czwartek, 22 listopada 2012

SZAFA GRAJĄCA: THE BLACK KEYS - GOLD ON THE CEILING

Przed chwilą wróciłem z Berlina, z myślą, że do szafy trafi dziś Rammstein.Skoro jednak tydzień temu się udało wywołać dzisiejszego fantastycznego newsa o przyjeździe Queens Of The Stone Age do Gdyni kontynuujemy dziś życzeniową szafę grającą. Czas najwyższy, żeby Polskę odwiedził zespół The Black Keys. ;-)


czwartek, 15 listopada 2012

WOOOOOO HOOOOOO !!! BLUR W POLSCE !!!

O koncercie BLUR marzyłem od dawna, o czym mogliście przeczytać także na Bonomuzie. Przy okazji tegorocznej reaktywacji owo marzenie wreszcie się spełniło. Dziś nastąpiło z kolei najlepsze "pierwsze ogłoszenie" ze wszystkich edycji Openera. Informacja o pierwszym występie Damona i spółki w Polsce w 3 miesiące po kolejnym "ostatnim koncercie w historii zespołu" brzmi naprawdę fantastycznie. Jeżeli 2 lata temu PULP zachwycił Was swoją sceniczną energią to gwarantuje, że przy BLUR wypadają oni jak chór kościelny. Myślę, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy jak fantastyczny wieczór czeka nas tegorocznego lata.

W ramach łapania zajawki proponuję przypomnienie relacji z koncertu w Wolverhampton (KLIKNIJ TUTAJ) oraz kawałek, którego w tym roku BLUR nie grał i który mam nadzieję usłyszeć w Gdyni 3 lipca 2013 roku.


No dobra, jeszcze jedna zajawka, tym razem "live".



środa, 14 listopada 2012

SZAFA GRAJĄCA: QUEENS OF THE STONE AGE - NO ONE KNOWS



 Dzisiejszy odcinek szafy grającej ma charakter życzeniowy. W oczekiwaniu na potwierdzenie koncertu Queens Of The Stone Age w Polsce proponuję dwie odsłony mojego ulubionego kawałka Amerykanów. 


No One Knows ma w sobie wszystko co niezbędne genialnej rockowej kompozycji. Na ochy i achy nie zasługuje chyba jedynie klip, którego pomysł musiał powstać „pod dużym wpływem” a realizacja być mocno niskobudżetowa. A propos teledysku: poznajecie perkusistę? Na nowym album, który ma się ukazać w ciągu najbliższych tygodni znów będzie można go usłyszeć. Najpewniej również na żywo podczas letnich koncertów. I to kolejny powód, dla którego czekam na ogłoszenie koncertu QoTSA w Polsce. Poprzedni choć wyprzedany w ciągu kilku dni, nie doszedł do skutku z powodu odwołania 3 ostatnich koncertów europejskiej trasy. Czas na rehabilitację Amerykanów!

Na deser ta sama piosenka w nieco innej ale równie fantastycznej wersji:


niedziela, 11 listopada 2012

LAO CHE - SOUNDTRACK

Pierwszy raz słuchałem tej płyty z wysoką gorączką, odlatując lekko w kierunku snu przy słowach „jestem psem, zaczynam się łbem”. Soundtrack wydał mi się wtedy pełen dziwnych, przeeksperymentowanych dźwięków, taką muzyczną schizofrenią. Kolejne spotkania z tym albumem, już w normalnym stanie były o wiele bardziej udane. Najnowszy album Lao Che to rzecz wyśmienita: tajemnicza, oryginalna i tak nieszablonowa, że wciąga z każdym przesłuchaniem coraz głębiej.
Zaczyna się dość ponuro. Utwór 4 piosenki za sprawą klawiszy przypomina nieco Piosenkę Młodych Wioślarzy Kultu, jest jednak o połowę wolniejsza i o wiele bardziej mroczna. Jeszcze bardziej ponuro robi się w Kołysanego, pięknej, ascetycznej kołysance z dość przerażającym tekstem.  Jestem Psem to z kolei najbardziej pojechany na płycie kawałek, w którym tytułowe wyznanie wypowiadane przez modulowany komputerowo głos przeplata się z elektroniką w stylu Kombi i perkusyjnego bitu CASIO. Wszystkie 3 otwierające Sountrack utwory brzmią jakby z innej planety. Maja tak niesamowity klimat, że choć nie lubię fantasy słuchając ich przed oczyma staje mi tajemniczy świat krasnali i ufoków żyjących w nieodgadnionej krainie.

czwartek, 1 listopada 2012

MUSE - THE 2ND LAW

Zamykające najnowszy album MUSE Isolated System zaczyna się niczym melodyjka z serialu MacGyver. Jak zapewne pamiętacie ów bohater potrafił z dwóch zapałek skręcić nawet helikopter. Niestety eksperymenty brytyjskiego trio wypadły nieco gorzej.
Pierwsza część The 2nd Law jest bardzo fajna. Otwierające ją Supremacy ma coś z utworów do filmów o agencie 007,głównie za sprawą słynnego bondowskiego motywu granego na smyczkach. Poza tym dużo tu wysokich pisków w stylu The Darkness, fajnego instrumentalnego bałaganu, w którym dęciaki przekrzykują się z zapętlonym wokalnym „sysysysy”, mocnej gitary, czyli wielu elementów, które słyszeliśmy już w kawałkach MUSE wcześniej. Tu wrzucone są wszystkiego do „jednego kotła”. Następujące po nim Madness to zwrot o 180 stopni, singlowa balladka brzmiąca w radio jak produkt nieco podrzędny przy odsłuchaniu na dobrych głośnikach pozwala odkryć wiele niesłyszalnych na pierwszy rzut ucha smaczków. No i ta porażająca prostotą genialna solówka. Panic Station brzmi z kolei jak odnaleziony po latach kawałek INXS. Świetna surowa, napędzana basem zwrotka przechodzi w refren, w którym słyszymy najlepszy wokalny fragment Matta z całej płyty, który dosłownie odpala wrotki nawet u niepodkutej kobyły.
Singlowy, „olimpijski” Survival, przez większość osób został niemal wyklęty.

sobota, 20 października 2012

YEASAYER - FRAGRANT WORLD

Trzeci studyjny album Yeasayer stylowo ma tyle wspólnego ze swoim poprzednikiem co Dżejms Bąd z mieszaną i niewstrząśniętą. Płyta kompletnie różni się od fenomenalnego Odd Blood. Fantastyczne harmonie z tamtego krążka poszły w zapomnienie, zniknęły gdzieś przebojowe, skoczne kawałki ustępując w dużej mierze miejsca bardziej skomplikowanym melodiom i dziwnie połamanym rytmom. Początkowo ten nowy styl Amerykanów podchodził mi niczym pół litra na kacu. Znaczy się wcale. Po dokładniejszym wsłuchaniu się we Fragrant World owa niechęć została jednak przełamana i dziś oceniam tą płytę pozytywnie, choć gorzej niż jej poprzedniczkę.
Na pewno jest to propozycja wymagająca, do słuchania której nie warto siadać bez pełnego skupienia. Nowe kawałki Yeasayer w większości nie nadają się do nucenia przy goleniu, trudno też raczej będzie usłyszeć je u fryzjera, w markecie lub dworcowym klozecie. To, co najbardziej w nich cenne to złożoność i nieoczywistość kolejnych elementów spychających na boczny plan chwytliwość melodii. Kiedy jednak nasz mózg ogarnie wszystkie impulsy płynące z ucha okazuje się, że tych przebojowych fragmentów nadal jest sporo, tylko ukrytych „głęboko w środku gdzieś”. Najlepiej obrazuje tą sytuację singlowa Henrietta, zaczynająca się niczym kawałek z pełnych fascynacji synteazatorem CASIO lat 80-tych i przemieniająca się w połowie w klimatyczny, magicznie tajemniczy i powodujący zawroty głowy hymn kosmitów.
Moim faworytem z Fragrant World jest jednak jego środkowa trójka. No Bones zachwyca transowym refrenem („supppose it’s the right time”), Reagan’s Skeleton taneczną partią basu a Devil And The Deed surową zwrotką i ciekawym, rwanym mostem prowadzącym do refrenu. Świetny efekt daje zwłaszcza instrumentalny fragment w drugiej części tego utworu brzmiący jakby panowie w studio złapali do jego nagrania wszystko co mieli pod ręką. Ciekawie wypada też Blue Paper, wokalnie zawieszony gdzieś w klimatach Prince’a z fajną, mglistą partią klawiszy, nieco słabiej natomiast przypominające nieco twórczość Justnia Timberlake’a Longevity oraz trio zamykające płytę, w których muzycy przedawkowali minimalnie eksperymenty. Mimo to, każda z 11 umieszczonych na Fragrant World piosenek ma w sobie coś niepospolitego i wciągającego. Warto się z nimi zapoznać.




wtorek, 16 października 2012

3 x DESZCZOWA KASZANA SONG

Prawie 40 lat temu Jasiek T. powstrzymał Anglię. W roku 2012 powtórki nie było, był za to z nami Kapitan Planeta, dzięki któremu drużynę Roya Hodgsona zatrzymał deszcz. Z tej okazji 3 deszczowe pioseneczki-kaszaneczki, tak jak 3 razy pada słowo "PZPN" w najgłośniej śpiewanej dziś na stadionie piosence.


Uan: (ze specjalną dedykacją dla organizatorów meczu - jestem pewny, że każdy, kto był dziś na stadionie chciałby namalować kroplą deszczu kogoś odpowiedzialnego za ten burdel, a potem długo sam, sam w to nie uwieeeeerzyć :


Tu (specjalnie dla fanów z wyspy)



Sri (dla tych, którzy, tak jak Patrycja w refrenie chcą by nasza drużyna nadal była w tych eliminacjach niepokonana):


Daj spokój Pata. Jutro WYGRAMY WYGRAMY WYGRAMY !!! O ile oczywiście uda się zamknąć dach, w pierwszym możliwym momencie, czyli jak przestanie padać i na Saskiej Kępie pojawi się tęcza.



niedziela, 14 października 2012

LINKIN PARK - LIVING THINGS



Wydaje mi się, że w 2012 roku Linkin Park nie jest trendy, dżezi ani cool. W modnym towarzystwie lepiej powiedzieć, że LP to obciach i lepiej błysnąć jakimś hipsterskim offem. Cóż – z modą zawsze stałem na bakier i twierdzę, że najnowsze dziecko tego rockowego zespołu z castingu jest spoko. Nie rozkłada na łopatki ale serwuje porcję porządnej i zróżnicowanej rockowej muzyki. Nowych fanów raczej nie przysporzy ale starych nie wystraszy.
Na płycie nie zabraknie zarówno rzewnych ballad z najlepszą Roads Untravelled na czele jak i porządnego czadu w postaci Lies Greed Misery czy Victimized. Słuchając refrenu tego drugiego ma się wrażenie, że Chester swoim zachrypniętym krzykiem chciał poprzestawiać w studio ścianki działowe. Kawałek jest masakrująco dobry, początkowe pitu pitu świetnie kontrastuje z wykrzyczanym refrenem. Początkowe wątpliwości, które miałem co do singlowego Burn It Down odeszły ostatecznie po usłyszeniu tego kawałka na żywo. Dziś najbardziej lubię jego mocno przesterowaną partię basu. Jeszcze bardziej podchodzi mi poprzedzające go In My Remains -linkinowy klasyk ze spokojną zwrotką i mocniejszym refrenem, w którym na uwagę zasługuje przede wszystkim jego druga połowa.
Living Things słucha się dobrze, bez specjalnych uniesień ale przyjemnie. Jedynie końcowa trójca odstaje od poziomu pozostałych kawałków przynudzając „z deka za zbytnio”. Co nie zmienia faktu, że jeśli pasuje Wam stylistyka prezentowana dotychczas przez Linkin Park to płyta Living Things nie powinna was rozczarować.


niedziela, 7 października 2012

KASZANA FESTIVAL II: FLO RIDA - WHISTLE

Drugą gwiazdą tegorocznego Kaszana Festival jest Flo Rida i jego gwizdek, w który gwizdał jeszcze jako sędzia. Oprócz występu gwiazdy zapraszam do lektury wywiadu z artystą. Znajdziecie w nim m.in. informacje o związkach Flo z Polską, jego fascynacjach i inspiracjach.

 

WYWIAD Z FLO RIDA:

Bonomuza: W teledysku do Whistle często przyjmujesz pozycje karateki? Ćwiczysz jakieś sztuki walki?
Flo: Je, ja noł. Moim ulubionym filmem jest Trylogia Karate Kid. Całe dzieciństwo podpatrywałem także Brucee Lee i umiem teraz zrobić niezły trick krzycząc jak on „A DZIAA” !

- Skąd masz taki fajny kajdan?
- Je, ja noł. Kiedys byłem sędzią, wisz, rozumisz to dobrze opłacalne zajęcie. Można dużo dmuchać w gwizdek. Od czasu aresztowania Fryzjera stało się to jednak niebezpieczne. No i ziom z podwórka podpowiedział mi, że lepiej teraz zostać pop star. No to zostałem. A kajdan kupiłem na straganie na Florydzie. Zresztą stąd wzięła się moja czaderska ksywa.

I jak odnalazłeś się w nowej rzeczywistości?
- Je, ja noł, super. Bycie pop star jest o niebo lepsze. Wbrew pozorom można dużo więcej dmuchać w gwizdek. Powiem ci, że odpowiedzi negatywne na pytanie z refrenu praktycznie się nie zdarzają.

Właśnie, opowiedź o inspiracji dla piosenki Whistle? 
 - Je , ja noł, „it’s like everywhere I go my whistle is ready to blow”.

Czy wiąże się z tym jakaś specjalna historia?
Flo: Je, ja noł. Kiedyś, jeszcze za czasów sędziowskich, nie podyktowałem ewidentnego rzutu karnego. Faul był jak 150, ale inaczej się umówiłem z właścicielami drużyny gospodarzy. Zawodnik gości podbiegł do mnie i zaczął krzyczeć: „ej, kufa, baterie ci się w gwizdku wyczerpały czy tchu ci brakuje, żeby gwizdnąć? Może sam mam dmuchnąć w ten twój gwizdek?”. Pomyślałem, że to niezły tekst do piosenki. Tym bardziej, że po meczu w ramach podziękowania od gospodarzy pewna pani zaproponowała mi to samo.

Jakie są twoje związki z Polską?
Je, ja noł, klip do Whistle chcieliśmy początkowo nakręcić na Giewoncie. Niestety krzyż na tym szczycie nie mieścił się w kadr i musieliśmy zrezygnować. Poza biel kapliczki na szczycie który ostatecznie wybraliśmy idealnie pasuje do bieli moich spodni.

Właśnie. Jak osiągasz tę snieżno-białą biel ubrań?
Je, ja noł. Bez namaczania maj frjend. A potem dmucham w gwizdek.

A propos gwizdka, chciałbym zaprezentować ci polską starą, zarąbistą piosenkę, w której on występuje.

Jak ci sie podoba?
Łiiiii tam. Za duży HARDKÓR! Wolę dmuchać w gwizdek.
 

środa, 3 października 2012

THE XX - COEXIST

Zaczyna się obiecująco. Angels to kawałek nawiązujący do najlepszych fragmentów debiutu The XX. Ascetyczne, rzewne, minimalistyczne pojedyncze dźwięki gitary oraz ciche sprężyny werbla w towarzystwie głosu Romy fantastycznie wprowadzają w klimat zespołu. Coexist jest bardzo podobna do debiutanckiej płyty The XX, zespół bardzo często stosuje te same brzmienia, zagrywki, pasaże z jedną, zasadniczą różnica: w przeciwieństwie do debiutanckiego krążka dużo rzadziej słyszymy na nowej płycie Anglików ciekawe melodie.
Częściej za to pojawia się w nowych kawałkach nieco przedawkowany elektroniczny beat. Momentami wprowadza on ciekawe urozmaicenie, na przykład w Fiction, któremu zdecydowanie dodaje pazura czy w Swept Away, w którym wszystkie elementy składowe zgrane są idealnie. Z kolei w Reunion, klonie Basic Space owa taneczność odbiera temu kawałkowi nieco wagi psując go w drugiej połowie i sprawiając, że całościowo wypada gorzej niż jego „prototyp”. W Try fajnie brzmią początkowe klawisze oraz organy brzmiące jakby grał na nich pijany organista. Słuchając tej piosenki ma się jednak wrażenie, że jego ciekawe elementy składowe nie trzymają się kupy, każdy gra jakby sobie, wyraźnie brakuje spoiwa. O ile w Angels podobny zabieg działa wyśmienicie to w tym przypadku niestety nie. Jednym z jaśniejszych fragmentów płyty spotykamy w postaci Tides z fajnym gitarowym motywem oraz towarzyszącym mu rozpływającym się elektronicznym dźwiękiem. Moim Coexistowym faworytem jest jego poprzednik – Missing. W końcu pojawia się tu melodia wwiercająca w głowę i pozostająca w niej długimi godzinami. Przepiękny utwór z przejmującą, „tremolującą” gitarą w wysokich rejestrach i przejmujący głosem Jamiego. Szkoda, że takich fragmentów jest na Coexist niewiele. W efekcie serce bije mocniej tyko przy jego nielicznych fragmentach.
Płyta nie jest zła ale The XX zatraciło na niej sporo magii, którą „ładnie przedstawiło się słuchaczom, milionom słuchaczy” 3 lata temu.

poniedziałek, 24 września 2012

SZAFA GRAJĄCA: BABYSHAMBLES - FUCK FOREVER

Dziś szafa grająca wzbogaca się o piosenkę, której pierwszą linijkę refrenu możemy zaśpiewać zawsze, gdy chcemy aby ktoś dał nam spokój. Fuck Forever to kawałek genialny. Fantastyczny riff połączony z niedbale zaśpiewaną przez Doherty'ego melodią dają efekt, który sprawia, iż potrafię go słuchać w kółko przez godzinę. Zwłaszcza końcówki z nieco inną gitarą i  niespełniającą się przepowiednią "they'll never play this on the radio". MISTRZOSTWO ŚWIATA !!!

środa, 12 września 2012

ALT+J - AN AWESOME WAVE

An Awesome Wave to faktycznie niesamowita płyta. Ciekawa, rożnorodna i pieszcząca ucho. Większość kawałków charakteryzują wielokrotne zmiany rytmu oraz brzmień czy instrumentarium, co sprawia, że dosłownie każdy z nich wciąga jak niebanalny kryminał. Bez względu na to czy zespół uderza w fale nastrojowe, czy bardziej taneczne. Intro przypomina troszkę otwierające poprzednią płytę Yeasayera The Children z efektem wciąganej taśmy. Kolejne Interlude 1 wypełnia 70 sekund śpiewane a capella. Something Good, mój numer jeden z tej płyty, kojarzy mi się z przedwiośniem, chwilami kiedy zima (tu w postaci zwrotki) zostaje wyparta przez pierwsze, wiosenne promienie słońca reprezentowanego przez refren, którego ciepło dosłownie poraża. Odpływam przy każdej jego projekcji. Tessellate pełne aury tajemniczości, brzmi momentami jak mówiony początek Civil War Gunsów. Świetną rolę spełnia pianino grające jakby samo sobie, jednocześnIe fantastycznie dopełniając utwór. W sąsiadującym z nim Breezeblocks podobną funkcje odgrywa wokalny kanon sprawiający iż z przeciętnego kawałka rozwija się on w rzecz, obok której trudno przejść obojętnie. Podobnie w Bloodflood, którego ostatania minuta kosi równo z trawą. W fantastycznym MS świetny efekt przynoszą kilkusekundowe pauzy pomiędzy poszczególnymi wersami wyspiewanymi w wielogłosie. Artykulacyjne przerwy pojawiają się również w kolejnym Fitzpleasure wypełnionego intrygującym brzęczeniem i mnogością muzycznych tematów. Dawno nie słyszałem tak inteligentnej i wysmakowanej płyty. Za każdym razem, gdy wybrzmi ostatni dźwięk smyczków w zamykającym ją Taro mam ochotę natychmiast wcisnąć play aby kontynuować tę piękną muzyczną podróż. To naprawdę fantastyczne uczucie, gdy muzyczny album nie pozwala odejść od głośników choćby na sekundę. Jeśli też je lubicie An Awesome Wave powinno natychmiast znaleźć się na waszych muzycznych półkach. 

poniedziałek, 10 września 2012

SZAFA GRAJĄCA: DRY THE RIVER - NEW CEREMONY

Dziś do szafy trafia autor najpiękniejszego koncertu Openera 2012. Po fantastycznym debiutanckim albumie Anglicy zaprezentowali go na żywo w sposób, który sprawił dosłownie potroił jego piękno. Fantastyczne, delikatne współbrzmienia, niezapomniane melodie i skupienie panujące w namiocie - to właśnie jedna z chwil, dla których warto było być w tym roku w Gdyni.

Jeśli jakimś cudem nie słyszeliście jeszcze płyty Shallow Bed to nie zwlekajcie ani chwili dłużej.

piątek, 7 września 2012

MICHEL TELO W POLSCE !!! - STARTUJE II KASZANA FESTIVAL

Koniec lata zbliża się nieubłaganie a wraz z nim zamknięcie sezonu festiwali „pod chmurką”. Tak jak w ubiegłym roku Bonomuza zaprasza Was na jego huczne zamknięcie. KASZANA FESTIWAL II sprawi, iż łatwiej przyjmiecie na klatę nadchodzącą jesienną smutę. Praca przy organizacji festiwalu to naprawdę ciężki kawałek chleba. Mnogość imprez powoduje, że ciężko jest zakontraktować gwiazdę w dogodnym terminie. 

O tym, że Michel Telo powinien wystąpić na Kaszanie wiedziałem od dawna. Warto jednak było tyrać, czego dowodem jest choćby pierwsza gwiazda tegorocznego festiwalu! Od kilku miesięcy artysta ten rozchwytywany jest bardziej niż kebab na cienkim w piątkowy wieczór czy parówki na stacjach Łorlenu.Słowa „AJ CHCĘ CIĘ ZŁAPAĆ, AJ AJ, CHCĘ CIĘ ZŁAPAĆ OPA” krzyczało do niego tysiące promotorów z całego świata. Muzyk gra czasem nawet po trzy koncerty dziennie a jeśli nawet nie występuje to i tak śpiewa tańcząc zumbę. Pełny obaw, niczym Kasia Kowalska, wreszcie „ZDOBYŁEM SIĘ NA ODWAGĘ I ZAAAAA GAAAAAA DAŁEM”. 

Efekty przerosły najśmielsze oczekiwania.Rzadko zdarza się bowiem by artysta tej sławy wyszedł sztywno przyjęte,ustalone dużo wcześniej ramy koncertu i przygotował dla fanów coś specjalnego. Tymczasem Michel stał się tego dnia, mówię to bez cienia wątpliwości, naszym, swojskim, polskim Miśkiem, Michałem jakich wielu spotkać można W SOBOTĘ NA BALETACH, na których jak wiadomo „wszyscy ludzie tańczą”. Artysta przestudiował elementarz Falskiego od deski do deski, obejrzał w TeFałPe wszystkie odcinki z profesorem Miodkiem i specjalnie dla polskich fanów przygotował wersję swojego największego hitu po polsku!!! Myślę, że po projekcji nie będziecie mieli żadnych wątpliwości, że piosenka otwierająca Drugi Kaszana Festiwal jest “boska, BOSKA”!
 

środa, 5 września 2012

NOWA PŁYTA THE XX PRZEDPREMIEROWO

Premiera drugiego albumu The XX pod tytułem Coexist nastąpi w najbliższy poniedziałek. Już teraz pod TYM LINKIEM można jednak oficjalnie posłuchać następcy rewelacyjnego debiutu. Oficjalne udostępnienie w necie całego krążka to dość odważne posunięcie zespołu. Tym bardziej, że dorównać pierwszej płycie będzie niezwykle ciężko.Po przesłuchaniu całego Coexista mam lekkie rozdwojenie jaźni. Z jednej strony nowe piosenki maja wszystkie znane już dla tego zespołu zagrywki i brzmienia, z drugiej brakuje w nich melodii, które zostają w głowie już po jednej projekcji.
Po Coexista sięgnę jednak na 100 procent, bo wierzę, iż po kilku odtworzeniach zaczaruje mnie tak jak album The XX. Szczegółowa recenzja na pewno jeszcze we wrześniu.

środa, 22 sierpnia 2012

DRUGA ZAPOWIEDŹ NOWEGO MUSE

Od kilku dni w sieci można posłuchać drugiej piosenki zapowiadającej kolejną płytę MUSE. 2nd Law zapowiadana jest jako rewolucyjny dla zespołu krążek, na którym brytyjskie trio ma grać m.in. dubstep. Efekty poznamy już za kilka tygodni, na razie posłuchajcie kawałka Madness. Jak Wam się podoba?

Ja mam mieszany uczucia, trochę brzmi to jak strona B singla. Na 2nd Law czekam jednak niecierpliwie.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

SZAFA GRAJĄCA: SCOTT MCKENZIE - SAN FRANCISCO -

Do szafy grającej trafia dziś piosenka, która za każdym razem, gdy ją słyszę sprawia iż chciałbym choć na chwilę cofnąć czas o 50 lat i przenieść się do Kaliforni. Wątpię aby "za naszych czasów" powstał tak spontaniczny, ważny i piękny ruch, w którym wolność ma pełnię znaczenia i niepowtarzalny smak. Prosty tekst do tego utworu ma w sobie coś niesamowitego i sprawia, że możemy poczuć choć namiastkę tamtych czasów.

San Francisco trafia dziś do szafy także w hołdzie dla jej autora, którym zmarł 2 dni temu.

wtorek, 14 sierpnia 2012

KONCERT BLUR - WOLVERHAMPTON 5.08.2012


Civic Hall wielkością i wyglądem przypomina warszawskie Palladium, z tą różnicą, że balkon rozciąga się na 3 strony świata. Sala jest niezwykle kameralna i tym bardziej niesamowity był fakt, iż po 3 latach milczenia zespół zdecydował się na dwa z siedmiu koncertów właśnie tam.

Kiedy podczas zamykającej koncert The Universal z głośników popłynęły słowa„well, here’s your lucky day, it really, REALLY, really COULD HAPPEN” po głowie obijała mi się myśl, że to zdanie, choć wyrwane z kontekstu, idealnie opisuje dwie wcześniejsze godziny, które spełniły jedno z moich największych muzycznych marzeń. Koncert BLUR w Wolverhampton przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Mimo, iż minął od niego już tydzień to nadal przed oczami stają mi liczne flashbacki z tego wydarzenia. Wiele z nich pozostanie w mych wspomnieniach do końca życia.



Koncert miał charakter dużej imprezy dla znajomych, na której goście bawili się równie dobrze jak gospodarze. Reakcją na wrzawę towarzyszącą wyjściu Blur na scenę był wielki, nieskrępowany rogal, który zagościł na twarzach wszystkich czterech muzyków. Miałem wrażenie, iż było to niesamowicie szczere, panowie autentycznie cieszyli się z okazji do ponownego wspólnego grania. Zresztą każda kolejna chwila tylko utwierdzała mnie w tym przekonaniu. Muzycy, a zwłaszcza Damon wielokrotnie gestami i miną „mówili”: „ludzie, ale zarąbista impreza, dajmy jeszcze bardziej czadu, aby na długo zapamiętać te chwile”.
Po udanym koncercie supportujących Blur dwóch, mega pozytywnych dzieciaków z The Boots, rozległy się charakterystyczne dźwięki rozpoczynające Girls & Boys, kawałka idealnego na rozpoczęcie koncertu. Ten numer po pierwsze zmusza wręcz do skakania a po drugie naturalnie wywołuje interakcję z publiką. Przez kilka pierwszych chwil Damon jakby badał kogo ma przed sobą, na ile zgromadzeni maja ochotę na wspólne śpiewanie i zabawę. Po kilkudziesięciu sekundach uspokojony wzniósł tylko ręce w triumfalnym geście kwitując sprawę słowami „all right”, odbiór był niesamowity. Już podczas pierwszego refrenu zgubiłem but. Odnalezienie go wśród skaczącego tłumu było prawdziwym kondycyjnym wyzwaniem, po wykonaniu którego wyrównywałem oddech dobre kilkadziesiąt sekund. Tym bardziej, że wentylacja Civic Hall opierała się jedynie na otwieranych co jakiś czas bocznych drzwiach. Temperatura na sali momentalnie osiągnęła stan wrzenia, tym bardziej, że Blur kontynuował prezentowanie na żywo płyty Parklife. O ile przy London Loves było jeszcze umiarkowanie, to przy kolejnych Tracy Jacks i Jubilee w Civic Hall zaponował istny amok. Skaczący tłumnie ludzie z niesamowita radością wykrzykiwali do siebie słowa piosenek, podobnie zresztą jak Damon, który pochylając się nad barierkami śpiewał prosto w twarz kolejnych znajdujących się w pierwszych rzędach fanów, w tym szczęśliwego autora tego tekstu. 



Wielokrotnie miałem wrażenie, że Blur gra ten koncert specjalnie dla mnie i było to uczucie niesamowite. Albarn starał się zaczepić wszystkich, których ograniał swym wzrokiem, myślę, że kązdy z pierwszych kilku rzędów wyszedł z koncertu z wrażeniem iż właśnie odbył się jego jednoosobowy, najmniejszy koncert świata. Wokalista Blur o prawdziwy sceniczny mistrz, frontman w najlepszym tego słowa znaczeniu, charyzmatyczny a jednocześnie mega sympatyczny i pozytywny. Czułem sie trochę jak na koncertach Kultu czy T.LOVE w najlepszym okresie ich działalności. Było swojsko, bez zadęcia, jak na spotkaniu dobrych znajomych. Jednym z mniej ważnych przejawów tego stanu rzeczy było ciągłe polewanie wodą skaczącego pod sceną tłumu, które pare razy przerodziło się w oblanie z szelmowskim usmiechem siedzących na balkonie.Po energetycznej czwórce z Parklife przyszedł czas na chwilę odpoczynku dla nóg w postaci Beetlebum. Piszę o nogach, bo gardła zgromadzone w Civic Hall rozdarły się do granic mozliwości. Szczerze mówiąc nigdy nie byłem wielkim fanem tego kawałka ale sądząc po reakcjach publiczności byłem w tym względzie odosobniony. 



Chwilę później, podczas wyspiewanego przez Grahama Coxona Coffe & TV, ponownie znalazłem się na orbicie szczęśliwości. Fantastycznie było zobaczyć tego maga gitary, przez większość koncertu skupionego na brzmieniu swojego instrumentu, który w tamtej chwili stał się w najważniejszą postacią na scenie w Wolverhampton.

Każdy kolejny kawałek zagrany tego wieczora niósł ze sobą cudowny element muzycznej magii: gościnny występ grającego na lutni Khyama Allamiego, Happy Birthday zaśpiewane zawstydzonej siedmioletniej dziewczynce siedzącej na balkonie, Country House wykonany przez Damona w podskokach i na leżąco, zabijające energią Parklife i Song 2, w których mimo wyjątkowo głośno ustawionych wzmacniaczy po Civic Hall toczył się ryk wniebowziętych fanów czy wzruszające i intymne This Is A Low kończące pierwszą część koncertu.


Chwilę wcześniej, podczas wykonywania przez zespół Tender miała miejsce chwila, o której marzy każdy zespół na świecie. PO kilku charakterystycznych dźwiękach zagranych przez Grahama i jeszcze przed dołączeniem się reszty zespołu sala została zawładnięta przez ludzi śpiewających „oh my baby...”.Członkowie Blur na pewno słyszeli taką reakcją nie raz, ale wierzcie mi, że widząc ich twarze z bliska nie miałem najmniejszych wątpliwości, iż są w tamtym momencie przeszczęśliwi. Niektórych uczuć nie da się ukryć.



Na bisy postanowiłem przenieść się w końcowe rejony sali. Z przodu było magicznie, ale uszy powoli zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa, nagłośnienie nie było najlepsze, głównie z powodu zbyt głośno ustawionego basu i byłem ciekawy jak wygląda to na wysokości dźwiękowca. O dziwo z tyłu było podobnie. W ramach bisów Blur postanowił wyregulować ciśnienie wszystkim zgromadzonym, serwując same spokojniejsze utwory. Sing z debiutanckiej płyty, chwilę później dla kontrastu najnowsze Under The Westway, pełne wygłupów Intermission, przecudne End Of A Century, czy dużo wolniejszą niż na płycie wersję For Tommorow – jednego z 3 moich ulubionych kawałków Damona i spółki. Całość zwieńczyło przywołane na samym początku relacji The Universal.




Czekałem na ten „lucky day” wiele lat i jestem niezmiernie szczęśliwy, że w końcu się wydarzył. Pozostaje niebezpodstawna nadzieja, że jeszcze kiedyś nadarzy się okazja aby go powtórzyć. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję zobaczyć Blur na żywo nie przegapcie jej. W tej formie to jeden z najlepszych zespołów na świecie.

sobota, 4 sierpnia 2012

TO JUZ JUTRO !!!

Jutro spelni sie jedno z moich najwiekszych koncertowych marzen. Caly dzien, zwiedzajac rozna olimpijskie areny w Londynie odliczalem godziny do koncertu BLUR, ktory zobacze jutro w Wolverhampton. Relacja wkrotce. Tymczasem posluchajcie nowej piosenki Damona, Grahama i spolki.

środa, 1 sierpnia 2012

68. ROCZNICA WYBUCHU POWSTANIA WARSZAWSKIEGO - BARYKADA

Jak co roku 1 sierpnia słuchamy kolejnych utworów z płyty Powstanie Warszawskie zespołu LAO CHE. Dziś czas na Barykadę. Piosenka przedstawia sytuację z drugiej połowy pierwszego tygodnia powstania. Radość z zastrzeleniu kolejnych, poszczególnych wrogów przechodząca w coraz większe wycieńczenie. Piosenka Barykady świetnie oddaje powtarzalność i rosnący trud, z którym zmagali się powstańcy.  Jestem pewny, że archiwalia użyte do zilustrowania tego utworu dodatkowo pozwolą wielu osobom uświadomić sobie co działo się w Warszawie w sierpniu 1944 roku. Za każdym razem, gdy słyszę końcowe wersy tego utworu myślę sobie, że następnego dnia rano inaczej spojrzę w lustro podczas porannego golenia, bardziej doceniając czasy, w których przyszło mi żyć.

wtorek, 24 lipca 2012

OWF '12 - ŻENADA ZAKAZ FESTIVAL


O tegorocznej edycji Orange Warsaw Festival powiedziane zostało już wiele złego. Niestety muszę dorzucić swoje 2 grosze. Dawno nie wyszedłem z koncertu tak zniesmaczony, jak po pierwszym dniu festiwalu odbywającego się na stadionie Legii. Jakość dźwięku, który zaserwowano publiczności była poniżej poziomu pijanej kapeli weselnej rozgrzewającej się w toalecie. Najbardziej kłuło mnie to w uszy podczas koncertu Linkin’ Park. Miałem na świeżo w pamięci ich koncert sprzed kilku dni i wiedziałem dobrze w jakiej zespół jest formie i jak brzmi w dobrych warunkach. Na OWF obszedłem wzdłuż i wszerz cały obiekt przy Łazienkowskiej 3 i miejsca, w którym słychać byłoby wyraźnie cały zespół nie znalazłem. Porażające było zwłaszcza nagłośnienie wokalu Chestera, który dając z siebie maxa brzmiał niczym Kulfon, słabiutko, cichutko, tak jakby śpiewał bez mikrofonu. Mocy w tym było tyle, co makaronu w risotto

sobota, 21 lipca 2012

ROCK IM PARK - część 5

Jednym z głównych powodów, dla których wybrałem się do Norymbergi był koncert reaktywowanego po latach Soundgarden. Wiele lat marzyłem a by usłyszeć głos Chrisa Cornella na żywo. Niestety występ jego grupy na Rock Im Park to zdecydowanie największe rozczarowanie tego festiwalu. Po nudnawym wstępie w postaci Searching With My Good Eye Closed nadzieję na niezapomniane chwile przyniósł Spoonman. Niestety był to pierwszy i ostatni dobry fragment tego koncertu. Dalszą jego część wypełniły kawałki mniej lub bardziej znane ale męczące i pozbawione melodii oraz energii. Było na tyle słabo, że w drugiej połowie koncertu wycofałem się do strefy gastronomicznej, a tuz po spożyciu w towarzystwie dźwięków Black Hole Sun najzwyczajniej w świecie usnąłem.

Soundgardenowy niesmak na szczęście szybko poprawił mi zespół Evanescence. Nie nastawiałem się specjalnie na ten koncert, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Smutne, momentami aż do śmieszności, mroczne numery Amerykanów na żywo zyskały mocy i zabrzmiały niesamowicie przestrzennie. Dźwięk gitar fantastycznie komponował się z fortepianem, za którym co pewien czas siadała wokalistka. Dosłownie czułem jak dźwięk przenika do mojego wnętrza, pod alternastage panowała niesamowita, dziwnie podniosła atmosfera. Dawno nie czułem się tak na koncercie, a podczas Call Me When You’re Sober i My Heart Is Broken moja szczęka opadła na tyle, zaczęła kopać w nową stacje metra w Norymberdze. Po zagranym na koniec Bring Me To Life dosłownie zakręciło mi się w głowie i to nie tylko z powodu spożytych procentów. Poniżej link do koncertu, który odbył się dwa dni wcześniej na Rock Am Ring - równie dobry ale z beznadziejnym odbiorem publiczności. W Norymberdze wyglądało to znacznie lepiej.

Najlepszym koncert ostatniego dnia festiwalu dał, jak na headlinera przystało, Linkin’ Park. Widziałem ten zespół na żywo w 2006 roku w Chorzowie podczas występu przed Pearl Jam. I wtedy, mimo niesprzyjającej widnej pory okazali się lepsi niż gwiazda wieczoru. Oczekiwania wobec tegorocznego koncertu miałem więc ogromne i ku olbrzymiej radości nie zawiodłem się. Ci, którzy postrzegają Linkin’ Park jako boysband zmieniliby zdanie już po kilku taktach ich kawałków usłyszanych na żywo. Bije z nich ogromna moc połączona z przebojowością, a jeśli chodzi o przestrzenność dźwięku Amerykanie nieznacznie tylko ustępują europejskim kolegom z MUSE. Genialnie brzmią też nakładające si na siebie chrypliwy wokal Chestera i rap Mike’a. Jeśli dołożyć do tego wysoki poziom wszystkich instrumentalistów otrzymujemy od tego zespołu prawdziwą koncertowa petardę. Występ Linkin’ Park na Rock IM Park nie miał praktycznie słabego punktu. Spokojny początek w postaci Place For My Head był tylko rozgrzewką na rozprostowanie stawów i naoliwienie gardeł. A potem Given Up, Faint, With You, Runaway... Totalny odlot, Norymberga wzbiła się w powietrze. Fantastycznie wypadło What I’ve Done, które na żywo dosłownie zwala z nóg. Podobnie jak Burn It Down promujący nową płytę, który z radiowego pitu pitu przekształca się na koncercie w czadową bestię. Równie dobrze zabrzmiały The Catalyst czy Waiting For The End, w którym doskonale słychać było jak dobry koncertowo jest to zespół. Pod koniec koncertu na scenie odbyły się oświadczyny. Tłum początkowo zareagował sceptycznymi podśmiechujkami ale kiedy przyszły żonkoś przemówił zrobiło się naprawdę podniośle. Podobnie jak podczas zagranego chwilę później fragmentu Sabotage z repertuaru Bestie Boys w celu upamiętnienia zmarłego niedawno MCA. Nie zabrakło oczywiście również największych starych hitów w postaci In The End i Crawling oraz wieńczącego dzieło One Step Closer. To był naprawdę fantastyczny koncert, po którego zakończeniu cieszyłem się, że za kilka dni będę mógł go przeżyć ponownie w Warszawie. Ale o tym w kolejnym  poście.

Mój świetny nastrój podtrzymał rewelacyjny koncert FM Belfast odbywający się na scenie klubowej. Przed festiwalem stawiałem ten zespół w jednym rzędzie z wspomnianymi już dziś Citizens! 3 czerwca 2012 roku zweryfikował ten pogląd maksymalnie. W przeciwieństwie do nudziarzy z Citizens! do FM Belfast to wulkan energii. Panowie zaprezentowali wszystko co najlepsze w taneczno-popowej muzyce z nutką oldschoolu. Momentami koncert przypominał klimatem Scissors Sisters, zarówno za sprawą piskliwych wokali jak i wesołej, luzackiej atmosfery wesela po północy. Islandczycy z FM Belfast umieścili na scenie mnóstwo balonów, przy piosence Underwear okazali tytułową bieliznę, do swoich utworów wplatali niemieckie rymowanki (eins, zwei, Polizei) i fragmenty kawałków innych bandów (choćby What’s Up 4 Non Blondes).

Jako ostatni na Rock Im Park 2012 zaprezentował się Marylin Manson. Demoniczny początek do Hey, Cruel World zagrany przy zasłoniętej kurtynie w świetny sposób podgrzał atmosferę. Kiedy kurtyna spadła ku zaskoczeniu wszystkich Manson był wyjątkowo normalnie ubrany, czarne spodnie, skórzana kurtka. Natomiast dziwnie rozmazany z prawej strony twarzy makijaż powodował, iż wyglądał on naprawde demonicznie. Koncert zaczął się z kilkunastominutowym opóźnieniem ale tempo narzucone odjegopoczątku było naprawdę słuszne. The Disposable Teens, The Love Song, nowe No Reflection, mOBSCENE, hit gonił hit. Podczas wykonywania jednej z piosenek crowdsurfing postanowiła „wykonać” dmuchana lala. Jej żywot skończył się wraz z przebiciem jej przez Mansona ostrzem noża, którym zakończony był jego mikrofon. Generalnie jednak zespół bardziej niż na kontrowersjach skupił się na muzyce, co przyniosło całkiem pozytywny efekt. Po Rock Is Dead i Personal Jesus musiałem udac sie niestety na ostatni pociąg jadący tej nocy do miasta. Kończące koncert Sweet Dreams, Antichrist Superstar i Beautiful People słyszałem więc z peronu. Koncert Mansona nie rzucił na kolana, ale był niezły, dużo lepszy niż ten, który widziałem 11 lat temu na Torwarze.

wtorek, 17 lipca 2012

ROCK IM PARK 2012 - część 4

Trzeci dzień tegorocznego Rock Im Park zapowiadał się zdecydowanie najciekawiej. W dodatku po dwóch dniach wędrówek między scenami po raz pierwszy zdarzyło mi się pozostać pod jedną sceną przez 4 kolejne koncerty. Nim do tego jednak doszło w drodze na scenę główną przypadkowo trafiłem na grupę Steel Panther prezentującą się na Alternastage. Poziomem „odlotu” dorównywali Kobrze i Lotusowi z pierwszego dnia festiwalu, a raczej przebijali ich kilkukrotnie. Panowie wyglądali jak członkowie zespołu Europe w czasach swojej największej świetności czyli w połowie lat 80-tych. Natapirowane włosy, makijaż i kolorowe fatałaszki tworzące do kupy wizerunek metalowca-obciacha. Pomiędzy piosenkami, które w większości również prezentowały poziom żenady i trudno przyswajalnego oldschoolu, zespół raczył publiczność trwającymi kilka minut gadkami. Te były równie ciężkie jak muzyka. Jeśli ten zespół robi to wszystko na serio to pozostaje im bardzo współczuć. Jeśli jest to pastisz, to trzeba przyznać, że bardzo udany. Ku tej drugiej opcji wskazuje najlepsza piosenka tego koncertu zatytułowana Community Property. Ta ballada utrzymana w stylu pomiędzy Bon Jovi i Def Lepard opowiadająca o uczuciu jegomościa do pewnej panny, w refrenie podkreśla złożoność życia słowami „my heart belongs to you, but my cock is community property”. Taki właśnie klimat miał koncert Steel Panther.

Jako pierwsi na głównej scenie grali tego dnia The Tribes. Ilość osób zgromadzona pod nią w momencie rozpoczęcia koncertu oscylowała w okolicy dwustu, bałem się więc, że będzie to demotywujące dla Anglików, którzy promują swój świetnie przyjęty w ojczyźnie debiutancki album Baby. Wychodząc na scenę czwórka londyńczyków usmiechnęła się pod nosem i rozpoczęła bardzo przyjemny koncert wypełniony swoistym best of ostatnich 20 lat w brytyjskiej muzyce gitarowej. Po raz kolejny okazało się, że „nie zawsze dużo znaczy dobrze”, bo zebrana garstka potrafiła stworzyć naprawdę fajną atmosferę, czuć było zaangażowanie płynące zarówno do jak i ze sceny. Jedna z fanek, przebrana w plemienny strój postanowiła nawet złożyć propozycję matrymonialną perkusiście machając kartką z napisem „Miguel, marry me”. Wersje koncertowe nie różniły się zbytnio od studyjnych, fajne wrażenie robił wokal śpiewany jednocześnie przez 3 osoby. Najlepiej wypadło When My Days Comes, melodyjne i z mocnym wykopem, a kończące występ We Were Children obijało mi się po głowie jeszcze długo po zakończeniu tego koncertu. Poniże nagranie z siostrzanego festiwalu Rock Am Ring, jak widać frekwencja była tu sporo wyższa.

The Subways, którzy pojawili się na głównej scenie tuż po The Tribes jak zwykle zaprezentowali porcję pozytywnego czadu. Ich każdy koncert jest fajny, ale niemalże identyczny, Billy kieruje tłumem, Charlotte biega na bosaka po scenie grając jednocześnie na basie, serwując publiczności kawał dobrej pop-punkowej muzyki. Widziałem ten zespół jednak trzeci rok z rzędu i nie robił już na mnie takiego wrażenia jak za pierwszym razem. Tym bardziej, że setlista była chyba identyczna jak zeszłoroczna: Oh Yeah na początku, Rock&Roll Queen w środku oraz It’s A Party na zakończenie. Najbardziej z całego koncertu zapamiętałem crowdsurfring w wykonaniu wokalisty oraz 10 innych fanów. Było w tym fajne, nieprzewidywalne szaleństwo, mimo protestów ochrony Billy pływał na rękach fanów zderzając się co jakiś czas głową z innymi znajdującymi się również na górze.

Po dwóch gitarowych składach nadszedł czas na zmianę klimatu, przestrzenią festiwalową zawładneli bowiem Cypress Hill i palony przez nich „shit”, który pojawił się na scenie podczas Roll It Up, Light It Up, Smoke It Up. Impreza rozkręciła się na dobre, dla wszystkich bez względu na wiek. Podczas jednego z kawałków na scenę wskoczył nastolatek ubrany w kolorową kurtkę, przez chwilę poczuł się jak członek zespołu, przybił piątkę z B-Realem, po czym ochrona zdjęła go ze sceny. Zero było przy tym przemocy, kilka sekund później ów młody człowiek skakał żwawo tuż obok nas, odbierając „szacuny” od swoich ziomali. Z drugiej strony rytmicznie gibał się za to gość wyglądający na minimum 50 lat. Koncert miał fajną energie i tempo. Na codzień nie słucham hip-hopu ale ten koncert był prawdziwą przyjemnością. Zdecydowanie najwięcej ożywienia wniosło Insane In The Brain oraz kosmiczna perkusyjno-scratchowa solówka. Zespół nie zdecydował się na zagranie swojego drugieo największego hiciora What’s Your Name What’s Your Number, a całość zwieńczyło Rock Superstar.

Trudno mi jednoznacznie ocenić koncert Kasabian. Panowie dali czadu ale im dłużej myślę o tamtym występie tym więcej mam do niego zastrzeżeń. Z jednej strony bawiłem się świetnie, z drugiej zabrakło mi wielu spokojniejszych kawałków z nowej płyty, w tym m.in. dwóch ostatnich singli. Myślałem, że wpływ na dobór mało wymagającego technicznie repertuaru, zwłaszcza pod koniec koncertu, miał stan trzeźwości zespołu. Sergio Pizzorno sprawiał wrażenie ledwie trzymającego pion, kiedy tylko jego sceniczny ruch przekraczał kroki zyskiwał on podejrzanej chwiejności a Tom był wyjątkowo pobudzony. Ale po przejrzeniu archiwum widzę, że te krótsze, godzinne festiwalowe koncerty zawsze wyglądają w ten sposób. Na początek niezbyt udane, pozbawione powera Days Are Forgotten a potem Velociraptor, który w przeciwieństwie do poprzednika wiele zyskuje w wersji live. Zagrane chwilę później Underdog i Where Did All The Love Goes to najlepszy moment tamtego koncertu. Chwilę później przy Club Foot i Empire zaczął szwankować nieco dźwięk, za dużo było basu i przesteru, przez co  te zarąbiste kawałki nie ruszały tak, jak powinny. „Show me your fuckin’ hands german, where the fuck are you” – nawoływał Tom nie zyskując jednak specjalnego aplauzu nawet podczas wykonania L.S.F. Przed finałowym, jak zawsze genialnym Fire Kasabian zaprezentowało ponad 10-minutową elektro-sieczkę w postaci Vlad The Impaler i Switchblade Smiles. Szkoda, że choćby tego pierwszego nie zastąpił choćby Shelter From The Storm, La Fee Verte czy Goodbye Kiss. Brak najpiękniejszych kawałków z płyty, którą Kasabian aktualnie promuje to największy mankament tego koncertu.

Dużym rozczarowaniem okazał się występ Guano Apes, w głównej mierze za sprawą fatalnego nagłośnienia. Coś dziwnego było w tym koncercie, fajne kawałki, nawet te debeściacki jak Open Your Eyes czy Big In Japan brzmiały jakoś bezpłciowo, brakowało w nich czegoś trudnego do opisania. Być może wynikało to z faktu, iż zespół nie gra regularnej trasy i na scenie pojawia się sporadycznie, raz lub dwa w miesiącu. Jedynym kawałkiem, który przyniósł wykop, na który liczyłem na całym Guano było ostatnie Lords Of The Boards.
Z odbywającego się na scenie klubowej koncertu Citizens! wyszedłem szybciej niż wszedłem. Zamiast fajnego oldschoolu usłyszałem bowiem coś w stylu odrzutów z Kombi, było to nudne, monotonne i bez jakiegokolwiek pomysłu. Albo może po prostu tego dnia miałem fazę na mocniejszą muzykę... c.d.n.

wtorek, 3 lipca 2012

ROCK IM PARK 2012 - część 3

Drugi dzień zapowiadał się jako najmniej ciekawy muzycznie rozpocząłem go więc od zwiedzania Norymbergi. Dość ładne, małe miasteczko, w którym klimatyczne budowle mieszają się z blockhauzami i niskimi biurowcami, nawet w zabytkowej części miasta. Stare miasto odgrodzone jest od reszty fosą pozbawioną dziś wody i służącą jako deptak. W zabytkowej części miasto znajdziemy kilka ładnych kościołów oraz targ z mydłem i powidłem. Kilkugodzinny spacer po ulicach Norymbergi był przyjemny ale samo miasto nie pozostało mi specjalnie w pamięci. W przeciwieństwie do dwóch koncertów, które zobaczyłem kilka godzin później. 

Pierwszym kontaktem z muzyką tego dnia były dźwięki Donots, które słyszałem w drodze od wejścia pod sceny. Żałuję, że nie widziałem całego koncertu, bo owe gitarowe dźwięki były fajnym starterem do dalszej zabawy. Na Alternastage prezentował się w tym czasie Cro. Chłop nawijał ze sceny po niemiecku i ewdentnie wprawiał tym licznie zgromadzonych Niemców w ekstazę. Ja jakoś tego flow nie załapałem a zespół ma chyba dość kontrowersyjną opinię u naszych zachodnich sąsiadów, bo kilku przechodzących obok mnie gości krzyczało w stronę sceny słowa "schwul" oznaczające część roweru, na którą nacisk powoduje wprowadzenie tego pojazdu w ruch. 

Pierwszą grupą, na którą naprawdę czekałem tego dnia był Dick Brave And The Backbeats. Olbrzymią większość repertuaru tej grupy stanowią hitowe covery przerobione na styl Elvisa Presleya. Tej soboty usłyszeliśmy m.in. Rolling In The Deep Adele, Walk This Way Aerosmith, Use Somebody Kings Of Leon czy Kiss Prince’a. W przypadku Dicka i bandy nie chodzi jednak tylko o muzykę ale również o sposób jej podania. Panowie wyglądają jakby właśnie w 1956 roku wyszli z amerykańskiego baru z kraciastymi obrusami. Zarówno strój, fryzury, instrumenty jak i sceniczne zachowanie mocno nawiązują do amerykańskiej kultury sprzed ponad pół wieku. Koncerty tego zespołu to prawdziwe energetyczne petardy. Panowie szaleją na scenie, basista biega grając jednocześnie na kontrabasie, wokalista w przerwach między elvisowskim tańcem staje na głowie na podeście perkusyjnym, pianista gra stojąc jedna nogą na górze swojego instrumentu, itd. Co najpiękniejsze większość kawałków w wersjach Dicka Brave’a brzmi lepiej niż w oryginale. Z 15 zaprezentowanych w Norymberdze utworów absolutnie najlepiej wypadł No One Knows z repertuaru Queens Of The Stone Age. Dick zapowiedział ją, jako swoją ulubiona piosenkę o miłości. Pierwsze wersy zaśpiewane bardzo wolno i spokojnie w towarzystwie wibrującej gitary przechodzą w drugą zwrotkę zagraną dwukrotnie szybciej i na wyższych rejestrach wokalnych a typowo rockendrolowy refren dosłownie zwala z nóg. Równie fantastycznie wypadło Take Good Care Of My Baby, które nie rózniło się wiele od oryginału ale pozostało przepiękną piosenką, której słowa brzmią dziś niewinnie i oldschoolowo pięknie. Do większych ciekawostek zaliczyć trzeba na pewno American Idiot Green Daya a do roli nakręcaczy tanecznych Black Or White Jacksona i Just Can’t Get Enough Depechów. To był świetny, klimatyczny, rockendrowolo-starodawny koncert w towarzystwie świecącego słońca i umieszczonego z tyłu sceny ułożonego z migających w róznych konfiguracjach żarówek napis DICK. 

Była to na tyle dobra sztuka, że nie zdążyłem nawet na sekundę koncertu Example, którego byłem bardzo ciekawy. Koledzy z Anglii serwują niby łupu cupu ale jednak z fajowym klimatem, który na żywo mógłby być jeszcze lepsze. Pozytywnie zaskoczyły mnie hip hopowe nawijki Tinie Tempah. Nie jestem specjalistą od tego gatunku muzyki ale Tinie zdecydowanie dał radę i rozbujał towarzystwo pod Alternastage. Dużym zawodem okazali się natomiast Dropkick Murphys. Zamiast oczekiwanego folkowo-punkowego czadu grupa zaprezentowała przeciętny koncert pozbawiony energii. Niby na scenei sporo się działo, niby piosenki były fajne ale brakowało w tym szczerości i choćby jednego elementu, który pozwoliłby zapamiętać te chwile na dłużej. Jedynym momentem, kiedy krew w żyłach popłynęła mi nieco szybciej było Johny, I Hardly knew Ya. Bezskutecznie czekałem na przebudzie amerykańskich Irlandczyków na tyle długo, że załapałem się jedynie na ostatnie 5 minut koncertu Chase & Status. I po tej krótkiej zajawce żałuję, że szybciej nie przeszedłem na mniejszą scenę. Zapamiętalem ten sklad z zeszłorocznego Hurricane Festival jako zespół wielkiego łomotu, który niemalże rozsadził mały namior w Scheessel, jednak bez możliwości zrozumienia choćby jednego słowa wykrzyczanego przez wokalistę. W plenerze dwięki były o wiele bardziej selektywne, a wzbogacone skromnymi lecz ciekawymi wizualami robiły naprawdę niezłe wrażenie. 

Celem numer jeden drugiego dnia Rock Im Park był jednak dla mnie The Offspring. W połowie lat 90-tych, tuż po wydaniu płyty S.M.A.S.H. miałem ogromną korbę na kapelę Dextera Hollanda, nigdy dotąd nie udało mi się jednak zobaczyć jej na żywo. Obawiałem się nieco, że po ponad 15 latach od wydania albumu życia panowie są już emerytami odcinającymi kupony od czasów dawnej świetności. Tymczasem, ku wielkiej radości The Offspring zamietli pod dywan wszytskich innych wystepujących tego dnia na Zeppelinfeld. I chociaż gitarzysta Noodles ma okulary ze szkłami grubości denka od musztardówek, a Dexter kilkadziesiąt kilogramów więcej niż w wieku XX to siła ich muzyki pozostała niezmienna. Panowie zdają sobie doskonale sprawę z tego, które kawałki są ich najlepszymi i tylko takie zaprezentowali podczas sobotniego występu. Dzięki temu w setliście królowała płyta Smash przepleciona najlepszymi singlami z lat późniejszych. W 75-minutowym koncercie nie znalazło się ani jedno słabe ogniwo. Otwierające całość You’re Gonna Go Far Kid można jeszcze uznać jako „bifor” pozwalajacy rozgrzać stawy to już drugie All I Want rozpoczęło szaleństwo. Kiedy chwilę po wybrzmieniu ostatniego dźwięku tej piosenki usłyszeliśny charakterystyczny, wystukiwany na pałeczkach rytm, jasne było, iż za chwile z głośników padną słowa „you’ve gotta keep’em separated”. Kolejne Have You Ever i Staring At The Sun podkręciło tempo jeszcze bardziej, a przy Genocide i Bad Habbit osiągnąłem stan nirwany. W 1995 roku z dumą nosiłem koszulkę z fragmentem tekstu tej drugiej piosenki o treści „stupid, dumbshit, goddamn, motherfucker”. 2 czerwca 2012 roku około godziny 19.30 znowu czułem się jak nastolatek. Tuż przed rozpoczęciem koncertu awarii uległ jeden z hydrantów, co w efekcie dało spotrej grupie możliwość pogowania w błocie. Błotne rykoszety roznosiły się dobre kilkanaście metrów od miejsca akcji. Koncert nie posiadał strony wizualnej, oprócz logo zespołu rozwieszonego z tyłu sceny Offspring bez niepotrzebnych ceregieli dawał po prostu czadu i nakręcał do coraz lepszej zabawy. Jakiegolwiek światłą i efekty spercjalne nie były potrzebne, bo i tak, w szale zabawy, nikt nie zwróciłby na nie uwagi. Po na maksa tanecznym Walla Walla, w środku koncertu, w ramach odpoczynku usłyszliśmy Kristy Are You Doing OK? I Why Don’t You Get A Job. Na szczęście były to jedyne chwile zwolnienia,a dzieło zwieńczyły fenomenalnie zagrane The Kids Aren’t Allright i Self Esteem. Po wybrzmieniu tego ostatniego dla mnie Rock Im Park 2012 mógłby się skończyć. Koncert Offspringa był fenomenalny i nie mogę doczekać się kolejnej okazji aby zobaczyć Amerykanów ponownie. 

Kiedy przed festiwalem analizowałem tegoroczny line-up oczyma wyobraźni widziałem prezentującą się na alternastage MIA, autorkę chociażby znanego ze Slumdog Millionaire hitu Paper Plans. Jej koncert na openerze był poniżej jakiejkolwiek normy także nie planowałem nawet zblizać sie w okolice tego „wydarzenia” w Norymberdze. Stojąc w kolejce po piwo nie zgadzały mi się jednak dźwieki dochodzące spod Alternastage. I kiedy z ciekawości zajrzałem co tam się dzieje, pomyślałem sobie, że albo MIA ma chyba coś wspólnego z Michaelem Jacksonem i wybiela sobie skórę albo ktoś nas tu wkręca. Na scenie znajdowała się bowiem niemiecka artystka, która oprócz śpiewu wykonywało różnego rodzaju akrobacje na zawieszonym na górze sceny drążku. MIA. Okazało się bowiem, że na Rock Im Park występuje MIA. a nie M.I.A. Kropki mają jednak znaczenie. 

Headlinerem drugiego dnia festiwalu byli Die Toten Hosen obchodzący 30-lecie istnienia. Niemcy byli zachwycenia, widać, że jest to tu zespół kultowy. Każdy kawałek wyśpiewany został przez dziesiątki tysięcy ludzi, my przyłączyliśmy się tylko w tzw. „A wszystko to, bo ciebie kocham”, które swego czasu zcoverował pewien czerwonowłosy Michał. Die Toten Hosen dawali czadu, jednak mi po głowie ciągle chodził koncert Offspringa. To było zdecydoane wydarzenie numer jeden drugiego dnia festiwalu.