poniedziałek, 29 lutego 2016

DZIEŃ JAK NIE CODZIEŃ

Taki dzień zdarza się raz na cztery lata. Postanowiłem dziś sprawdzić, kto z muzycznego świata starzeje się czterokrotnie wolniej niż pozostali obchodząc urodziny dwa lub maksymalnie trzy razy na dekadę. Powiedzmy sobie szczerze: żaden z dzisiejszych jubilatów nie jest z mojej muzycznej bajki. Znaleźli się na niej bowiem:

1) Ja Rule - najbardziej chyba znany z trójki
2) Steve Hart - z totalnie zapomnianego boysbandu Worlds Apart
3) Mark Foster z zespołu Foster The People - czyli one hit wonder ze świstem, o tym:

  

niedziela, 28 lutego 2016

MUZYCZNE NOMINACJE DO OSCARÓW

Za kilka godzin rozpocznie się oscarowa gala. Jak co roku nagroda przyznana zostanie również w kategorii "najlepsza piosenka". Muszę przyznać, że w tym roku wypada ona wyjątkowo blado. Żadna z pięciu propozycji szału nie robi, powiedziałbym nawet, że oprócz utworu Manta Ray reszta znalazła się w tym zestawieniu mocno na wyrost. Piosenka do filmów z Jamesem Bondem dawno nie była tak bezpłciowa jak w przypadku Spectre, Lady Gaga dziwnie zwolniła i jej oscarowa propozycja przekonuje i rusza o wiele słabiej niż Bad Romance czy Poker Face. Opery nie toleruję, więc na temat piosenki z Młodości wolę się nie wypowiadać a kawałek z 50 Twarzy Greya jest tylko niewiele lepszy niż obraz, który promuje. Obstawiam, że statuetka trafi właśnie do The Weeknd, choć mam nadzieję, że wygra pierwszy z poniższych utworów.





wtorek, 23 lutego 2016

WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 5 - DZIKOŚĆ SERCA

Latem 1993 roku pojechałem na kolonie do Mrągowa. Nie był to specjalnie historyczny wyjazd. Po raz pierwszy zaciągnąłem się na nim papierosem oraz "samowolnie oddaliłem się od grupy" w skutek czego, niczym w minionej epoce, musiałem podpisać specjalne "oświadczenie" wystawione przez opiekunkę grupy o ksywie Kobra. Jedna rzecz została mi jednak z tego wyjazdu na dłużej. W stolicy polskiego country był bazarek a na nim stoisko z kasetami. To właśnie tam nabyłem pierwsze, w swojej kolekcji wydawnictwo T.LOVE. który potem na kilkanaście lat stał się moim ulubionym polskim zespołem.

Choć wiem, że takie porównania generalnie są bez sensu to dla mnie płyta King to taka polska The Joshua Tree (a jednocześnie Prymityw to prawie Achtung Baby). Znajdziemy na niej wiele muzycznego dobra, kawałków wartych zacytowania, jednak to właśnie Dzikość Serca jest tym, który czaruje najbardziej. Każdy wers to mistrzowska plama pobudzająca wyobraźnię i malująca w niej żywy obraz. Pozornie niezwiązane ze sobą zdania tworzą przepiękną całość.

Jest w tej piosence coś, co sprawia, za każdym przesłuchaniem do głowy wpada mi myśl, że zrobię jeszcze kiedyś coś niesamowitego. Nie umiem tego sprecyzować ale zwłaszcza refren to prawdziwe paliwo, które pozwala się wyrwać z orbity codzienności, sięgnąć chmur i pomyśleć o rzeczach wielkich.

czwartek, 18 lutego 2016

4

Kilka godzin temu Filip skończył 4 lata. Przez ostatni rok do jego świadomości dotarły 4 nowe zespoły. Przede wszystkim The Libertines. "Tato, a jaki zespół kiedyś nie istniał?" - spytał mnie któregoś dnia podczas podróży samochodem. "A co się kłócili" - dopytywał, gdy wymieniłem nazwę kapeli założonej przez Pete'a i Carla. "O sławę i pieniądze" - odpowiedziałem. Kilka tygodni później światło dzienne ujrzał pierwszy od 11 lat studyjny album The Libertines. Żeby było śmiesznej to najlepsza piosenka, która się na nim znajduje nosi tytuł Fame and Fortune. To właśnie przy niej mój syn po raz pierwszy pogował. Biorąc oczywiście poprawkę, że było to pogo 3-latka, czyli bezkontaktowe skakanie do góry. Dzieje się tak zresztą za każdym razem, gdy z głośników wybrzmią pierwsze dźwięki tej fantastycznej piosenki.


Innym razem spytał mnie jakich zespołów nie lubię. Coldplaya - mówię - bo to smutasy. "A jakiego jesce nie lubis?" - to pytanie było trudniejsze niż może się wydawać, z reguły bowiem myślę o kapelach, które lubię a nie odwrotnie. "Megadeath" - wypaliłem kompletnie od czapy, nie spodziewając się jakie konsekwencje przyniesie ta krótka, nieprzemyślana wypowiedź. Otóż junior zapamiętał tą nazwę po jednym razie i do dziś dopytuje dlaczego, czy ktoś w ogóle ten zespół lubi i stwierdza że w sumie to on też nie znosi Megadeath.
Uwielbia za to Editors, które rozpoznaje po pierwszych dźwiękach No Harm otwierającego ostatni album Brytyjczyków.



Jednym z jego ulubionych bajkowych bohaterów jest Elvis ze Strażaka Sama, który śpiewa i gra na gitarze, Fil śpiewa razem z nim, bez względu na okoliczności. Jedno z bardziej zjawiskowych wykonań "Rock w Pontypandy" odbyło się w styczniu, kiedy pracując z domu uczestniczyłem właśnie w telekonferencji. Cóż, Fil ma już pierwszych fanów w kilku krajach Europy.

wtorek, 16 lutego 2016

WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 4 - SELF ESTEEM

Kiedy na początku 1995 roku usłyszałem po raz pierwszy Self Esteem dosłownie raziło mnie piorunem. Mało który kawałek zrobił w życiu na mnie takie wrażenie jak ten i do dziś należy on do mojego prywatnego "top 5". Przez długi czas słuchałem go nagranego z radia na kasetę. Czytelnikom mających mniej niż 25 lat przypominam, choć dziś naprawdę trudno w to uwierzyć, że 21 lat temu:

a) z Internetem łączyło się przez telefon stacjonarny
b) nie było youtube'a
c) rozgłośnie radiowe nie miały playlist więc grały to, co prowadzący audycję sobie wymyślił
d) 95% czasu antenowego na MTV zajmowały teledyski

Byłem wtedy w pierwszej klasie liceum, kiedy światło dzienne ujrzała trzecia płyta niespecjalnie znanego wówczas zespołu The Offspring. W mojej muzycznej kolekcji znajdowały się głównie kasety, w dużej mierze pirackie, a płyty reprezentowane były w zawrotnej ilości sztuk trzech. Oprócz wspominanego w zeszłym tygodniu Use Your Illusion II były to Get A Grip Aerosmith i Nevermind Nirvany. Powód przewagi nośników, które mogły ulec wciągnięciu był prozaiczny i oczywisty: kasety kosztowały 10 złotych a płyty od pięciu do sześciu razy drożej. Przy miesięcznym kieszonkowym w wysokości 100 PLN ta różnica była kolosalna. Dla porównania piwo Królewskie (pyszne, warzone kilka kilometrów obok na ulicy Grzybowskiej) w Norze kosztowało wtedy 3,90, a Nora była wtedy miejscem obowiązkowym podczas weekendu, pomimo mega niemiłej, pogarszającej się z roku na rok obsługi i niepełnoletności (nikt wtedy o dowód nie pytał).
Czemu o tym wszystkim piszę? Otóż płyta S.M.A.S.H. z niewiadomych powodów nie ukazała się w Polsce na kasecie. Na płytę CD zbierałem więc kilka miesięcy, a kiedy już udało mi się ją kupić kilka tygodni później ktoś mi ją zakosił z domu. Drugi egzemplarz zajechałem do upadłego, tak, że odtwarzacz płyt nawet nie reagował na jego obecność, a trzeci spotkał ten sam los co pierwszy. Tym samym spośród ponad 11 milionów sprzedanych krążków S.M.A.S.H., sam  przyłożyłem się do czterech.

Self Esteem to jeden z najlepszych dowodów, że cztery proste akordy mogą stworzyć dzieło epokowe, że muzyka może być jednocześnie czadowa i fantastycznie przebojowa, że dobre rzeczy się na starzeją i mimo upływu czasu nadal brzmią genialnie. 

niedziela, 14 lutego 2016

WALĄ TYNKI

Z okazji dzisiejszego dnia tynkarzy zachęcam do posłuchania dwóch świetnych kawałków z teledyskami, w których naprawdę walą (w) tynki. W obydwu przypadkach ściany nie wytrzymują presji. The Prodigy rozprawia się z nią pod koniec trzeciej minuty teledysku. Mimo upływu ponad 20 lat od powstania tej piosenki nadal zabija ona świeżością i energią. Jeśli ktoś z Was nie wie jeszcze jak brzmi ona na żywo to najlepsza okazja do nadrobienia tej zaległości pojawi się w pierwszej połowie lipca na festiwalu w Jarocinie.



Druga dzisiejsza tynkarska propozycja powstała o dekadę wcześniej, w połowie lat 80-tych, przynajmniej w tej wersji, którą dziś "cytujemy" i ma ogromne znaczenie dla historii muzyki. Choć dziś może nie wydawać się odkrywcza to 30 lat temu była nie lada przełomem. Rap i rock w ówczesnej powszechnej opinii pasowały do siebie jak dres na wesele. Dzięki temu nagraniu po raz pierwszy na tak szeroką skalę wypłynęła do ludzi informacja, że współpraca zespołu rockowego z hip-hopowym nie tylko jest możliwa ale może dać wyśmienite efekty.    

wtorek, 9 lutego 2016

WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 3 - DON'T CRY

Guns'n'Roses to był mój pierwszy "ulubiony zespół". W przeciwieństwie jednak do neutralnego dla większości U2 i szanowanej na podwórku Nirvany bycie fanem Gunsów, na tarchomińskim podwórku, do najłatwiejszych nie należało. Jeśli chciałeś być cool to przede wszystkim powinieneś słuchać ACDC i Anthrax, ja wolałem jednak nosić koszulkę z pistoletami i różami. Oznaczało to nieustającą szyderę ze strony kolegów a sytuacji nie ułatwiały obcisłe majty, w których najczęściej prezentował się Axl. Jeden z kolegów Gunsów słuchał ale się nie przyznawał. Kiedy jednak świat okrążyła informacja, że Axl powiedział, że "nie zagra dla Polaków i Żydów" ów ziom podszedł do mnie i w konspiracji wyznał: "miarka się przebrała, wczoraj spaliłem wszystkie kasety tych frajerów". Wczesno-nastoletnia kontestacja miała swój niepowtarzalny smak.
Ja swoich pirackich kaset G'n'R nie zniszczyłem, mało tego pierwszą płytą CD, jaka znalazła się w mojej kolekcji okazało się Use Your Illusion II. Pamiętam do dziś chwilę, gdy ją kupowałem, dylemat, którą część wybrać. "Niech pan weźmie dwójkę, jest bardziej hitowa" - radził sprzedawca. Ameryki nie odkrył ale posłuchałem go, Knockin' On Heavend Door, You Could Be Mine i Civil War przechyliły szalę. Chociaż przez brak na niebieskiej płycie oryginalnej wersji Don't Cry sprawił, iż stałem w sklepie prawie godzinę.

Guns'n'Roses ma swoim repertuarze dużo lepszych utworów niż Nie Płacz. Długo zastanawiałem się czy do "akcji worek" nie delegować dziś Mr. Browstone. Paradise City czy You Could Be Mine. To jednak od Don't Cry zaczęła się moja przygoda z tym zespołem. Byłem w szóstej klasie podstawówki, z powodu choroby nie poszedłem do szkoły i na MTV zobaczyłem ten teledysk. Od tego czasu minęło 25 lat, w tym roku Use Your Illusion będzie obchodzić ćwierćwiecze, we wrześniu na Bonomuzie poświęcimy tej rocznicy dużo czasu. Wierzę też, że z tej okazji będziemy mieli okazję zobaczyć w Polsce G'n'R w oryginalnym składzie. 

piątek, 5 lutego 2016

SKUNK ANANSIE - ANARCHYTECTURE

Poprzez niezapomnianie żenujący program Idź Na Całość Ziggy Chajzer zostawił w moim mózgu ślad, że w życiu najczęściej do wyboru są trzy opcje. Przed pierwszym odtworzeniem Anarchytecture, nowego albumu Skunk Anansie zastanawiałem się czy będzie on:

1) zajebisty, jak jego nazwa, jak dla mnie jednak z najlepszych w historii muzyki
2) dobry jak promujące go Love Someone Else
3) zonkiem.

Na szczęście Skin z kolegami zdecydowanie wybrali bramkę numer 1, płyta jest fantastyczna. Jej pierwsza połowa idzie sprawdzonym schematem szybka-wolna, utwory nieparzyste podnoszą tętno do 100, te podzielne "chillują" w sposób bardzo daleki od banalnego. Po otwierającym płytę, zahaczającym momentami o ambitną dyskotekę singlu z bramki numer 2 słyszymy bowiem wolniejsze Victim, które po surowym początku przechodzi w niezwykle klimatyczny utwór zakończony genialną minutą pełną mocniej brzmiącego basu i wokalnymi popisami. Następującego po nich Beauty Is Your Curse nie sposób pomylić z piosenką żadnej innej kapeli, jej każda kolejna sekunda to Skunk Anansie w najlepszej formie, kawałek dosłownie "sam się słucha". Podobnie zresztą jak spokojniejszy, przepiękny Death To The Lovers. Numer 5 pod tytułem In The Back Room to murowany hit roku 2016 i absolutny wymiatacz tegorocznych koncertów Skunka. Od pierwszej do ostatniej sekundy ma taką moc, że nawet pies podczas komendy "siad" kręci bączki na dwóch łapach. Wraz z numerem 6 schemat szybka-wolna przechodzi do lamusa w zamian wprowadzając melodyczny motyw pozostający głowie godzinami. Without You mimo tytularnego podobieństwa do Maraji "bejbi if ju giw it to mi", która wystąpi w Krakowie za kilka tygodni, nie ma nic z rzewnego przeboju tylko jest pięknym, pełnym emocji kawałkiem, bardzo charakterystycznym dla tego zespołu, po raz kolejny udowadniający jego wielkość. Anarchytecture trzyma poziom do samego końca. Słuchając 80-sekundowego Suckers! żałuję się,  że to jedynie instrumentalne intro do jeszcze bardziej czadowego We Are The Flames. Po zamykającym album, wyciszającym I'll Let You Down automatycznie ma się ochotę wcisnąć PLAY i przeżyć tę 37-minutową przygodę ponownie.

Styczeń to z reguły martwy miesiąc dla muzycznych premier. Tym bardziej cieszę się, że Skunk Anansie zamiast kosić świąteczne żniwa wydało ten świetny krążek zaraz po nowym roku. To prawdziwe Anarchitecture. 

wtorek, 2 lutego 2016

WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 2 - DRAIN YOU

Zupełnie inny zespół miał się pojawić w dzisiejszej akcji worek. Pomyślałem jednak, że playlistę życia należy rozpocząć od grup dla niego najważniejszych. W moim przypadku obok U2 taką właśnie kapelą jest Nirvana. Miałem 12 lat, gdy światło dzienne ujrzała płyta Nevermind. W tamtym roku dźwięki Cobaina i spółki były dla mnie jeszcze minimalnie za mocne, rok później bardziej melodyjne kawałki zespołu były już jednym z najczęstszych gości mojego magnetofonu a w 1993 podpisywałem się już jako Kamil Kurt. Jak dziś pamiętam moment, w którym w radiowej Trójce dowiedziałem się o śmierci Cobaina, to była pierwsza w moim życiu śmierć idola. Gościa, na którego piosenkach uczyłem się grać na gitarze.  
Długo zastanawiałem się, który nirvanowy numer wrzucić dziś do muzycznego worka, bo ważnych dla mnie utworów Nirvany jest kilkanaście. Jako ostatnie kandydatury padły Lithium i Rape Me. Wybór padł na niesinglowe ale fenomenalne Drain You.

niedziela, 31 stycznia 2016

JA LUBIĘ DŻEM I JA GO ZJEM

Każdej soboty i niedzieli, między godziną 8 a 10 telewizja 4 Fun TV nadaje pasmo piosenek dla dzieci. Dzisiejszego poranka pomyślałem: "czas umuzykalnić syna" i postanowiłem z owej audycji skorzystać. Zaczęło się obiecująco, od Fasolek i ich smashing hitu w postaci Mydło Lubi Zabawę, wspomnienia z dzieciństwa ożyły. Z nostalgii wyrwał mnie kolejny utwór zaprezentowany w tym paśmie. Dotychczas nie wiedziałem o istnieniu zespołu Tulinki. Po dzisiejszym porannym, trzyminutowym seansie raczej długo ich nie zapomnę. Nuta powszechnie znana ale tekst nowatorski. Najbardziej urzekł mnie fragment tekstu pomiędzy zwrotką a refrenem, po około 100 sekundach od rozpoczęcia piosenki:

"o-o
ja lubię dże-em
i ja go zje-em
bo lubię dżem"

Szacun! Jeśli chodzi o perfekcyjną przyczynowo-skutkowość to Miód-Malina zostało właśnie strącone z pierwszego miejsca. 


Niedzielne poranki, jak wiadomo, służą rozmyślaniu o przyszłości. Po usłyszeniu Tulinek pomyślałem sobie, że napiszę tekst do kolejnego przeboju tej grupy. Nuta pozostanie ta sama, wszak lepsze jest wrogiem dobrego. Wersja liryczna wyglądać za to będzie następująco:

Ja uwielbiam miód
bo miód to cud
na zdrowie good.

Pszczoły robią go
mówiąc bz-bz
a odwłok lśni.

Jutro zgłaszam ów tigidi-tekst do ZAIKSU, Od kilku lat działa wszak sprawnie a z tantiem można podobno godnie żyć. Bonus do emerytury będzie jak znalazł.

wtorek, 26 stycznia 2016

WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 1 - ACROBAT

Od dziś, w kolejne wtorki otwierał się przed Wami będzie worek z piosenkami wyjątkowymi, kawałkami, które pozostaną w mojej głowie na zawsze, utworami fenomenalnymi, nierozerwalnie związanymi z moją egzystencją na planecie Ziemia. Taki mały, prywatny, soundtrack, playlista życia. Zachęcam do tworzenia własnej.


1. U2 - ACROBAT

Akcja worek nie mogła zacząć się od innego utworu. Bo choć nie lubię przesady i wzniosłych słówek a ów przedostatni element płyty Achtung Baby przytaczany był już na Bonomuzie kilkakrotnie to Acrobat jest dla mnie piosenką życia. Porażający muzycznie, fenomenalny tekstowo, mega towarzysz zarówno w chwilach trudnych, jak i tych najpiękniejszych. Każdy jest akrobatą ale najważniejsze to śnić głośno i nie dać się draniom. Nie wiem czy kiedykolwiek napiszę testament ale jeśli już to na pewno umieszczę w nim prośbę o zagraniu Acrobata na "ostatniej imprezie swojego życia". 

sobota, 16 stycznia 2016

SLAVES - ARE YOU SATISFIED?

Muzyka Slaves ma w sobie coś zawadiackiego. W każdym kolejnym kawałku słychać fantastyczny, garażowy klimat przywodzący na myśl wczesne nagrania The Clash oraz Sex Pistols. Kolejne piosenki, zwłaszcza z pierwszej części krążka nie pozostawiają wątpliwości - nagrali je prawdziwe "wykręty-agenty".
Mimo prostoty umieszczonych tu nagrań są one naprawdę wkręcające. Sporo tu klimatów punkowych, prostych, chwytliwych riffów przemieszanych z krzykami i melodeklamacjami, jak choćby w otwierający album The Hunter. Następujący po nim Cheer Up London to zdecydowanie najmocniejszy punkt Are You Satisfied. Równie dobrze wypada Do Something, numer, który udowadnia, że nawet dwóch muzyków, nie prezentujących przesadnej, technicznej maestrii może stworzyć utwór niebanalny.
Słuchając Slaves co chwilę przychodzi do głowy inne, fajne muzyczne skojarzenie. Hey przypomina trochę Nirvanę z płyty Bleach, w Despair and Traffic dostajemy najprostszy z możliwych, zagrany na wytłumionej gitarze riff uzupełniony wokalnym dialogiem ekspresją przypominający Beastie Boys a Sockets klasyczną, punkową naparzankę. W wielu kawałkach, głównie z powodu wyraźnego, brytyjskiego akcentu wokalisty trudno nie wspomnieć The Streets. Wow 7 A.M. to z kolei cięższe i bardziej mroczne oblicze zespołu. Kawałek godni kawałek i niemal do każdego z nich chce się wracać. Jedynie w przypadku Live Like An Animal, Ninety Nine i zamykającego płytę Sugar Coated Bitter Truth trafiamy na nieco męczące numery z cyklu trzy akordy - darcie mordy bez dodatkowego pomysłu.
Siłą muzyki Slaves jest prostota i wyrazistość. Ich debiutancki album to prawdziwa petarda, muzyczna lawina, która od pierwszej sekundy rośnie na sile i która z powodzeniem może zastąpić codzienną dawkę kofeiny. Szukający wzniosłych przeżyć, przebojów i oryginalnych współbrzmień powinni udać się pod inny adres. Natomiast Ci, którym pasuje punkowy klimat po projekcji tej płyty powinni być niezwykle zadowoleni słysząc, jak ta muzyka ewaluowała w XXI wieku.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

SMUTNE MUZYCZNE WIEŚCI

Nowy rok zaczął się niestety w muzycznym świecie podobnie jak skończył stary - smutno. Po śmierci Lemmy'ego Killmistera pod koniec grudnia dzisiejszy poranek przyniósł informację o odejściu Davida Bowiego. Obaj nie byli do końca z mojej muzycznej bajki ale obydwu bardzo szanowałem. Pierwszego za konsekwencję i stworzenie stylu, którego nie dało się pomylić z żadnym innym zespołem. Drugiego za liczne eksperymenty, kosmiczny wizerunek jeszcze w czasach, gdy nie było mnie na świecie i mnóstwo genialnych występów gościnnych, chociażby z Placebo czy Queen.



Pierwszy raz usłyszałem Motorhead w kawałku Hellraiser, chwilę potem pobiegłem na bazarek po piracką kasetę ale sprzedawca akurat nie miał jej akurat "na szczękach" profilując się bardziej w kierunku Top One i Ace of Base.



Odpoczywajcie Panowie w spokoju!

niedziela, 10 stycznia 2016

SKŁADANKA BEST OF BONOMUZA 2015

Jak co roku na początku stycznia podsumowujemy muzyczny rok za pomocą składanki. W playliście za A.D.2015 znalazło się 21 numerów, których możecie posłuchać klikając na ich tytuły.

1. LAO CHEWojenka
Bezapelacyjna piosenka roku, z ogromnymi szansami na pieśń dekady.
2. THE LIBERTINES Fame and Fortune
Jedno z największych tegorocznych pozytywnych muzycznych zaskoczeń. Kolejny dowód na muzyczny geniusz brytyjskiego kwartetu.
3. EDITORSAll The Kings
Sposób w jaki tenprzebojowy numer rośnie z każdą sekundą bez wątpienia przyspieszy również „beat of your heart”
4. MUSEThe Handler
Najlepszy fragment najlepszej płyty roku 2015.
5. BLURPyongyang
To właśnie ten kawałek ostatecznie odpowiada na pytanie czy zespół BLUR nadal ma coś do powiedzenia. Załóżcie słuchawki by dostrzec w nim dużo więcej niż rzewną balladę.
6. PAPA ROACHGravity
Delikatny klon Stana z reprtuaru Eminema ma w sobie dziwną, hipnotyzującą moc. Wokalna ekspresja na 120%.
7. DJANGO DJANGOFirst Light  
Najlepsze w tym numerze dzieje się w ostatniej, instrumentalnej minucie.
8. THREE DAYS GRACEPainkiller
Poznałem ten zespół podczas tegorocznego Orange Warsaw Festival. Żałuję, że tak późno.
9. THE VACCINES – Dream Lover         
Szczepionki na tegorocznej płycie postanowiły zdecydowanie zwolnić. W tym kawałku jeszcze się bronią, całość jednak niestety rozczarowuje.
10. RED SUN RISING The Otherside
Odkrycie ostatnich tygodni zeszłego roku, mega smakowity numer zwrotką nawiązujących do najlepszych czasów grunge.
11. MARYLIN MANSON – Third day of a seven day binge
Można nie lubić scenicznego wizerunku tego pana ale umiejętności pisania klimatycznych numerów nie odmówi mu nawet oburzone stado moherów.
12. MIGMiód Malina
"Ona jest przy mnie blisko, na balet przyszedł czas, tańczymy w rytmie disco, super imprezka, lans". Moja prywatna nominacja za najbardziej przyczynowo-skutkowy tekst roku ;-) Absolutny hit smażalni, dancingów i muzycznych gal.
13. SLAVESCheer Up London
Ostatni zespół, który poznałem w roku 2015. Oby jak najwięcej takich także w 2016.
14. INCUBUS Absolution Calling
Powrót w świetnym stylu okraszony bardzo przeciętnym niestety koncertem na OWF.
15. COLD WAR KIDS – Hot Coals
Mniej znana ale znacznie bardziej interesująca propozycja Dzieci Zimnej Wojny niż katowane tego lata First.
16. FOALSMountain All My Gates
Nie rozumiem fenomenu i wzniety tą grupą ale przyznaję, że ten kawałek kręci mnie niczym Oskanę nauka i takie takie.
17. MUMFORD & SONS Believe
Zwrot, którego dokonali w tym roku Mumfordzi uważam za ślepą uliczkę. Aczkolwiek pierwszy promujący płytę singiel jest zacny.
18. NOEL GALLGHER & HIGH FLYING BIRDS Lock All Doors
Wierzę w powrót OASIS na scene w 2016 roku, tymczasem solowe kawałki Noela takie jak ten pozwalają poczuć, iż ten zespół nadal tworzy.
19. SKOWYTPlayboy
Jest coś magicznego w tym kawałku, za każdym razem, gdy go słyszę przed oczami płynie mi projekcja fantastycznych nastoletnich czasów z ostatniej dekady minionego wieku.
20. TACO HEMINGWAY – Następna Stacja
Yo yo to raczej nie mój klimat ale ten numer to naprawdę fajna krótka relacja z podróży warszawskim metrem. Szacun za tekst!
Fantastycznie przearanżowany jeden z największych hitów PLACEBO to zdecydowanie najjaśniejszy punkt ich tegorocznego wydawnictwa Unplugged.

niedziela, 3 stycznia 2016

PIOSENKA ROKU 2015


Nigdy jeszcze wybór piosenki roku nie był dla mnie tak oczywisty. Wojenka chwyciła mnie za gardło już przy pierwszej projekcji w marcu i z każdą kolejną trzyma coraz mocniej. Potęga tego utworu tkwi w tekście, fenomenlanym, niedosłownym i przede wszystkim poruszającym. Przyznający różnego rodzaju nagrody literackie powinni zdecydowanie rozważyć kandydaurę Spiętego.

Pozostałe piosenki "nominowane" w tej kategorii znajdziecie poniżej. Możecie posłuchać ich klikając tytuł każdej z nich. 

- Pyongyang BLUR
- Fame and Fortune - THE LIBERTINES
- All The Kings - EDITORS
- First Light - DJANGO DJANGO

piątek, 1 stycznia 2016

PŁYTY ROKU 2015 - PODIUM



MIEJSCE 3:
EDITORS - In Dream

Ten album to kolejny dowód na to, że podróże kształcą. Dowiedziałem się o niej od przypadkowo spotkanego kolegi w drodze powrotnej z londyńskiego koncertu U2. Gdyby nie tamta rozmowa być może po In Dreams w ogóle bym w tym roku nie sięgnął, wydawało mi się bowiem, że zespół Editors wszystko, co miał najlepsze zaprezentował już na poprzednich wydawnictwach. Tymczasem to właśnie tegorocznym, fenomenalnym, zaskakującym i przebojowym krążkiem dołączyli do absolutnego, światowego, muzycznego topu. 


MIEJSCE 2:
LAO CHE - Dzieciom

Płyta powalająca w warstwie tekstowej, równie dobra i zróżnicowana muzycznie. Połączenie licznych, bajkowych cytatów z Jana Brzechwy z poważnymi, ciężkimi tekstami robi wrażenie piorunujące. Kolejny, absolutnie fenomenlany konceptualny album Płocczan.


MIEJSCE 1:
MUSE - Drones

Triumfalny powrót Brytyjczyków na muzyczny szczyt. Concept album nawiązujący momentami treścią i stylistyką do The Wall Pink Floydów. Po słabszym The 2nd Law Matthew i spółka znów dostarczyli uszom swoich fanów dziesiątki fenomenalnych współbrzmień, chwytliwych melodii i czadowych riffów. Ten krążek to istny taran wbijający się do mózgu, koło napędowe zatrzymujące się dopiero wraz z ostatniem "ejmen" zamykającym utwór tytułowy.

czwartek, 31 grudnia 2015

PŁYTY ROKU 2015 - MIEJSCA 10-4

Dziwny to był rok, także pod kątem płyt. Z jednej strony dostaliśmy w nim kilka krążków fenomenalnych (pierwsza szóstka zestawienia), z drugiej masa zespołów nagrała jakby tylko po połowie albumu. Wielu recenzji tych połowicznych w tym roku na Bonomuzie nie umieszczałem, dając im szansę na dotarcie do głębszych pokładów muzycznej podświadomości, w większości niewykorzystaną. Do dziś podoba mi się z nich 3-4 kawałki a reszta nie stanowi wiele więcej niż bezbarwne tło. Ale „nie o tym, nie o tym, nie tym dziś będzie mowa”.

Czas na zestawienie najlepszych dziesięciu płyt roku 2015 według Bonomuzy. Dziś miejsca od dziesiątego do czwartego:

10. DJANGO DJANGO – Born Under Saturn

Ostatnie miejsce na tej liście drugi album Django Django wygrał z tegoroczną propozycją Courntey Barnett. Na Born Under Saturn nie jest może tak dobrze jak na debiutanckim krążku Brytyjczyków ale mimo tego nadal znajdziemy tu mnóstwo ciekawych, falujących dźwięków, świetnych współbrzmień rodem z The Beach Boys i sporo pokładów fajnej energii. A promujący album First Light to jeden z mocniejszych kandydatów na piosenkę roku.


9. PAPA ROACH – F.E.A.R.

Jak zwykle w przypadku zespołu: bez specjalnych zaskoczeń za to z potężną dawką czadu. Słucha się tej płyty wyśmienicie, to taka przenośna porcją kofeiny, którą warto zawsze mieć przy sobie.


8. PLACEBO – Mtv Unplugged

Nareszcie, po niemal 10-letniej przerwie, panowie z PLACEBO wydali krążek, po który chce się sięgać więcej niż raz. Nowe kawałki zastępują tu coprawda „tylko” nowe aranżacje, ale w dużej mierze są one fantastyczne, na czele ze Slave To The Wage.


7. SLAVES – Are You Satisifed?

To moje ostatnie „muzyczne odkrycie”.  Punkowo-girme’owy duet z Wielkiej Brytanii dosłownie rozwala bezpośrednością, prostotą i mocą swojej muzyki. Od pierwszych sekund ich debiutanckiego krążka ma się poczucie absolutnej szczerości ich twórczości. PUNK IS NOT DEAD. Ten wyświechtany nieco slogan nadal jest prawdziwy, czego dowodem chociażby ten album. Jego szczegółowa recenzja na Bonomuzie już za kilka dni.


6. NOEL GALLAGHER & HIGH FLYING BIRDS – Chasing Yesterday

Można go lubić lub nie znosić ale przyznać trzeba, że gdy chłop łapie za gitarę I otwiera paszczę to robi sie pięknie. Tak samo w przypadku jego drugiego dziecka z zespołem High Flying Birds. Którego kawałka by nie włączyć przejście obok niego obojętnie jest równie prawdopodobne co trafienie szóstki w totka.


5. BLUR – The Magic Whip

Jedna z najbardziej wyczekiwanych przez mnie tegorocznych płyt. Z jednej strony brakuje tu nieco „starego, wesołego BLUR”, a z drugiej pełno tu naprawdę przepięknych, głębokich i niepospolitych kompozycji. Nie sięgam po tę płytę przesadnie często, ale za każdym razem, gdy to zrobię odpływam w krainę muzycznej szczęśliwości.


4. THE LIBERTINES – Anthems For Doomed Youth

Odczuwam dosłownie fizyczny ból, że ten fantastyczny krążek znajduje się poza tegorocznym podium. Nie wierzyłem, że ta grupa może wykrzesać jeszcze z siebie tyle muzycznego geniuszu. Każdy umieszczony tu numer to sól muzycznego piękna, balsam dla uszu i endorfina dla mózgu. Zarówno w wydaniu szybkim (Barbarians, Fame and Fortune) jak i wolnym (You’re My Waterloo, Iceman). 

poniedziałek, 21 grudnia 2015

PAPA ROACH - F.E.A.R.

Sięgając po nowy krążek Papa Roach nie spodziewałem się znaleźć na nim nowych brzmień ani przełomowych nut, które przejdą do historii muzyki. Amerykański kwartet należy raczej do zespołów przewidywalnych i na każdej swojej płycie konsekwentnie zamieszcza porcję soczystych, mocnych brzmień okraszonych chwytliwymi melodiami. Nie inaczej jest też w przypadku ich siódmego studyjnego wydawnictwa. Dotychczasowi fani zespołu nie powinni czuć się zawiedzeni słuchając dwunastu kawałków umieszczonych na wersji "deluxe" F.E.AR. Ci, który z Papa Roach spotykają się przy tej okazji po raz pierwszy również otrzymują dość mocny argument do kontynuacji tej znajomości.
Zdecydowanie najlepsze trio z F.E.A.R. otwiera cytowane w poprzednim poście Gravity, kawałek, który jeśli chodzi o ekspresję mocno przypomina mi klimatem Eminema z kawałka Stan, z tymże wzbogaconego niesamowitym refrenem pełnym emocji i pięknych nut. I chociaż rozumiem, że niektórym ten kawałek może wydać się nieco infantylny oraz "a little bit too twardy" to będę upierał się, że właśnie w nim Papa Roach pokazuje, iż jest grupą ponadprzeciętną. Równie dobrze wypada Broken As Me, numer z serii "Papa Roach od pierwszej do ostatniej sekundy". Genialny mocny riff na początek wzbogacony po chwili wokalem Jacoba, jeszcze mocniejszy, fantastycznie zaaranżowany i zaśpiewany refren. Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości co do tego numeru to posłuchajcie go głośno "na słuchawkach". Najlepszą trójce z F.E.A.R. zamyka Hope For The Hopeless zaczynające się partią basu bardzo podobną do tej z Getting Away For Murder. Nie ma w tym numerze słabej sekundy, ale jej najjaśniejsza część to instrumentalny most pomiędzy refrenem a zwrotką.
Cały album naprawdę daje radę, słucha się go bardzo dobrze, kawałek goni kawałek, w uszy uderza z jednej strony spójność, z drugiej raz po raz ciekawe rozwiązania sprawiające, iż nie słyszymy zwykłej młócki tylko kawałki wciągające. Którego kawałka nie wziąć by na warsztat to broni się swoją autentyczną mocą, czy to w postaci fajnej warstwy elektronicznej  przypominająca nieco The Prodigy (Warriors), zmianą nastrojów (Falling Apart), partią smyczków w pierwszych sekundach War Over Me, czy istną muzyczną przejażdżką kolejką górską w przypadku Fear Hate Love zamykającego wersję deluxe płyty. Od całości odstaje właściwie jedynie lekko bezpłciowe Love Me Till It Hurts.

Jutro najkrótszy dzień w roku, jeśli doskwiera Ci brak energii spowodowany ciemnością za oknem, gdy wstajesz i gdy wychodzisz z pracy to F.E.A.R. jest idealną propozycją na rozwiązanie tego problemu. Jeśli natomiast brak energii jest Ci obcy posłuchaj tej płyty po prostu dlatego, że świetnie jej się słucha.

czwartek, 17 grudnia 2015

GRAWITACJA PAPY

Rok 2015 nieuchronnie zmierza do swego końca a kolejka płyt wydanych w nim wydaje się nieskończona. W tym tygodniu część mojego mózgu odpowiedzialna za muzykę została zdecydowanie opanowana przez ten oto kawałek. 



I dlatego kolejną recenzją, którą będziecie mogli przeczytać na Bonomuzie będzie F.E.A.R. czyli tegoroczna propozycji Papa Roach. 

niedziela, 13 grudnia 2015

MUMFORD & SONS - WILDER MIND

Trudno oprzeć się wrażeniu, że nagrywając swój trzeci studyjny album Mumford&Sons po pierwsze świadomie postanowili „poszerzyć horyzonty” i uderzyć w komerchę a po drugie mieli pomysł jedynie na pół longplaya. Ciężko mi zrozumieć tą metamorfozę zespołu, która z zespołu energetycznego przekształciła go w zwykłych nudziarzy. Pomimo kilku zgrabnych kompozycji umieszczonych na Wilder Mind słuchając go czuję się oszukany. Tak jak bym włączył płytę Manu Chao a z głośników usłyszał New Kids On The Block. Mumfordzi ewidentnie nie hołdują jednak zasadzie „Step By Step” tylko w kwestii stania się bardziej popularnymi wolą „Tonight”. Moim zdaniem to droga donikąd.
Zmianę zwiastował promujący album Believe. Nie znając jeszcze całej płyty miałem nadzieje, że jest jej najbardziej sztampowym fragmentem, co nierzadko zdarza się w przypadku pierwszych singli. Okazuje się, że wśród otaczającej go dziesiątki stanowi jej najbardziej jasny i rozbudowany punkt. Nie sposób odmówić niektórym kompozycjom tu umieszczonym piękna. Broad-Shouldered Beasts ma w sobie coś podniosłego, pobudzającą część mózgu odpowiedzialną za zamyślenie czy wzruszenie. W podobną nutę uderza Cold Arms, który ma w sobie jednak coś z bomby z zepsutym zapłonem, brakuje w nim po prostu wybuchu, obiecujący początek nie spełnia pokładanych w nim nadziei i pozostaje identyczny od pierwszej do ostatniej sekundy. Brakuje w tym numerze tego, co znajdujemy choćby w Snake Eyes, który po ładnym starcie zrywa się, podkręca tempo i cieszy. To zdecydowanie najjaśniejszy punkt tej płyty. 
Na Wilder Minds sporo też jednak niestety utworów nijakich. Takich chociażby jak Ditmas, prowadzony przez banalny rytm, taką samą melodię nie mający w sobie niczego, o czym warto wspomnieć. Tak samo nudne do bólu Only Love i zamykające album Hot Gates, które zamiast rozbudzić ochotę na kolejne odtworzenie całości ściąga raczej na dół powieki. Z kolei The Wolf oraz Just Smoke, chociaż przypominające "starych Mumfordów", podane są jednak w zbyt łagodnym sosie, w którym wszystkie ciekawe brzmienia zdominowane są przez klawisze.
Generalnie płyta jest w porządku jeśli rozpatrujemy ją w kategorii pop bo do tej właśnie trzeba przyporządkować choćby piosenkę tytułową. Dotychczas ten zespół czarował jednak przede wszystkim pokaźnym elementem folkowym i szkoda, że tak łatwo Mumfordzi się go wyzbyli. Mam nadzieję, że to jednorazowy ukłon w stronę muzyki przebojowej, bo bardzo nie chciałbym aby z zespołu wyrazistego przechylili się na zawsze w stronę „miałkiego dupowłaza”.

czwartek, 10 grudnia 2015

KONCERTY EDITORS W POLSCE ODWOŁANE !!!

Niespełna 2 godziny temu Editorsi odwołali dzisiejszy koncert w Warszawie i jutrzejszy w Poznaniu. Dowiedziałem się o tym przez przypadek zaglądając po 16 na stornie Progresji. Jeśli znacie kogoś kto wybierał się dziś do Fortu Wola przekażcie mu tą informację.

Oficjalny komunikat zespołu mówi o złym samopoczuciu wokalisty. Możecie przeczytać go TUTAJ. Odwoływać koncert na 5 godzin przed jego rozpoczęciem? Dziwne to. Informacja mówi, że koncertu nie będzie mimo ogromnych starań organizatorów. Czyli impreza była zagrożona już wcześniej? Zespół jest w Polsce? Pozostaje mieć nadzieję, że Tomowi nie stało się nic poważnego i że grupa wróci do Polski w najbliższych tygodniach.

środa, 9 grudnia 2015

PLACEBO - UNPLUGGED

Kiedy jakiś czas temu usłyszałem, że PLACEBO nagra płytę Unplugged zelektryzowałem się niczym wełniany sweterek przy otarciu. Pomyślałem, że nareszcie brytyjskie trio wyda album niesamowity, co nie udało im się od czasu płyty Meds, czyli niemal 10 lat. Pierwsze przesłuchanie wprawiło mnie w stan traumy, oczekiwania przerosły niestety rzeczywistość a  zarejestrowany koncert wydawał mi się przeciętny. Z każdym kolejnym spotkaniem z tym krążkiem moje nastawienie do niego zmienia się jednak skokowo. „Dobre płyty nie podchodzą za pierwszym razem” – ten frazes pasuje do Placebo Unplugged jak ulał. Na szczęście bardzo niewiele piosenek na tej płycie jest po prostu „odśpiewanych bez prądu” bez dodatkowego pomysłu, smaczku, czegoś co sprawiłoby iż nagranie w nowej wersji stanie się niezapomniane. Do tej kategorii zaliczam For What It's Worth oraz Song To Say Goodbye, które nie wnoszą w akustycznych wersjach niczego nowego. Lepiej pod tym względem, mimo niewielkiej zmiany polegającej na dodaniu partii smyczków, wypada Too Many Friends, któremu brzmienie skrzypiec dodaje dodatkowej płynności. Z korzystną metamorfozą mamy też do czynienia w przypadku 36 Degrees oraz Because I Want You. Ten pierwszym zwolniony nieco, brzmi szlachetniej niż dość surowy oryginał, drugi niczym brzydkie kaczątko staje się za to inną, o wiele piękniejszą wersją młodszej siebie. Podobnie w przypadku Loud Like Love, którego wersji studyjnej nie trawię, jego nowa, akustyczna aranżacja smakuje o wiele lepiej. Z totalnie irytującego, miałkiego i krzykliwego „byle czego” przekształciła się tu w utwór wyjątkowy, na którego pierwszy plan, dzięki braku jazgotu udającego czad, może wyjść przepiękna melodia śpiewana przez Briana, niezauważalna w wersji pierwotnej.
Kilka eksperymentów zaliczyć trzeba niestety do średnio udanych. Protect Me From What irytuje nieco zbytnią kombinacją, nie do końca udanym dwugłosem i fatalną partią harmonijki. Z genialnego w wersji z prądem Where Is My Mind na Unplugged powstał koszmarek rodem ze zlotu fanów piosenki biesiadnej. Na miejscu Pixies wniósłbym oficjalny protest a będąc członkiem Placebo zrezygnowałbym z umieszczenia tej infantylnej wersji na płycie. Mam również mieszane uczucia w stosunku do nowej odsłony Without You I'm Nothing, w którym pogrzebowa, bogatsza aranżacja odwraca jakby uwagę od śpiewanego tekstu, zdecydowanie wolę studyjną, surową wersję tego utworu. Post Blue i Meds to utwory na tyle fantastyczne, że brzmią dobrze w każdej odsłonie. Tutaj ten pierwszy nabiera nieco orientalnego i tajemniczego charakteru a jedyne co w nim przeszkadza to fałsze Briana w drugiej zwrotce. Ten drugi, zagrany niemal w całości na fortepianie tylko uwydatnia jeszcze geniusz swej kompozycji a końcowa partia smyczków sprawia, że po wybrzmieniu ostatniej nuty nie pozostaje nic innego, jak głęboko odetchnąć  i błyskotliwie powiedzieć "wow".
Fenomenalnie wypada też Every You and Every Me, które nie ma może mocy elektrycznej ale dzięki zwolnionemu na pierwszy plan wychodzi siła tekstu tego utworu.
Absolutny numer jeden z PLACEBO Unplugged to jednak Slave To The Wage. Zaśpiewana przez Briana jedynie w towarzystwie basowego dźwięku podobnego do kobzy oraz pojedynczych nut smyczków i fortepianu dosłownie rzuca na glebę. Kompletnie inna i cudownie przepiękna. To właśnie dla takich chwil warto sięgać po wydawnictwa "bez prądu". To właśnie one decydują czy dany zespół zdaje niełatwy egzamin w postaci koncertu akustycznego. PLACEBO przeszło ten test pozytywnie.

wtorek, 8 grudnia 2015

EAGLES OF DEATH METAL ZAMYKAJĄ TRASĘ U2

Kilka godzin temu, półtora tygodnia później niż pierwotnie planowano, w Paryżu zamiast Dublina zakończyła się tegoroczna trasa koncertowa U2. Według początkowego kalendarza trasy dzisiejszy koncert miał się odbyć 15 listopada. Z wiadomych powodów wydarzyć się wtedy nie mógł, przeniesiono go więc "na koniec kolejki". Ostatnim akcentem Innocence/Experience Tour 2015 był kawałek Patti Smith, który w wersji oryginalnej otwierał wszystkie występy w ramach tej trasy. Wczoraj, podobnie jak w Londynie, Bono i spółka zagrali ten numer wraz z jego autorką. Dziś na scenie pojawili się ci, których koncert dwa dni wcześniej, niecały miesiąc temu został przerwany przez terrorystów. Piękny gest, świetna puenta.



wtorek, 1 grudnia 2015

EDITORS - IN DREAM

Myślałem, że "Editorsi skończyli się na Kill'em All". Po fascynacji pierwszymi dwoma albumami oraz późniejszym klipem do Papillon znajomość z kolejnymi nagraniami ograniczałem raczej do singli. Cytując klasyka: "dałbym sobie rękę uciąć, iż ten zespół już niczym mnie nie zaskoczy. I bym q... nie miał ręki".
In Dream to płyta fenomenalna. Otwierające ją No Harm chwyta za chabety i nie wypuszcza przez kolejne 50 minut. Początek piątego studyjnego albumu Editors przypomina mi najlepsze nagrania Archive sprzed 10 lat. Genialny kontrast wokalnych rejestrów basową zwrotką i sopranowym refrenem w towarzystwie hipnotycznej elektroniki dosłownie porażają. W porównaniu do piorunującego początku nieco blado wypada kolejne, nieco infantylne Ocean of Night, ale każdemu numerowi byłoby ciężko udźwignąć presję takiego poprzednika. W oceanie najprzyjemniej robi się w czwartej minucie, a kiedy wpływamy z niego w trzeci na krążku Forgiveness automatycznie przenosimy się w krainę odlotu. Trudno opisać słowami to, co dzieję się w tym kawałku. Pulsujący bas przechodzący w fortepian, pijane brzmienie gitary wymieszane z zawodzącym wokalem wyciągającym słowo America plus wiele innych genialnych elementów składających się na hipnotyzującą całość.
Salvation zaskakuje natomiast zmieniającym co kilka sekund poziomem głośności w zwrotce brzmiącej tak jakby realizator co kilka sekund przysypiał i nosem przesuwał guzik na konsolecie. No i ten refren wybuchający nagle, stawiający do pionu swoimi dźwiękami i udowadniający jak szczęśliwym można być tylko z powodu posiadania zmysłu słuchu.
Najbardziej znany singiel z albumu In Dream, czyli Life Is A Fear, doskonale oddaje charakter całej płyty. Basowy motyw rozsadzający głośniki, niebanalna fanastyczna melodia oraz takie same tekst i kolaż elektroniki i rocka. Brzmi to trochę tak, jakby Ian Curtis dorwał się do niezliczonej, dostępnej obecnie ilości instrumentów elektronicznych.
The Law to jakby młodszy brat No Harm. Najbardziej kosmicznym kawałkiem na tym albumie jest jednak jego następca, zatytułowany Our Love. To właśnie je w kółko słuchać powinni przywoływani w poprzednim poście muzycy Coldplaya, bo właśnie ten numer jest genialnym dowodem na to, że można stworzyć absolutnie przebojowy kawałek, z dyskotekowym beatem, piskliwym wokalem, klawiszem rodem z "gra i trąbi zespół Kombi", a jednocześnie będącym alternatywą przed duże "A".
Moim numerem jeden z In Dream jest jednak All The Kings, jeden z najmocniejszych kandydatów na piosenkę roku 2015. To jak ten utwór rośnie od prostego elektronicznego motywu, przez wokalną synkopę w słowach "but the beat of your heart", niesamowity refren przechodzący w jeszcze bardziej rozbudowaną drugą zwrotkę jest najlepszym dowodem dowód na geniusz zespołu Editors
Jestem absolutnie oszołomiony tym krążkiem i polecam go absolutnie każdemu. Tym bardziej, że jego dwóch najlepszych kawałków w wersji studyjnej nie ma na YT, Tu wersja akustyczna All The Kings.




sobota, 28 listopada 2015

ZIMNA GRA TRALALA

Coldplay to nigdy nie była moja muzyczna bajka. Oprócz nielicznych wyjątków ich muzyka zawsze wydawała mi się miałka i bez wyrazu. Jednym z tych kawałków, do których nie można zastosować tego określenia jawił mi się Princess of China, czyli "piosenka z Rijaną na fiuczuringu". Wtedy wydawało się, że to ciekawy eksperyment zespołu, od kilku lat widać jednak, że to raczej nowa droga Zimnej Gry. Dziś, kiedy słyszę singiel promujący nowy album zespołu, który ukaże się za tydzień mam wrażenie, że jeśli ta grupa utrzyma tempo zmian swojej twórczości na obecnym poziomie to na kolejnym krążku usłyszymy tekst w stylu:

Who is that girl,
can anyone tell me?
I can not restrain,
HONEY, RASPBERRY

Na nutę oczywiście. Natomiast Polscy fani zgromadzeni na koncercie Coldplaya, chcąc zachęcić zespół do wyjście na scenę będą krzyczeć "ZIMNA GRA, TRALALA".

niedziela, 22 listopada 2015

MUSE - DRONES

Poprzednia płyta MUSE, The 2nd Law, przekraczyła granicę, która wnosiła wartość dodaną do pięknej, dotychczasowej drogi zespołu. Brytyjscy muzycy chyba również zdali sobie z tego sprawę i tegoroczną płytę zapowiadali jako powrót do korzeni. Z wielką radością stwierdzam, iż jest to come back w wielkim stylu. Drones to krążek genialny!
Otwierające album Dead Inside to jeden z najmocniejszych kandydatów na piosenkę roku. Ten numer, z najbardziej chwytliwym rytmem od czasów Starlight, łączy w sobie przebojowość, fajne brzmienie romasujące delikatnie z elektroniką, wwiercającą się w głowę solówkę i niebanalną melodię. Najpiękniejsze jednak dzieje się w drugiej jego części. Sposób w jaki emocje w głosie Matthew rosną z każdą sekundą można nazwać jedynie epickimi, przytyka mnie za każdym razem, gdy je słyszę. Ostatnie 2 minuty tej piosenki płyną niczym rozpędzający się okręt, którego żagle stopniowo łapią coraz mocniejszy wiatr. I o ile przy Dead Inside był to powiew przyjemny to w Psycho przemienia się w prawdziwy sztorm. Pierwszy singiel z tej płyty dosłownie zmiata z powierzchni Ziemi. Moc jego każdego elementu miażdży, jest jak rozpędzony taran, którego nic nie może powsrzymać. MUSE rozpoczynało nim letnie koncerty podczas tegorocznej trasy koncertowej i na żywo jest to jeszcze większa petarda.
Zresztą na Drones znajdujemy jeszcze wiele równie mocnych pozycji, utrzymanych zarówno w szybkim jak i wolnym tempie. Reapers to przedstawiciel tych pierwszych, pełen fantastycznych zmian aranżacyjnych, w zwrotce brzmiący jak chart spuszczony ze smyczy, w łączniku jak wprawki początkującego gitarzysty a w refrenie jak trzyosobowa orkeistra symfonicza. Cóż tam się nie dzieje w tym fragmencie i jak fantastycznie to brzmi! Mało która kapela potrafi wyczarować tak wiele z kilkunastu sekund muzyki.  Z kolei Handler to, zwłaszcza w pierwszej części, utwór stosunkowo wolny ale nie ma nic wspólnego z rzewną balladą tylko także stawia człowieka „pod ścianą”, sprawia, że nie sposób nie być przy nim napiętym i rytmicznie nie kiwać głową. Wszystko dzięki soczystemu, niezwykle dosanemu riffowi, oraz wokalnemu mistrzostwu świata, które  Matthew Bellamy osiąga w refrenie tego kawałka udowadniając, że jego głos to czwarty instrument tego brytyjskiego trio. W bardzo podobnym klimacie utrzymany jest Defector niesiony przez genialny riff, jeszcze lepszą gitarową solówkę, skwierczący bas i dostaojne bębny. Aftermath to z kolei najspokojniejsza pozycja z całego albumu, kojąca i niosąca uspokojenie ale w pięknym stylu, nie w sposób „ewryfing gona bi ołrajt”. Dwa utwory zamykające siódmy krążek MUSE są wyjątkowe, każdy na swój sposób. The Globalist to najdłuższa kompozycja w historii zespołu, trwająca ponad 10 minut i czterokrotnie zmieniająca klimat. Ostatni tytułowy kawałek brzmi niczym kościelna pieśń, zaśpiewana a capella w trójgłosie i kończąca się niczym smashing hit Hoziera słowem „ejmen”.

Drones to fantastyczny, niemal pozbawiony słabych punktów koncept album o walce człowieka ze zniewoleniem.  Przypomina trochę The Wall Pink Floydów, z tymże w XXI wieku rolę złego pełnią szpiegujące i kontrolujące wszytsko drony. Przekaz jednak i co ważniejsze jakość muzyki pozostają te same.

piątek, 20 listopada 2015

#STRONGER THAN FEAR

Od zamachów w Paryżu minął tydzień. 14 listopada, czyli dzień po zamachac w stolicy Francji swój trzeci, po występach 10 i 11 listopada, koncert miało zagrać U2. Show miał być transmitowany w HBO i wydany później na DVD. Z wiadomych przyczyn koncert się nie odbył. Wczoraj i w środę Bono i spółka grali jednak w Belfaście. W pierwszych koncertach zagranych po tragicznych wydarzeniach paryskich zespół nawiązał do nich m.in. podczas City Of Blinding Lights. Film oraz więcej zdjęć możecie zobaczyć na https://twitter.com/hashtag/strongerthanfear

1-14479362912726-size3.jpg

Tegoroczna trasa zespołu jest naprawdę wyjątkowa. Podczas koncertów obok irlandzkich muzykó pojawili się już Penelope Cruz, dwóch Polaków, Noel Gallagher, Patti Smith i wielu innych. Wczoraj z kolei podczas wykonywania Angel Of Harlem, przy którym gościnnie występują z zespołem również fani wybrani przez Bono spośród widowni, na scenę zawitało dziecko. Trudno o większy i piękniejszy kontrast do tego co wydarzyło się tydzień temu.

wtorek, 17 listopada 2015

CINEMON ZAPRASZA NA KONCERTY

Wszystkim spragnionym dobrych, rockowych dźwięków na żywo polecam koncerty grupy Cinemon. Listę miejsc, w których panowie zagrają jeszcze w tym roku znajdziecie TU. A spodziewać możecie takich oto dźwięków:



Fajne, co? ;-D

niedziela, 15 listopada 2015

HOW LONG?



Kiedy kilka tygodni temu słuchałem tych piosenek na żywo wydawało się, że dotyczą wyłącznie przeszłości. Niestety tylko się wydawało. Nadal wierzę, że kiedyś przestaną być aktualne.

poniedziałek, 9 listopada 2015

MINISTERIALNE NOMINACJE MUZYCZNIE

Dzisiejszy dzień przyniósł ogłoszenie nowego składu rządu. I chociaż Bonomuza w kwestii polityki ma identyczne zdanie jak Indios Bravos w piosence Tak To Tak to dziś czas na muzyczne przedstawienie trzech nowych ministrów.  

1)


2)


3)


Można by powiedzieć "wyszło szydło z worka". A może lepiej "tiki tiki polityki".