Nie lubię kiedy polskie
zespoły śpiewają po angielsku. Często mam wrażenie, że ucieczka od polskiego
tekstu spowodowana jest brakiem czegoś sensownego do powiedzenia. Po angielsku
brzmi przecież lepiej, a część w ogóle nie zrozumie. Taka sytuacja nie dotyczy
na szczęście debiutanckiej płyty Lilly Hates Roses. Naprawdę dawno nie
słyszałem piosenek z tak dobrą warstwą liryczną. Niemal każda z umieszczonych na
Something To Happen kompozycji urzeka niebezpośrednim, poetyckim i
trafiającym w sedno tekstem, którego słowa stawiają przed oczyma obrazy chwil,
które przeżył chyba każdy. Zdecydowana większość dotyczy relacji międzyludzkich
oraz bezpowrotnie mijającego czasu. Moimi dwoma faworytami są pięknie opisujące
3 fazy życia All I Ever oraz piorunujące wezwanie do zakończenia bezsensownego
związku w postaci Only A Thought.
Dość powakacyjnej zamuły !!! Od dziś startujemy z nową ramówką Bonomuzy. No może bez przesady, ze z ramówką, w końcu to blog a nie rejdjoł gaga czy Romantica TiVi ale od jesieni wprowadzamy tu kilka nowości. Pierwszą z nich będzie płyta tygodnia, której jak sama nazwa wskazuje będziemy słuchać przez cały miesiąc. ;-))) A tak poważnie to co poniedziałek będziemy "brali na warsztat" kolejne albumy, w większości te nowe ale również i klasyki.
Oprócz tradycyjnej recenzji na fejsbookowym profilu Bonomuzy będziemy również codziennie słuchać najciekawszych kawałków z niej pochodzących.
Na pierwszy ogień fantastyczny polski debiut: Lilly Hates Roses!
Dziś przypada data oficjalnej premiery nowej płyty PLACEBO. Mimo tego kupić Loud Like Love się dziś nie dało, ot taka forma "promocji" w czasach, gdy płyty kupowane są na potęgę. Dość sarkazmu. Jeszcze dziś pojawi się bowiem okazja usłyszenia wszystkich nowych utworów angielskiego trio i to w wersji "live". O 20 czasu angielskiego, czyli o 21 w Polsce PLACEBO rozpocznie koncert, który można będzie zobaczyć na Youtubie. Zachęcam do oglądania poprzez kliknięcie w TEN LINK.
Na warszawski koncert
Rogera Watersa zdecydowałem się „last minute”, w pełnym tego słowa znaczeniu. Dźwiękowa żenada na lipcowym występie Depeche Mode zniechęcała mnie
do ponownego odwiedzenia Stadionu Narodowego, ostatecznie zwyciężył jednak
sentyment i ogromny szacunek do płyty The Wall. W związku z kupnem biletu na
kilka godzin przed rozpoczęciem show jedyną dostępną opcją było odebranie go
pod stadionem. Widząc liczącą około 500 osób kolejkę stojącą w tym samym celu
do 4 (słownie: CZTERECH) okienek na niecałą godzinę przed planowaną godziną
rozpoczęcia koncertu szacowałem, że przynajmniej połowa z nich nie łącznie ze
mną nie zobaczy występu Watersa od początku. Szczęśliwie znalazłem się w
odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu, w którym organizator na kwadrans przed ęgodziną zero" niespodziewanie postanowił uruchomić dwa kolejne punkty odbioru biletów.
Dlaczego nie były one otwarte od początku pozostanie zagadką . W
każdym razie przestrzegam przed wybieraniem opcji „odbierz przed koncertem”, bo
zorganizowane jest to przez Live Nation w żenujący i odbiegający od wszelkich standardów sposób,
zwłaszcza biorąc pod uwagę ceny biletów. No chyba, że ktoś lubi podkręcać się
przed koncertem na zasadzie „zdążę czy może nie bałdzo”. Ja miałem mega farta,
ale nie jestem pewny czy udało się wszystkim, mimo iż koncert rozpoczął się z
półgodzinnym opóźnieniem.
Dość jednak o organizacji
bo to co zobaczyłem 20 sierpnia na scenie Narodowego było bez najmniejszych
wątpliwości najlepszym muzycznym show, jakie moje oczy kiedykolwiek widziały. Jeszcze
przed rozpoczęciem w oczy rzucała się dekoracja w postaci ściany z białych
cegieł sięgająca od dwóch krawędzi sceny
aż do trybun. Podczas całego koncertu pełniła ona funkcję ekranu, na którym
wyświetlano liczne zdjęcia i animacje w ogromnej większości ukazujące
przerażające konsekwencje wojny. Najciekawsze w tej ścianie było jednak to, iż
przez całą pierwszą godzinę była ona rozbudowywana. Nie widziałem jeszcze
koncertu, w którym scenografia zmienia się na oczach widzów non stop, dzięki
czemu jest budowana scenografia, dzięki
czemu ciągle zmieniała się perspektywa widzenia sceny, aż do momentu, gdy
muzyków widać było jedynie przez male okienka. Już przy otwierającym The WallIn The Flesh? Nad głowami wszystkich przeleciał samolot wypuszczony spod dachu
stadionu, który z hukiem roztrzaskał się o sceniczne głośniki. Przy Another
Brick On The Wall zobaczyliśmy monstrualnych rozmiarów kukłę nauczyciela
grożącego kilkunastu znajdującym się na scenie dzieciom śpiewającym refren
piosenki. Wcześniej na białej ścianie i telebimach wyświetlono falującą wodę,
która nie wiem jaki cudem widoczna była w poziomie dając efekt zalewania całego
stadionu przez morze. Nie sposób opisać całej sztafety wizualnych efektów,
oddzielną wagę trzeba natomiast poświęcić dźwiękowi, co do jakości którego
miałem największe obawy. W miejscu, w którym siedziałem był on po prostu
fenomenalny...
Od kilku dni po głowie chodzi mi ten piękny utwór U2. Dziś nuci go pewnie większość piłkarzy Legii, kierując słowa "in a little while surely you'll be mine" do Ligi Mistrzów. Oby po 22:30 ta przepowiednia się spełniła !!!
Od której strony nie
zacząłbym wspominać lipcowego koncertu Depeche Mode w Warszawie jak bumerang
powraca jego główny antybohater – Stadion Narodowy. Wygląda niestety na to, że
obiekt ten kompletnie nie nadaje się na koncerty, w których na instrumentarium
składa się coś więcej niż akustyczna gitara. Wraz z rozpoczęciem otwierającego
występ DepechówWelcome To My World do uszu publiczności doszedł tumult
przemieszony z bełkotem i dźwiękowym echem odbijającym się od trybun i
zamkniętego mimo mega słonecznej aury dachu. Z owej rzeźni byłem w stanie
wychwycić jedynie głos wokalisty i dudniące basy, sfera melodyczna instrumentów
była kompletnie nie do rozpoznania.
Po raz pierwszy złapałem nerwa przy
zagranym jako trzecie Walking In My Shoes. To jeden z 3 moich ulubionych
kawałków Dave’a i spółki a zamiast się nim cieszyć musiałem dogrywać sobie w
wyobraźni piękna melodię, która go prowadzi. Kiedy dwa numery później Black
Celebration również zabrzmiało jak trudny do rozpoznania bełt postanowiłem
znaleźć na Narodowym miejsce, w których słychać choć trochę lepiej, choć zajęte
pierwotnie miejsce blisko budki dźwiękowców wydawało się optymalne. Podczas
poszukiwań okazało się, że w większości miejsc słychać jeszcze gorzej. Totalnie
zmiażdżył mnie fakt, że Barrel Of A Gun udało mi się rozpoznać dopiero w
refrenie. W końcu pozbawiony nadziei stanąłem przy samym wyjściu z płyty
stadionu, co okazało się najlepszą decyzją tamtego wieczoru. Jedynie tam dźwięk
był na tyle selektywny, że pozwalał rozróżnić dźwięki grane przez danych
muzyków. Z każdą piosenką miejsca przy wyjściu stawały się coraz bardziej
okupowane, co świadczy tylko o tym, że moje poszukiwania nie były fanaberią i
zmierziły przynajmniej kilka tysięcy osób.
Szkoda tym bardziej, że,
gdyby nie dźwiękowa żenada koncert byłby świetny. Mimo długiego czasu trwania
trasy Dave wydawał się być w rewelacyjnej formie i dobrym nastroju. Początkowo
wydawało mi się, że gorzej trudy długiego koncertowania znosi Martin, który w
pierwszej połowie wyglądał na nieobecnego i mocno zmęczonego. Zmieniłem zdanie
w tym temacie, gdy przejął on mikrofon serwując fantastyczne
wykonania Higher Love i Shake The Disease. A rozpoczynające bisy Home było
chyba najpiękniejszym momentem całego koncertu. Tak samo jak 12 lat temu
podczas koncertu DM na Służewcu do głowy
przyszła mi myśl, że w tym zespole głównym wokalistą powinien być właśnie
Martin. Odbieranie zajęcia Gahanowi byłoby jednak zbrodnią, zwłaszcza po
piorunujących wykonaniach I Feel You i Just Can’t Get Enough, które rozkręciło
i rozbawiło każdą jedna zebraną na stadionie osobę. Ten drugi, stary jak świat
kawałek, mimo swojego oldschoolowego brzmienia nadal wypada rewelacyjnie. Większe szaleństwo zapanowała wśród publiki jedynie przy Enjoy The Silence, jakby nie patrzeć najbardziej znanym hiciorze zespołu. A jeszcze a propos oldschoolu: kiedy tylko na telebimie Andy do głowy przychodziły mi
skojarzenia z Budką Suflera, jakoś taki podobny mi się wydał do KrzychaCugo, z
twarzy i okularów.
Depeche Mode zdecydowanie
stanęli na wysokości koncertowego zadania. Rzekłbym nawet, że zrobili wszystko
co się dało, aby odciągnąć uwagę od tragicznej jakości nagłośnienia. Naprawdę
żałuję, że tak wiele miejsca poświęcić musiałem opisie tej żenady, ale robię to
ku przestrodze: jeśli na Stadionie Narodowym będzie grała kapela, którą
kochacie to lepiej sprawdźcie, gdzie występują dwa dni wcześniej i później i
wybierzcie się lepiej na koncert do Berlina, Pragi czy Wilna. Może wyjdzie
drożej ale na pewno zaoszczędzicie sporo nerwów.
Dziś po zwycięstwie nad norweskim Molde i zapewnionym awansie przynajmniej do fazy grupowej Ligi Europejskiej zachęcam do spędzenia kilku chwil z muzyką z kraju naszych wczorajszych przeciwników.
Zespół Hurra Torpedo zdecydowanie można zaliczyć do topu najbardziej odjechanych kapel na świecie. Oprócz tradycyjnych instrumentów używają bowiem
do swojej twórczości...sprzętów AGD. Przekonajcie się zresztą sami słuchając
trzech poniższych piosenek, które przy okazji dobrze oddają stan po wczorajszym
zwycięskim remisie.
Podobno z twarzy Skandynawów trudno wyczytać emocje. Domyślam, się że tym bardziej podczas dzisiejszej pomeczowej konferencji prasowej Ole Gunnar Solskjaer zachował „poka fejs”.
Jan Urban, piłkarze oraz
tysiące fanów mogli za to z entuzjazmem zanucić Odę Do Radości a następnie rozważać, na którego z pięciu potencjalnych przeciwników trafić by było najlepiej wodząc myślami po pięciu europejskich miastach i pytając samego siebie "where is my mind". Moje myśli były najbliżej Zagrzebia.
Cytując klasyka: "stało się, stało sie, to co miało się stać, dopiero w sierpniu czy-naś-cie, nosz tra la la".
Zapraszam do śledzienia kanarkowego konta Bonomuzt https://twitter.com/Bonomuza Oprócz zapowiedzi tekstów znajdziecie tam sporo muzycznych przemyśleń na gorąco, mini relacji z koncertów oraz newsów czy pilnych poleceń. Chociażby takich jak ten:
Na BBC Entertainment zaczął się właśnie 2-godzinny skrót z Glastonbury 2013. Arctic Monkeys obecnie zakładają się o wygląd na dęsflorze
— Bonomuza (@Bonomuza) August 4, 2013
Moją aktywność
ostatniego dnia festiwalu można by porównać do misia koali po sporej dawce
eukaliptusa. Na papierze dzień zapowiadał się średnio, żelazny punkt programu
stanowił jedynie koncert Crystal Fighters. Faworyci nie zawiedli dając
najlepszy koncert całego Openera. Dotychczas miałem niefart do tej kapeli. Dwa
lata temu ich występ przeszedł mi koło nosa zarówno na Hurrciane jak i Openerze.
Po tym, co zobaczyłem, gdy wreszcie się udało żałuję tych wcześniejszych razów
jeszcze bardziej. Ogień – to słowo najlepiej chyba oddaje to, co działo się pod
Alterklub Stage tego sobotniego wieczoru, która przeżywała chyba tegoroczny
rekord frekwencyjny. Ku mojej dużej radości Wojownicy postawili zdecydowanie na kawałki z pierwszej, zdecydowanie lepszej od swej następczyni
płyty. Po miażdżącym otwarciu w postaci Solar System oraz Follow wewnętrzne
metronomy publiczności wychyliły się maksymalnie w prawą stronę. Totalny amok
zapanował przy I Love London, najbardziej schizolskim numerze Kryształowych,
fantastycznie wypadły również Plage, In The Summer oraz At Home. Jedyne czego
żałuję, to, że koncert nie odbył się po ciemku lub w namiocie. Na zobaczenie
Crystal Fighters pod dachem będzie jednak okazja 11 listopada w Stodole. Bilety
zakupiłem zaraz po powrocie z festiwalu i jeśli ktoś z was chce bawić się w
dzień niepodległości w warszawskim klubie radzę nie zwlekać z nabyciem ticketu.
Pierwszy sobotni
koncert, zgodnie z oczekiwaniami okazał się najlepszy, nie
miałem więc ciśnienia na ciąg dalszy.Pomny nienajlepszych, łagodnie rzecz
ujmując, wspomnień z poprzedniego występu Kings Of Leon na Openerze tym razem
podświadomie obrałem taktykę słuchania ich koncertu bez patrzenia na scenę. I
muszę przyznać, że efekt był dużo lepszy niż się spodziewałem. Muzyka
Amerykanów przemawia do mnie dużo
bardziej samym dźwiekiem, kiedy nie widzę jak nudzą się na scenie. W drugiej
części koncertu postanowiłem jednak dołożyć sobie wrażenia wizualne. I muszę
przyznać, że również było nieźle. Drugie podejście Kings Of Leon w Polsce
wypadło znacznie lepiej niż premierowe. Było na tyle dobrze, że odpuściłem w
efekcie koncert Transmisji. A Closer dosłownie skosił trawę na Babich
Dołach.
Tegorocznego Openra
pożegnałem na koncerce LAO CHE. Koncert zdominowały piosenki z dwóch ostatnich
krążków zespołu. Zaskakująco dobrze wypadły te z nielubianej przeze mnie płyty
Prąd Stały Prąd Zmienny, które w plenerze wybrzmiały dużo głębiej niż w nagraniach
studyjnych. Po raz kolejny okazało się niestety, że z najnowszymi numerami z
rewelacyjnego Sountracku jest wręcz odwrotnie. Słyszałem je na żywo po raz
drugi i po raz drugi zupełnie do mnie nie przemówiły. Wydaje się, że zespół nie
jest w stanie odtworzyć tego, co zarejestrował w studio, stąd przearanżował
piosenki, nie do końca udanie. Zwłaszcza te najlepsze: Govindam,
Już Jutro czy Zombie. Babie Doły opuściłem
przy dźwiękach klimatycznego Idzie Wiatr.
Tegoroczny
Opener stał na naprawdę wysokim poziome i zaliczam go zdecydowanie do
najlepszej trójki spośród 10 edycji, na których byłem. Mimo bardzo ciekawego
line-upu nie osiągnął on jednak rewelacyjnej frekwencji. Jeśli wierzyć
zasłyszanym rozmowom ochroniarzy w sobote, najbardziej „ludnym” dniu festiwalu
spodziewano się jedynie 40 tysięcy osób. Jestem jednak pewny, że żadna z nich
nie opuszczała Gdyni zawiedziona.
Jak co roku 1 sierpnia przypominamy sobie kolejne utwory z płyty Powstanie Warszawskie. Ta rocznica jest dla mnie inna niż dotychczasowe, po raz pierwszy obchodzę ją bez jedynej bliskiej osoby, która w powstaniu walczyła. Tradycyjnie o godzinie 17 przystanę i oddam minutowy hołd ludziom, którzy oddali życie latem 1944 roku. Wspomnę też Dziadka, żałując, że już nigdy nie usłyszę jego pięknych opowieści z tamtych czasów.
Zrzuty to pierwszy utwór na płycie Lao Che ukazujący problem walczących powstańców. Brak broni i pomocy ze strony sojuszników co raz bardziej dawał im się we znaki...
Trzeci dzień Openera
2013 zapowiadał się jako najciekawszy z całego festiwalu. Rozpocząłem go pod
główną sceną, na której zaprezentował się „Kaliber 44”. Bardzo podobny koncert
odbył się w tym samym miejscu bodajże 6 lat temu, z tymże wtedy miał miejsce
pod szyldem Abradab. Muzyka K44 zdecydowanie przetrwała próbę czasu, koncert brzmiał
świetnie a główna scena zanotowała chyba rekord frekwencyjny jeśli chodzi o
koncerty o godzinie 18. Super było się pobujać przy dźwiękach znanych z liceum,
śmiesznie zobaczyć jak ząb czasu nagryzł rówieśników. W oczy rzucał się
szczególnie Joka, którego twarz przybrała kształt owalu i który przy swoich
dłuższych partiach czerwieniał niczym truskawka w szczycie rozkwitu. Fajny
wyglądały winyle MC z logo K44, całość brzmiała naprawdę super, energia koncertu
nie pozwalała na bezruch. Po godzinie z repertuarem Kalibra usłyszeliśmy kilka
utworów Abradabu a także Nie Rytmiczny Me HowIndios Bravos wyśpiewany przez
Gutka.
Koncert trwał 100 minut ale chcąc zobaczyć choć chwilę grających
równolegle Palma Violets musiałem uciec pod koniec pod Alterklub Stage. A tam
również działo się pięknie. Staram się unikać frazesów ale ze sceny biła
prawdziwa młodzieńcza energia. Dawno nie widziałem tak bezkompromisowo
zagranego koncertu, pełnego autentycznej euforii z powodu przebywania na
scenie. Prostota piosenek Palma Violets na żywo słyszalna była jeszcze bardziej
niż na płycie, z tymże w tym przypadku należy to potraktować jako komplement.
Świetnego smaczku dodawały wszelkiego rodzaju niestrojenia czy drobne
pomyłki, które sprawiały, iż mimo przebywania w plenerze można było poczuć się jak na małym garażowym koncercie. Dokładnie tak wyobrażam sobie The Clash w
pierwszych latach działalności. Całość skończyła się szaleństwem pod scena w
wykonaniu dwóch członków zespołu, którzy zeskoczyli z niej podczas trwania
Brand New Song.
Z wysoko zawieszoną
przez Palma Violets poprzeczką w pięknym stylu poradziło sobie Skunk Anansie,
które po raz kolejny udowodniło, że na żywo jest prawdziwą petardą. Będąca idealnym przykładem
żywego ADHD Skin jak zwykle dała czadu miotając się po scenie. Fantastycznie
brzmiała gitara basowa. Masakrycznie dobrze wypadło Becasue Of You, do teraz na
wspomnienie tamtego wykonania przechodzą mnie ciarki. Równie mocno i pięknie
wybrzmiały This Is Not A Game oraz Weak.
Jak dotąd był to obok Alt-J i
Nicka Cave’a zdecydowanie najlepszy koncert tegorocznej edycji
Po jego zakończeniu w
ramach energetycznego kontrastu pobiegłem posłuchać These New Puritans.
Zdążyłem akurat na ulubione Three Thousands. Purytanie grają bardzo mrocznie,
czasem wręcz schizofrenicznie, do ich muzyki potrzeba koncentracji i specjalnej
fazy. Ja byłem jeszcze nakręcony koncertem Skunk Anansie, stąd pogrzebowy
klimat These New Puritans nie do końca zgadzał się z tym co miałem w duszy. W
efekcie wiele wspomnień z tej sztuki mi nie pozostało.
Gwiazdą trzeciego
wieczoru Openera 2013 była jednym z głównych powodów dlaczego na pierwszy
weekend lipca wybrałem Gdynię zamiast belgijskiego Werchtera. Pierwsze co
uderzyło mnie podczas tego koncertu to wygląd Josha, którego ząb czasu nadgryzł
w ostatnim czasie w tempie Usaina Bolta. Nie umiem jednoznacznie ocenić tego,
co QOTSA zaprezentowała piątkowego wieczora na Babich Dołach. Z jednej strony
do uszu wpływał kawał świetnej, mocnej, gitarowej muzy, z drugiej chwilami
odnosiłem wrażenie, że ich niektóre kawałki nie wytrzymały próby czasu. Po
piorunującym początku w postaci m.in. Feel Good Hit Of The Summer i No One
Knows po około kwadransie zespół złapał jakby trwającą 20 minut zadyszkę, podczas której momentami robiło się nudnawo. Na wysokie obroty
koncert wrócił wraz z If I Had Tail i kolejnych miażdżącym Little Sister i
pięknie bujającym Make It Wit Chu, podczas którego Josh upomniał ochronę o
nieprzeszkadzanie ludziom w zabawie. „Hey security guy,
this is fuckin’ Queens Of The Stone Age concert, everybody do whatever they
want” – piękna sprawa. Przypomniały
mi się chwile, gdy kilkanaście lat temu podobne teksty można było usłyszeć ze
sceny bardzo często. Dziś to już rzadkość, gdyż wiele zespołów zdaje się nie
zauważać publiczności. Amerykanie z QOTSA zdecydowanie do nich nie należą. Czuć
było, że openerowy występ jest dla nich dużą radością. W pewnym momencie Josh
wypowiedział słowa „Poland, you are number fuckin’ one. There is no one in the
world even close”. Ponieważ muzyk słynie z tego, że nie podlizuje się
publiczności można chyba uwierzyć w ich szczerość. Świetnie prezentowała się
wizualna część koncertu, pełna klimatycznych wizualizacji i filmowych
historyjek łącznie z tą najmocniejszą’”samobójczą” przy I Appear Missing. Podsumowując
występ piątkowego headlinera – generalnie było nieźle, momentami fantastycznie,
nie będę jednak wspominał tego koncertu do końca życia. Swoją drogą zapis
całości możecie obejrzeć TU.
W oczekiwaniu na
zamykające główną scenę The National załapałem się jeszcze na końcówkę koncertu
Heya w namiocie.
Spontaniczne, niemal oryginalne w surowej wersji gitara plus wokal wykonanie
Zazdrości na jego
zakończnie było jednym z najfajniejszych momentów festiwalu. Zagrane chwilę
wcześniej Nie To
Nie również kosiło równo z trawą.
Natomiast
zamykający piątkowe występy na głównej scenie koncert The National okazał się
największym
rozczarowaniem
festiwalu. W mojej subiektywnej ocenie był on koszmarnie zły, przez całość jego
trwania miałem
wrażenie, że każdy z muzyków gra oddzielną sztukę, z których wszystkie dźwięki
razem absolutnie nie łączą się w całość. Boleśnie uderzał w uszy brak na scenie jakiegokolwiek
„flow”, jakiejkolwiek chemii i magii, brzmiało to jak marnej jakości bootleg.
Myślałem, że mój zły odbiór
tego koncertu wynikał ze zmęczenia lub nie najlepszej fazy w danym momencie. Większość
znajomych, którzy go widzieli wypowiadali się o nim pozytywnie. Przed zbyt
krytyczną oceną tego występu postanowiłem przypomnieć sobie
jego fragmenty na youtubie. I to, co zobaczyłem, chociażby TU irytuje mnie identycznie jak w ów
piątkowy wieczór. Na żywo brzmiało to równie źle jak odtworzone w jakości HD. Może wynikało to z
braku zgrania nowego gitarzysty z resztą, może z błędu dźwiękowca, może
ze złego dnia chłopaków ale owo półtorej godzinie było najgorszymi podczas Openera 2013. Najlepsze miało jednak dopiero nastąpić...
Już za godzinę i 15 minut rozpocznie się w Muzeum Powstania Warszawskiego specjalny okolicznościowy koncert Lao Che. Jeżeli możecie jeszcze dołączyć to gorąco namawiam. A jeśli nie to polecam transmisję w stacji z trzema literkami i dwiema cyframi w nazwie, z których druga lietra to V a druga cyfra to 4. ;-) Start o o 21, relacja na Bonomuzie w przyszłym tygodniu.
Patrząc na rozpiskę koncertów drugi dzień tegorocznego
Openera wydawał mi się najmniej ciekawy. Oprócz Nicka Cave’a w line upie
widniało kilka ciekawostek ale żaden z zespołów specjalnie mojej wyobraźni nie
rozpalał. Okazało się, że sponsorem 4 lipca 2013 zostało powiedzonko „pozory
mylą”.
Kiedy kilka dni temu ogłoszono przeniesienie występu Tame
Impala z namiotu na główną scenę myślałem, iż jest to tzw. strzał w stopę i
lekka krzywda dla Australijczyków, których klimatyczna muzyka o wiele bardziej
pasuje do małego wnętrza niż w plener, zwłaszcza przed zachodem słońca. I to
był pierwszy „pozór”, który tego dnia mnie zmylił – przybysze z wyspy kangurów
wypadli rewelacyjnie, ich muzyka na żywo nabrała dodatkowej przestrzeni i
głębi. To co na płycie Lonersim momentami zdaje się nieco trudne na koncercie
robiło niesamowite wrażenie dźwiękowego tunelu zbudowanego z wysokiego wokalu,
psychodelicznych klawiszy i gitarowych ścian. Super klimatu dodawała też oprawa
wizualna, na którą składały się wyświetlane na wielkim telebimie z tyłu sceny
obraz zespołuprzekształcony komputerowo
w kolorowy negatyw przemieszany z
animacjami utrzymanymi w podobnej kolorystyce typowej dla lat hipisowskich 70-tych.
Czy to
ostatni Heineken Opener Festival? Od kilku tygodni fama chodzi po
mieście i głosi, że Heineken wycofuje się ze sponsorowania festiwalu a Mikołaj
Ziółkowski sprzedaje Alterart w efekcie czego odbywająca się właśnie dwunasta
edycja gdyńskiego festiwalu może być tą ostatnią. Opinie o końcu festiwalu
można również usłyszeć w tym roku od wielu miejscowych ale myślę, że spokojnie
można tak jak w dowcipie kazać „powiedzieć famie, że jest głupia i vice versa”.
Może zmieni się sponsor tytularny, może festiwal zostanie przeniesiony w inne
miejsce, może nawet zmieni się organizator ale nie wierzę, że tak mocna i
fantastycznie zbudowana marka przestanie istnieć. Dlatego nie zaprzątając sobie
specjalnie głowy spekulacjami zapraszam do relacji z tegorocznego Openera.
Jeszcze przed wejściem na lotnisko usłyszałem przy kasach
ciekawą konwersację. Dziewczyna tłumaczyła koleżankom, które właśnie dostały
książeczki z rozkładem koncertów: „powiem wam co dziś warto zobaczyć, o BLUR
(przeczytane „przez u”), są spoko. Mam zapisane, że są spoko”. Na teren festiwalu
wszedłem więc uśmiechnięty od ucha do ucha.
Jak co roku Bonomuza przygotowała specjalne muzyczne składanki zawierające utwory, które za kilka dni usłyszymy na Babich Dołach. Możecie jej posłuchać klikając na tytuły poszczególnych piosenek. W tym roku wybór był wyjątkowo, z tracklisty wypadło wiele kawałków, które normalnie byłyby pewniakami. To najlepiej świadczy o tym, że tegoroczny festiwal ma naprawdę mocny skład. Dobrej zabawy i do zobaczenia pod gdyńskimi scenami.
Trzy i pół roku temu, w drugim miesiącu istnienia Bonomuzy napisałem, że
moimi trzema największymi muzycznymi marzeniami jest zobaczyć na żywo Nirvanę,
Beatlesów i Blur. Koncert tych ostatnich udało mi się przeżyć w zeszłym roku
ale reszta tej listy wydawała się niemożliwa do spełnienia. Na ogłoszenie
koncertu Paula McCartneya zareagowałem lekko sceptycznie, bałem się
rozczarowania w postaci odcinania kuponów od dawnej sławy, jak to często bywa w
przypadku występów „dinozaurów”. Z racji
drogich biletów i dostępnych wyłącznie miejsc siedzących najpewniej nie
poszedłbym w minioną sobotę na Stadion Narodowy, gdyby nie ojciec, który chciał
zobaczyć zespół swojej młodości. I muszę przyznać, że była to najlepsza
decyzja, jaką podjąłem w tym roku. 22 czerwca 2013 roku dosłownie oniemiałem z
wrażenia, niemal trzygodzinny występ McCartneya był fenomenalny a forma i
sposób, w jaki ów członek „czwórki z Liverpoolu” zaprezentował na scenie
mogłaby być niedoścignionym wzorem dla każdego zespołu na świecie. W uszy
najbardziej rzucała się...
Po pierwszym
przesłuchaniu tej płyty pomyślałem, że zgodnie z tytułem kłopoty chyba naprawdę
znalazły The National. Ich nowy album nie poruszył mnie i wydał się mniej
przebojowy oraz słabszy niż jego fenomenalny poprzednik. Z każdą kolejną
projekcją Trouble Will Find Me przekonuję się jednak, że przesadne krytykowanie
tej płyty byłoby równie celne co Robert Lewandowski w kadrze narodowej.
W pierwszej części albumu
znacznie lepiej wypadają „parzyste” kawałki.
Znajdujące się na drugiej ścieżce Demons to fantastyczna wizytówka
zespołu zawierająca w sobie wszystkie charakterystyczne dla niego elementy: tajemniczy,
basowo-zachrypnięty wokal śpiewający piękną, smutną melodię, fortepian oraz
instrumenty dęte uderzające w niskich rejestrach, plus dodatkowo wibrująco-pulsujące
dźwięki gitary wszystko razem tworzące wzniosły i niepowtarzalny klimat.
Piosenka...
Do słuchania Savages
trzeba złapać odpowiednią fazę. Wbrew tytułowi Silence Yourself na pewno nie
jest dobrą propozycją na relaks, złapanie luzu czy oddechu. Idealnie sprawdzi
się natomiast jako substytut porannej kawy lub mobilizujący przed ważnym
zadaniem kopniak. Dawno nie spotkałem tak trafnej nazwy zespołu jak tym
przypadku. Debiutancki album Savages jest naprawdę dziki.
Barwa i maniera głosu
wokalistki ma w sobie coś wzbudzającego niepokój. Podobny efekt wywołuje bas
przypominający brzmienie Siekiery i brzęcząca niczym namolna osa gitara, grające w otwierającym album Shut Up w tempie bijącego serca antylopy uciekającej przed
tygrysem
Jeśli znudził was komentarz Szpaka w meczu Mołdawia - Polska, brak Wam muzycznego pomysłu na wieczór lub po prostu chcecie zobaczyć jak prezentują się zespoły na tegorocznym Rock Im Park kliknijcie na TEN LINK. Mimo nienajlepszego tegorocznego składu chciałoby się tam być oglądając ten "live stream".
Sezon dużych letnich
festiwali muzycznych staruje już w tym tygodniu wraz z rozpoczęciem w piątek
Rock Am Ring oraz Rock im Park. Czas więc najwyższy na mały przewodnik i
subiektywny ranking tegorocznych programów, czy jak kto woli line-upów
największych europejskich festów.
Wspomniane przed chwilą
bliźniacze niemieckie festiwale w tym roku nie porażają składem. Głównymi
gwiazdami są The Prodigy, Green Day oraz 30 Seconds To Mars. Towarzyszyć im
będą m.in. Papa Roach, Biffy Clyro, Bad Religion, Korn, Limp Bizkit czy
Modestep. Przeglądając rozpiskę godzinową i rozważając swoją teoretyczna
obecność pod daną sceną wygospodarowałem sporo czasu wolnego, co nie świadczy
najlepiej o tegorocznych RiP i RaR. Zwłaszcza po świetnym zestawie
zeszłorocznym (RELACJA TU).
Dużo ciekawiej wypada
„mniejszy brat” a właściwie bliźniacze rodzeństwo w postaci Hurricane i
Southside Festival. Oprócz headlinerów w postaci Rammsteina, Queens Of The Stone Age i Arctic
Monkeys w Scheessel i Neuhausen posłuchać będzie można wracających po przerwie
Smashing Pumpkins, porażających sceniczną energią SKA-P, Irie Revoltes, The Vaccines i FM Belfast,
grającego tego lata jedynie 3 koncerty Kasabian, klimatycznych Portishead,
Alt-J i The National oraz wielu innych autorów świetnych płyt ostatnich
miesięcy jak choćby Peace czy Tame Impala.
Jeszcze lepiej wygląda
skład Werchtera, który jeszcze w zeszłym roku ogłosił iż na głównej scenie w
lipcu 2013 zaprezentują się Blur, Rammstein, Depeche Mode, Green Day, Kings Of
Leon i Editors. A kiedy dołączyć do niej potwierdzonych później Modestep, Nicka
Cave’a, Sigur Ros, Stereophonics, Biffy Clyro, Alt-J, Vampire Weekend, Palma Violets czy Django
Django wychodzi na to, że Rock Werchter będzie najciekawszym tegorocznym letnim
festiwalem w Europie. Zgrzytam ze złości zębami, że jego termin pokrywa się z
Openerem i gdyby nie brak w line-upie belgijskiego festiwalu Queens Of The
Stone Age na pewno wybrałbym okolice Brukseli zamiast Gdyni.
Jednocześnie trzeba
przyznać, że skład tegorocznego Opener Festival tak dobry jak w tym roku nie
był chyba jeszcze nigdy. W moim prywatnym rankingu zajmuje...
Planowałem zamieścić dziś na Bonomuzie przewodnik po
tegorocznych dużych letnich europejskich festiwalach połączony z subiektywnym
rankingiem. Z powodu dzisiejszych openerowych ogłoszeń przekładam to jednak o
dzień lub dwa (jeśli jutrzejsze, zamykające listę artystów gdyńskiego festiwalu
będą równie dobre jak dzisiejsze). W przewodniko-rankingu napisałem m.in.
"Jutro poznamy kompletny skład Openera 2013, mam nadzieję, że dołączy do
niego Django Django, Palma Violets i Vampire Weekend." Z radością
stwierdzam, że to zdanie jest już w jednej trzeciej nieaktualne. A jeśli jutro
okaże się, że spełni się w 100 procentach zwariuję chyba z muzycznego
szczęścia.
W każdym razie spośród dzisiejszych
ogłoszeń trzy najważniejsze to:
Już za miesiąc po raz pierwszy w Polsce zobaczymy koncert BLUR. Za 31 dni będzie już po nim, tak jak dziś jest już po długim weekendzie. W Anglii "długie weekendy" spowodowane wolnymi poniedziałkami występują 6 razy w roku. O tym właśnie opowiada kawałek, który dziś trafia do szafy grającej. Mam nadzieję, że usłyszmy go w Gdyni 3 lipca. Chociaż szanse na to są równie duże, jak na radość z jutrzejszego powrotu do pracy. W każdym razie zamiast krasnoludkowego "hej ho, hej ho, do pracy by się szło" spokojnie zanućcie jutro "now let's back to work EJ DŻI EJ AJ EN" !!!
Po 7 latach czekania mistrzostwo Polski wraca do Warszawy! Czas najwyższy!
Pamiętam doskonale, kiedy po raz pierwszy z głośników przy Łazienkowskiej 3 zabrzmiał Sen o Warszawie. To był początek rundy wiosennej w 2004 roku, kilkanaście dni po śmierci Czesława Niemena. I choć właśnie wtedy spiker zapowiadając ów utwór i wspominając artystę powiedział, iż nie ma żadnego dowodu ani wspomnienia iż było on kibicem Legii to jego fantastyczna piosenka stała się od wtedy nową "świecką tradycją" na Ł3. Historia następującego po niej "Mistrzem Polski Jest Legia" ma dłuższą historię. Nareszcie będzie można ją śpiewać także w odniesieniu do wyniku sportowego.
PS. Przewidziałem dzisiejszy wynik meczu Lech-Podbeskidzie i legijne mistrzostwo zacząłem świętować już wczoraj. ;D
Zeszłoroczny koncert The
XX na Openerze przyniósł lekkie rozczarowanie. Przez większość jego trwania
myślałem głównie o tym, że angielskie trio to fantastyczna kapela do małej,
ciasnej salki a nie plenerowego występu. Marzyłem o ich występie w
pomieszczeniu wielkości Hydrozagadki, Proximy czy ewentualnie Stodoły, w
których kameralny nastrój, jaki potrafią tworzyć w takim otoczeniu byłby
jeszcze bardziej uderzający. Torwar wydawał mi się lekko kontrowersyjnym
wyborem, jeśli chodzi o miejsce ich drugiego koncertu w Polsce- rzadko kiedy
udaje się go odpowiednio nagłośnić a i nastrój intymności stworzyć w nim równie
łatwo co dworcu kolejowym. Hala wypełniła się maksymalnie w 30 procentach więc
tym bardziej szkoda, że organizatorzy nie pomyśleli o przeniesieniu tej imprezy
do mniejszej sali. To była ostatnia malkontencka myśl, jaka przyszła mi do
głowy przed występem Anglików. Potem było już tylko pięknie.
Wielu rzeczy spodziewałem
się po tym koncercie ale nie tego, że podczas pierwszego kawałka dudniące,
wkręcające się w ciało basy i drżenie podłogi osiągną poziom, jakiego
doświadczyłem kilka dni wcześniej podczas koncertu Modestep. Po mocnym wstępie
do Try i pierwszych słowach wyśpiewanych przez Romy i Oliviera moje uszy
uderzyła czystość i perfekcja dźwięku, jaki rozległ się z głośników. Przez cały
koncert świetne nagłośnienie zwracało uwagę równie mocno, co luz z jakim zespół
wykonywał swoje utwory oraz czystość wokali, które na żywo są jeszcze
głębsze i magiczne niż w nagraniach studyjnych. Pierwszy moment prawdziwej
magii nastąpił w...
Wczoraj było “na smutno”, dziś będzie zupełnie inaczej. Jest tylko jeden punkt wspólny wczorajszego i dzisiejszego posta: „people are strange”. Poznajcie „miszcza” sekcji dętej klikając w play a potem w napis "obejrzyj w youtube". Tylko ostrożnie – ten gość to prawdziwy krejzol, a jego życie to „festa”.
Wczoraj, w wieku 74 lat, zmarł Ray Manzarek. Dzisiejsze wydanie 3 Odsłon poświęcone więc będzie zespołowi The Doors.
1. Light My Fire
W normalnych okolicznościach nigdy nie wybrałbym do trójki kawałków The Doors właśnie tego, chyba najbardziej oklepanego przeboju. W obliczu wczorajszego smutnego wydarzenia nie mogło jej jednak zabraknąć. To chyba najbardziej charakterystyczna melodia, która wyszła spod palców klawiszowca Doorsów. Piękna w swej prostocie i dobitnie pokazująca kunszt muzyka. Tu w wersji koncertowej brzmi ona podwójnie odlotowa.
2. Love Me Two Times
W tej piosence słyszymy z kolei chyba najbardziej fenomenalne wykorzystanie organów Hammonda w historii tego instrumentu. Fragmentu między 1:30 a 1:55 można słuchać w nieskończoność!
3. People Are Starnge
To zdecydowanie mój ulubiony numer The Doors. Uwielbiam w nim wszystko, od pierwszego do ostatniego dźwięku.
Właśnie doszło do mnie, że Jim Morrison nie żyje już 41, tak więc te wszystkie kawałki mają niemal pół wieku. Tym bardziej niesamowite jest to jak fantastycznie brzmią i jak niepowtarzalny klimat niosą w sobie do dziś!
Debiutancki album Atoms For Peace, wspólnego projektu Thoma Yorka i Flea, to jedna z najbardziej wyczekiwanych tegorocznych płyt. Gdyby oceniać moc ego wokalisty Radiohead i byłego basisty Red Hot Chili Peppers na podstawie zawrtości tego krążka zdecydowanie trzeba by oddać koronę i berło temu pierwszemu. Amok to bowiem takie „Radiohead bis”, a śladów funkowego niegdyś RHCP znajdziemy tu tyle co wyszło z dialogu od scenarzysty co to „forsę wziął a potem zaczął pić”, o którym piał swego czasu tata Cugowski. Znaczy się ”zero czyli nic”. Co wcale nie przeszkadza tej płycie być naprawdę dobrą.
Dziewięć umieszczonych tu kawałków przpyprawia o ciepły dreszcz przepływający przez ciało niczym gorąca czekolada wypita na biegunie północnym. Album pochłania słuchacza absolutnie, wciąga w swój bajkowy świat pełen elfów, tajemnic i magii, porywa umysł do krainy, w której nieustannie trwa walka dobra ze złem i w której...
Niedzielny koncert Modestep dosłownie zmiażdżył mnie niczym imadło porcelanę. Po jego zakończeniu czułem się naładowany jak po podłączoneniu do turbosprężarki i przeżyciu energetycznego wstrząsu. Właściwie do teraz mentalnie się trzęsę i rytmicznie macham głową. O ile spodziewałem się, że kawałki z Evolution Theory zabrzmią na żywo o wiele pełniej i mocniej to tego, że usłyszę na tym koncercie utwory Prodigy, Rage Against The Machine czy Coldplaya zupełnie nie. Zarówno Smack My Bitch Up, Killing In The Name jak i Paradise zaserwowane zostaly oczywiście we wzmocnionych wersjach z typowymi dla Modestep zgrzytami i sprzężeniami. Od pierwszego do ostatniego dźwieku publiczność reagowała fantastycznie zarówno na owe smaczki, jak i własne nagrania Brytyjczyków. W powietrzu czuć było świetna atmosferę, obie strony koncertu wzajemnie sie nakręcały. Po raz pierwszy znalazłem się na koncercie w klubie Basen i muszę przyznać, że zrobił on na mnie spore wrażenie swoim ciekawym, industrialnym klimatem oraz wyśmienita akustyką. Mimo, że Modestep nie zna raczej pojęcia „piano”, mimo rozsadzającego głośniki czadu, wszystkie dźwięki było słychać selektywnie, za co tym większy „szacun”!
Przy większości numerów podgłoga wibrowała niczym ziemia przy lądowaniu helikoptera...
Debiutancka płyta Palma Violets to idealna propozycja na czas kiełkującej właśnie wiosny. Jeśli do swoich ulubionych zespołów zaliczacie The Clash pokochacie album 180 od pierwszego przesłuchania. Już w otwierającym go Best Of Friends słyszymy bowiem wokal z manierą rodem wyjętą z gardła Mike’a Jonesa, któremu towarzyszy super klimat garażowego nagrania. Podobnie w Rattlesnake Highway, Johny Bagga’s Donuts czy I Found Love echa utworem żywcem wyjętych z London Calling, słabsze kilkakrotnie od oryginału ale i tak cieszą ucho niezmiernie.
Trudno nazwać nagrania Palma Violets odkrywczymi. Wokal przepuszczony przez efekt, chaotyczna, ledwie przesterowana gitara wzbogacone czasem oldschollowym brzmieniem klawiszy w stylu organów The Doors, łatwe, prosty rytm i wpadające w ucho melodie to połączenie słyszane tysiące razy. W tym przypadku...
W dzisiejszych trzech odsłonach pora na Comę, po pierwsze z okazji jutrzejszego koncertu w Palladium, po drugie dlatego, iż to w tej chwili jeden z trzech najlepszych zespołów na polskiej scenie.
1) Trujące Rośliny
To mój zdecydowany numer 1 z repertuaru Łodzian. Genialne połączenie melodyjnej, spokojnej zwrotki i mocniejszych fragmentów instrumentalnych. Piosenka składa się jakby z trzech części, ta ostatnia to solówka rodem wyjęta spod palców Slasha. Niesamowity song z niesamowitej Hipertrofii. 2) W Chorym Sadzie
To z kolei chyba najfajniejszy kawałek z ostatniego studyjnego albumu Comy. Ma on podobną konstrukcję do Trujących Roślin, z tymże tu z kolei początkowe brzmienie gitary przywodzi na myśl ballady Lady Pank.To, co najlepsze w tej piosence zaczyna jednak dopiero po 100 sekundach, za każdą projekcją dosłownie czuję jak "diabeł tam chodzi na palcach".
3) Leszek Żukowski
Z czterech studyjnych płyt Comy pomijam w trzech odsłonach tę drugą. Przedstawiciela z debiutu zabraknąć bowiem nie mogło, zwłaszcza tego. Cokolwiek napisać o tym numerze może okazać się niewystarczające. Emocje narastające tu w wokalu Roguckiego porażają mnie niezmiennie.