuaru Oasis na pewno nie zabraknie. I myślę, że to będzie najpiękniejsze wydarzenie pierwszego dnia warszawskiego festiwalu. Nie przekonuje mnie line up soboty, mam nadzieję, że organizatorzy dołożą tu jeszcze jakąś prawdziwą gwiazdę. Natomiast zamknięcie imprezy w towarzystwie Incubusa i MUSE powinno mocno wstrząsnąć stolycą i okolycą.

Zestaw wszystkich ogłoszonych dotychczas artystów Orange Warsaw Festival znajdziecie TU.

wtorek, 28 kwietnia 2015

LAO CHE - DZIECIOM

Panowie z Lao Che, swoim szóstym studyjnym albumem, znów dostarczyli dowód na to, że ich zespół to absolutny, polski muzyczny top. Tym razem krążek porusza tematykę związaną szeroko rozumianym dzieciństwem, także od strony rodzicielstwa, związanych z nimi troskami, radościami i przemyśleniami. To niezwykle oryginalna, zaskakująca i spójna płyta.
Teksty Spiętego, zawsze pełne smaczków, tym razem w wielu przypadkach wchodzą na orbitę dostępną tylko dla najlepszych poetów.

Ci z nieba przez lufcik wrzucili mi haczyk,
że byłby etacik, może Mały Fiacik
lecz mają warunek i problem w tym,
że muszę być dobry, tylko nie wiem w czym.

To przykład z singlowego Tu - mistrzostwo świata. Znacznie większy ciężar gatunkowy niosą ze sobą Z Kamerą Wśród Zwierząt Buszujących w Sieci czy Legenda o Smoku. Ta pierwsza w towarzystwie klimatycznych, w większości elektronicznych brzmień przedstawia "ciemną stronę sieci" ta druga, przy dość korzenno-rockowych dźwiękach opisuje powstanie świata nietolerancji i radykałów oraz smoka, który przyszedł się z nim rozprawić. Końcówka Legendy, także w wersji muzycznej ma w sobie coś niesamowitego, dźwiękowy chaos i wibrujące dźwięki przyprawiające o zawroty głowy przypominające klimatem najbardziej poruszające fragmenty płyty Powstanie Warszawskie.

Niekiedy marzy smok o cichym kątku
Gdzieś pośród Wysp Przyzwoitego Rozsądku
Tam ludzie ludziom chylą nieba
I tylko wysp tych nie ma...

Geniusz! Tak właśnie należy korzystać z cytatów. Spięty w podobny sposób sięga do nich również w otwierającym płytę, świetnie wprowadzającym w klimat całej płyty, nieco orientalnym Dżinie.

O Wojence pisałem już w poprzednim poście. Mam nadzieję, że utwór ten stanie się singlem maglowanym na okrągło przez wszystkie rozgłośnie, tak aby trafiła do masowej świadomości, gdyż zasługuje na to, jak żaden inny utwór w ostatniej "pięciolatce". Moim drugim ulubionym numerem z tego krążka jest Ballada o Misiu tom II, pozytywny, tak odczapowy, że aż trudny do opisania oddech. Pięknie wybrzmiewa również Znajda, smutna historia o nieudanych poszukiwaniach szczęścia. Errata to z kolei pięciominutowe spotkanie z zupełnie nowym, jazzującym obliczem Płocczan, wyśpiewany niemalże falsetem, niezwykle chwytliwy i klimatyczny kawałek. Co rusz to na Dzieciom znajdujemy smakołyk, czyli coś co dzieci lubią najbardziej. I nie tylko one.

Jak każdy dobry muzyczny album także ten przekonuje do siebie powoli. Początkowo druga połowa wydawała mi się nieporozumieniem, Errata irytująco-piszczącym tworem, Legenda o Smoku bezsensowną naparzanką, a Z Kamerą... nieudanym zwrotem w stronę melorecytacji. Dziś nie pasuje mi jedynie zamykające całość A Chciałem o Sobie. Całą resztę polecam z całego, muzycznego serca.



poniedziałek, 6 kwietnia 2015

TEKST ROKU 2015?

Od dwóch tygodni niezmiennie gra mi w głowie Wojenka, numer trzy na nowym albumie Lao Che. Spięty teksciarzem jest wyjątkowym ale w tym przypadku przeszedł samego siebie. Nie pamiętan kiedy ostatnio słowa piosenki poruszyły mnie tak bardzo jak w tym przypadku. Nie ma chyba piękniejszego sposobu do opisania rodzicielskiej troski niż ten użyty przez Huberta w refrenie. Nie wiem też czy kiedykolwiek słyszałem tak trafny opis bezsensu wojny jak słowa z drugiej częsci utworu. W dodatku myśląc o tym co dzieje się za naszą wschodnią granicą, a także w Kenii, Tunezji, Jemenie i wielu innych zakątkach świata tekst tego utworu jest niestety wyjątkowo aktualny.




Wojenka - sł. Hubert Dobaczewski

Raz i dwa, raz i dwa
Dziewczynka Wojenka na imię ma.
Trzy i cztery, trzy i cztery,
Dziwne ona ma maniery.
Pięć i sześć, pięć i sześć,
Wcale lodów nie chce jeść.
Siedem, osiem, siedem, osiem,
Wciąż o kości tylko prosi.
Dziewięć, dziesięć, dziewięć, dziesięć,
Kto z was kości jej przyniesie?
Może ja, może ty?
Licz od nowa: raz, dwa, trzy.

Gdyby do nas przyszła,
Skłamałbym, że wyszłaś,
że na świat nie przyszłaś.
Kłamałbym jak popadnie,
Choć kłamać, córeńko nieładnie.

Gdy dorosły chmurny - marszczy brew,
Wtedy wojna jest i psika krew.
Wojna to sport, a sport to zdrowie:
Skoki do gardła i rzuty ołowiem.
Zawsze jest powód do użycia noża,
Połock żąda dostępu do morza!
Żołnierz na wojnie gnije w okopie,
żona pisze: brzuch duży i mały kopie...
Myśli żołnierz - w dupie z wami i waszymi wojnami.

Gdyby do nas przyszła,
Skłamałbym, że wyszłaś,
że na świat nie przyszłaś.
Kłamałbym jak popadnie,
Choć kłamać, córeńko nieładnie.

Gdyby do nas przyszła,
żeby ją zaraza ścisła,
żeby ją zabrała Wisła.
Jak mnie słyszysz,
Ja Wisła, Ja Wisła!

Chociąż minął dopiero pierwszy kwartał tego roku nie wyobrażam sobie co mogłoby zdetronizować ten kawałek z pozycji piosenki roku 2015.

niedziela, 5 kwietnia 2015

JINGLE EGGS

Mniej więcej 20 lat temu wywołam lekką konsternację stawiając na wigilijny stół wielkanocnego baranka. W tym roku, pamiętając tamtą pogadankę Dziadka, patrząc przez okno o mały włos nie zacząłem głośno protestować, że owej gipsowej figurki nie używa się przecież na Boże Narodzenie. Po obiedzie bardziej niż o wiosennym spacerze myślałem o ulepieniu bałwana, a Filip, tradycyjnie, jak podczas każdej wizyty u Dziadków zapodał swój ulubiony, prawdziwie wielkanocny hit:


Karpia na szczęście na stole nie było. Sanki z Mikołajem też nie przyjechały.
To chyba pierwszy w historii Bonomuzy wpis o pogodzie. Sytuacja w tym roku jest jednak naprawdę dziwna. Globalne ocieplenie mocno daje się we znaki - w rundzie wiosennej Ekstraklasy, która kończy się za 3 kolejki nie zdarzyło mi się jeszcze pójść na stadion bez zimowej kurtki. Kwiecień może i plecień ale czas najwyższy aby wreszcie przyniósł trochę lata. Wesołych Świąt!

wtorek, 31 marca 2015

MÓJ ZNAK (STARZENIA SIĘ)

Dawno nie oglądałem żadnej muzycznej telewizji. Na MTV od dawna muzykę można znaleźć jedynie w nazwie stacji, na innych kanałach króluje disco polo lub ewentualnie hity łupu cupu ze świata. Przez ostatnie dwa weekendy nie mając sprecyzowanego pomysłu na to wrzucić do odtwarzacza trafiłem przypadkowo na stację Stars TV. Zatrzymała mnie przy niej dawno nie słyszana piosenka zespołu Big Day. Z opisu audycji wynikało, że prezentowane są w niej polskie hity lat 90-tych. Kolejną godzinę spędziłem więc słuchając kawałków, które pojawiły się w czasach, kiedy dopiero co zacząłem świadomie słuchać muzyki. Przypomniałem sobie czasy, kiedy w sklepach pojawiły się pierwsze kasety Heya, Edyty Bartosiewicz, Kasi Kowalskiej, ścieżkę dźwiękową Varius Manx do Młodych Wilków, Chłopców z Placu Broni zs ś.p. polskim Johnem Lennonem,  IRĘ z Kubą Płuciszem, Makumbę, Rzekę Oddziału Zamkniętego i wiele innych fantastycznych kawałków, których w większości nie uraczysz dziś w radio i które powstały w czasach, gdy byłem beztroskim nastolatkiem. Jedna myśl niezmiennie wracała mi do głowy: niezmiernie się cieszę, że z muzyką zacząłem się zaprzyjaźniać w czasach, gdy powstawały tak piękne piosenki.


Zapewne ten tekst i to, że z rozrzewnieniem wspominam "piosenki młodości" to znak, że się starzeję. Oby starzenie się zawsze było takie przyjemne.



piątek, 13 marca 2015

PSYCHO - NOWY KAWAŁEK MUSE

Od kilku godzin w sieci dostępny jest klip do najnowszej kompozycji MUSE zwiastującej nowy album, który trafi do sklepów za niecałe 3 miesiące. Zapowiada się rewelacyjne, muzyczne lato.A już niecały tydzień po premierze nowy materiał będzie można usłyszeć na żywo na warszawskim Służewcu podczas ostatniego dnia Orange Warsaw Festival. Radość tym większa, że brytyjskie trio po zdecydowanie mało udanych, jak dla mnie, eksperymentach na The 2nd Law najwyraźniej wraca do mocniejszego, gitarowego grania. 


Jak Wam się podoba? 

sobota, 28 lutego 2015

NOWY STUDYJNY ALBUM BLUR

Ostatni tydzień urlopowałem się w odcięciu od wszelkiego kontaktu ze światem zewnętrznym. W efekcie dzisiejszy news będzie równie świeży, co zawinięta w gazetę makrela dojrzewająca tydzień na słońcu. Krótko więc i na temat: po 12 latach przerwy nowy studyjny album wyda BLUR. I to już za niecałe 2 miesięce, 27 kwietnia. Powiem szczerze, że tak, jak liczyłem na to podczas dwóch poprzednich, krótkich, koncertowych reaktywacji tego kwartetu, tak teraz jest to dla mnie mega zaskoczeniem i jednym z bardziej ekscytujących, muzycznych newsów od dawna, równie mocnym, co zeszłoroczne, niespodziewane udostępnienie nowego krążka U2.

Rock Werchter Festival ma w poniedziałek ma podać nazwę kolejnego headlinera, który pojawi się na belgijskiej scenie. Mam nieodparte wrażenie, że będą to 4 litery "BLUR" i że tuż po weekendzie zobaczymy je również w programie Orange Warsaw Festival. W oczekiwaniu na te pozytywne informacje posłuchajmy zapowiedzi nowego albumu Damona i spółki. Nie wiem,w która stronę panowie pójdą tym razem ale po tych 4 minutach czuję, że "będzie dobrze". A nawet zajebiście dobrze,

środa, 18 lutego 2015

3

Muzyczna edukacja Fila zaczyna nabierać tempa. Na razie w dziewięćdziesięciu procentach ogranicza się do wyciągania płyt CD z półki i wkładania ich do odtwarzacza. Z jednej strony bardzo mnie to cieszy, z drugiej, niczym Kasia K. jestem coraz bardziej "pełny obaw" o swoją zbieraną ponad 20 lat kolekcję. W związku z otwarciem się Filipa na muzyczny świat dźwięki piosenek dziecięcych słychać u nas coraz rzadziej. Jako trzylatek rozpoznaje dwa zespoły: U2 oraz Placebo, ze zdecydowanym wskazaniem na ten pierwszy. Nie mam pojęcia skąd się mu to wzięło ;-D



Niemal zawsze gdy podczas samochodowej podróży wybrzmią pierwsze dźwięki Every Breaking Wave komentarz jest krótki: "o, ju tu". A jeśli aktualny singiel Bono i spółki nie pojawi się w głośnikach przez kilka minut bardzo szybko pada pytanie: "tato, kiedy będzie ju tu?". Nowe pokolenie fanów nadciąga! ;-)

poniedziałek, 16 lutego 2015

BADIKAŁNT IN DA HAAAAAAAUZ

Dokłądnie za cztery miesiące w Parku Sowińskiego wystąpi Body Count. Szczerze nie mogę się go doczekać. Nie dotarłem na koncert Ice-T i kolegów 20 lat temu, gdy byli w pełni twórczej mocy, tym razem jednak tego nie przegapię twardych tekstów o policjantów którzy jedzą "fakin donats" oraz przynajmniej trzech "madafaków" na minutę. Zupełnie poważnie spodziewam się sporej dawki czadu i mam nadzieję usłyszeć wiele kawałków z lat 90-tych. Kiedy dziś słucham Cop Killera czy Born Dead z jednej strony w uszy kole pokaźny powiew old schoolu i "twardość" dość żenujących tekstów płynących z głośników, z drugiej za każdym razem przekonuję się, że mimo upływu czasu te numery nie straciły nic ze swej mocy. I myślę, że na żywo kosić będą niczym koncerny farmaceutyczne w porze jesienno-zimowej. Jeśli nie znacie lub zapomnieliście jakim gangsta-twardzielem jest Ice-T posłuchajcie choćby legendarnego Born Dead.



Albo każdego dowolnego kawałka z albumu Cop Killer, chociażby jego pierwszych dwóch minut.


Będzie się działo! 

wtorek, 20 stycznia 2015

POLSKA MOTORYZACJA A BRYTYJSKA MUZYKA

W tym roku mija 15 lat odkąd z taśmy produkcyjnej zjechał ostatni Fiat 126p - niedawne jeszcze marzenie milionów, odpalane czasem na szczotkę, z silnikiem umieszczonym z tyłu. Trzeba przyznać, że Maluch miał w sobie "to coś" a swego czasu był nawet naszym eksportowym hitem. Na własne oczy widziałem ów wehikuł na dwóch pozaeuropejskich kontynentach. Choć polska motoryzacja nie była mi obca nigdy Malucha nie miałem. Wolałem "wozić się" Polonezem i słowa złego o tym demonie prędkości i zwrotności powiedzieć nie dam. Podobnie zresztą pewnie jak panowie z Kasabian na temat Fiata 126p. Ich wspólna przygodę z monstrum z Bielsko Białej yacyzna się w trzeciej minucie teledysku do Re-Wired.

niedziela, 11 stycznia 2015

SKŁADANKA "BEST OF BONOMUZA 2014"

Na koniec wspominek z roku 2014 czas na tradycyjna składankę podsumowującą minione 365 dni. Możecie posłuchać jej klikając na tytuły poszczególnych kawałków lub w całości w poniższym okienku.




1. FAMILY RAIN - Don't Waste Your Time On Me
Pierwszy kawałek, który w zeszłym roku "chodził za mną" przez kilka tygodni.

W 2014 ponownie uwierzyłem w swój ulubiony zespół. A ta wersja, która usłyszałem niemal 2 miesiące po premierzy płyty po prostu wbiła mnie w fotel.

Solówka kończąca to combo to najpiękniejsze muzyczne 30 sekund tego roku.

Muzyczne LSD, przedstawiciel najlepszego albumu A.D. 2014.

To z kolei najlepszy kawałek z ciekawego debiutu w stylu The Black Keys.

Jeden z lepszych reprezentantów smutno-dojrzałej płyty wokalisty BLUR.

Jacek Biały może nie rzucił na kolana swoim drugim solowym albumem ale umieścił ta kilka naprawdę dobrych kawałków. Między innymi ten.

Największe muzyczne zaskoczenie zeszłego roku. Najlepszy polski debiut od lat, kariera zagranicą niemalże murowana.

W roku 2014 odbył się Mundial, najciekawszy jaki pamiętam, a pierwsze prześwity z mistrzostw świata mam z Mexico '86. Song Shakiry, z którą zrobiliśmy wywiad w ramach Kaszana Song Festival, po raz trzeci z rzędu był hymnem futbolowych mistrzostw świata.

Autor ów ckliwej i chwytliwej pieśni wygrał chyba konkurs na najlepszy cover kawałka Roxette. I choć pewnie jego plakaty zdobią głównie pokoje nastolatek ten numer chwyta również i mnie.

Kasabian wykonało dość niski ukłon w stronę muzyki elektronicznej i wyszło z tego obronną ręką. Treat to tego najlepszy przykład. Koncert na Narodowym podczas Orange Warsaw Festival był mega.

Absolutny numer 1 w kategorii "najbardziej odczapowy klip roku".

Apetyczny zwiastun nadchodzącej płyty i koncertu w Polsce. Czyżby na Orange Warsaw Festival?

Zwycięzca w kategorii tekstowy suspens roku - "Nie pozwolę ci mnie opuścić nawet gdybym miał się ....". Zmienić. Tiaaaaaa.

Piotr Rogucki zapuścił wiejskie wąchy i udziela się jako juror w jednym z talent show. O nowej płycie COMY na razie cicho, ten gościnny występ to jedyny ślad po twórczości PR. który chwilowo niczym pies Saba wydaje się podążać niewłaściwą drogą.

Najważniejszym muzycznym wydarzeniem, które w Polsce przeszło praktycznie bez echa, była reaktywacja Nirvany przy okazji włączenia do Rock'n'Roll Hall of Fame w roku dwudziestej rocznicy śmierci Kurta Cobaina. Z tej okazji zespół zagrał mini koncert. Jestem pewien, że przy tym kawałku Kurt uśmiechał się od ucha do ucha.

Dwudziestą rocznicę obchodził również Przystanek Woodstock, na który z radością wróciłem po 10 latach przerwy. To jedna z jego najpiękniejszych chwil..

Dwudziestolecie obchodziła też płyta PRYMITYW. T.LOVE zaprezentował ją na żywo podczas specjalnej trasy koncertowej. W Stodole nawet w oryginalnym składzie, z Perkozem na gitarze. A przy okazji w 2014 obejrzeliśmy wiele naprawdę pięknych meczów.

Od przyszłego roku będziemy niestety obchodzić także smutną rocznicę. Po 45 latach od  oryginalnego festiwalu Woodstock, kilka dni przed końcem roku zmarł Joe Cocker. Nie mogło więc go zabraknąć w muzycznych podsumowaniach roku 2014.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

MUZYCZNE WYDARZENIE ROKU 2014 - REAKTYWACJA NIRVANY

Bezapelacyjne  najważniejszym muzycznym wydarzeniem zeszłego roku byłą reaktywacja Nirvany przy okazji przyjęcia zespołu do Rock'n'Roll Hall of Fame. I nie o samo wyróżnienie chodzi tylko o minim koncert, który przy tej okazji się odbył. Mowę wstępna wygłosił Michael Stipe, na scenie oprócz Krisa Novoselica i Dave'a Grohla pojawiły się m.in. Wendy o'Connor czyli matka Kurta oraz Courtney Love. Niesamowite wrażenie zrobiły na mnie słowa Dave Grohla, jego podziękowania dla rodziców, którzy pozwalali mu odnaleźć siebie oraz to jak należy podchodzić do idoli, to jak naprawdę mogą oni pomóc w życiu. Bez kitu ten kilkuset sekundowy speech to majstersztyk. Na deser zespół wykonał 5 utworów, każdy z inną wokalistką. Jestem przekonany, że gdyby Kurt usłyszał fenomenalne Smells Like Teen Spirit zaśpiewane przez Joan Jett byłby mega zadowolony i szczęśliwy. Niewiele gorzej wypadła Kim Gordom z Sonic Youth prezentując Aneurysm. Lithium w wykonaniu St. Vincent a zwłaszcza All Apologies z udziałęm Lorde podobały mi się znacznie mniej.

Mam wrażenie, że w Polsce temat ten przeszedł raczej bez echa. Namawiam do poświecenia 30 minut na poniższy film. Dla mnie to była prawdziwa podróż do przeszłości, przez chwilę znów miałem 15 lat, przypomniały mi się setki chwil spędzonych z Nirvaną, zdałem sobie sprawę, że mało którego zespołu słuchałem w życiu więcej.

niedziela, 4 stycznia 2015

NAJBARDZIEJ POJECHANY KLIP ROKU 2014

W ramach zeszłorocznych wspominek dziś przyszedł czas na najbardziej "pojechany" teledysk, na jaki trafiłem ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Już wkrótce będziemy na Bonomuzie umieszczać wybrane, najciekawsze teledyski, zarówno klasyki jak i teraźniejsze. Niestety "w dzisiejszych czasach" coraz trudniej o oryginalny i ciekawy wiedoklip. Większość koncentruje się na prezentacji najnowszej mody w dziedzinie bielizny lub operacji plastycznych. Innymi słowy - niemal każdy teledysk "bez dupy się nie obejdzie". Poniższy, zagrany jednym ujęciem, klip Fat White Family również nie stanowi wyjątku. Wnosi jednak do sztuki teledysku nowe spojrzenie na ten aspekt. A poza wszystkim Touch That Leather to genialna piosenka.

piątek, 2 stycznia 2015

NOWOROCZNIE...

W rozpoczętym wczoraj roku 2015 życzę wszystkim czytelnikom Bonomuzy wielu radosnych i pełnych wszechogarniającego szczęścia chwil, a także:

- niekończących się sukcesów, także sportowych takich jak

- muzycznych festiwali z klimatem jak na

- wesołych podróży

- hucznego celebrowania ważnych rocznic

- proroczych snów

- setki równie cudownych płyt jak

- oraz tysięcy piosenek z podobnym ładunkiem piękna co:


czwartek, 1 stycznia 2015

PŁYTY ROKU 2014 - PODIUM








MIEJSCE 3:
U2 - Songs Of Innocence

Po fatalnej płycie No Line On The Horizon U2 wróciło na jasną stronę muzycznego Księżyca. Dziwi mnie dość powszechna, tegoroczna mody na hejtowanie Irlandczyków, do którego przyłączyło się także NME nominując Bono na "wieśniaka roku" z powodu wypadku na rowerze i wysłania nową płytę zespołu do wszystkich użytkowników sprzętu z jabłkiem bez ich zgody. Tak, jakby skasowanie 11 plików stanowiło wielki problem. Zresztą najważniejsze, że nie warto ich wyrzucać. Odstawiłem ten krążek na kilka tygodni aby móc go ocenić już po minięciu radości z jej ukazania się. Nadal "działa" bezbłędnie. To nie jest nowe Achtung Baby czy The Joshua Tree ale fajny przegląd tego co panowie stworzyli przez ponad 30 lat już jak najbardziej.


MIEJSCE 2:
CURLY HEADS - Ruby Dress Skinny Dog

To ta płyta zabrała Foo Fighters miejsce na podium. Wpadłem na nią w grudniu, kiedy miejsce kapeli Dave'a Grohla w pierwszej trójce tegorocznego zestawienia wydawało się niezagrożone. Dawida Podsiadło nie przekonywał mnie swym songiem o wielokątach i w życiu nie spodziewałem się, że wraz z zespołem może nagrać tak niesamowitą, krwisto rockową płytę. Tymczasem debiut Curly Heads dosłownie poraża czadem, profesjonalizmem, ekspresyjnością i ciekawymi melodiami. Dawno nie jarałem się tak bardzo polskim debiutem.


MIEJSCE 1:
ALT-J - This Is All Yours


O ile pozycja płyt z miejsc 2-5 zmieniała się w mojej głowie wielokrotnie to kandydat na zwycięstwo w tegorocznym zestawieniu pozostał niezmienny. Drugi krążek ALT-J jest po prostu fenomenalny od pierwszego do ostatniego dźwięku. Nowoczesny, urozmaicony, pełen pięknych melodii i zaskakujących brzmień. Za każdym razem, gdy go włączę dosłownie przenosi mnie na inną orbitę. Oby jak najwięcej takich płyt w rozpoczętym właśnie roku 2015.