poniedziałek, 30 września 2013

LILLY HATES ROSES - SOMETHING TO HAPPEN

Nie lubię kiedy polskie zespoły śpiewają po angielsku. Często mam wrażenie, że ucieczka od polskiego tekstu spowodowana jest brakiem czegoś sensownego do powiedzenia. Po angielsku brzmi przecież lepiej, a część w ogóle nie zrozumie. Taka sytuacja nie dotyczy na szczęście debiutanckiej płyty Lilly Hates Roses. Naprawdę dawno nie słyszałem piosenek z tak dobrą warstwą liryczną. Niemal każda z umieszczonych na Something To Happen kompozycji urzeka  niebezpośrednim, poetyckim i trafiającym w sedno tekstem, którego słowa stawiają przed oczyma obrazy chwil, które przeżył chyba każdy. Zdecydowana większość dotyczy relacji międzyludzkich oraz bezpowrotnie mijającego czasu. Moimi dwoma faworytami są pięknie opisujące 3 fazy życia All I Ever oraz piorunujące wezwanie do zakończenia bezsensownego związku w postaci Only A Thought.
W warstwie muzycznej jest równie dobrze...

PŁYTY TYGODNIA - OD DZIŚ CO PONIEDZIAŁEK NA BONOMUZIE

Dość powakacyjnej zamuły !!! Od dziś startujemy z nową ramówką Bonomuzy. No może bez przesady, ze z ramówką, w końcu to blog a nie rejdjoł gaga czy Romantica TiVi ale od jesieni wprowadzamy tu kilka nowości. Pierwszą z nich będzie płyta tygodnia, której jak sama nazwa wskazuje będziemy słuchać przez cały miesiąc. ;-))) A tak poważnie to co poniedziałek będziemy "brali na warsztat" kolejne albumy, w większości te nowe ale również i klasyki. 
Oprócz tradycyjnej recenzji na fejsbookowym profilu Bonomuzy będziemy również codziennie słuchać najciekawszych kawałków z niej pochodzących.

Na pierwszy ogień fantastyczny polski debiut: Lilly Hates Roses!

poniedziałek, 16 września 2013

NOWE PLACEBO NA ŻYWO - DZIŚ O 21

Dziś przypada data oficjalnej premiery nowej płyty PLACEBO. Mimo tego kupić Loud Like Love się dziś nie dało, ot taka forma "promocji" w czasach, gdy płyty kupowane są na potęgę. Dość sarkazmu. Jeszcze dziś pojawi się bowiem okazja usłyszenia wszystkich nowych utworów angielskiego trio i to w wersji "live". O 20 czasu angielskiego, czyli o 21 w Polsce PLACEBO rozpocznie koncert, który można będzie zobaczyć na Youtubie. Zachęcam do oglądania poprzez kliknięcie w TEN LINK.

wtorek, 10 września 2013

ROGER WATERS THE WALL LIVE - STADION NARODOWY: 20.08.2013

Na warszawski koncert Rogera Watersa zdecydowałem się „last minute”, w pełnym tego słowa znaczeniu. Dźwiękowa żenada na lipcowym występie Depeche Mode zniechęcała mnie do ponownego odwiedzenia Stadionu Narodowego, ostatecznie zwyciężył jednak sentyment i ogromny szacunek do płyty The Wall. W związku z kupnem biletu na kilka godzin przed rozpoczęciem show jedyną dostępną opcją było odebranie go pod stadionem. Widząc liczącą około 500 osób kolejkę stojącą w tym samym celu do 4 (słownie: CZTERECH) okienek na niecałą godzinę przed planowaną godziną rozpoczęcia koncertu szacowałem, że przynajmniej połowa z nich nie łącznie ze mną nie zobaczy występu Watersa od początku. Szczęśliwie znalazłem się w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu, w którym organizator na kwadrans przed ęgodziną zero" niespodziewanie postanowił uruchomić dwa kolejne punkty odbioru biletów. Dlaczego nie były one otwarte od początku pozostanie zagadką . W każdym razie przestrzegam przed wybieraniem opcji „odbierz przed koncertem”, bo zorganizowane jest to przez Live Nation w żenujący i odbiegający od wszelkich standardów sposób, zwłaszcza biorąc pod uwagę ceny biletów. No chyba, że ktoś lubi podkręcać się przed koncertem na zasadzie „zdążę czy może nie bałdzo”. Ja miałem mega farta, ale nie jestem pewny czy udało się wszystkim, mimo iż koncert rozpoczął się z półgodzinnym opóźnieniem.


Dość jednak o organizacji bo to co zobaczyłem 20 sierpnia na scenie Narodowego było bez najmniejszych wątpliwości najlepszym muzycznym show, jakie moje oczy kiedykolwiek widziały. Jeszcze przed rozpoczęciem w oczy rzucała się dekoracja w postaci ściany z białych cegieł sięgająca od dwóch  krawędzi sceny aż do trybun. Podczas całego koncertu pełniła ona funkcję ekranu, na którym wyświetlano liczne zdjęcia i animacje w ogromnej większości ukazujące przerażające konsekwencje wojny. Najciekawsze w tej ścianie było jednak to, iż przez całą pierwszą godzinę była ona rozbudowywana. Nie widziałem jeszcze koncertu, w którym scenografia zmienia się na oczach widzów non stop, dzięki czemu  jest budowana scenografia, dzięki czemu ciągle zmieniała się perspektywa widzenia sceny, aż do momentu, gdy muzyków widać było jedynie przez male okienka. Już przy otwierającym The Wall In The Flesh? Nad głowami wszystkich przeleciał samolot wypuszczony spod dachu stadionu, który z hukiem roztrzaskał się o sceniczne głośniki. Przy Another Brick On The Wall zobaczyliśmy monstrualnych rozmiarów kukłę nauczyciela grożącego kilkunastu znajdującym się na scenie dzieciom śpiewającym refren piosenki. Wcześniej na białej ścianie i telebimach wyświetlono falującą wodę, która nie wiem jaki cudem widoczna była w poziomie dając efekt zalewania całego stadionu przez morze. Nie sposób opisać całej sztafety wizualnych efektów, oddzielną wagę trzeba natomiast poświęcić dźwiękowi, co do jakości którego miałem największe obawy. W miejscu, w którym siedziałem był on po prostu fenomenalny...

wtorek, 27 sierpnia 2013

LIGA MISTRZÓW IN A LITTLE WHILE

Od kilku dni po głowie chodzi mi ten piękny utwór U2. Dziś nuci go pewnie większość piłkarzy Legii, kierując słowa "in a little while surely you'll be mine" do Ligi Mistrzów. Oby po 22:30 ta przepowiednia się spełniła !!!

niedziela, 11 sierpnia 2013

DEPECHE MODE - STADION NARODOWY - 25.07.2013

Od której strony nie zacząłbym wspominać lipcowego koncertu Depeche Mode w Warszawie jak bumerang powraca jego główny antybohater – Stadion Narodowy. Wygląda niestety na to, że obiekt ten kompletnie nie nadaje się na koncerty, w których na instrumentarium składa się coś więcej niż akustyczna gitara. Wraz z rozpoczęciem otwierającego występ Depechów Welcome To My World do uszu publiczności doszedł tumult przemieszony z bełkotem i dźwiękowym echem odbijającym się od trybun i zamkniętego mimo mega słonecznej aury dachu. Z owej rzeźni byłem w stanie wychwycić jedynie głos wokalisty i dudniące basy, sfera melodyczna instrumentów była kompletnie nie do rozpoznania. 
Po raz pierwszy złapałem nerwa przy zagranym jako trzecie Walking In My Shoes. To jeden z 3 moich ulubionych kawałków Dave’a i spółki a zamiast się nim cieszyć musiałem dogrywać sobie w wyobraźni piękna melodię, która go prowadzi. Kiedy dwa numery później Black Celebration również zabrzmiało jak trudny do rozpoznania bełt postanowiłem znaleźć na Narodowym miejsce, w których słychać choć trochę lepiej, choć zajęte pierwotnie miejsce blisko budki dźwiękowców wydawało się optymalne. Podczas poszukiwań okazało się, że w większości miejsc słychać jeszcze gorzej. Totalnie zmiażdżył mnie fakt, że Barrel Of A Gun udało mi się rozpoznać dopiero w refrenie. W końcu pozbawiony nadziei stanąłem przy samym wyjściu z płyty stadionu, co okazało się najlepszą decyzją tamtego wieczoru. Jedynie tam dźwięk był na tyle selektywny, że pozwalał rozróżnić dźwięki grane przez danych muzyków. Z każdą piosenką miejsca przy wyjściu stawały się coraz bardziej okupowane, co świadczy tylko o tym, że moje poszukiwania nie były fanaberią i zmierziły przynajmniej kilka tysięcy osób.
Szkoda tym bardziej, że, gdyby nie dźwiękowa żenada koncert byłby świetny. Mimo długiego czasu trwania trasy Dave wydawał się być w rewelacyjnej formie i dobrym nastroju. Początkowo wydawało mi się, że gorzej trudy długiego koncertowania znosi Martin, który w pierwszej połowie wyglądał na nieobecnego i mocno zmęczonego. Zmieniłem zdanie w tym temacie, gdy przejął on mikrofon serwując fantastyczne wykonania Higher Love i Shake The Disease. A rozpoczynające bisy Home było chyba najpiękniejszym momentem całego koncertu. Tak samo jak 12 lat temu podczas  koncertu DM na Służewcu do głowy przyszła mi myśl, że w tym zespole głównym wokalistą powinien być właśnie Martin. Odbieranie zajęcia Gahanowi byłoby jednak zbrodnią, zwłaszcza po piorunujących wykonaniach I Feel You i Just Can’t Get Enough, które rozkręciło i rozbawiło każdą jedna zebraną na stadionie osobę. Ten drugi, stary jak świat kawałek, mimo swojego oldschoolowego brzmienia nadal wypada rewelacyjnie. Większe szaleństwo zapanowała wśród publiki jedynie przy Enjoy The Silence, jakby nie patrzeć najbardziej znanym hiciorze zespołu. A jeszcze a propos oldschoolu: kiedy tylko na telebimie Andy do głowy przychodziły mi skojarzenia z Budką Suflera, jakoś taki podobny mi się wydał do KrzychaCugo, z twarzy i okularów. 

Depeche Mode zdecydowanie stanęli na wysokości koncertowego zadania. Rzekłbym nawet, że zrobili wszystko co się dało, aby odciągnąć uwagę od tragicznej jakości nagłośnienia. Naprawdę żałuję, że tak wiele miejsca poświęcić musiałem opisie tej żenady, ale robię to ku przestrodze: jeśli na Stadionie Narodowym będzie grała kapela, którą kochacie to lepiej sprawdźcie, gdzie występują dwa dni wcześniej i później i wybierzcie się lepiej na koncert do Berlina, Pragi czy Wilna. Może wyjdzie drożej ale na pewno zaoszczędzicie sporo nerwów. 

Cały warszawski koncert możecie obejrzeć poniżej.


czwartek, 8 sierpnia 2013

NIETYPOWY WIECZÓR MUZYKI NORWESKIEJ

Dwa lata temu po wyeliminowaniu przez Legię Spartaka Moskwa życzyliśmy rosyjskim fanom udanych wakacji pytając how do you do you do i podgwizdując radośnie.  
Dziś po zwycięstwie nad norweskim Molde i zapewnionym awansie przynajmniej do fazy grupowej Ligi Europejskiej zachęcam do  spędzenia kilku chwil z muzyką z  kraju naszych wczorajszych przeciwników. Zespół Hurra Torpedo zdecydowanie można zaliczyć do topu najbardziej odjechanych kapel na świecie. Oprócz tradycyjnych instrumentów używają bowiem do swojej twórczości...sprzętów AGD. Przekonajcie się zresztą sami słuchając trzech poniższych piosenek, które przy okazji dobrze oddają stan po wczorajszym zwycięskim remisie.


Podobno z twarzy Skandynawów trudno wyczytać emocje. Domyślam, się że tym  bardziej podczas dzisiejszej pomeczowej konferencji prasowej Ole Gunnar Solskjaer zachował „poka fejs”.



Jan Urban, piłkarze oraz tysiące fanów mogli za to z entuzjazmem zanucić Odę Do Radości a następnie rozważać, na którego z pięciu potencjalnych przeciwników trafić by było najlepiej wodząc myślami po pięciu europejskich miastach i pytając samego siebie "where is my mind". Moje myśli były najbliżej Zagrzebia.




niedziela, 4 sierpnia 2013

BONOMUZA NA TWITTERZE

Cytując klasyka: "stało się, stało sie, to co miało się stać, dopiero w sierpniu czy-naś-cie, nosz tra la la".
Zapraszam do śledzienia kanarkowego konta Bonomuzt https://twitter.com/Bonomuza Oprócz zapowiedzi tekstów znajdziecie tam sporo muzycznych przemyśleń na gorąco, mini relacji z koncertów oraz newsów czy pilnych poleceń. Chociażby takich jak ten:



OPENER 2013 - DZIEŃ 4.

Moją aktywność ostatniego dnia festiwalu można by porównać do misia koali po sporej dawce eukaliptusa. Na papierze dzień zapowiadał się średnio, żelazny punkt programu stanowił jedynie koncert Crystal Fighters. Faworyci nie zawiedli dając najlepszy koncert całego Openera. Dotychczas miałem niefart do tej kapeli. Dwa lata temu ich występ przeszedł mi koło nosa zarówno na Hurrciane jak i Openerze. Po tym, co zobaczyłem, gdy wreszcie się udało żałuję tych wcześniejszych razów jeszcze bardziej. Ogień – to słowo najlepiej chyba oddaje to, co działo się pod Alterklub Stage tego sobotniego wieczoru, która przeżywała chyba tegoroczny rekord frekwencyjny. Ku mojej dużej radości Wojownicy postawili zdecydowanie na kawałki z  pierwszej, zdecydowanie lepszej od swej następczyni płyty. Po miażdżącym otwarciu w postaci Solar System oraz Follow wewnętrzne metronomy publiczności wychyliły się maksymalnie w prawą stronę. Totalny amok zapanował przy I Love London, najbardziej schizolskim numerze Kryształowych, fantastycznie wypadły również Plage, In The Summer oraz At Home. Jedyne czego żałuję, to, że koncert nie odbył się po ciemku lub w namiocie. Na zobaczenie Crystal Fighters pod dachem będzie jednak okazja 11 listopada w Stodole. Bilety zakupiłem zaraz po powrocie z festiwalu i jeśli ktoś z was chce bawić się w dzień niepodległości w warszawskim klubie radzę nie zwlekać z nabyciem ticketu.



Pierwszy sobotni koncert, zgodnie z oczekiwaniami okazał się najlepszy, nie miałem więc ciśnienia na ciąg dalszy.Pomny nienajlepszych, łagodnie rzecz ujmując, wspomnień z poprzedniego występu Kings Of Leon na Openerze tym razem podświadomie obrałem taktykę słuchania ich koncertu bez patrzenia na scenę. I muszę przyznać, że efekt był dużo lepszy niż się spodziewałem. Muzyka Amerykanów przemawia do mnie  dużo bardziej samym dźwiekiem, kiedy nie widzę jak nudzą się na scenie. W drugiej części koncertu postanowiłem jednak dołożyć sobie wrażenia wizualne. I muszę przyznać, że również było nieźle. Drugie podejście Kings Of Leon w Polsce wypadło znacznie lepiej niż premierowe. Było na tyle dobrze, że odpuściłem w efekcie koncert Transmisji. A Closer dosłownie skosił trawę na Babich Dołach.  



Tegorocznego Openra pożegnałem na koncerce LAO CHE. Koncert zdominowały piosenki z dwóch ostatnich krążków zespołu. Zaskakująco dobrze wypadły te z nielubianej przeze mnie płyty Prąd Stały Prąd Zmienny, które w plenerze wybrzmiały dużo głębiej niż w nagraniach studyjnych. Po raz kolejny okazało się niestety, że z najnowszymi numerami z rewelacyjnego Sountracku jest wręcz odwrotnie. Słyszałem je na żywo po raz drugi i po raz drugi zupełnie do mnie nie przemówiły. Wydaje się, że zespół nie jest w stanie odtworzyć tego, co zarejestrował w studio, stąd przearanżował piosenki, nie do końca udanie. Zwłaszcza te najlepsze: Govindam, Już Jutro czy Zombie. Babie Doły opuściłem przy dźwiękach klimatycznego Idzie Wiatr. 

Tegoroczny Opener stał na naprawdę wysokim poziome i zaliczam go zdecydowanie do najlepszej trójki spośród 10 edycji, na których byłem. Mimo bardzo ciekawego line-upu nie osiągnął on jednak rewelacyjnej frekwencji. Jeśli wierzyć zasłyszanym rozmowom ochroniarzy w sobote, najbardziej „ludnym” dniu festiwalu spodziewano się jedynie 40 tysięcy osób. Jestem jednak pewny, że żadna z nich nie opuszczała Gdyni zawiedziona.  

czwartek, 1 sierpnia 2013

69. ROCZNICA WYBUCHU POWSTANIA WARSZAWSKIEGO - ZRZUTY

Jak co roku 1 sierpnia przypominamy sobie kolejne utwory z płyty Powstanie Warszawskie. Ta rocznica jest dla mnie inna niż dotychczasowe, po raz pierwszy obchodzę ją bez jedynej bliskiej osoby, która w powstaniu walczyła. Tradycyjnie o godzinie 17 przystanę i oddam minutowy hołd ludziom, którzy oddali życie latem 1944 roku. Wspomnę też Dziadka, żałując, że już nigdy nie usłyszę jego  pięknych opowieści z tamtych czasów. 
Zrzuty to pierwszy utwór na płycie Lao Che ukazujący problem walczących powstańców. Brak broni i pomocy ze strony sojuszników co raz bardziej dawał im się we znaki...


wtorek, 30 lipca 2013

OPENER 2013 - DZIEŃ 3

Trzeci dzień Openera 2013 zapowiadał się jako najciekawszy z całego festiwalu. Rozpocząłem go pod główną sceną, na której zaprezentował się „Kaliber 44”. Bardzo podobny koncert odbył się w tym samym miejscu bodajże 6 lat temu, z tymże wtedy miał miejsce pod szyldem Abradab. Muzyka K44 zdecydowanie przetrwała próbę czasu, koncert brzmiał świetnie a główna scena zanotowała chyba rekord frekwencyjny jeśli chodzi o koncerty o godzinie 18. Super było się pobujać przy dźwiękach znanych z liceum, śmiesznie zobaczyć jak ząb czasu nagryzł rówieśników. W oczy rzucał się szczególnie Joka, którego twarz przybrała kształt owalu i który przy swoich dłuższych partiach czerwieniał niczym truskawka w szczycie rozkwitu. Fajny wyglądały winyle MC z logo K44, całość brzmiała naprawdę super, energia koncertu nie pozwalała na bezruch. Po godzinie z repertuarem Kalibra usłyszeliśmy kilka utworów Abradabu a także Nie Rytmiczny Me How Indios Bravos wyśpiewany przez Gutka. 



Koncert trwał 100 minut ale chcąc zobaczyć choć chwilę grających równolegle Palma Violets musiałem uciec pod koniec pod Alterklub Stage. A tam również działo się pięknie. Staram się unikać frazesów ale ze sceny biła prawdziwa młodzieńcza energia. Dawno nie widziałem tak bezkompromisowo zagranego koncertu, pełnego autentycznej euforii z powodu przebywania na scenie. Prostota piosenek Palma Violets na żywo słyszalna była jeszcze bardziej niż na płycie, z tymże w tym przypadku należy to potraktować jako komplement. Świetnego smaczku dodawały wszelkiego rodzaju niestrojenia czy drobne pomyłki, które sprawiały, iż mimo przebywania w plenerze można było poczuć się jak na małym garażowym koncercie. Dokładnie tak wyobrażam sobie The Clash w pierwszych latach działalności. Całość skończyła się szaleństwem pod scena w wykonaniu dwóch członków zespołu, którzy zeskoczyli z niej podczas trwania Brand New Song.



Z wysoko zawieszoną przez Palma Violets poprzeczką w pięknym stylu poradziło sobie Skunk Anansie, które po raz kolejny udowodniło, że na żywo jest  prawdziwą petardą. Będąca idealnym przykładem żywego ADHD Skin jak zwykle dała czadu miotając się po scenie. Fantastycznie brzmiała gitara basowa. Masakrycznie dobrze wypadło Becasue Of You, do teraz na wspomnienie tamtego wykonania przechodzą mnie ciarki. Równie mocno i pięknie wybrzmiały This Is Not A Game oraz Weak.  Jak dotąd był to obok Alt-JNicka Cave’a zdecydowanie najlepszy koncert tegorocznej edycji



Po jego zakończeniu w ramach energetycznego kontrastu pobiegłem posłuchać These New Puritans. Zdążyłem akurat na ulubione Three Thousands. Purytanie grają bardzo mrocznie, czasem wręcz schizofrenicznie, do ich muzyki potrzeba koncentracji i specjalnej fazy. Ja byłem jeszcze nakręcony koncertem Skunk Anansie, stąd pogrzebowy klimat These New Puritans nie do końca zgadzał się z tym co miałem w duszy. W efekcie wiele wspomnień z tej sztuki mi nie pozostało.



Gwiazdą trzeciego wieczoru Openera 2013 była jednym z głównych powodów dlaczego na pierwszy weekend lipca wybrałem Gdynię zamiast belgijskiego Werchtera. Pierwsze co uderzyło mnie podczas tego koncertu to wygląd Josha, którego ząb czasu nadgryzł w ostatnim czasie w tempie Usaina Bolta. Nie umiem jednoznacznie ocenić tego, co QOTSA zaprezentowała piątkowego wieczora na Babich Dołach. Z jednej strony do uszu wpływał kawał świetnej, mocnej, gitarowej muzy, z drugiej chwilami odnosiłem wrażenie, że ich niektóre kawałki nie wytrzymały próby czasu. Po piorunującym początku w postaci m.in. Feel Good Hit Of The Summer i No One Knows po około kwadransie zespół złapał jakby trwającą 20 minut  zadyszkę, podczas której momentami robiło się nudnawo. Na wysokie obroty koncert wrócił wraz z If I Had Tail i kolejnych miażdżącym Little Sister i pięknie bujającym Make It Wit Chu, podczas którego Josh upomniał ochronę o nieprzeszkadzanie ludziom w zabawie. „Hey security guy, this is fuckin’ Queens Of The Stone Age concert, everybody do whatever they want” – piękna sprawa. Przypomniały mi się chwile, gdy kilkanaście lat temu podobne teksty można było usłyszeć ze sceny bardzo często. Dziś to już rzadkość, gdyż wiele zespołów zdaje się nie zauważać publiczności. Amerykanie z QOTSA zdecydowanie do nich nie należą. Czuć było, że openerowy występ jest dla nich dużą radością. W pewnym momencie Josh wypowiedział słowa „Poland, you are number fuckin’ one. There is no one in the world even close”. Ponieważ muzyk słynie z tego, że nie podlizuje się publiczności można chyba uwierzyć w ich szczerość. Świetnie prezentowała się wizualna część koncertu, pełna klimatycznych wizualizacji i filmowych historyjek łącznie z tą najmocniejszą’”samobójczą” przy I Appear Missing. Podsumowując występ piątkowego headlinera – generalnie było nieźle, momentami fantastycznie, nie będę jednak wspominał tego koncertu do końca życia. Swoją drogą zapis całości możecie obejrzeć TU.

W oczekiwaniu na zamykające główną scenę The National załapałem się jeszcze na końcówkę koncertu
Heya w namiocie. Spontaniczne, niemal oryginalne w surowej wersji gitara plus wokal wykonanie
Zazdrości na jego zakończnie było jednym z najfajniejszych momentów festiwalu. Zagrane  chwilę
wcześniej Nie To Nie również kosiło równo z trawą.



Natomiast zamykający piątkowe występy na głównej scenie koncert The National okazał się największym
rozczarowaniem festiwalu. W mojej subiektywnej ocenie był on koszmarnie zły, przez całość jego
trwania miałem wrażenie, że każdy z muzyków gra oddzielną sztukę, z których wszystkie dźwięki razem absolutnie nie łączą się w całość. Boleśnie uderzał w uszy brak na scenie jakiegokolwiek „flow”, jakiejkolwiek chemii i magii, brzmiało to jak marnej jakości bootleg. Myślałem, że mój zły odbiór tego koncertu wynikał ze zmęczenia lub nie najlepszej fazy w danym momencie. Większość znajomych, którzy go widzieli wypowiadali się o nim pozytywnie. Przed zbyt krytyczną oceną  tego występu postanowiłem przypomnieć sobie jego fragmenty na youtubie. I to, co zobaczyłem, chociażby TU irytuje mnie identycznie jak w ów piątkowy wieczór. Na żywo brzmiało to równie źle jak  odtworzone w jakości HD. Może wynikało to z braku zgrania nowego gitarzysty z resztą, może z błędu dźwiękowca, może ze złego dnia chłopaków ale owo półtorej godzinie było najgorszymi podczas Openera 2013. Najlepsze miało jednak dopiero nastąpić...

c.d.n.

sobota, 27 lipca 2013

LAO CHE GRA PŁYTĘ POWSTANIE WARSZAWSKIE

Już za godzinę i 15 minut rozpocznie się w Muzeum Powstania Warszawskiego specjalny okolicznościowy koncert Lao Che. Jeżeli możecie jeszcze dołączyć to gorąco namawiam. A jeśli nie to polecam transmisję w stacji z trzema literkami i dwiema cyframi w nazwie, z których druga lietra to V a druga cyfra to 4. ;-) Start o o 21, relacja na Bonomuzie w przyszłym tygodniu.

poniedziałek, 8 lipca 2013

OPENER 2013 - DZIEŃ 2 czyli pozory mylą

Patrząc na rozpiskę koncertów drugi dzień tegorocznego Openera wydawał mi się najmniej ciekawy. Oprócz Nicka Cave’a w line upie widniało kilka ciekawostek ale żaden z zespołów specjalnie mojej wyobraźni nie rozpalał. Okazało się, że sponsorem 4 lipca 2013 zostało powiedzonko „pozory mylą”.
Kiedy kilka dni temu ogłoszono przeniesienie występu Tame Impala z namiotu na główną scenę myślałem, iż jest to tzw. strzał w stopę i lekka krzywda dla Australijczyków, których klimatyczna muzyka o wiele bardziej pasuje do małego wnętrza niż w plener, zwłaszcza przed zachodem słońca. I to był pierwszy „pozór”, który tego dnia mnie zmylił – przybysze z wyspy kangurów wypadli rewelacyjnie, ich muzyka na żywo nabrała dodatkowej przestrzeni i głębi. To co na płycie Lonersim momentami zdaje się nieco trudne na koncercie robiło niesamowite wrażenie dźwiękowego tunelu zbudowanego z wysokiego wokalu, psychodelicznych klawiszy i gitarowych ścian. Super klimatu dodawała też oprawa wizualna, na którą składały się wyświetlane na wielkim telebimie z tyłu sceny obraz zespołu  przekształcony komputerowo w kolorowy negatyw  przemieszany z animacjami utrzymanymi w podobnej kolorystyce typowej dla lat hipisowskich 70-tych.
Chwilę wcześniej...

sobota, 6 lipca 2013

OPENER 2013 - DZIEŃ 1

Czy to ostatni Heineken Opener Festival? Od kilku tygodni fama chodzi po mieście i głosi, że Heineken wycofuje się ze sponsorowania festiwalu a Mikołaj Ziółkowski sprzedaje Alterart w efekcie czego odbywająca się właśnie dwunasta edycja gdyńskiego festiwalu może być tą ostatnią. Opinie o końcu festiwalu można również usłyszeć w tym roku od wielu miejscowych ale myślę, że spokojnie można tak jak w dowcipie kazać „powiedzieć famie, że jest głupia i vice versa”. Może zmieni się sponsor tytularny, może festiwal zostanie przeniesiony w inne miejsce, może nawet zmieni się organizator ale nie wierzę, że tak mocna i fantastycznie zbudowana marka przestanie istnieć. Dlatego nie zaprzątając sobie specjalnie głowy spekulacjami zapraszam do relacji z tegorocznego Openera.

Jeszcze przed wejściem na lotnisko usłyszałem przy kasach ciekawą konwersację. Dziewczyna tłumaczyła koleżankom, które właśnie dostały książeczki z rozkładem koncertów: „powiem wam co dziś warto zobaczyć, o BLUR  (przeczytane „przez u”), są spoko. Mam zapisane, że są spoko”. Na teren festiwalu wszedłem więc uśmiechnięty od ucha do ucha.

Przed „spoko zespołem”...

poniedziałek, 1 lipca 2013

SKŁADANKA OPENER 2013

Jak co roku Bonomuza przygotowała specjalne muzyczne składanki zawierające utwory, które za kilka dni usłyszymy na Babich Dołach. Możecie jej posłuchać klikając na tytuły poszczególnych piosenek. W tym roku wybór był wyjątkowo, z tracklisty wypadło wiele kawałków, które normalnie byłyby pewniakami. To najlepiej świadczy o tym, że tegoroczny festiwal ma naprawdę mocny skład. Dobrej zabawy i do zobaczenia pod gdyńskimi scenami. 

środa, 26 czerwca 2013

PAULA MCCARTNEY - STADION NARODOWY - 22 VI 2013

Trzy i pół roku temu, w drugim miesiącu istnienia Bonomuzy napisałem, że moimi trzema największymi muzycznymi marzeniami jest zobaczyć na żywo Nirvanę, Beatlesów i Blur. Koncert tych ostatnich udało mi się przeżyć w zeszłym roku ale reszta tej listy wydawała się niemożliwa do spełnienia. Na ogłoszenie koncertu Paula McCartneya zareagowałem lekko sceptycznie, bałem się rozczarowania w postaci odcinania kuponów od dawnej sławy, jak to często bywa w przypadku występów „dinozaurów”.  Z racji drogich biletów i dostępnych wyłącznie miejsc siedzących najpewniej nie poszedłbym w minioną sobotę na Stadion Narodowy, gdyby nie ojciec, który chciał zobaczyć zespół swojej młodości. I muszę przyznać, że była to najlepsza decyzja, jaką podjąłem w tym roku. 22 czerwca 2013 roku dosłownie oniemiałem z wrażenia, niemal trzygodzinny występ McCartneya był fenomenalny a forma i sposób, w jaki ów członek „czwórki z Liverpoolu” zaprezentował na scenie mogłaby być niedoścignionym wzorem dla każdego zespołu na świecie. W uszy najbardziej rzucała się...

wtorek, 18 czerwca 2013

THE NATIONAL - TROUBLE WILL FIND ME

Po pierwszym przesłuchaniu tej płyty pomyślałem, że zgodnie z tytułem kłopoty chyba naprawdę znalazły The National. Ich nowy album nie poruszył mnie i wydał się mniej przebojowy oraz słabszy niż jego fenomenalny poprzednik. Z każdą kolejną projekcją Trouble Will Find Me przekonuję się jednak, że przesadne krytykowanie tej płyty byłoby równie celne co Robert Lewandowski w kadrze narodowej.
W pierwszej części albumu znacznie lepiej wypadają „parzyste” kawałki.  Znajdujące się na drugiej ścieżce Demons to fantastyczna wizytówka zespołu zawierająca w sobie wszystkie charakterystyczne dla niego elementy: tajemniczy, basowo-zachrypnięty wokal śpiewający piękną, smutną melodię, fortepian oraz instrumenty dęte uderzające w niskich rejestrach, plus dodatkowo wibrująco-pulsujące dźwięki gitary wszystko razem tworzące wzniosły i niepowtarzalny klimat. Piosenka...

wtorek, 11 czerwca 2013

SAVAGES - SILENCE YOURSELF

Do słuchania Savages trzeba złapać odpowiednią fazę. Wbrew tytułowi Silence Yourself na pewno nie jest dobrą propozycją na relaks, złapanie luzu czy oddechu. Idealnie sprawdzi się natomiast jako substytut porannej kawy lub mobilizujący przed ważnym zadaniem kopniak. Dawno nie spotkałem tak trafnej nazwy zespołu jak tym przypadku. Debiutancki album Savages jest naprawdę dziki. 
Barwa i maniera głosu wokalistki ma w sobie coś wzbudzającego niepokój. Podobny efekt wywołuje bas przypominający brzmienie Siekiery i brzęcząca niczym namolna osa gitara, grające w otwierającym album Shut Up w tempie bijącego serca antylopy uciekającej przed tygrysem

piątek, 7 czerwca 2013

ROCK-IM-PARK 2013 DO OBEJRZENIA NA ŻYWO

Jeśli znudził was komentarz Szpaka w meczu Mołdawia - Polska, brak Wam muzycznego pomysłu na wieczór lub po prostu chcecie zobaczyć jak prezentują się zespoły na tegorocznym Rock Im Park kliknijcie na TEN LINK. Mimo nienajlepszego tegorocznego składu chciałoby się tam być oglądając ten "live stream". 

czwartek, 6 czerwca 2013

MINI PRZEWODNIK PO DUŻYCH LETNICH FESTIWALACH EUROPEJSKICH A.D. 2013

Sezon dużych letnich festiwali muzycznych staruje już w tym tygodniu wraz z rozpoczęciem w piątek Rock Am Ring oraz Rock im Park. Czas więc najwyższy na mały przewodnik i subiektywny ranking tegorocznych programów, czy jak kto woli line-upów największych europejskich festów.
Wspomniane przed chwilą bliźniacze niemieckie festiwale w tym roku nie porażają składem. Głównymi gwiazdami są The Prodigy, Green Day oraz 30 Seconds To Mars. Towarzyszyć im będą m.in. Papa Roach, Biffy Clyro, Bad Religion, Korn, Limp Bizkit czy Modestep. Przeglądając rozpiskę godzinową i rozważając swoją teoretyczna obecność pod daną sceną wygospodarowałem sporo czasu wolnego, co nie świadczy najlepiej o tegorocznych RiP i RaR. Zwłaszcza po świetnym zestawie zeszłorocznym (RELACJA TU).

Dużo ciekawiej wypada „mniejszy brat” a właściwie bliźniacze rodzeństwo w postaci Hurricane i Southside Festival. Oprócz headlinerów w postaci  Rammsteina, Queens Of The Stone Age i Arctic Monkeys w Scheessel i Neuhausen posłuchać będzie można wracających po przerwie Smashing Pumpkins, porażających sceniczną energią SKA-P,  Irie Revoltes, The Vaccines i FM Belfast, grającego tego lata jedynie 3 koncerty Kasabian, klimatycznych Portishead, Alt-J i The National oraz wielu innych autorów świetnych płyt ostatnich miesięcy jak choćby Peace czy Tame Impala.


Jeszcze lepiej wygląda skład Werchtera, który jeszcze w zeszłym roku ogłosił iż na głównej scenie w lipcu 2013 zaprezentują się Blur, Rammstein, Depeche Mode, Green Day, Kings Of Leon i Editors. A kiedy dołączyć do niej potwierdzonych później Modestep, Nicka Cave’a, Sigur Ros, Stereophonics, Biffy Clyro, Alt-J,  Vampire Weekend, Palma Violets czy Django Django wychodzi na to, że Rock Werchter będzie najciekawszym tegorocznym letnim festiwalem w Europie. Zgrzytam ze złości zębami, że jego termin pokrywa się z Openerem i gdyby nie brak w line-upie belgijskiego festiwalu Queens Of The Stone Age na pewno wybrałbym okolice Brukseli zamiast Gdyni.

Jednocześnie trzeba przyznać, że skład tegorocznego Opener Festival tak dobry jak w tym roku nie był chyba jeszcze nigdy. W moim prywatnym rankingu zajmuje...

środa, 5 czerwca 2013

KOLEJNA ŚWIET(N)A TRÓJCA OPENERA

Planowałem zamieścić dziś na Bonomuzie przewodnik po tegorocznych dużych letnich europejskich festiwalach połączony z subiektywnym rankingiem. Z powodu dzisiejszych openerowych ogłoszeń przekładam to jednak o dzień lub dwa (jeśli jutrzejsze, zamykające listę artystów gdyńskiego festiwalu będą równie dobre jak dzisiejsze). W przewodniko-rankingu napisałem m.in. "Jutro poznamy kompletny skład Openera 2013, mam nadzieję, że dołączy do niego Django Django, Palma Violets i Vampire Weekend." Z radością stwierdzam, że to zdanie jest już w jednej trzeciej nieaktualne. A jeśli jutro okaże się, że spełni się w 100 procentach zwariuję chyba z muzycznego szczęścia.

W każdym razie spośród dzisiejszych ogłoszeń trzy najważniejsze to:

1) Palma Violets, 
o którego debiutanckim albumie mogliście przeczytać pod koniec kwietnia



2) Savages, 
o którego debiucie przeczytacie w przyszłym tygodniu



3) The National,
recenzja nowej płyty którego pojawi się na Bonomuzie w połowie czerwca


niedziela, 2 czerwca 2013

EJ-DŻI-EJ-AJ-EN - SZAFA GRAJĄCA: BLUR - BANK HOLIDAY

Już za miesiąc po raz pierwszy w Polsce zobaczymy koncert BLUR. Za 31 dni będzie już po nim, tak jak dziś jest już po długim weekendzie. W Anglii "długie weekendy" spowodowane wolnymi poniedziałkami występują 6 razy w roku. O tym właśnie opowiada kawałek, który dziś trafia do szafy grającej. Mam nadzieję, że usłyszmy go w Gdyni 3 lipca. Chociaż szanse na to są równie duże, jak na radość z jutrzejszego powrotu do pracy. W każdym razie zamiast krasnoludkowego "hej ho, hej ho, do pracy by się szło" spokojnie zanućcie jutro "now let's back to work EJ DŻI EJ AJ EN" !!!


sobota, 25 maja 2013

MISTRZEM POLSKI JEST LEGIA !!!

Po 7 latach czekania mistrzostwo Polski wraca do Warszawy! Czas najwyższy!


Pamiętam doskonale, kiedy po raz pierwszy z głośników przy Łazienkowskiej 3 zabrzmiał Sen o Warszawie. To był początek rundy wiosennej w 2004 roku, kilkanaście dni po śmierci Czesława Niemena. I choć właśnie wtedy spiker zapowiadając ów utwór i wspominając artystę powiedział, iż nie ma żadnego dowodu ani wspomnienia iż było on kibicem Legii to jego fantastyczna piosenka stała się od wtedy nową "świecką tradycją" na Ł3. Historia następującego po niej "Mistrzem Polski Jest Legia" ma dłuższą historię. Nareszcie będzie można ją śpiewać także w odniesieniu do wyniku sportowego. 
PS. Przewidziałem dzisiejszy wynik meczu Lech-Podbeskidzie i legijne mistrzostwo zacząłem świętować już wczoraj. ;D

czwartek, 23 maja 2013

KONCERT THE XX - TORWAR 14.05

Zeszłoroczny koncert The XX na Openerze przyniósł lekkie rozczarowanie. Przez większość jego trwania myślałem głównie o tym, że angielskie trio to fantastyczna kapela do małej, ciasnej salki a nie plenerowego występu. Marzyłem o ich występie w pomieszczeniu wielkości Hydrozagadki, Proximy czy ewentualnie Stodoły, w których kameralny nastrój, jaki potrafią tworzyć w takim otoczeniu byłby jeszcze bardziej uderzający. Torwar wydawał mi się lekko kontrowersyjnym wyborem, jeśli chodzi o miejsce ich drugiego koncertu w Polsce- rzadko kiedy udaje się go odpowiednio nagłośnić a i nastrój intymności stworzyć w nim równie łatwo co dworcu kolejowym. Hala wypełniła się maksymalnie w 30 procentach więc tym bardziej szkoda, że organizatorzy nie pomyśleli o przeniesieniu tej imprezy do mniejszej sali. To była ostatnia malkontencka myśl, jaka przyszła mi do głowy przed występem Anglików. Potem było już tylko pięknie.



Wielu rzeczy spodziewałem się po tym koncercie ale nie tego, że podczas pierwszego kawałka dudniące, wkręcające się w ciało basy i drżenie podłogi osiągną poziom, jakiego doświadczyłem kilka dni wcześniej podczas koncertu Modestep. Po mocnym wstępie do Try i pierwszych słowach wyśpiewanych przez Romy i Oliviera moje uszy uderzyła czystość i perfekcja dźwięku, jaki rozległ się z głośników. Przez cały koncert świetne nagłośnienie zwracało uwagę równie mocno, co luz z jakim zespół wykonywał swoje utwory oraz czystość wokali, które na żywo są jeszcze głębsze i magiczne niż w nagraniach studyjnych. Pierwszy moment prawdziwej magii nastąpił w...

środa, 22 maja 2013

"MISZCZ" SEKCJI DĘTEJ

Wczoraj było “na smutno”, dziś będzie zupełnie inaczej. Jest tylko jeden punkt wspólny wczorajszego i dzisiejszego posta: „people are strange”. Poznajcie „miszcza” sekcji dętej klikając w play a potem w napis "obejrzyj w youtube". Tylko ostrożnie – ten gość to prawdziwy krejzol, a jego życie to „festa”.



Bo-no-mu-zia-ni-nie, see you w in-ter-ne-cie !!!

wtorek, 21 maja 2013

3 ODSŁONY: THE DOORS

Wczoraj, w wieku 74 lat, zmarł Ray Manzarek. Dzisiejsze wydanie 3 Odsłon poświęcone więc będzie zespołowi The Doors

1. Light My Fire 

W normalnych okolicznościach nigdy nie wybrałbym do trójki kawałków The Doors właśnie tego, chyba najbardziej oklepanego przeboju. W obliczu wczorajszego smutnego wydarzenia nie mogło jej jednak zabraknąć. To chyba najbardziej charakterystyczna melodia, która wyszła spod palców klawiszowca Doorsów. Piękna w swej prostocie i dobitnie pokazująca kunszt muzyka. Tu w wersji koncertowej brzmi ona podwójnie odlotowa.



2. Love Me Two Times

W tej piosence słyszymy z kolei chyba najbardziej fenomenalne wykorzystanie organów Hammonda w historii tego instrumentu. Fragmentu między 1:30 a 1:55 można słuchać w nieskończoność! 



3. People Are Starnge

To zdecydowanie mój ulubiony numer The Doors. Uwielbiam w nim wszystko, od pierwszego do ostatniego dźwięku.




Właśnie doszło do mnie, że Jim Morrison nie żyje już 41, tak więc te wszystkie kawałki mają niemal pół wieku. Tym bardziej niesamowite jest to jak fantastycznie brzmią i jak niepowtarzalny klimat niosą w sobie do dziś!     

środa, 15 maja 2013

ATOMS FOR PEACE - AMOK

Debiutancki album Atoms For Peace, wspólnego projektu Thoma Yorka i Flea, to jedna z najbardziej wyczekiwanych tegorocznych płyt. Gdyby oceniać moc ego wokalisty Radiohead i byłego basisty Red Hot Chili Peppers na podstawie zawrtości tego krążka zdecydowanie trzeba by oddać koronę i berło temu pierwszemu. Amok to bowiem takie „Radiohead bis”, a śladów funkowego niegdyś RHCP znajdziemy tu tyle co wyszło z dialogu od scenarzysty co to „forsę wziął a potem zaczął pić”, o którym piał swego czasu tata Cugowski. Znaczy się ”zero czyli nic”. Co wcale nie przeszkadza tej płycie być naprawdę dobrą.
Dziewięć umieszczonych tu kawałków przpyprawia o ciepły dreszcz przepływający przez ciało niczym gorąca czekolada wypita na biegunie północnym. Album pochłania słuchacza absolutnie, wciąga w swój bajkowy świat pełen elfów, tajemnic i magii, porywa umysł do krainy, w której nieustannie trwa walka dobra ze złem i w której...

wtorek, 7 maja 2013

KONCERT MODESTEP - BASEN 5.05.2013

Niedzielny koncert Modestep dosłownie zmiażdżył mnie niczym imadło porcelanę. Po jego zakończeniu czułem się naładowany jak po podłączoneniu do turbosprężarki i przeżyciu energetycznego wstrząsu. Właściwie do teraz mentalnie się trzęsę i rytmicznie macham głową. O ile spodziewałem się, że kawałki z Evolution Theory zabrzmią na żywo o wiele pełniej i mocniej to tego, że usłyszę na tym koncercie utwory Prodigy, Rage Against The Machine czy Coldplaya zupełnie nie. Zarówno Smack My Bitch Up, Killing In The Name jak i Paradise zaserwowane zostaly oczywiście we wzmocnionych wersjach z typowymi dla Modestep zgrzytami i sprzężeniami. Od pierwszego do ostatniego dźwieku publiczność reagowała fantastycznie zarówno na owe smaczki, jak i własne nagrania Brytyjczyków. W powietrzu czuć było świetna atmosferę, obie strony koncertu wzajemnie sie nakręcały. Po raz pierwszy znalazłem się na koncercie w klubie Basen i muszę przyznać, że zrobił on na mnie spore wrażenie swoim ciekawym, industrialnym klimatem oraz wyśmienita akustyką. Mimo, że Modestep nie zna raczej pojęcia „piano”, mimo rozsadzającego głośniki czadu, wszystkie dźwięki było słychać selektywnie, za co tym większy „szacun”!

Przy większości numerów podgłoga wibrowała niczym ziemia przy lądowaniu helikoptera...

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

PALMA VIOLETS - 180

Debiutancka płyta Palma Violets to idealna propozycja na czas kiełkującej właśnie wiosny. Jeśli do swoich ulubionych zespołów zaliczacie The Clash pokochacie album 180 od pierwszego przesłuchania. Już w otwierającym go Best Of Friends słyszymy bowiem wokal z manierą rodem wyjętą z gardła Mike’a Jonesa, któremu towarzyszy super klimat garażowego nagrania. Podobnie w Rattlesnake Highway, Johny Bagga’s Donuts czy I Found Love echa utworem żywcem wyjętych z London Calling, słabsze kilkakrotnie od oryginału ale i tak cieszą ucho niezmiernie.

Trudno nazwać nagrania Palma Violets odkrywczymi. Wokal przepuszczony przez efekt, chaotyczna, ledwie przesterowana gitara wzbogacone czasem oldschollowym brzmieniem klawiszy w stylu organów The Doors, łatwe, prosty rytm i wpadające w ucho melodie to połączenie słyszane tysiące razy. W tym przypadku...

czwartek, 18 kwietnia 2013

3 ODSŁONY: COMA

W dzisiejszych trzech odsłonach pora na Comę, po pierwsze z okazji jutrzejszego koncertu w Palladium, po drugie dlatego, iż to w tej chwili jeden z trzech najlepszych zespołów na polskiej scenie.

1) Trujące Rośliny


To mój zdecydowany numer 1 z repertuaru Łodzian. Genialne połączenie melodyjnej, spokojnej zwrotki i mocniejszych fragmentów instrumentalnych. Piosenka składa się jakby z trzech części, ta ostatnia to solówka rodem wyjęta spod palców Slasha. Niesamowity song z niesamowitej Hipertrofii.

2) W Chorym Sadzie



To z kolei chyba najfajniejszy kawałek z ostatniego studyjnego albumu Comy. Ma on podobną konstrukcję do Trujących Roślin, z tymże tu z kolei początkowe brzmienie gitary przywodzi na myśl ballady Lady Pank. To, co najlepsze w tej piosence zaczyna jednak dopiero po 100 sekundach, za każdą projekcją dosłownie czuję jak "diabeł tam chodzi na palcach".

3) Leszek Żukowski



Z czterech studyjnych płyt Comy pomijam w trzech odsłonach tę drugą. Przedstawiciela z debiutu zabraknąć bowiem nie mogło, zwłaszcza tego. Cokolwiek napisać o tym numerze może okazać się niewystarczające. Emocje narastające tu w wokalu Roguckiego porażają mnie niezmiennie.