wtorek, 1 sierpnia 2017
wtorek, 4 lipca 2017
PISTOLE A RUZE
Na zakończenie fantastycznego muzycznego tygodnia dziś czas na deser w postaci koncertu Guns'n'Roses. Czekałem na tę chwilę 25 lat, od momentu kiedy po raz pierwszy zobaczyłem teledysk do Don't Cry. Gunsi to był mój pierwszy, totalnie ulubiony zespół. Ziomale z podwórka raczej nie pochwalili wyboru, pytali kiedy kupuję lajkry i śmiali się, mówili, że dobra muza to jesynie AC piorun DC i Anthrax. Wytrwałem przy swoim i dziś po raz pierwszy w życiu zobaczę Slasha, Duffa i Axla na jednej scenie. Odliczam godziny, relacja wkrótce. Tymczasem zostawiam Was z Rakietową Królową, której nie powinno dziś zabraknąć na lotnisku Letnany.
niedziela, 2 lipca 2017
OPENER 2017
Kilkanaście
godzin po zakończeniu piętnastej edycji Openera czas na kilka wrażeń z imprezy.
Dawno w składzie tego festiwalu nie było takich muzycznych gwiazd jak Radiohead
i Foo Fighters. Choć zachowane w
zupełnie innej stylistyce i zagrane na innym poziomie energetycznym koncerty
obydwu grup pokazały, że ich miejsce w absolutnym muzycznym topie jest bardziej
niż zasłużone. W występie Radiohead najbardziej rzucało się w uszy, to jak
dobrym muzykiem jest każdy z jego członków. Całość wykonana wręcz perfekcyjnie,
z ciekawą listą utworów, spośród których najbardziej zabrakło No Suprises. Sceniczny
kontakt Toma z publicznością polegał głównie na „ha ha ha ha” wypowiadanym co 5
piosenek. I choć nie jest to nie do końca moja bajka to muszę przyznać, że
artyści stworzyli tak fantastyczny i pełny skupienia klimat, że rozbudowane gadanie
pomiędzy piosenkami nie było absolutnie potrzebne. Jedyny moment, w którym
zrobiło się jakby nudniej to czas pomiędzy Airbag a Idenkit wypełniony głównie
utworami, w których melodię zastępuje trans. Poza tym nieco ponad dwie godziny
spędzone z kapelą, której absolutnie nie jestem fanatykiem uważam za jedne z
lepiej spędzonych 120 minut w życiu. Wrażenie było tak duże, że zwyczajnie nie
miałem ochoty na obcowanie tej nocy z kolejnymi dźwiękami.
Przed
Radiogłowymi bardzo dobry koncert zagrali Royal Blood. Wokalista narzekał coś
na swój głos, przepraszał mówiąc, że w Anglii już by go za coś takiego zabili,
ale mówiąc szczerze nie kumam o co mu chodziło. Największym zaskoczeniem z ich
występu był fakt, iż w instrumentarium oprócz perkusji zamiast gitary
tradycyjnej znajduje się jedynie ta basowa. Słuchając płyty nie wyobrażałem
sobie, że tak wysokie dźwięki można wyciągnąć z basówki, przez kilka chwil
węszyłem podstęp myśląc ile procent dźwięków idzie z taśmy ale szybko mi
przeszło. Klimat i zabawa super tylko pora koncertu zabójcza (18:15).
Drugiego dnia
przed Foo Figthers zagrali The Kills. Widziałem ich po raz trzeci ale nigdy dotąd
tak radosnych. Fajna i pozytywna energia płynąca ze sceny, dużo uśmiechu i
świetnej muzyki tak najkrócej można podsumować ich występ. I tylko Satelite
brak…
Trudno w jednym
akapicie opisać to, co pokazali w czwartek Foo FIghters. Znam dobrze
przynajmniej dwie osoby, które przed koncertem wypowiadały się o twórczości Dave’a
i spółki niezbyt pochlebnie a po nim zbierały szczęki z ziemi Babich Dołów.
Dodam, że ziemi wyjątkowo tym roku nierównej i porozjeżdżanej. O energii, która
kipi od perkusisty Nirvany można by napisać 3 książki, o tym jak fantastyczni
muzycy mu towarzyszą dwie kolejne. Mogliśmy tego doświadczyć chociażby podczas
przedstawiania zespołu, podczas którego każdy z muzyków prezentował fragment
utworu innego artysty podłapywanego po chwili przez pozostałych, między innymi
Another One Bites the Dust z repertuaru Queen zaśpiewanego przez bębniarza
grupy. Fantastyczny dobór piosenek, gościnny występ Alison, piękna akustyczna
wersja Wheels, rozwalająca energią Arlandria to tylko garść smaczków, dzięki
którym w czwartek odleciałem na rockową planetę.
Wydarzeniem
trzeciego dnia festiwalu był dla mnie z kolei występ Prophets of Rage. Zobaczyć
na jednej scenie muzyków Rage Against The Machine, Cypress Hill i Public Enemy
oraz usłyszeć podczas tego samego koncertu kawałki wszystkich tych grup
brzmiało jak bajka. Spodziewałem się mega energetycznej petardy i się nie
zawiodłem. Natomiast fakt, iż podczas tego koncertu zrobi się podniośle i
wzruszająco przekroczył granicę mojej wyobraźni. Wszystko za sprawą Like A
Stone z repertuaru Audioslave zagranego w wersji bez wokalu w hołdzie dla
Chrisa Cornella. Wiedziałem, że Prophets nagrali tę wersję kawałka tuż po
śmieci wokalisty ale nie miałem pojęcia, że grają ją na żywo. Wrażenie piorunujące,
każdy dźwięk tej piosenki pozbawiony warstwy wokalnej uświadamia jak wiele
stracił muzyczny świat po odejściu pana CC. Po raz dwunasty zjawiłem się na Openerze
ale takich emocji jak podczas wspominanych trzech minut wcześniej tu nie
przeżyłem.
Solówka Toma
Morello oraz akordy refrenu na próżno szukające wokalnego wsparcia są ze mną do
teraz. Być może z tego powodu słabo odebrałem koncert Brodki. Załapałem się na
jej drugą połowę, ciekawy jak numery z Clashes wypadną na żywo ale jakieś to
wszystko było niespójne i udziwnione. Na czele z aktualnym wizerunkiem
artystki, który kojarzy mi się z połączeniem Grace Jones i Star Treka.
Głównym celem ostatniego
dnia festiwalu byli The XX, którzy zaszkoczyli otwarciem koncertu w postaci
Intro z debiutanckiego albumu i w ogóle bardzo licznej reprezentacji z tego
krążka pomimo wydania w tym roku trzeciej płyty. Była to niespodzianka
przyjemna, w przeciwieństwie do czasu trwania koncertu (65 minut). Trochę mało
jak na headlinera, choć z drugiej strony przyznaję, że usłyszałem podczas tej
godziny wszystkie kawałki, które chciałem a każdy z nich zagrany został
przepięknie i klimatycznie. Jedyna rzecz, która naruszyła jednynie ów klimat
był solowy fragment łupanki Jamiego XX, na szczęście krótki bo kompletnie
niepasujący do delikatnej całości. Podobnie zresztą jak wzmocnione beatem i
znacznie szybsze niż w wersji studyjnej Shelter.
Opener 2017
przyniósł wiele muzycznego piękna, już czekam na ogłoszenia na 2018.
czwartek, 22 czerwca 2017
Do startu piętnastej edycji Opener Festival pozostało niewiele ponad 5 dni. Dawno nie czekałem na gdyńskie święto muzyki tak, jak w tym roku. Tegoroczny skład zawiera bowiem wiele smakowitości, każdego dnia na Babich Dołach będzie działo się naprawdę wiele muzycznego dobra. Jedyne czego minimalnie żałuję jeszcze przed startem festiwalu to fakt, iż wiele z najważniejszych dla mnie występów odbędzie się przed zmrokiem, o mało koncertowych. Royal Blood o 18, The Kills o 20, Prophets of Rage o 19:45... Dziwne godziny dla tak zacnych wykonawców. Mimo to, nie mam wątpliwości, że "chociaż nie będzie bunkrów (ciemno) to i tak będzie zajebiście".
Pełną rozpiskę godzinową koncertów znajdzie POD TYM LINKIEM.
Pełną rozpiskę godzinową koncertów znajdzie POD TYM LINKIEM.
niedziela, 2 kwietnia 2017
I ZNOWU WIOSNA WOKÓŁ NAS...
Nie ma chyba piosenki, która lepiej oddaje klimat minionego weekendu. Można tylko krzyknąć "nareszcie" i roześmiać w głos, że to dopiero początek. Bo znowu noce krótsze i coraz więcej dnia. I w końcu wiosna i można lepiej tracić czas. OŁ JEA ;-D
środa, 29 marca 2017
HAPPYSAD - CIAŁO OBCE
Etykiety:
#CiałoObce; #Happysad,
RECENZJE
Ciało Obce to
przełom w historii grupy Happysad podobny skalą do tego osiągniętego przy
wydaniu trzeciego krążka. W przypadku Nieprzygody w dużej mierze decydował o
tym fakt, iż była pierwszą dobrze nagraną płytą zespołu. Na wydanym miesiąc
temu siódmym studyjnym albumie do fantastycznej realizacji nagrań panowie ze
Skarżyska-Kamiennej dołożyli jednak zestaw 11 fantastycznych kompozycji
osiągając poziom kosmosu.
Chociaż, zgodnie
z informacją umieszczoną na okładce otwierający Ciało Obce kawałek -1 nagrano „późną
nocą przy ognisku” to Happysad pozostałą dziesiątką udowodnił, iż ostatecznie
przestał być zespołem ogniskowym. O ile kawałek Nadzy Na Mróz spotkał się przed
premierą z bardzo przychylnym przyjęciem to już reakcję na forach na drugi singiel
zatytułowany Dłoń można opisać jako mieszankę lęku i „hejtu”. Tymczasem numer ten stanowi bardzo fajny, nieco zadziorny wstęp do kilku smakowitych petard następujących
zaraz po nim. Pierwsza z nich to Nie Umiem Kłamać, początkowo rozedrgana,
następnie delikatna a w refrenie uderzająca mocą gitar i krzyku. Następny w
kolejce Medelin, choć dużo spokojniejszy, kosi równie mocno, zwłaszcza w drugiej, niesamowicie klimatycznej, transowo-tajemniczej części. Czwarty
dzień intryguje długą, początkową partią perkusji oraz ciekawą wokalną artykulacją
w refrenie.
Najbardziej
zaskakujący i zarazem najlepszy utwór umieszczono jednak pod numerem 6. Przy
okazji Długu zespół wybrał się w podróż w wiele nieodwiedzanych dotychczas muzycznych
krain. Sporo tu elementów psychodelii, płaczącej gitary, mrocznego brzmienia
wokalu, wysmakowanych klawiszy oraz niepokojącego brzęku toczącego się przez
cały utwór. Rzecz to prawdziwie genialna, dawno nie słyszałem tak oryginalnej i
dobrej polskiej piosenki. Następujący po nim XXM to porcja ożywczego,
gitarowego czadu w zwrotce napędzanego głównie za pomocą sekcji rytmicznej.
Równie ważną funkcję pełni ona w świetnym, marszowym i zawadiackim Idę, którego
druga część jest piorunującą kakofoniczną improwizacją o mocy lawiny. Najmniej
rusza mnie przedostatnia na płycie Heroina, rzewna ballada, której
najmocniejsze elementy stanowią wybuchające solo na saksofonie oraz „cymbałkowe”
brzmienie klawiszy przywodzące na myśl zespół Lenny Valentino.
Ciało Obce to
płyta fantastyczna a utwór tytułowy pełen jest trudnej do opisania magii. Z
pozoru każdy instrument gra tu jakby swoją, solową, niekoniecznie pasującą do reszty partię. Genialna, niepospolita partia perkusji dodatkowo wzmacnia poczucie
znajdowania się na bujającej się łódce. Utwór oczarowuje i kiedy tylko wybrzmiewa jego ostatni dźwięk odruchowo chce się go posłuchać jeszcze raz. To druga po Długu kompozycja,
przy której szczęka zjeżdża mi do nierozpoczętej jeszcze trzeciej linii
warszawskiego Metra. Brawo Happysad!
PS. Na żywo te
utwory brzmią jeszcze lepiej a dodatkowo zespół zmienił aranżacje kilku
starszych kawałków. Jeśli Ciało Obce Tour nie zawitało jeszcze do Twojego
miasta nie zwlekaj z kupnem biletu.
sobota, 18 lutego 2017
5
Minione 365 dni było dla Filipa przełomowe pod wieloma względami. Zaczął trenować na Legii, nauczył się jeździć na nartach, umie pisać pierwsze litery i cyfry, z dużą łatwością zapamiętuje też teksty piosenek. Poniżej pięć utworów, które śpiewał pomiędzy czwartym a piątym rokiem życia.
Zaczęło się od Heya. Wiosna i lato zdecydowanie wypełniona była pięknym zdaniem "pojedźmy do lasu, do gór".
Piosenką numer jeden okazała się jednak ta nosząca numer "Siedem". Czaderski i mądry tekst jest opanowany przez Fila w stu procentach.
"Wyrzuć wszystkie tabletki, wyrzuć wszystko z torebki..." - to z kolei fragment, z powodu którego także i ten kawałek trafia do dzisiejszej wyliczanki.
Muszę też spojrzeć prawdzie oczy i przyznać, że Fil był w ciągu ostatnich kilkuset dni dość dużym fanem tegorocznego zwycięzcy Kaszana Festival. W grudniu i styczniu refren tejże pieśni rozbrzmiewał z jego ust dość często.
Przed ukończeniem piątego roku życia Młody wkroczył również do świata "techno". Takiego "mejd in Połlend". Okrzyk "jazdaaaa" rozlega się w naszym domu niemal codziennie. Dodatkowo słowo "bania" jest regularnie zastępowane przez "pania". "Najsławniejsza pania w Polsce". Nie ma się co szufladkować i zamykać na różne rodzaje twórczości, nawet tej przez "tfu". Zwłaszcza w wieku 5 lat.
poniedziałek, 6 lutego 2017
OPENER 2017 - ZAPOWIADA SIĘ KOSMOS
Indianie radzą aby nie chwalić dnia przed zachodem Słońca. Nie posłucham jednak ich przestrogi i już teraz powiem, że piętnasta edycja Openera zapowiada się na najlepszą w historii festiwalu. Dzisiejsze ogłoszenia nowych artystów, którzy pojawią się na przełomie czerwca i lipca w Gdyni razmnei w tym przekonaniu utwierdziły. No bo czy można sobie wyobrazić lepszy "support" Foo Fighters niż The Kills? Albo czy przed lub po nie chcielibyście odlecieć przy Royal Blood? Z mojej prywatnej perspektywy najsłabiej wygląda na razie trzeci dzień festiwalu ale i tak ozdobią go rozwalający energetycznie Prophets of Rage oraz Moderat, wobec muzyki którego, choć nie jestem fanem elektro, nie można przejść obojętnie. Poniżej trzy próbki twórczości dziś ogłoszonych zespołów.
Oprócz nich do składu Openera dołączyli dziś: George Ezra, The Dumplings, Michael Kiwanuka, Julia Pietrucha oraz Taco Hemingway. Naprawdę nie mogę się doczekać tegorocznego Opener Festival
niedziela, 5 lutego 2017
ZUPEŁNIE NOWY HAPPYSAD?
Etykiety:
#Happysad; #CiałoObce
Premiera nowego krążka Happysad już w najbliższy weekend. Po pierwszym singlu go promującym w postaci Nadzy Na Mróz przedwczoraj zespół udostępnił kolejną pozycję zapoadwiadającą Ciało Obce. Obie bardzo inne od dotychczasowych nagrań a zarazem mega ciekawe. Posłuchajcie ich klikając na umieszczone obok tytuły. Nadzy Na Mróz - mało przebojowe lecz hipnotyzujące, Dłońt - bardziej recytowana niż śpiewana, pełna nieoczywistych współbrzmień. Bardzo jestem ciekawy pozostałych piosenek, które znajdą no nowym krążku. Zapowiada się chyba dość wyraźna zmiana stylu. Z jednej strony to super, że panowie nie grają w kółko oklepanych i sprawdzonych schematów tylko wciąż kombinują. Druga strona medalu każe mieć nadzieje, że na płycie pojawi się choćby jeden numer w starym stylu. Choćby taki jak ten:
o drugim nawetnie wspominjąc.
o drugim nawetnie wspominjąc.
wtorek, 31 stycznia 2017
BEST OF BONOMUZA 2016
Chociaż płyta
podsumowująca muzyczny rok 2016 powstała kilka dni przed jego końcem dopiero
dziś zamieszczam na Bonomuzie jej zawartość. Jakoś opornie zaczął 5. się u mnie A.D.2017
pod względem pisarskim ale czas najwyższy przełamać ten impas. Minione 365 dni
przyniosło ze sobą mnóstwo fantastycznych piosenek. Żadna z dwudziestu
propozycji na Bonomuza 2016 nie została tam umieszczona na siłę, do każdej z
nich wracam z wielką przyjemnością. Oto one:
1. YEASAYER
– I Am Chmistry
Piosenka roku 2016 w moim prywatnym rankingu. Pojawiła się na jego początku
i aż do końca pozostała na fotelu lidera. Czekam z niecierpliwością na kolejny
koncert Nowojorczyków w Polsce.
2. PJ
HARVEY – Ministry of Defence
Przedstawiciel najlepszej płyty minionego roku, fenomenalnej „od A do Z”.
To PJ była również autorką najbardziej fantastycznego koncertu, jaki dane mi
było usłyszeć w ciągu poprzednich 365 dni.
3. T.LOVE
– Siedem
Muniek i spółka poczęstowali nas jesienią barwną, zróżnicowanym albumem
pełnym świetnych melodii i jeszcze lepszych tekstów trafnie oddających
dzisiejszą rzeczywistość w Polsce. Siedem to mój faworyt numer jeden z T.LOVE.
4. BIFFY
CLYRO – Flammable
Wiosną dosłownie zwariowałem na punkcie tego kawałka. Ma w sobie wszystko
co powinien zawierać rockowy przebój. W ostatniej chwili zrezygnowałem z
koncertu Szkotów na Torwarze czego mocno żałuję bo na żywo wypadają jeszcze
lepiej niż na płytach. Liczę na to, że i w tym roku pojawi się okazja
usłyszenia kawałków z Ellpisis w wersji live.
5. ANITA
LIPNICKA – Ptasiek
Dotychczas dobre muzyczne skojarzenia muzyczne z Anitą kończyły się na zespole
Varius Manx. Jeśli chodzi o solową twórczość wokalistki zdecydowanie zgadzam
się z Bolcem z Chłopaki Nie Płaczą: „jasne, że wszystko się może zdarzyć”. Aż
tu nagle po wakacjach do radia trafiło nagranie, które dosłownie raziło mnie
prądem. A nucony fragment zaczynający się w połowie trzeciej minuty tej
piosenki to chyba najładniejsza melodia A.D.2016
6. THE KILLS – Doing It To Death
Chociaż temu kawałkowi brakuje nieco do Satelite to zasłuchiwałem się nim
tuż przed Wielkanocą. Alison i Jamie po raz kolejny stanęli na wysokości
zadania serwując w zeszłym roku świetny krążek Ash & Ice.
7. KULT - Madryt
Po raz pierwszy w XXI wieku KULT dokonał selekcji piosenek na swój album. I
słychać to bardzo wyraźnie, na Wstydzie znajdziemy dużo fajniejszych kawałków
niż singlowy Madryt. W 2016 po pięcioletniej przerwie wybrałem się do Stodoły
na koncert Kazika i spółki. Było pięknie, było hucznie, części nie pamiętam.
;-D
8.
GREEN
DAY – Troubled Times
Panowie z Ggoreen Daya skutecznie ożywili moje punkowe fascynacji z czasów “buntu
i naporu”. Troubled Times to chyba najfajniejsza propozycja z bardzo dobrej
Revolution Radio.
9.
HEY –
Historie
Rok 2016 był dla mnie prawdziwą sinusoidą. Zaczął się super, potem znalazłem
się w bardzo złym miejscu aby jesienią zupełnie zmienić swe zawodowe życie i po
raz pierwszy w życiu mieć kreatywną i przynoszącą ogromną satysfkację pracę. I
to właśnie w tym najtrudniejszym wiosenno-letnim czasie słowa refrenu tej pięknej
piosenki pozwalały mi nie zwariować.
10.
RADIOHEAD
– Identikit
Nie jestem wielkim fanem Radiohead ale ten utwór sprawia, że wprost nie mogę
się doczekać ich gdyńskiego koncertu.
11.
SKUNK ANANSIE – In The Back Room
To była pierwsza nowa płyta, jakiej słuchałem w zeszłym roku. Do dziś nie
mogę się zdecydować czy Anarchytecture ma lepszy tytuł czy zawartość. Tak czy
owak obie te rzeczy są fantastyczne.
12.
BRODKA
– Santa Muerte
Pani Monika wkroczyła na „kolejny level”. Genialna i pięknie wydana płyta.
13.
DEJW –
Petarda
Na BEST OF BONOMUZA 2016 nie mogło też zabraknąć zwycięzcy tegorocznego
Kaszana Festival. A ten mógł być tylko jeden.
„Za każdym razem, gdy słyszę ją, mam dziwne myśli sam nie wiem skąd”. A
jeee ;-D
14.
DISTURBED
– Sound Of Silence
Bezapelacyjnie najlepszy cover roku 2016, a może nawet całych 16 lat XXI
wieku. Z pięknej piosenki duetu Simon & Garfunkel zespół Disturbed, słynący
dotychczas z mocnej łupanki znanej jedynie fanom gatunku, stworzyli arcydzieło.
Pełne emocji, od których przy każdej projekcji tego utworu oblatują mnie
ciarki.
15.
ANIMAL
COLLECTIVE – Burglars
Niełatwy to utwór i niełatwa płyta. Kto jednak poświęci jej odpowiednią
ilość czasu nie pożałuje.
16.
BISZ/RADEX
– Potłacz
Bardzo ciekawa muzyczna kooperacja. Nie słucham hip-hopu i nie przepadam za
Pustkami ale to połączenie pasuje mi na maksa.
17.
ŁĄKI
ŁĄN – Pola Ar
Gang wykrętów powrócił tym utworem z hukiem. Rewelacja!
18.
SYLWIA
GRZESZCZAK – Tamta Dziewczyna
Sylwia Grzeszczak awansowała z Kaszana Festival do kategorii Best of
Bonomuza. I choć ten kawałek jest nieco „wiejski” to nieprzeciętnie wpada w
banię i jest wręcz fenomenalnie zaaranżowany.
Przyznajcie się, że Wam też się podoba.
19.
GALA –
Freed From Desire
Kawałek stary jak świat ale z zeszłym rokiem kojarzy mi się za sprawą francuskich
Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. 1/8
finału, Saint-Etienne, mecz ze Szwajcarią, wygrywamy po rzutach karnych. A
potem następuje zdecydowanie najlepsza impreza zeszłego roku, na której, w
centrum tego małego francuskiego miasta co kwadrans z głośników leciał ten
właśnie przebój.
20.
JOE COCKER – With a Little Help From My Friends
Rok
2016 był wyjątkowo niełaskawy dla wielu prawdziwych muzycznych gwiazd. Smutna
lista muzyków, którzy opuścili w nim Ziemię jest zdecydowanie zbyt długa. Stąd
składankę Best of BONOMUZA 2016 zamyka hołd dla fantastycznego muzyka, którego
pomimo kilku szans, nie udało mi się usłyszeć na żywo.
niedziela, 1 stycznia 2017
PŁYTY ROKU 2016 - PODIUM
3. THE KILLS - Ash & Ice
2. YEASAYER - Amen & Goodbye
1. PJ HARVEY - The Hope Six Demolition Project
sobota, 31 grudnia 2016
PŁYTY ROKU 2016 - MIEJSCA 10-4
10. SKUNK ANANSIE - Anarchytecture
Skin i spółka w bardzo dobrej formie. Zdecydowany zwycięzca w kategorii „najlepszy tytuł płyty”. A na niej bardzo udany mix utworów lirycznych i drapieżnych.
Skin i spółka w bardzo dobrej formie. Zdecydowany zwycięzca w kategorii „najlepszy tytuł płyty”. A na niej bardzo udany mix utworów lirycznych i drapieżnych.
9. RADIOHEAD – A Moon Shaped Pool
Nie należę do wyznawców Radiogłowych ale ich tegoroczna
propozycja sprawia, że już odliczam dni do ich czerwcowego koncertu w Gdyni.
8. NICK CAVE & THE BAD SEEDS - Skeleton Tree
Najsmutniejsza płyta, jaką słyszałem od lat. Piękna ale
porażająca.
7. HEY – Błysk
Na tegorocznym krążku Hey poeksperymentował nieco z
brzmieniem, dołożył kilka świetnych melodii i poczęstował fantastyczną porcją tekstów
Kasi.
6. T.LOVE – T.Love
Świetny poziom tekstowy zaprezentował w tym roku również
Muniek. Do tego koledzy z zespołu dodali od siebie kilka fantastycznych
kompozycji. Siedem, Kwartyrnik, Niewierny Patrzy na Krzyż, to tylko początek
wyliczanki.
5. BRODKA – Clashes
To z kolei zwyciężczyni w kategorii „muzyczna metamorfoza
roku”. Pięknie wydany album z muzyką na absolutnie światowym poziomie.
4. BIFFY CLYRO – Ellipsis
Ostatnie miejsce przed podium trafia w ręce szkockiego trio.
Ellipsis ma w sobie wszystko, co w przebojowym rocku najważniejsze. Flammable
był moim „głównym paliwem” tegorocznej wiosny.
KASZANA FESTIVAL 2016 - PETARDA
Etykiety:
KASZANA SONGS
Zwycięzca tegorocznego Kaszana Festival mógł być tylko jeden. Piosenka Dejwa była "słodka, przebojowa i twarda", nic więc dziwnego, że urzekła słuchaczy. Miliony słuchaczy. Wobec wstawek "hiłi goł" oraz "aa jeee" trudno po prostu przejść obojętnie.
W dodatku w ciągu ostatnich kilku dni ilość odsłon teledysku ją promującego na Youtubie gwałtownie wzrosła z 12 do 13 milionów. Wszystko przez to, iż to właśnie Petarda była najczęściej wyszukiwaną piosenką przez Google'a. Wiadomo, 31 grudnia sporo osób "lubi se poszczelać". W każdym razie w kategorii oglądalności swego klipu zdeklasował swojego o wiele bardziej zdolnego imiennika zwanego Podsiadło. W końcu słowa "pastempomat" za często do wyszukiwarek nikt nie wpisywał.
Drodzy Bonomuzianie przed Wami bezapelacyjny triumfator tegorocznego Kaszana Festival. TAŃĆZYMY !!!
Dużo uśmiechu w 2017 roku!
czwartek, 29 grudnia 2016
RADIOHEAD - A MOON SHAPED POOL
Etykiety:
#Radiohead; #AMoonShapedPool,
RECENZJE
Różne mam fazy wobec tegorocznego krążka Radiohead.
Zdecydowanie lepiej podchodzi mi podczas popołudniowego powrotu z pracy niż
przy porannej wędrówce w przeciwnym kierunku. Jak większość nagrań Toma Yorke’a i spółki także
to najnowsze wymaga pełnego zaangażowania w odbiorze a, przyznajmy szczerze,
przed pierwszą kawą i w pośpiechu nie za łatwo całkowicie oddać się muzyce i
docenić artystyczne pojękiwania wokalisty. Warto jednak poświęcić temu albumowi
trochę czasu, gdyż po pierwsze zawiera dużo świetnej muzyki a po drugie jest
jakby przeciwieństwem wszechobecnemu pędowi. A Moon Shaped Pool zawiera w sobie
dwa utwory genialne. Pierwszy z nich to otwierający Burn The Witch od pierwszej
sekundy atakujący partią smyczków, z którą fantastycznie współgra dziki wokal w
wyjątkowo wysokich, nawet jak na Yorke’a, rejestrach w refrenie. Drugi
majstersztyk z tego krążka umieszczono pod numerem siódmym. Identikit to
nagranie magiczne, trudno więc opisać je słowami. Delikatny muzyczny motyw
przenikający się z wokalnym dialogiem trafia w punkt w część układu nerwowego
odpowiedzialnego za emocje. I choć nie należę do wielkich fanów Radiogłowych to
za utwory takie jak ten pokłon do ziemi i siekierka na cześć jego autorów. Równie smakowicie jest w Decks Dark, nieco
mroczniejszej kompozycji, której klimatu dodają żeński wokal i fortepianowe
akordy. Dużo na tej płycie kołysanek. Myślę, że żadne dziecko nie obraziło by
się na usłyszenie przed snem Daydreaming czy Desert Island Disk. Za wyjątkiem
szybszego i nieco psychodelicznego Ful Stop płyta A Moon Shaped Pool po prostu
spokojnie sobie płynie. Jeśli szukacie muzycznego pomysłu na wyciszenie i
pobudzenie wyobraźni to 11 umieszczonych tu utworów nadaje się do tego
idealnie.wtorek, 27 grudnia 2016
BRODKA - CLASHES
Monika Brodka nie przestaje zaskakiwać. Każdy jej album
różni się od poprzedniego do takiego stopnia, że czasem trudno uwierzyć, że
wyszły one spod ręki czy raczej z gardła tej samej artystki. Clashes przypomina
Grandę tylko w jednym elemencie: pełno tu świetnej muzyki. O ile jednak
poprzedni album Moniki kipiał wręcz energią to jej nowe dzieło to propozycja
wyjątkowo spokojna, i wyważona. Po kilku pierwszych przesłuchaniach brakowało
mi na tym krążku właśnie tej odrobiny szaleństwa znanego z wcześniejszych
nagrań. Dziś, jedyny żywiołowy fragment Clashes w postaci wykrzyczanego My Name
Is Youth drażni mnie i, choć oryginalny to, nie pasuje do całości. Ta płyta to
bowiem piękna, klimatyczna podróż w krainę wysmakowanych, oryginalnych dźwięków,
przy których dosłownie odpływa się w inną przestrzeń. Piosenki dopracowane są w
najdrobniejszym elemencie i niemal w każdej znajdziemy jakiś aranżacyjno-instrumentalny
smaczek. Kolejne utwory płynnie przechodzą jeden w drugi, niezmiennie
utrzymując poziom wokalno-instrumentalnej maestrii. Trudno odwoływać się do
poszczególnych utworów bo należałoby opisać praktycznie każdy. Jeśli musiałbym
wskazać osobistego faworyta wybór padłby na pewnie na Can’t Wait For War z
piękną partią instrumentów dętych.
Clashes to płyta magiczna, której warto poświęcić sporo
uwagi a najlepiej przeżywać ją ze słuchawkami na głowie. Tylko wtedy można w
pełni docenić całą smakowitość, jaką napakowane jest trzynaście umieszczonych
nań utworów. Dodatkowy smaczek tego albumu to sposób jego wydania. Pergaminowa
książeczka towarzysząca płycie jest jedną z najładniejszych, jakie posiadam w
liczącej ponad 500 płyt kolekcji.
poniedziałek, 26 grudnia 2016
PRAWDZIWIE LAST CHRISTMAS
Nie ukrywam, że od kilkunastu lat na dźwięk Last Christmas reaguję dość spazmatycznie.Ponad 7 lat temu, tuż po powstaniu Bonomuzy dzieliłem się już z Wami tą myślą. W tym roku również na grubo przed Wigilą, gdzieś około 10 grudnia, poczułem ów przypływ "żeny" wywołany dźwiękami tak często granymi przez rozgłośnie w ostatnim miesiącu roku. Niemniej jednak dzisiejsza poranna informacja o śmierci George Michaela była dla mnie smutnym szokiem. Dżordż wydawał się wiecznie młody i nieśmiertelny. I mimo, iż nie z mojej muzycznej bajki ten artysta pochodził to trzeba przyznać, że pozostawił po sobie melodie, które znają nawet totalni muzyczni abnegaci i przy których na sto procent bawił się każdy czytający tego posta. Śpij spokojnie George!
czwartek, 22 grudnia 2016
ŁĄKI ŁĄN - SYNTONIA
Etykiety:
RECENZJE
Czwarty album warszawskich wielbicieli łąki ma w sobie spore
pokłady disco. Nie tego rodem z Kaszana Song Festival tylko ambitnej, tanecznej
muzy. Bardzo trudno zakwalifikować twórczość tej grupy do jakiegokolwiek
gatunku, ponieważ jest ona inna, pod każdym względem. Pierwsza część Syntonii to
bardziej wyrazisty zestaw niż ten umieszczony w drugiej części płyty. Zaczyna
się od rewelacyjnego, rytmicznie pulsującego Mucha Nie Siada, w którym do
warstwy muzycznej dołącza fajny, pokręcony tekst. Numer dwa to singlowy Pola
Ar, zdecydowanie najlepsza propozycja z Syntonii. Ten kawałek ma w sobie
wszystko potrzebne do zawładnięcia zarówno list przebojów muzyki alternatywnej
jak i „dęsflorów” w całej Polsce. Ot taki fenomen Łąki Łan. W kolejnym To Bee
zespół podkręca tempo, nóżka tupie sama, czaszka kiwa jak przy chorobie
sierocej. Kosmiczny klimat ma też Rozanielacz Dusz, praktycznie jedyny utwór na
płycie, w którym wyraźniej słychać gitarę. Tego instrumentu trochę brakuje na
Syntonii, zespół zdecydowanie postawił na elektronikę, czasami mam wrażenie, że
„lil’ bit too much”, choć z drugiej strony dzięki temu album jest bardzo
spójny.
W innym stylu utrzymane są praktycznie tylko 3 kawałki: To
Remember będące ciekawym połączeniem ballady z transem a’la bzyczenie komara, Sarabanda
ze świetnym, orientalnym wstępem i nieco mniej poruszającą nawijką oraz
zamykający całość kawałek tytułowy – zdecydowanie najsłabszy z całego albumu.
Łąki Łan to zespół wybitnie koncertowy, w studio dotychczas najczęściej
tracił niemal połowę mocy. Nie słyszałem jeszcze nowych utworów w wersji live
ale mam wrażenie, że w tym przypadku owa różnica nie będzie tak wielka. Płyta
dobra i ambitna, aczkolwiek dość wymagająca w odbiorze i trudna do słuchania na
siedząco.
poniedziałek, 19 grudnia 2016
T.LOVE - T.LOVE
Nowa płyta T.LOVE bardzo różni się od swojej, wydanej 4 lata
temu, poprzedniczki. O ile album Old Is Gold był wydawnictwem bardzo spójnym
stylistycznie, analogowym hołdem do muzyki sprzed kilkudziesięciu lat to na
nowym krążku niemal każda piosenka jest jakby z innej klimatycznej bajki.
Różnorodność ta to jeden z największych plusów tej płyty, tym bardziej, że w
kilku utworach słyszymy zespół wkraczający na nowe dla siebie tereny brzmienia,
Płyta T.LOVE zawiera masę fantastycznych piosenek, wśród których te najlepsze
wcale nie zostały wybrane na single. Mój zdecydowany numer 1 z płyty nosi tytuł
Niewierny Patrzy Na Krzyż, jeden z bardziej ambitnych utworów w historii grupy,
a z pewnością najlepiej zaaranżowany. W trwającym ponad minutę fantastycznym
instrumentalnym początku największe wrażenie robi partia basu, która brzmi
jakby żywcem wyjęta spod palców Adama Claytona. Kończy ją pulsujący dźwięk
syntezatora, do którego dołącza ostry, zachrypnięty wokal Muńka oraz, chwilę
później, genialny, wyraźny rytm perkusji. I kiedy w połowie utworu wydaje się,
że tak już będzie do końca, w jego czwartej nagle słyszymy fragment, który
dosłownie kładzie na łopatki. Najpierw świetna gitarowa solówka, potem
kilkukrotnie powtórzone, w towarzystwie jedynie perkusji i wybrzmiewającego
pojedynczego gitarowego dźwięku słowa "ur ", po których następuje
niemal rozwalające membrany w głośnikach kilka uderzeń basu w połączenie z
krzykiem słowa "szok". Rewelacja!
Mój drugi faworyt z T.LOVE to Siedem, choć sporo lżejszy od
Niewiernego to równie świetny. Mocy nadają mu świetny, przebojowy riff,
genialny, falsetowany refren oraz tekst o tym, żeby "nie być takim
materialistą". Choć piosenka dotyka spraw poważnych to podczas jej
projekcji trudno się nie uśmiechnąć. Podium najlepszych pozycji na tym krążku
zamyka Kwartyrnik, o którym kilka słów na samym końcu recenzji.
O singlowym Pielgrzymie pisałem już w oddzielnym poście, to
zdecydowanie najlepszy utwór z tych, które zostały wybrane do promowania
T.LOVE. Warszawa Gdańska to ładna piosenka z dedykacją dla Davida Bowiego,
zyskuje z każdym przesłuchaniem a jego melodia odbija się echem po głowie. Do
tego grona absolutnie nie pasuje nieco naiwny muzycznie Marsz, którego
najlepszą część stanowi teledysk.
Z dwóch, umieszczonych na płycie, piosenek osobistych
zdecydowanie lepiej wypada ta poświęcona żonie Muńka, Marta Joanna Od Aniołów
to rzewna ballada z bardzo chwytliwym motywem pomiędzy zwrotką a refrenem.
Drugi, poświęcony rodzicom stanowi podziękowanie za trud wychowania i choć
rozumiem doskonale intencję umieszczenia go na głównej części płyty ale
muzycznie bardziej pasuje do drugiego, bonusowego krążka. Tym bardziej, że na
CD1 nie zmieścił się jeden genialny utwór zatytułowany C.V.Polska. Oryginalnie
nazywał się T.W.Muniek i wielka szkoda, że ów tytuł nie został utrzymany.
Piosenka ma fenomenalny, prześmiewczy tekst obrazujący paranoję, jaką często
jesteśmy karmieni oraz genialną wręcz melodię. Murowany przebój z głębokim
przekazem - mam nadzieję, że zespół zdecyduję się na wrzucenie go do radia
pomimo umieszczenia na CD2. Chociaż wybór na pewno nie będzie łatwy ponieważ na
pierwszej płycie też pozostało do opisania jeszcze dużo dobrego. Bum Kassandra,
która początkowo nie do końca mnie ruszała, teraz buja i wkręca niczym wir na
Świdrze. Lubitz i Breivik to poważny numer, który niesie ze sobą coś
niepokojącego, głównie za sprawą drugiej wokalnej linii w refrenie i marszowemu
charakterowi gitary basowej. Blada, podobnie jak Siedem, ma w sobie coś
czarującego, fantastycznie "rozmawiają" w tym kawałku fortepian i
gitara oraz powtarzający się co kilka sekund "cmok". Mówiony kawałek
disco w osobie Ostatni Gasi Światło to
ciekawy eksperyment zagrany na instrumencie Sławomira Łosowskiego, czyli
"łysego z Kombi" (nie mylić z Kombii).
Album zamyka wspominany już Kwartyrnik, w którego początku
słyszymy niespokojny oddech, niemal identyczny do tego z Raised By Wolves z
repertuaru U2. Towarzyszy mu fantastyczny gitarowy riff przeplatany fajnymi
elektronicznymi wstawkami. Mroczna to pieśń o tym, jak bardzo podzieleni są
obecnie Polacy.
Trzeba skończyć tę piosenkę, bo wszystko ma swój koniec.
Trzeba umieć się pojednać pro publico bono.
Trzeba umieć się pożegnać nawet ze swymi wrogiem
Dla was gnoje to zbyt trudne i hak z wami, hak z wami.
Strasznie to niestety prawdziwe. Muniek dawno nie pisał tak
mocno. Kwartyrnik to prawdziwa wisienka to bardzo smakowitym
"torcie", jakim jest najnowszy krążek T.LOVE. Polecam z całego serca.
niedziela, 20 listopada 2016
GREEN DAY - REVOLUTION RADIO
Etykiety:
#GreenDay; #Revolution Radio,
RECENZJE
Zupełnym przypadkiem, gdzieś pod koniec lata natknąłem się w
Antyradio na premierę piosenki Bang Bang zapowiadającej nowy krążek Green Daya.
Pierwsze przesłuchanie pozostawiło mi w pamięci dwa przymiotniki: mocno i
punkowo. Utwór ten brzmiał bowiem tak, jakby jego autorzy mieli po 20 lat i
właśnie dostali po raz pierwszy gitary do ręki i znając jedynie cztery chwyty
postanowili po prostu grać je na przemian niedostatki przykrywając mocnym
przesterem.
Po Revolution Radio sięgnąłem z ciekawością ale również z
nastawieniem, że tyłka mi ona raczej nie urwie. Rzeczywistość okazała się
jednak zupełnie inna. Co prawda nadal siedzę na własnych „czterech literach”
ale płyta podeszła mi, niczym Kargul do płota. Zaczyna się ona trwającą 45
sekund zmyłką w postaci balladowego wstępu, po którym zabawa zaczyna się
jakby na nowo, zwłaszcza w refrenie, który w prosty i genialny sposób pokazuje,
że „ludzie to nie wiedzą jaka siła drzemie w gitarach”. Kolejne piosenki mijają
szybciej niż pociąg Pendolino Pińczów. I choć utwory te są raczej proste i nie wnoszą niczego oryginalnego do historii muzyki to są wprost genialnym pociskiem
energii sprawiającym, iż usiedzenie w miejscu przy jej dźwiękach to zadanie dla
Toma Cruise, tzn. Misja Niemożliwa.
Do dziś pamiętam wrażenie, jakie wywołała na mnie ponad 20
lat temu płyta Dookie. Revolution Radio niesie w sobie identyczny potencjał, z
tą różnicą, że członkowie Green Daya są dziś lepszymi muzykami i czadu dają
jeszcze bardziej. Do skocznego rytmu i prosto grającej gitary dodają
fantastyczne melodie, chwytliwe, nośne i skłaniające do tupnięcia nóżką. Wśród 12
umieszczonych tu utworów słabego nie uświadczycie. Moja ulubiona trójka z nowego krążka Green Daya
to Bouncing Of The Wall, Still Breathing i Troubled Times.
Każdy, kto kiedykolwiek darzył amerykańskie trio sympatią przy
dźwiękach ich kolejnej płyty wyszczerzy się niczym koń do owsa. Revolution
Radio ma w sobie spore pokłady energii, równie duży potencjał przebojowy i co
najważniejsze brzmi, jakby wyszła spod rąk młodych gniewnych a nie kapeli z
ponad dwudziestoletnim stażem. sobota, 19 listopada 2016
NUTA NA SMUTA
Listopad w pełni, czerstwa bułka bardziej niż z mielonym kojarzy się z próbą samo-okaleczenia. Bonomuza, niczym Adam Słodowy, ma rozwiązanie na wszystkie problemy ludzkości. Jeśli "brazylijski serial już nie cieszy jak co dzień", spoglądając przez okno macie nieodpartą chęć przez nie wyskoczyć, bądź też wycelować prawym sierpowym w pierwszą napotkaną postać, ewentualnie ścianę mamy dla Was antidotum! Już dziś, pod kryptonimem NUTA NA SMUTA, startuje Muzyczny Front Antydepresyjny.
Na początek mega pozytywna nuta z Jamajki. Chociaż ta pieśń ma ponad 30 lat nadal buja niczym Donald Trump swoich wyborców. INDŻOJ!!!
środa, 16 listopada 2016
ALEŻ RYŚKU !!!
Podczas przerwy obiadowej na telewizyjnym pasku informacyjny ujrzałem wiadomość o treści "piosenkarz Ryszard R. został aresztowany przez policję, po tym jak wymachiwał pistoletem w swoim ogródku". Do głowy zaczęły napływać różne myśli i jedno, nurtujące pytanie: "co się stało się". Konduktor łaskawy chciał zabrać go do Warszawy? Dziewczyny przestały lubić brrrrrąz? Przestało być intymnie, czy skończyły się dary losu? Ależ Ryśku - chce się krzyknąć niczym Bożenka. Przecież Ryśki to fajne chłopaki. Ryszard Lwie Serce, Richie Rich, Rysiek z Klanu - przykładów można by mnożyć do woli.
Tak już zupełnie poważnie to życzę Ryszardowi szybkiego powrotu do równowagi. Mam do pana RR duży szacun, z jego gardła wypłynęło wiele naprawdę pięknych piosenek. Poniżej moje dwie ulubione. Pierwsza sentymentalna,..
druga żywsza i weselsza.
druga żywsza i weselsza.
wtorek, 15 listopada 2016
PIERWSZA TRÓJKA OPENERA 2017
Pierwsze trzy zespoły potwierdzone jako gwiazdy Openera 2017 pozwalają wierzyć, że przyszłoroczna edycja będzie fantastyczna. Wprawdzie listę moich koncertowych marzeń roku siedemnastego otwierają dwie kapele na "G", czyli Guns'n'Roses i Green Day i po cichu nadal liczę, że zwłaszcza tych pierwszych zobaczymy w Polsce, na którymś z letnich festiwali, ale obok trio, które zaprezentuje się na przełomie czerwca i lipca w Gdyni nie można przejść obojętnie.
1) Radiohead
Zawsze uważałem, że Radiogłowi to zespół przereklamowany i przekombinowany. Fakt, że stworzyli kilka wiekopomnych pieśni nie każe mi stawiać ich w roli "odkrywców muzycznej Ameryki". I choć wiele osób uważa to za bluźnierstwo ten stan trwa u mnie do dziś. Nie zmienia to faktu, że chętnie posłucham Toma Yorka i spółki. Recenzje zeszłorocznych koncertów były, delikatnie mówiąc marne, chociażby tego z Primavery. Mam nadzieję, że w przyszłym roku zespół będzie prezentował nieco bardziej "festiwalowy" set. Tak, czy inaczej poniższego kawałka raczej nie zabraknie.
2) Foo Fighters
Z zeszłorocznego koncertu Foo Fighters musiałem zrezygnować w ostatniej chwili. Widziałem ich za to cztery lata wcześniej, kiedy zamykali Hurricane Festival. I powiem Wam, że cieszę się, iż na Openerze Foo wystąpią drugiego dnia, gdy poziom energii będzie jeszcze mega wysoki a stan zakwasów niski. Bo występy Amerykanów na żywo wymagają naprawdę porządnego treningu kondycyjnego. I choć nie widać tego podczas poniższej piosenki zarejestrowanej właśnie podczas Hurricane Festival to na wiele chwil takiego spokoju raczej 29 czerwca nie liczcie.
3) Prophets of Rage
Obecność na jednej scenie członków Rage Against The Machine, Cypress Hill i Public Enemy to prawdziwie wybuchowa mieszanka. Nigdy nie widziałem na żywo tych pierwszych, latem, choć bez Zacka, usłyszymy zapewne sporo kawałków wszystkich trzech wyżej wymienionych zespołów. Prophets ma bowiem na razie w dorobku jedynie kilka własnych kawałków składających się na EP-kę. Coś mi mówi, że to właśnie ten koncert może okazać się największą petardą przyszłorocznego Openera.
1) Radiohead
Zawsze uważałem, że Radiogłowi to zespół przereklamowany i przekombinowany. Fakt, że stworzyli kilka wiekopomnych pieśni nie każe mi stawiać ich w roli "odkrywców muzycznej Ameryki". I choć wiele osób uważa to za bluźnierstwo ten stan trwa u mnie do dziś. Nie zmienia to faktu, że chętnie posłucham Toma Yorka i spółki. Recenzje zeszłorocznych koncertów były, delikatnie mówiąc marne, chociażby tego z Primavery. Mam nadzieję, że w przyszłym roku zespół będzie prezentował nieco bardziej "festiwalowy" set. Tak, czy inaczej poniższego kawałka raczej nie zabraknie.
2) Foo Fighters
Z zeszłorocznego koncertu Foo Fighters musiałem zrezygnować w ostatniej chwili. Widziałem ich za to cztery lata wcześniej, kiedy zamykali Hurricane Festival. I powiem Wam, że cieszę się, iż na Openerze Foo wystąpią drugiego dnia, gdy poziom energii będzie jeszcze mega wysoki a stan zakwasów niski. Bo występy Amerykanów na żywo wymagają naprawdę porządnego treningu kondycyjnego. I choć nie widać tego podczas poniższej piosenki zarejestrowanej właśnie podczas Hurricane Festival to na wiele chwil takiego spokoju raczej 29 czerwca nie liczcie.
3) Prophets of Rage
Obecność na jednej scenie członków Rage Against The Machine, Cypress Hill i Public Enemy to prawdziwie wybuchowa mieszanka. Nigdy nie widziałem na żywo tych pierwszych, latem, choć bez Zacka, usłyszymy zapewne sporo kawałków wszystkich trzech wyżej wymienionych zespołów. Prophets ma bowiem na razie w dorobku jedynie kilka własnych kawałków składających się na EP-kę. Coś mi mówi, że to właśnie ten koncert może okazać się największą petardą przyszłorocznego Openera.
poniedziałek, 7 listopada 2016
NOWE LISTOPADOWE FROM POLSKA
T.LOVE - T.LOVE
(premiera 4.11)
Premiera tego krążka już za nami. Jego recenzję znajdziecie na Bonomuzie jeszcze w tym tygodniu. Na razie powiem Wam tylko, że na T.Love znajdziecie masę lepszych kawałków niż poniższy drugi singiel pochodzący z tego wydawnictwa. Co więcej, nawet Pielgrzym, poprzedni, fantastyczny utwór zapowiadający ten album nie łapie się do jego "TOP 3".
SORRY BOYS - Roma (premiera 18.11)
Kiedy pierwszy usłyszałem ten zespół w Jarocinie o porze pasującej bardziej na drugie śniadanie niż koncert w życiu bym nie przypuszczał, iż kilka lat później będę czekał na ich album ze sporą niecierpliwością. Może nie aż taką jak Piasek nucący, że "noc się kiedyś skończy" ale Wracam zaciekawiło mnie niczym niegdyś powracający wkrótce na antenę program Idol.
ŁĄKI ŁAN - Syntonia (premiera 18.11)
Po 4 latach z nową studyjną porcją muzycznego wariactwa wraca jedna z najoryginalniejszych warszawskich grup. Zapowiadający płytę Pola Ar pozwala wierzyć, że Paprodziad, Bonk, Poń Kolny, Mega Motyl i reszta z Łąki znowu dostarczą wiele odlotowych klimatów.
VAVAMUFFIN
- V (premiera 18.11)
Po, delikatnie mówiąc średnio udanym poprzednim krążku, którego najlepszą częścią była okładka, Vavamuffin już za 2 tygodnie zaprezentuje swoje piąte studyjne wydawnictwo. Mam nadzieję, że powrócą z hukiem. Chociaż pierwszy singiel z V przypomina mi niestety, iż "przysłowia mądrością narodu". A wiadomo czyją matką jest nadzieja. Oby to były złe dobrego początki.
poniedziałek, 31 października 2016
KULT - WSTYD
Etykiety:
#KULT; #Wstyd,
RECENZJE
Nową płytę KULTu nabyłem podczas piątkowego koncertu
zachęcony brzmieniem kilku nowych kawałków zaprezentowanych w Stodole.
Przyznaję, że z twórczością tej grupy pochodzącej z XXI wieku, zwłaszcza tej po
Poligono Industrial mam lekki problem niezmiennie odnosząc wrażenie, że zespół
powinien bardziej srogo selekcjonować kawałki trafiające na krążki. Najnowsze
wydawnictwo KULTu nosi tytuł Wstyd i po kilku jej przesłuchaniach z ręką na
sercu stwierdzam, że "wstydu nie ma".
Promujący album Madryt mocno kontrastował z zapowiadającym
poprzedni krążek Prosto. Na Wstydzie znajdziemy jeszcze dwa inne wolne
kompozycje, zaskakująco delikatny jak na Kult utwór pod tytułem Cisza Nocna. Ten pierwszy, podobnie jak Madryt, wyszedł spod palców
Wojciecha Jabłońskiego i choć jej
głównym motorem napędowym jest chwytliwa, gitarowa zagrywka to równie wyraźnie
pojawiają się w nim brzemienia piszczałek charakterystycznych dla peruwiańskich
grup grających szlagier "w wysokich Andach kondor jajo zniósł". Drugi
jest dużo bardziej tajemniczy, rozpoczyna się orientalnie i dzięki
fantastycznej partii dęciaków połączonej z organami Hammonda przypomina Kult z
czasów największej świetności. W ogóle instrumenty dęte "robią
robotę" na Wstydzie. Najbardziej wyraźnie w otwierającym płytę Jeśli
Będziesz Tam oraz najlepszej na płycie Dwururce. O ile w pierwszym przypadku
brzmienie saxów, trąbek i puzona fantastycznie uzupełnia pulsującą partię basu
i ciekawą melodię śpiewaną przez Kazika to w przypadku Dwururki prowadzi główny
temat utworu. To właśnie ta piosenka usłyszana 4 dni temu w Stodole kazała mi
zakupić ten album i to ona udowadnia, że KULT nadal potrafi nagrać kawałek, po
który z radością sięga się wielokrotnie i o który koncertowa publiczność
zapewne nieraz upomni się w kolejnych latach. Podobnie zresztą jak o
najweselszy na całym krążku, przynajmniej w warstwie muzycznej, Pęknięty dom
część 2.
Nie da się ukryć, że KULT coraz bardziej staję się kapelą z
kategorii dinozaury rocka. Tegoroczną płytą udowadniają, że ów status można
osiągnąć nadal tworząc piosenki ważne i ciekawe. Mimo wielu muzycznych
rozwiązań znanych z lat poprzednich bardzo cieszy mnie chęć poszukiwania nowych
aranżacji, czego przykładem może być choćby początek piosenki tytułowej. KULT
nie wymyślił na Wstydzie prochu, nagrał natomiast kilka naprawdę niezłych
numerów, które zyskują z każdym kolejnym przesłuchaniem. Tym albumem zespół nie
poszerzy raczej grona fanów ale ci dotychczasowi narzekać raczej nie będą.
wtorek, 25 października 2016
PJ HARVEY - TORWAR 12.10.2016
Chociaż od koncertu PJ Harvey na Torwarze minęły już prawie
2 tygodni to nadal jestem pod jego wrażeniem. Te 90 minut wypełnione
fantastyczną i perfekcyjnie wykonaną muzyką pozostanie mi w pamięci na długo.
Brytyjka wraz z dziewięcioma towarzyszącymi muzykami zaprezentowała coś na
pograniczu muzycznej sztuki i teatru. Rozbudowana sekcja dęta, dwóch
perkusistów i pięć męskich głosów towarzyszących często wokalistce dawały
niesamowity efekt. O ile na płytach pieśni PJ brzmią klimatycznie to w
wykonaniach na żywo zyskują dodatkowo element przejmującego emocjonalnego
napięcia.
Koncert rozpoczął się od Chain Of Keys, któremu towarzyszyło
wspólne wejście na scenę całej dziesiątki muzyków. Po kolejnych czterech
utworach z najnowszego krążka przyszedł czas na pięć propozycji z Let England
Shake. Po niemal każdej piosence wokalistka schodziła na tył lub bok sceny nie
odzywając się ani słowem. Przez ponad godzinę nie odezwała się słowem.
Początkowo nieco mnie to dziwiło ale po przy piątym czy szóstym razem doszło do
mnie, że właśnie ten zabieg dodaje temu koncertowi teatralnego klimatu. Tak
samo zresztą jak umieszczona za muzykami prosta scenografia przypominająca
gofra. W teatrze aktorzy nie kłaniają się po każdej zagranej, choćby
najbardziej brawurowo scenie, a tym bardziej nie mówią "senk ju".
Taki zabieg na muzycznym koncercie ma rację bytu jedynie w przypadku, gdy
jakość warstwy muzycznej prezentowana przez zespół nie podlega najmniejszej
dyskusji. I tak właśnie było tego środowego wieczora na Torwarze wypełnionym
mniej więcej w połowie, za to totalnie świadomą i nieprzypadkową publicznością.
Owacje pomiędzy piosenkami przybierały na sile proporcjonalnie z ciszą panującą
na płycie i trybunach podczas wykonywania kolejnych utworów. PJ dosłownie
czarowała swoim głosem prezentując niesamowitą ekspresję i skalę od mrocznej,
zachrypniętej niczym Marianne Faithful i brzęczący saksofon basowy do
najwyższych, piskliwych rejestrów. Fenomenalnie wypadło The Ministry Of Social
Affairs a zwłaszcza jego końcowa część zwieńczona szalonym solo na białym, małym
saksofonie. Ten utwór wraz z piorunującym Down By The Water były dla mnie dwoma
największymi diamentami w tym wypełnionym dwudziestoma perłami koncercie.
piątek, 14 października 2016
PRZERWANY KONCERT PLACEBO - "MENTAL DISORDER" BRIANA MOLKO
Wczoraj wystartowała trasa koncertowa Placebo będąca częścią obchodów dwudziestolecia istnienia zespołu. Rozpoczęła się niestety potężnym falstartem. Chcąc dziś sprawdzić jakie piosenki panowie zagrali na koncercie otwierającym tour oprócz dwóch tytułów znalazłem napis "concert cancelled due Brian's mental disorder". To dość lakoniczne stwierdzenie kazało mi zagłębić się w szczegóły tego, co stało się wczorajszego wieczora i trzeba przyznać, że nie wygląda to najlepiej.
Koncert rozpoczęło Pure Morning, po którym Placebo wykonali Loud Like Love. Tuż po jego zakończeniu Brian zdjął gitarę i zaczął dystkutować ze Stefanem.
Chwilę potem wokalista postanowił porozmawiać z publicznością. Film przedstawiający tę sytuację znajdziecie poniżej. W 60 sekundzie ze sceny schodzi Stefan, minutę później "poddaje się" grająca na skrzypcach i klawiszach Fiona Brice.
Przez cały czas trwania tej sceny, z prawej strony widać wyraźnie jednego z członków, który daje Brianowi znaki namawiające na zakończenie tej dość żenującej sytuacji. Finał wczorajszego wieczora wyglądał następująco:
Mam nadzieję, że to nietypowy sposób promocji trasy koncertowej lub jedynie chwilowa niedyspozycja wokalisty. Dzisiejszy koncert, również w Danii, odbył się już bez przeszkód. A za 2 tygodnie zespół przyjeżdża do Warszawy. I coś mi dziwnie podpowiada, że będzie to ostatnia okazja do zobaczenia Placebo na żywo.
środa, 5 października 2016
NOWE PAŹDZIERNIKOWE ZAGRANICZNE
Ilość ważnych, świetnie zapowiadających się
październikowych, zagranicznych premier muzycznych poraża. Poniżej możecie
poznać po jednym reprezentancie przypadającym na kolejne tygodnie tego
miesiąca. Dość powiedzieć, że oprócz nich w ciągu najbliższych 4 tygodni do
sklepów dodatkowo trafią nowe wydawnictwa m.in. Archive, Lady Gaga, White Lies
czy Kings of Leon, które nie załapały się na poniższą prezentację.
Green Day -
Revolution Radio (data premiery: 7/10)
Kiedy zupełnie przypadkowo natknąłem się na premierę tego
kawałka w Antyradio wydał mi się nieco "na jedno kopyto". Za to już
po drugim przesłuchaniu wiedziałem, że byłem w dużym błędzie. Bang Bang to
prawdziwa moc, "stary, dobry Green Day", prosty, mocny i melodyjny.
Nadzieja, że cały nowy album będzie równie dobry przygasła nieco po
opublikowaniu drugiego singla, Still Breathing, tak wygładzonego i
bezpłciowego, że aż trudno uwierzyć że to ten sam zespół. Już za dwa dni
przekonamy się, która twarz nowej odsłony Green Daya jest prawidziwa.
Moby - These
Systems Are Failing (data premiery: 14/10)
KORN - The
Serenity of Suffering (data premiery: 21/10)
Przy okazji ostatniego koncertu KORN w Polsce spotkałem się
z opinią, że muzyka tego zespołu nie wytrzymała próby czasy. Zupełnie nie
zgadzam się z tym stwierdzeniem a nowy utwór oraz towarzyszący mu teledysk zdają
się potwierdzać, że "moja racja jest najmojsza". Okazja do
sprawdzenia jak nowy repertuar zespołu wypada na żywo nadarzy się 31 marca
przyszłego roku, kiedy to zespół zagra na Torwarze.
Madness - Can't
Touch Us Now (data premiery: 28/10)
Nie spodziewałem się, że "dziadki" z Madness
poczęstują nas jeszcze kiedyś nowym albumem. Tymczasem Can't Touch Us Now trafi
do sklepów w ostatni weekend października. I choć promujący go singiel nie jest
może zbyt porywający to niecierpliwie czekam na ponowny występ Brytyjczyków w
Polsce. Ich koncert w Gdyni w 2009 roku był bowiem "przekosmiczny" a
kawałki sprzed ponad 30 lat nadal brzmią fenomenalnie.
Receznje wszystkich tych albumów juz wkrótce na Bonomuzie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







