Po zwycięstwie 2:1 nad Irladią Polska awansowała do Mistrzostw Europy w piłće nożnej i zagra w tej imprezie po raz trzeci z rzędu. Wczorajszy wieczór spędziłem na Stadionie Narodowym, na którym z racji na okoliczności wszystko wydawało się fajne, aż do momentu, gdy wodzirej, didżej, czy kimkolwiek ów ktoś był utracił kontakt z bazą i postanowił zarzucić "piosenkę tematyczną", mówiąc coś w stylu: "Drodzy Państwo, a teraz czas na wspólne wykonanie jeszcze jednego utworu, na pwno go znacie ale dla ułatwienia jej tekst będzie wyświetlany na telebimie". Po czym z głośników zaczęły płynąc pierwsze dźwięki największego przeboju Kobranocki, czyli Kocham Cię Jak Irlandię. Piosenka super, ale do teraz zastanawiam się WTF, co ów prowadzaćy didżej-pajac miał na myśli, czy jego zwoje mózgówe powiedziały coś w stylu "dobra, pokonaliśmy Irlandię, to puszcze kawałek z Irlandią w tytule"? To już lepiej było puścić Ajrisz T.LOVE'u, przynajmniej opowiada częściowo o meczu. Myślę o co chodzi i myślę ale do konstruktywnych wniosków dojść mi się nie udaje. A ludziom ewidentnie się podobało, bo przynajmniej połowa widzów została i wpatrzona w telebim wzobrażała sobie na pewno, że jest Beatą. A mnie z każdym kolejnym dźwiękiem kawałka, któy lubię ogarniał coraz większy "żal". Czy Wy rozumiecie ten przekaz didżeja?
Inna sprawa, że ludzie byli w takim stanie euforii i, w dużej mierze upojenia, że zaśpiewali by wczoraj wszystko, a najchętniej pewnie Miód Malina. Dziś, walcząc w pracy z tupotem białych mew wizualizowałem sobie wczorajsze zgormadzenie na Stadionie Narodowym śpiewające refren tego oto kawałka, bezapelacyjnego zwycięzcy Kaszana Festiwal 2015.
Ona jest przy mnie blisko
na balet przyszedł czas
tańczymy w rytmie disko
super imprezka, lans ;-D
Zabija mnie przyczynowo-skutkowa wymowa tego numeru ;-)
Ostatnie wspomnienie z Sycylii dotyczy jej najbardziej
znanego miejsca, czyli Etny, a dokładnie drodze powrotnej z wulkanu, kiedy muzyka,
która akurat dopłynęła do moich uszu stworzyła komentarz najcelniejszy z
możliwych.Te najbardziej znane miesjca, tak zwane atrakcje turystyczne często
okazują się festynem. Na szczęście Etna zadaje kłam tej teorii.
Riffugio Sapienza – najwyżej (1920 m.n.p.m.) położone
miejsce, w którem w drodze na Etnę można dojechać własnym autem. Podróż kolejką
linową na wysokość 2400 , a następnie wjazd terenówką na 2900 m.n.p.m.
Kosmiczne widoki, wszechobecna szarość, szalejący wiatr i dymiący krater na
wyciągnięcie ręki. Właśnie tak wyobrażam sobie księżyc.
Chwilę po powrocie do Riffugio, z olbrzymią radością w
sercu, że ów księżycowy krajobraz mógł zobaczyć również nasz 3,5-letni synek
startujemy w drogę powrotną do Taorminy. Pierwszy kawałek, jaki słyszymy w
radio to:
Michaelu Stipe i reszto ekipy -wracajcie na scenę!
Zapraszam na projekcję nowego, świeżutkiego niczym bagietka o poranku teledysku The Libertines. który światło dzienne ujrzał kilka godzin temu.
Recenzja ich trzeciego studyjnego albumu już za kilka dni, dziś powiem tylko, że jest rewelacyjny. Pod koniec stycznia zespół rusza w krótką trasę po Wielkiej Brytanii, będzie okazja obejrzeć Pete'a i spółkę w domu a takie koncerty są zawsze wyjątkowe. Oficjalna otwarta sprzedaż biletów startuje w najbliższy piątek o godzinie 10 polskiego czasu. Już teraz można jednak kupować bilety za pośrednictwem tego oto LINKA. Ja już swój mam, do londyńskiego koncertu pozostało 129 dni.
Castelmola – uboższa sąsiadka położonej poniżej Taorminy
obfitująca w fantastyczne widoki na niemal połowę wschodniego wybrzeża Sycylii
– to właśnie tu spędziliśmy ostatni dzień objadowej części naszej wycieczki.
Oprócz wąskich uliczek pełnych małych, kamiennych świątyń, jedną z lokalnych
atrakcji jest Bar Turrisi słynący z niezliczonej ilości męskich końcówek. Tak, qtongi
występują w tej knajpie w postaciach wszelakich: jako klamka, oparcie krzesła,
pioski do szachów, kran, karta menu i wiele innych. Zainteresowanym polecam
galerię baru.
A wszystkich zapraszam do czterech numerów z dickiem w refrenie.
1) Bloodhound
Gang – Ballad of Chasey Lane
Na początek "miłosna" ballada z happy endem w wykonaniu niepodrabialnego Bloodhound Gang. Ten kawałek zawsze będzie kojarzył mi się z jednym z amerykańskich kolegów zą pracy, który słysząc jego refren w radio w porze lunchu z miną, jak gdyby zobaczył Yeti pytał "jak to możliwe, że grają to u was przed 22?"
2) E-Rotic –
Help Me Dr. Dick
Czas na powiew oldschoolu. "Dy-dy-dy-dy-dy-dy-diper" i wszytsko jasne ;-) Być może nie jest to powód do chwały ale w mojej liczącej ponad 500 sztuk kolekcji płyt znajduje się również singiel z opowieścią o owym sławnym doktorze. I do dziś uważam, że kawałek ma "swój klimat".
3) Body Count
– Evil Dick
Dicki bywają złe i o takim właśnie opowiada Ice-T w równie oldschoolowym i jeszcze starszym niż numer 2 kawałku.
4) Rammstein - Pussy
Na kogo, jak na kogo ale na Rammsteina w temacie "końcówek" można liczyć niemal zawsze. Tu pojawiają się w odsłonach zarówno damskiej jak i męskiej. 5 lat temu, gdy piosenka dopiero, co ujrzała światło dzienne na Bonomuzie tworzyliśmy polskie tłumaczenia refrenu. Efekty były zdumiewające i możecie je sobie przypomnieć klikając TU.
To będzie bardzo emocjonalna relacja, lista flashboacków
sprzed kilkunastu godzin. Piszę ją wracając samolotem z Amsterdamu i
odtwarzając fantastyczne dwie i pół godziny, które przeżyłem wczorajszego
wieczoru.
Bono pojawia się nietypowo na końcu hali i stamtąd
przechodzi wybiegiem na główną scenę, na której w międzyczasie pojawiają się
pozostali trzej muzycy. Idąc intonuje początek Ballad of Joey Ramone czekając
na identyczną odpowiedź zgromadzonej publiczności. Ta odpowiada średnio głośno,
wokalista jest niezadowolony, kiwa głową ale raczej nie wesoło tylko z miną
mówiącą „słabo, ponuraki”. Kawałek otwierający zarówno najnowszy album jak i
wczorajszy koncert nie wypada najlepiej również ze strony zespołu. Widać, że
próbują załapać flow, nastroić się do występu, każdy na swój sposób, Adam
rozpoczyna swój callanetics z basem, Edge macha gryfem, Bono statywem. Larry,
jak to Larry, po prostu bębni. Brzmi to wszystko jednak średnio, tak jakby
każdy muzyk grał własną sztukę.
To jednak tylko złe
miłego początki, po nim rozpoczyna się petarda czadu. Najpierw Out of Control,
zespół ewidentnie przełamuje pierwotną niemoc, pierwszy singiel w historii
zespołu brzmi już świetnie. A kiedy po nim słyszymy „uno, dos, tres, catorce”
rozpoczynające Vertigo odnosni się wrażenie, że również zgromadzona
publiczność, przez pierwsze 2 kawałki ospała wreszcie obudziła się i jest
gotowa na dalsze muzyczne cuda. Vertigo rozwala system, Ziggo Dome unosi się
kilka metrów nad ziemię. Czadową trójkę dopełnia I Will Follow dorównujące mocą
poprzednim dwóm utworom. Bono przekonuje się ostatecznie, że będzie dobrze,
łapie luz i zaczyna nawijkę. Mówi o tym, że U2 bardzo lubi przebywać w Holandii
i że pomiędzy czterema koncertami, które zagrali w tym tygodniu w Amsterdamie
odwiedzili plażę (Zaandwort), na której razem z Antonem Corbijnem zrobili
mnóstwo zdjęć będących mocnymi kandydatami na artwork do nowej płyty Songs of
Experience. Po tej zapowiedzi przyszedł czas na kilka numerów z Songs of
Innocence. Na początek Iris poprzedzone wspomnieniami Bono o swojej matce,
która zmarła, gdy miał 14 lat. „When she left me, she left me an artist” – mówi
i śpiewa do ogromnego telebimu, a raczej dwóch równolegle umieszczonych
telebimów zwisających wzdłuż całej hali,
na których widać zdjęcie ślubne Iris Hewson oraz scenę, gdy biega dookoła po
łące.
Kolejny kawałek i kolejne wspomnienia – Cedarwood Road, ulica, przy
której wychował się Bono. Z ogromnego telebimu wysuwają się schody, po których
wokalista wchodzi, chowa się między telebimy i od tej pory staje się żywym
elementem wśród scenografii pokazwyanej na ekranach. Widzimy na ich animowaną
Cedarwood Road i „żywego”-prawdziwego Bono spacerującego po niej, spotykającego
kolegów, mijającego drzewa i samochody. Daje to fantastyczny i bardzo ciekawy
efekt. Podczas pierwszych dźwięków Song For Someone na telebimie pojawia się
obraz w mieszkania, w którego sypialni „rysunkowy” wokalista siedzi i gra na
gitarze. To ja w wieku 18 lat – mówi Bono – piszę piosenkę dla Alisson. Piszę
ją do dziś, nadal staram się jej zaimponować.
Po wspominkach przyjemnych nadchodzi czas na przypomnienie
wydarzeń tragicznych. Larry wstaje od perkusji, zakłada na szyję werbel,
zaczyna wybijąc rytm wolnym krokiem maszeruje wzdłuż wybiegu. Dołączają do
niego Edge i Adam, zaczynają grać Sunday Bloody Sunday w zwolnionej, jakby
pogrzebowej, niesamowitej wersji utworu. Przechodzą mnie ciarki, ta piosenka
nigdy nie brzmiała tak dosadnie, nawet w wersji z Red Rocks z 1983 roku,
wolniejsze tempo pozwala bardziej skupić się na przerażającej historii, o
której opowiada. Zwłaszcza, że na ekranie na tle rysunkowych domów pojawiają
się twarze osób, które zginęły w tamtym bombowym zamachu. Bono płaczliwym
głosem wykrzykuje imiona i nazwiska każdego z nich. Gdy utwór wybrzmiewa do
końca na środku wybiegu pozostaje tylko Larry, kilka razy uderza w werbel, po
czym telebim oraz głośniki „wybuchają”. Raised by Wolves to nowa piosenka U2 o
podobnej tematyce. Słyszymy ją zaraz po Krwawej Niedzieli, świetnie wypada początek
z Bono „oddychającym” do mikrofonu, to mój ulubiony kawałek z nowej płyty ale
mi w głowie ciągle siedzi jeszcze Sunday Bloody Sunday.
Przez chwilę nie mogę
się otrząsnąć. Ostatecznie dochodzę do siebie słysząc pierwsze dźwięki Until
The End of The World. Ten kawałek zawsze brzmi fantastycznie, zawsze myślę, że
jego riff był zalążkiem płyty Achtung Baby co słychać na jam sessions z tego
okresu. Zespół ten numer po prostu uwielbia i czuć to na scenie. Tradycyjny
„pojedynek” wokalisty z gitarzystą pod jego koniec tym razem zastępuję
wypluwanie wody przez wielką twarz Bono widoczną na ekranie na Edga, który gra
na wybiegu. Po Untilu z sufitu zjeżdża kilka żółtych płacht, ekran zabarwia się
na zółto, zespół znika ze sceny a z głośników słyszymy remix The Fly. Na
telebimie co chwilę zmieniają się napisy znane z trasy Zoo TV, „Everything You
Know Is Wrong”, „Watch More TV”, itd.
Zespół ponownie pojawia się w środku telebimu, zwrócony w
cztery strony świata gra Invisible. I znowu ten nowy początek jest słabszy,
gdyż marna jest po prostu ta piosenka. To tylko chwila bo Even Better Than The
Real Thing wynagradza z nawiązką poprzednie słabsze 4 minuty. Na podzielonym na
cztery równe części ekranie widzimy muzyków kręcących się jak w teledysku lub
ich rozpływające się twarze. Następnie zespół przechodzi na małą, okrągłą scenę na końcu sali, Bono wyciąga z tłumu
dziewczynę w koszulce Ramones, zespół nie gra jednak żadnego
„tango-przytulango” tylko Mysterius Ways, podczas którego szczęśliwa fanka
skacze jak szalona, tańczy wokół całej czwórki. To duży kontrast w porównaniu z
poprzednimi tańcami Bono z dziewczynami, ten jest o wiele ciekawszy i bardziej dynamiczny.
Po piosence Bono rozmawia przez dłuższą chwilę z wybrańczynią, ma na imię
Nicole, jest z Amsterdamu i czuła, że koszulka Ramones pomoże się jej znaleźć
na scenie. Wokalista prosi ją aby stała się operatorem przy następnej piosence,
przekazywanej na żywo przez webcast. Jest to debiut na tej trasie koncertowej i
niestety dla mnie jest to Magnificent, którego zdecydowanie nie darzę uczuciem
pozytywnym. „Teraz czas na kolejny eksperyment” – mówi Bono, a Edge w tym samym
czasie chwyta za akustyczną gitarę i zaczyna grać The Sweetest Thing. W
powietrzu czuć spontan, choć również ten kawałek nie należy do moich ulubionych
to widać, słychać i czuć ze U2 jest w fanastycznej formie i wspólne granie
sprawia im autentyczną przyjemność.
Ja natomiast kompletnie odlatuję przy kolejnym utworze
dedykowanym zmarłemu kilkanaście miesięcy temu członkowi rodziny królewskiej. Wierzyłem, że U2 będzie
grało na tej trasie Every Breaking Wave właśnie w wersji akustycznej. Nie
potrafię opisać jak piękne kilkaset sekund to było, rewelacyjny, porażający
wokal, delikatny fortepianowy akompaniament Edga, telefon w mojej dłoni
transmitujący ten magiczny utwór do Polski i ogromne wzruszenie. A po nim
kolejny rarytas, czyli rzadko grywany w ostatnich latach October.
Po spokojniejszej części koncertu następuje uderzenie Bullet
The Blue Sky. Słyszałem lepsze wykonania tego numeru ale nigdy nie słyszałem na
żywo następującej po nim Zooropy. Cieszę się przy niej jak dziecko. A zagrane
po niej Where The Streets Have No Name i Pride brzmią tak, jakby zostały
napisane kilkanaście dni a nie lat temu. Nie pamiętam tak dynamicznych i
świetnych wykonań tych dwóch kawałków. Na wcześniejszych koncertach U2, mimo
ogromnego sentymentu, przywodziły raczej do głowy myśl, że może nie powinny być
więcej grane, gdyż nie mają w sobie tego pokładu emocjonalnego i energetycznego
co kiedyś. Wczoraj miały gigantyczną dawkę mocy i piękna. Podobnie jak Shine
Like Stars kończące With Or Without You oraz zasadniczą część koncertu. Dwie
godziny minęły jak dwie minuty. Na szczęście to jeszcze nie był koniec.
Bisy rozpoczyna City Of Blinding Lights z przesłaniem
Amnesty International #Refugees Welcome. Po piosence Bono mówi ponad 2
minuty o sytuacji z uchodźcami, przestrzegał przed nazywaniem jej kryzysem,
cieszy się z marszów poparcia, które odbyły się w sobotę w Europie i namawia do pomocy. Z tego tematu wokalista przechodzi płynnie do tematu dzieci chorych
na HIV, mówiąc, że za 5 lat znany już będzie sposób aby dzieci chorych rodziców
rodziły się zdrowe. Następnie U2 wykonuje krótki cover jednej z piosenek Paula
Simona oraz pięknie puentujący dzisiejszy koncert Beautiful Day. To nie jest jednak pożegnanie. Ku mojej wielkiej radości z głośników rozległy się
bowiem pierwsze dźwięki Bad. W trakcie jego trwania Bono bierze od jednego z
fanów flagę Irlandii i rozkłada ją na scenie. W końcowej fazie piosenki
mówi: "my mamy już pokój w naszym kraju ponieważ kilka osób miało odwagę
osiągnąć kompromis" i sugeruje walkę o pokój na całym świecie, gdyż w
Irlandii jeszcze kilkanaście lat temu osiągnięcie takiego stanu wydawało się
niemożliwe.
I wtedy właśnie dzieją się kolejne dwa magiczne momenty
podczas tego koncertu, oba pokazujące, że zespół stać nadal na zaskakujące
ruchy, że nie gra tylko „od do” i reaguje na wydarzenia na bieżąco. Kiedy w
końcowej partii utworu śpiewanej przez publiczność słowa „let it go” także w
potencjalnie ostatnim kółku, które normalnie skończyło by utwór, nadal mają wysoki poziom decybeli Bono pokazuje reszcie zespołu „gramy dalej”. Po chwili w
dźwięki Bad wplątuje snippet 40. „How long we’ll sing this song”. Trwa to
ponad minutę i kończy się chóralnym śpiewem publiki. Przy piątej czy szóstej
powtórce Edge zaczyna coś brzdąkać na gitarze a po kilku sekundach zespół po
prostu gra całą „czterdziestkę”. Nawet jeśli było to zaplanowane wcześniej
to wyglądało na mega spontaniczne i było po prostu przepiękne. Zloty U2 w
Polsce kończyły się zawsze grupowym odśpiewaniem tej właśnie piosenki, teraz po
raz pierwszy skończył się nią „mój” koncert U2, zdecydowanie najpiękniejszy i
najlepszy z dziesięciu na których byłem. Pod koniec piosenki Bono kilkakrotnie
rozświetla trybuny i płytę reflektorem, członkowie zespołu po kolei schodzą ze sceny wyjściem na końcu sali, tym samym, którym Bono pojawił się na
hali dwie i pół godziny wcześniej. To było jedne z najpiękniejszych 150 minut w
moim życiu.
Za kilka godzin rozpocznie się dziesiąty koncert U2, na którym będę. Bono i spółka zagrają w Amsterdamie po raz czwarty w tym tygodniu. Wczoraj podjąłem skazaną na niepowodzenie próbę zdobycia biletu również na trzeci amsterdamski show. Sprrzedających nie było, chętnych na kupno kilkunastu, zobaczyłem natomiast z bliska arenę, na którą za chwilę ruszam oraz 21 ciężarówek, którymi jeździ scena i pozostały koncertowy sprzęt zespołu.
Nie mam pojęcia co Panowie zagrają, udało mi się nie poznać żadnej setlisty z dotychczasowej trasy, nie widziałem choćby ułamka sekundy z tegorocznych koncertów, zajarka jest więc ogromna. Mam cztery marzenia na swój jubileuszowy koncert zespołu mojego życia, dwie realne, dwie nie za bardzo. Numery, które mam nadzieję dziś usłyszeć to:
1) Please
Nigdy nie zapomnę wersji koncertowej z trasy POP Mart, zwłaszcza jej miażdżącej końcówki. Ten kawałek to moje dzisiejsze marzenie numer 1.
2) Acrobat
Tak naprawdę kawałkiem, który najbardziej chciałbym usłyszeć na kocercie U2 jest oczywiście. Jako jednak, że jego wykonanie na żywo nie zdarzyło się chyba jeszcze nigdy od 24 lat, czyli od czasu powstania tej piosenki, wiara w jego usłyszenie akurat dziś jest jednak znikoma. No chyba, że zaczęli grać Acrobata w tym roku. Odlecę wtedy kosmos!
3) Red Hill Mining Town
Ta piękna część The Joshua Tree to też raczej pewnie marzenie ściętej głowy, nie sądzę bowiem, żeby Bono mógł sobie jeszcze pozwolić na narażanie głosu śpiewaniem refrenu tego utworu. Choć z drugiej strony 5 lat temu nie wierzyłem, że usłyszę kiedykolwiek na koncercie MOthers of Dissappeared a stało się tak w Istambule.
4) Kite
Jedna z najpiękniejszych piosenek U2, niedoceniana, podobnie jak cały album All That You Can't Leave Behind. Podczas koncertu w Wiedniuu w 2001 roku stojąc w trzecim rzędzie w serduszku w środku sceny wydzielonym dla kilkuste osób miałem wrażenie, że Bono śpiewa mi te fanastyczne słowa prosto w twarz,
Who's to say where the wind will take you?
Who's to say what it is will break you?
I don't know, which way the wind will blow
Nie wiem, w którą stronę zawieje wiatr podczas dzisiejszego koncertu ale czuję, że będzie pięknie.
Podczas przemieszczania się po wyspie towarzyszą nam na
zmianę dwie tutejsze rozgłośnie: Radio KISS KISS albo Radio Virgin. To pierwsze
nadaje muzykę przeróżną, to drugie zdecydowanie rockową. Po kilku dniach
słuchania z radością mogę stwierdzić, że obie stacje nie mają chyba sztywnej
playlisty. Na KISS KISS jedyną często powtarzającą się piosenką jest El Perdon,
czyli nowy hit Enrique Pleksiglassa, a na Virgin najczęściej granym kawałkiem
jest Coming For You Offspringa. Brak setlisty skutkuje takimi miłymi dla ucha
niespodziankami, jak dawno niesłyszane w polskim eterze starsze kawałki w
wykonaniu U2, jak choćby Staring At The Sun czy Everlasting Love. Przydało by
się przysłać tu na odsłuch kilku dyrektorów programowych polskich rozgłośni.
Słuchając tutejszego radio obudziła się we mnie tęskonta za kształtem i
brzmieniem polskich stacji z pierwszej połowy lat 90-tych, kiedy każdy kolejny
song był niespodzianką, instrumentalne intro oraz słowa prowadzącego audycję
nie musiały trwać maksymanie 10 sekund,
a radio było naprawdę „żywe”. Do tamtych radiowych czasów moja „love”
jest prawdziwie „everlasting”.
Po 24 godzinach w przeskomicznym, średniowiecznym miasteczku
Erice i odwiedzeniu rezerwatu Zingaro udaliśmy się na zasłużony plażing do
Mondello. Prawie bezpośrednio, gdyż po drodze postanowiliśmy wrócić na chwilę
do Trapani zamienić wypożyczony samochód, gdyż nasz Citroen C3 miał może i
fajny panoramiczny dach ale w bonusie także zatarty swego czasu silnik, co
powodowało, że pod górę ledwo co wspinał się na „jedynce”.
Tak, czy owak to właśnie w Mondello Filip zadebiutował w
roli gościa hostelu i, ku naszej radości, bardzo mu się to spodobało. Ostro
pojechana właścicielka poleciła nam na następny dzień odwiedzenie plaży L’ombelico
del mondo. Tak naprawdę był to bar niedaleko plaży, odwiedziliśmy, było super.
Od tej chwili z głowy nie może wyjść mi kawałek o tytule tożsamym z nazwą
knajpy:
Chwilę po zejściu z plaży przekonałem się, a jeszcze bardziej
nasz wypożyczony Fiat Punto, że Sycylijczycy zdecydowanie mają odrębnego stajla
jeśli chodzi o prowadzenie auta, zwłaszcza ustępowanie pieszym na pasach,
włączanie się do ruchu i parkowanie. Byłem już w kilku miejscach słynących z hardkorowego stylu jazdy miejscowych ale Sycylia zdecydowanie zwycięża w tej klasyfikacji. Tego, że aby przejść przez ulicę trzeba
po prostu na nią wtargnąć, nie zważając na złorzeczenia kierowców, dođwiadcztłem już wcześniej. Tym razem spotkałem straszego wąsa, który dobitnie udowdnił
mi, że parkowanie kopert bez obtarcia sąsiada prakktycznie nie jest możliwe.
Nasz srebrny, wypożyczony Punto zyskał na tylnym zderzaku nową czarno-szarą
„ozdobę”. Trzymam się jednak maksymy Laski: „Nie bądź takim materialistą,
trzeba się wyluzowac” ;-D
Najbardziej znana plaża Trapani nazywa się Lido Paradiso. Wstęp
płatny ale w ramach biletu bogata infrastruktura dziecięca, plac zabaw, mały
basen i dużo sprzętu wodnego. Przez dłuższą chwilę miałem wrażenie, że kolejną
atrakcją tego miejsca jest pytanie się nawzajem o orientację seksualną. Już
przy płatności za bilet miła kasjerka wspomniała coś o „pedalo”. Myślałem, że
się przesłyszałem ale kiedy kilka minut wcześniej podszedł do mnie ratownik i
spytał: „pedalo?” zrobiło mi się dziwnie. Już miałem pytać czy chce mnie
obrazić, kiedy ten podobnym pytanie obdarzył mojego 3-letniego syna. „Pedalo”?
Fafancullo, stronzo, cornutto – zastanawiałem się, od którego słowa zacząć
dalszą dyskusję z ratownikiem, gdyż więcej obelg po włosku nie znam. I kiedy
miałem wypowiedzieć to pierwsze do ratownika podbiegł inny facet drąc się: „pedalo”?!?.
To jakiś flash mob czy inny performance? – pomyślałem. A ratownik z uśmiechem
do tego zioma: „si, si , pedalo”. Po czym wskazał na taki oto stojący w wodzie
przedmiot:
;-))))
Pierwszy dzień na Sycylii upłynąl więc pod znakiem
orientacji seksualnej. A skoro mowa o tej odmiennej, czas na kultowe w tym
kręgu Irejża.
Nie przypuszczałem, że pierwszy obrazek, jaki zapamiętam z
wyjazdu na Sycylię będzie miał tło lotniska w Modlinie. Kiedy boarding wkroczył
w fazę ostatniego wezwania wychodząc z terminalu na pas startowy (jeśli ktoś
nie był to właśnie tak to się odbywa w tym miejscu, pasażerowie czekają na
wejście do samolotu na zewnątrz, obserwując m.in. jak maszyna jest tankowana)
moją uwagę zwrócił róż. Róż walizki, która utknęła w banerze służącym do
sprawdzania dopuszczalnej wielkości bagażu podręcznego i z którą bezskutecznie
siłował się około 50-letni Włoch do złudzenia przypominiający Gigi d’Agostino.
Szarpał, sapał i charczał w asyście ochorniarza z Modlina. Stojąca obok
małżonka Gigi, prawdopodobnie właścicielka owego różowego cudeńka na przemian
załamywała ręcę, jodłowała i krzyczała „fafankullo”. Jak się domyślacie cała
historia zaczęła się od pomysłu stewardessy sprawdzającej karty pokładowe, iż
ów różowe ten teges jest troszeczku za duże i należało by je zmierzyć aby
sprawdzić, czy rozmiar walizki nie uprawnia do pobrania dodatkowej opłaty. No i
w sumie czujna pracownica lotniska miała rację, walizka była za dużo, głównym
problemem stał się jednak nie fakt potencjalnej dopałaty tylko pytanie czy ów
róż uda się wnieść na podkład, a raczej wyjąć z baneru do mierzenia. Udało się
po 10 minutach, w fazę końcową operacji zaangażowane były 4 osoby. Kiedy waliza
z powrotem trafiła w ręce właścicielki Italiano skierował w stronę obsługi
naziemnej kilkakrotnie powtórzone „stronzo” po czym... został poproszony o
okazanie karty pokładowej. Prośba w normalnych okolicznościach byłaby
standardowa. W tym przypadku Gigi wyszedł z siebie i odezwał się w ten deseń:
’’
A tak w ogóle to zarówno oryginalny Gigi jak I ten z
powyższej historii wyglądaja tak:
Jak co roku 1 sierpnia w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego słuchamy kolejnych utworów z albumu Lao Che. W tym roku czas na Przebicie do Śródmieścia. Wstrząsające.
Już za dwie i pół godziny na scenę Stadionu Narodowego wyjdą członkowie AC piorun DC zamykając europejską część trasy koncertowej Rock or Bust. Wyglądam przez okno i widzę, że nad Saską Kępą pojawi się dziś znacznie więcej niż jeden piorun. Jeszcze 2 lata temu nie było mi po drodze z tą australijską
kapelą, sama muza superowo ale wokal delikatnie mnie „przerastał”. Kilkanaście
miesięcy temu owa niechęć minęła i dziś nie mogę się doczekać aż usłyszę na
żywo Angusa i spółkę. Kto wie, czy nie jest to ostatnia szansa. Zapraszam na
cztery moje ulubione numery ACDC.
1. You Shook Me All Night Long
Myślę, że trudno wymyślić jest bardziej rockowy kawałek, kocham każdą jego nutę ukazującą piękno gitarowej muzyki.
2. Rock'n'Roll Train
W kawału o rockendrollowym pociągu Angus Young po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem jeśli chodzi o tworzenie gitarowych riffów łączących czad z przebojowością.
3. Thunderstruck
Ten kawałek kosił mnie nawet w czasach niechęci do tego zespołu. Kojarzą mi się z nim czasy późnej podstawówki spędzanej "za blokiem", kiedy na melodię początku kawałka śpiewaliśmy "maa aa aa aaa aa KA RON" - gdy tylko w pobliżu pojawiły się nielubiana sąsiadka o nazwisku Makarewicz.
4. Highway To Hell
Wybór tego kawałka do najlepszej czwórki jest może dość oczywisty i banalny ale kto z Was nie uczył się gry na gitarze właśnie na nim? No i pamiętne wykonanie z Idola: "ja jadę drogą do piekła".
Z okazji czterdziestych urodzin Jacka White'a Cztery Numery poświęcimy dziś jego ostatnim trzem projektom. Sto lat panie Biały, dużo muzycznej radości i weny oraz reaktywacji The White Stripes ;-)
1) I Just Don't Know What To Do With Myself
Na początek mój ulubiony kawałek z ulubionej grupy Jacka. Ta piosenka doskonale pokazuje to, co w twóczości Białego najpiękniejsze. Prostota, genialna ekspresja wokalna, zmienność nastroju, czad! Gdy słyszę ten utwór też często nie wiem co ze sobą zrobić. Nigdy nie zapomnę gdyńskiego koncertu Białych Pasków, kosmicznych technicznych oraz dzisiejszego jubilata mówiącego po polsku i biegającego od jednego do drugiego instrumentami.
W tym roku na Openerze pojawiłem się tylko drugiego dnia. Line
up tegorocznego festiwalu choć ciekawy miał dla mnie braki na pozycji
headlinerów, bo ani Mumford & Sons, po dziwnej zmianie stylistycznej, ani tym bardziej Drake w moim odczuciu
na takie miano nie zasługują. Główną gwiazdą czwartkowego wieczoru był zespół
The Libertines, najważniejszy powód, dla którego wybrałem się do Gdyni. Tego
dnia na trzech festiwalowych scenach działo się jednak dużo więcej dobra.
Wchodząc na teren lotniska w Babich Dołach słyszałem z
oddali ostatnie dźwięki wydawane przez Toma Odella. Chwilę później pod namiotem
instalował się Fisz, ponieważ jednak rybę jadłem wcześniej w drodze do
Trójmiasta czas jego występu poświęciłem na zwiedzanie festiwalowego terenu. W
zeszłym roku nie pojechałem na Openera pierwszy raz od roku 2005 chciałem więc
zobaczyć co zmieniło się przez ten czas. Pierwszą zmianą, in minus, była zmiana
ceny kuponu, a co za tym idzie piwa. Na szczęście pozostałe organizacyjne
nowinki były już pozytywne: tradycyjne „budy” czy „namioty z żarciem” zostały w
dużej mierze zastąpione przez modne teraz food trucki, dzięki czemu repertuar
dostępnego na terenie festiwalu jedzenia
uległ znacznemu urozmaiceniu. Wreszcie też dostępne są różne rodzaje piwa, w
tym także Paulaner czy różne rodzaje Żywca, super pomysł. Przejdźmy jednak
do muzyki.
Pierwszy zespół, który usłyszałem na tegorocznym Openerze to
Enter Shikari. Elegancki strój wokalisty nijak miał się do szaleństw, które
prezentował na scenie. Brytyjczycy zaprezentowali kawał świetnej muzyki, szkoda
tylko, że nie grali po zmroku, wtedy szaleństwo pod sceną byłoby pewnie jeszcze
większe i liczniejsze. Końcówkę koncertu musiałem odpuścić nie chcąc się
spóźnić na Eagles of Death Metal grających na przeciwległym końcu, czyli w
namiocie. To, co prezentuje na scenie pan Wąsacz z kolegami nie jest do końca
moją bajką, nadal nie wiem czy te wąsy, szelki i przepocony olschoolowy
podkoszulek to na poważnie czy dla jaj ale trzeba przyznać, że Orły absolutnie
zawładnęły tłumem zgromadzonym pod Tent Stage. Porcja surowego, fajnego, mocno
gitarowego grania, świetny kontakt wokalisty z publiką sprawiły, iż od wielu
osób słyszałem iż był to najlepszy koncert z całego dnia.
W jego drugiej
połowie przeniosłem się jednak na Alter Stage, posłuchać znajdującego się na
zupełnie przeciwległym muzycznym biegunie Fismolla. Delikatne, akustyczne
granie, wokalista wchodzący często w rejestry dostępne raczej dla kobiet i
piękna, delikatna muzyka słuchana w wielkim skupieniu – tak można opisać ten
koncert jednym zdaniem.
Wraz z jego końcem nastąpił początek tego, na który
czekałem najbardziej. Miałem poważne obawy czy ten koncert w ogóle się
odbędzie: najpierw tuż po jego ogłoszeniu, wiadomo bowiem jak hardkorowo lubią
bawić się jego członkowie, obawiałem się więc, że z trasy koncertowej mogą
szybko zostać skierowani na kolejny odwyk. Potem moja schiza narastał z dnia na
dzień, ponieważ o gdyńskim koncercie nie było ani słowa zarówno na oficjalnej
stronie zespołu, jak i ich profilach na Facebooku czy Twitterze. Na szczęście
dojechali na czas i w komplecie.
Niestety pod sceną było dość pusto Szczerze
nie pamiętam, żeby na żadnej edycji jakikolwiek headliner zgromadził tak
nieliczną publiczność. Dziwne to było dla mnie ogromnie, The Libertines nigdy w
Polsce nie grali, ich powrót na scenę, jakby nie patrzeć jest sporym muzycznym
wydarzeniem, a przede wszystkim to zespół, który w swoim repertuarze ma
niezliczoną ilość fenomenalnych utworów. Z drugiej strony publiczność festiwalu
odmładza się, za czym idzie również zmiana muzycznych gustów i tego co jest
cool. W zeszłym tygodniu wjeżdżając windą do pracy odbyłem z koleżanką
krótką rozmowę, która najlepiej obrazuje to, o czym piszę:
- Cześć, jedziesz na
Openera? – pytam.
- Chyba tylko na sobotę, będzie Discolsure! A ty?
- Ja tylko na czwartek.
-A co gra?
- The Libertines.
- A co to jest?
Patrząc na frekwencję pod główną sceną widać, że owo pytanie
zadawało sobie sporo innych uczestników festiwalu. I wielu z nich nie chciało
się przyjść i sprawdzić na nie odpowiedzi. Na szczęście nie przeszkodziło to
zespołowi zagrać fenomenalnego setu pełnego muzycznego piękna. Przed koncertem
zastanawiałem się czy stanąć na wysokości wieży dźwiękowców zapewniając sobie
najlepsze możliwe audio czy „uderzyć w zabawę” i pchać się pod przednie barierki.
Ostatecznie postawiłem na to drugie i choć jakość dźwięku jak to zwykle pod
samą sceną była średnia, wiadomo, jeśli chce się nagłośnić tak wielki teren z
przodu dźwięk nie może być selektywny, to wyskakałem się jak kangur na
australijskiej autostradzie. The Libertines nie używają przesterowanych gitar,
ich muzyka wydaję się być dość spokojna jednak momentami na ich koncercie jazda
była jak na punkowym koncercie. Świetnie było się „poobijać” przy tak pięknych
dźwiękach, żałuję tylko, że nie mogę tego samego koncertu przeżyć jeszcze raz i
po prostu go posłuchać. Cieszę się, że mogłem usłyszeć Music When The Lights Go
Out, czy
zobaczyć typowe dla tej grupy śpiewanie przez Carla i Pete’a twarzą w twarz do jednego mikrofonu oraz gromadzenie się przy perkusji tyłem do widzów
przez rozpoczęciem kolejnego kawałka.
Ciekawym widokiem był też sposób zmiany
gitary przez tego drugiego. Zarówno pod koniec głównej części koncertu i jak i
bisów Doherty zdejmując instrument ciskał nim na kilkanaście metrów w kierunku
technicznego, który za każdym razem chwytał ją ze sprawnością bejsbolowego
łapacza. Zjawiskowe to i dość ryzykowne. Na scenie widać było podział między
dwiema gwiazdami zespołu i sekcją rytmiczną, w tym sensie, że show robili Pete
i Carl, grający na basie John stał niemal zawsze mocno z boku, skoncentrowany
tylko na graniu. Obiektywnie trzeba stwierdzić, że dla kogoś niezaangażowanego
nie był to pewnie wielki koncert, nie było w nim fajerwerków w postaci efektów
specjalnych, nietypowych świateł czy nawet scenografii, na którą składała się
jedynie wielka płachta przedstawiająca debiutancki album zespołu. Dla mnie było
to jednak coś wspaniałego i cieszę się, że braku tych dodatkowych elementów, bo
przy tak genialnej muzyce były po prostu niepotrzebne. Zespół zaprezentował również nowy kawałek, który mam
nadzieje jest zwiastunem nowej płyty. Oby, powtórka koncertu w przyszłym roku
mile widziana.
Drugim zespołem, na zobaczeniu którego zależało mi w ten
czwartek najbardziej było Django Django. Niestety ich występ w ponad połowie
pokrywał się z The Libertines, a dodając do tego czas potrzebny do przejście
spod jednej pod drugą przeciwległą scenę załapałem się jedynie na trzy ostatnie
utwory. Szału niestety nie było, jakoś blado to wypadało w porównaniu do wydarzeń sprzed chwili.
Największym pozytywnym zaskoczeniem okazali się Major Lazer,
którzy byli dla mnie przed koncertem wielką niewiadomą, słyszałem pojedyncze
rzeczy i raczej nie wybrałbym się na ich indywidualny koncert. Po tym, co
zobaczyłem na Openerze to stwierdzenie przestało być aktualne. Na żywo ich
taneczno-elektroniczne kawałki wypadły dużo ciekawiej i mocniej, powodując, że
australijski kangur w mojej naturze uruchomił się tego dnia po raz kolejny. I o
ile do tego momentu wydawało mi się, że z frekwencją jest nie najlepiej to pod
główną sceną na Major Lazer było naprawdę tłoczno.
Było na tyle fajnie, że aż
szkoda mi było oddalać się przed końcem ich występu, o pierwszej pod namiotem
zaczynali jednak Curly Heads, autorzy genialnego albumu, numeru dwa w moim
zeszłorocznym zestawieniu płyt roku, których nie widziałem jeszcze na żywo. Po
tym koncercie tylko upewniłem się, że dawno na polskiej muzycznej scenie nie
pojawiła się tak świetna grupa. Zagrane na początek Synthlove powaliło mnie na
kolana, niesamowity klimat kawałka, porażający ekspresją głos Dawida wykonany w
sposób, którego nie powstydziłby się żaden zespół na świecie. Kolejne kawałki potwierdzały
tylko wielki potencjał koncertowy zespołu. Około połowy przeniosłem się na tył
namiotu, gdyż z przodu dźwięk opierał się bardziej na mocy niż jakości. Z tej
perspektywy było widać jeszcze lepiej jak świetną muzyczną maszyną są Curly
Heads.
Zamknięciem festiwalowego dnia było wracające po przerwie
Faithless. Widziałem już tą grupę na pierwszym swoim Openerze w 2005 roku a
jako, że nie jestem mega fanem muzyki elektronicznej
emocji wielkich ten come back we mnie nie wzbudzał. Koncert był jednak bardzo
dobrym zwieńczeniem świetnego festiwalowego dnia, dobrze wykonany, skutecznie
bujający ludzi do tańca, profesjonalny. Teren Babich Dołów opuszczałem wraz ze
wschodem słońca. Szczęśliwy.
Bohaterem pierwszego odcinka Czterech Numerów jest zespół, którego koncert widziałem w czwartkowy wieczór, i który od tego czasu absolutnie nie chce mi wyjść z głowy. Mam nadzieję, że panowie ogarnęli się z nałogów na dobre i wkrótce doczekamy się nowego albumu The Libertines. Na razie zapraszam na krótką podróż po ich dotychczasowych muzycznych delicjach.
1)When The Lights Go Out
To obecnie mój numer jeden w kategorii najpiękniejsze piosenki świata. Genialna melodia, dobry tekst i zmiana tempa w refrenie. Prawdziwe, muzyczne cudo.
2) Boys In The Band
Fenomenalny przykład z debiutanckiego albumu jak czadowo może brzmieć gitara bez przesteru.
3) What a Waster
Niezmiennie rozwala mnie w tym kawałku końcowy dialog dwóch gitar będący prawdziwą wiśnią na muzycznym torcie.
4) Last Post on the Bugle
Druga piosenka z drugiej, fenomenalnej płyty zatytułowanej po prostu The Libertines.
Nigdy nie zapomnę dnia kiedy w bloku podłączyli nam kablówkę. Niemal w całości spędziłem go oglądając MTV, kanał wtedy nadający na okrągło muzykę. Kontakt z niezliczoną ilością teledysków do piosenek, które znałem tylko z radio był dla mnie odkryciem na poziomie tego, którego dokonał Kolumb 500 lat wcześnie. Młodszym czytelnikom zadającym sobie właśnie pytanie WTF przypominam, że w 1992 roku nie było youtube'a i aby zobaczyć klip ulubionego artysty trzeba było na niego trafić.
Jedną z moich ulubionych audycji na MTV było 3 from 1, banalna i genialna w swojej prostocie, prezentująca trzy klipy danego artysty. To właśnie do niej nawiązuje nowy cykl Bonomuzy. Z tymże zamiast trzech będziemy tu prezentować cztery numery jednego wykonawcy lub na jeden temat.
Na pierwszym dniu festiwalu pojawiłem się około 17:30 i aż
do samego końca nie nudziłem się ani sekundy, mało tego, każda minuta
pierwszego dnia wypełniona była świetną muzyką. Mela Koteluk to nie moja muzyczna bajka, jej koncertu na
Warsaw Stage czyli w namiocie słuchałem więc konsumując przedwczesną,
festiwalową kolację. Ładne, profesjonalnie wykonane piosenki w wersjach nie
różniących się od tych, które znam z radio. O 18 na Rochstar Crew Stage, najmniejszej festiwalowej
scenie wystąpił polski Terrific Sunday. Ich koncert zgromadził ledwie
kilkadziesiąt osób, być może w porywach była ich setka, a szkoda bo zespół
zaprezentował kawał porządnej muzyki, z ciekawym wokalem i fajnymi aranżacjami
kawałków w stylu przypominającym momentami Placebo.
Chwilę później na Orange Stage - głównej scenie
zainstalowali się Crystal Fighters. Kto choć raz widział Wojowników wie, że
każda sekunda ich show to istny żywioł. Tradycja
została podtrzymana, mimo dość trudnej pory koncertu. Statywy mikrofonów
ozdobione kwiatami, białe stroje muzyków, taniec i wiecznie uśmiechnięte twarze
wokalistek, wokalista z głosem niczym Żwirek lub Muchomorek, folkowe dźwięki,
chwytliwe melodie i elementy elektro w połączeniu dające klimat fantastycznej,
tanecznej imprezy odbywającej się gdzieś w ciepłej krainie szczęśliwości i
radości. W dodatku mój zdecydowany faworyt z repertuaru Crystal Fighters czyli
I Love London jak zwykle rozwalił system.
Nigdy wcześniej nie widziałem na żywo Afromental, nie znałem
też specjalnie ich twórczości, mimo iż kilka osób przekonywało mnie iż "to
zdolne chłopaki". Kilka kawałków, które usłyszałem w ich wykonaniu na OWF
zdają się potwierdzać tą tezę, wkręcająca, świetnie wykonana muza łącząca wiele
gatunków sprawiła iż po wybrzmieniu każdej z piosenek chciałem powiedzieć
"szacun". Czar prysł kiedy Łozo się odezwał. Jego nawijka miała chyba
w założeniu być motywacją dla innych aby wierzyli siebie, robili to co kochają
i nie poddawali się napotykając przeszkody. Byłoby super, gdyby nie forma, w
jakiej owa pogadanka się odbyła. Zdecydowanie lepiej dla wszystkich byłoby,
gdyby Afromental skupił się na graniu. Narcyzm, zadufanie, wklejane na siłę
amerykańskie powiedzonka, przechwałki, przydługi bełkot bijący z wypowiedzi ich
frontmana sprawiły iż czym prędzej postanowiłem opuścić namiot, tym bardziej iż
na najmniejszej scenie zaczynała występ Agyness B. Marry. Poczułem się na jej
koncercie trochę jakbym cofnął się o 45 lat i znalazł na festiwalu Woodstock.
Fantastycznie wypadł również Hey prezentując przegląd
kawałków z ponad 20-letniej działalności. Słucham tego zespołu od pierwszej
płyty, towarzyszył mi w mojej muzycznej drodze od zawsze ale właśnie podczas
tego koncertu po raz pierwszy poczułem, że ta grupa to legenda polskiego rocka.
Ilość genialnych utworów, które ma w swoim dorobku po prostu poraża. Piękne
jest też to iż zespół nadal kombinuje, nowa wersja Wczesnej Jesieni po prostu
wbiła mnie w trawę, możecie jej posłuchać od siódmej minuty poniższego linka.
Pozostaje tylko zawtórować Kasi, która jak zwykle rzucała po
każdej piosence rozczulające "nooooooooooo, dziękujemy bardzo".
Największym pozytywnym zaskoczeniem był jednak zespół Three
Days Grace, który, z całą stanowczością dał absolutnie najlepszy koncert całego
pierwszego dnia OWF. Poszedłem na niego z ciekawości wyszedłem ze szczęką
opuszczoną niczym do kopania trzeciej linii metra. Mocne, gitarowe riffy,
ekspresyjny wokal, tłum skandujący nazwę kapeli, szaleństwo pod sceną i godzina
fantastycznej gitarowej, czadowej muzy sprawiła iż wyglądałem jak clown gotowy
do roboty, w przeciwieństwie do cyrkowca mój uśmiech spowodowany był jednak nie
makijażem tylko szczęściem.
Wisienką na torcie tego piątkowego wieczora miał być Noel
Gallagher i jego High Flying Birds, będące namiastką Oasis, która jak wieść
gminna niesie jest o krok od reaktywacji. Oba solowe albumu starszego z braci
G. są naprawdę świetne, stąd czekałem na jego pierwszą wizytę w Polsce z dużą
zajawką. Trzeba przyznać, iż Noel ma pecha do Warszawy, podczas jedynego,
polskiego koncertu Oasis nie przyjechał z zespołem, gdyż chwilę wcześniej pobił
się z bratem, w tym roku jego występ okraszony był burzą i deszczem padającym z
intensywnością wody wylewanej z wiadra. Aura sprawiła iż pod sceną zebrała się
naprawdę garstka, myślę, że nie więcej jak 2000 osób, od połowy koncertu
bardziej niż na zabawie skupiająca się na tym, by jakoś przetrwać.
Na szczęście
było ciepło, choć i tak po 45 minutach stania pod prysznicem, mając przemoczoną
każdą, najmniejszą część ubrania imprezowy nastrój nieco mi przygasł. Tak, czy
inaczej, Noel dał radę, bez żadnej buty i zbędnego gwiazdorstwa zagrał po
prostu ponad godzinę świetnej muzyki, na którą złożyły się również 4 kawałki
Oasis. Z każdego zagranego dźwięku czuć było iż ów pan to muzyczny czarodziej, jestem mega szczęśliwy iż mogłem być tego świadkiem, było pięknie. Niestety atmosfera
pod sceną była równie świetna, co aura, czego efektem był chyba brak Whatever,
granego zarówno na wcześniejszych, jak i późniejszych koncertach. Straszna
szkoda, bo nie mam wątpliwości, że przy normalnych warunkach mógł być to
koncert, którego na długo nie zapomnieliby zarówno Noel jak i jego fani. Liczę na szybką powtórkę w hali.
Papa Roach, którego koncert częściowo pokrywał się z
Gallagherem, grał na szczęście pod namiotem. Bo kończącym występ pana G Don't
Look Back In Anger pobiegłem więc poskakać przy nieco mocniejszych dźwiękach.
Czad był, przy Getting Away With Murder czy Last Resort nie mogło być inaczej.
Tłum został porwany, jednak chyba w nieco mniejszym stopniu niż przez grających
bardzo podobną muzykę i występujących chwilę wcześniej na tej samej scenie
Three Days Grace.
Koncertów The Chemical Brothers i Goorala niestety nie
doczekałem z powodu totalnego przemoczenia. Ale nawet bez nich był zdecydowanie
jeden z najlepszych festiwalowych dni w moim życiu.
Na koniec kilka słów odnośnie organizacji. Przenosiny na Tor Wyścigów na Służewcu, zgodnie z przewidywaniem okazały się strzałem w dziesiątkę. Dużo większy teren, dający poczucie plenerowego festiwalu, brak największej zmory poprzednich edycji na stadionach Narodowym i Legii czyli problemów z nagłośnieniem oraz trzy sceny ustawione w odległości 2-minutowego spaceru umożliwiający przemieszczanie się między koncertami oraz możliwość przemieszczania się z piwem po całym terenie festiwalu to cztery naprawdę duże organizacyjne plusy tegorocznego OWF.
Dziwne to uczucie recenzować płytę, na którą czekało się 12
lat, w której pojawienie wierzyło się kilkukrotnie podczas krótkich,
koncertowych reaktywacji zespołu, by ostatecznie ów wiarę porzucić. Na The
Magic Whip nie znajdziemy przeboju pokroju Tender czy Song 2. Dużo tu natomiast
naprawdę dobrych kompozycji autorstwa świetnych, dojrzałych muzyków.
Do "starego BLUR" zdecydowanie najbardziej
nawiązuje najkrótszy na krążku I Broadcast, fantastyczny, prosty i szybki
kawałek, z charakterystycznym gitarowym riffem Grahama Coxona, który równie
dobrze pasuje do pogo jak i tańca towarzyskiego. Drugi typowo
"blurowy" numer na The Magic Whip to Ong Ong, bezpretensjonalny,
radosny, ogniskowy song z melodią wpadającą w ucho po kilkunastu sekundach
sprawiający iż śmieję się jak koń do owsa. Również otwierające album Lonesome
Street trudno pomylić z kompozycją jakiegokolwiek innego zespołu. Duży plus za
środkową część utworu, która brzmi trochę jak The Beatles z ostatniego okresu
działalności.
Go Out, czyli pierwszy singiel, to najlepszy dowód na to, że
panowie z BLUR nie zamierzają jedynie powielać schematów, które przyniosły im
fortunę tylko nadal szukają nowych, muzycznych rozwiązań. Im dłużej słucham tej
piosenki tym bardziej mnie poraża swoim industrialnym klimatem, pulsującą
gitarą i rosnącym napięciem.
Najpiękniejszym utworem na Magicznym Biczu jest jednak
Pyongyang...
Jeszcze przez niecałe 2 godziny można kupować bilety i karnety na Orange Warsaw Festival w promocyjnej cenie obniżonej o 30 procent. Wygląda na to, że impreza nie cieszy się chyba zbyt wielką popularnością co, szczerze mówiąc, mocno mnie dziwi. Zestaw artystów, który będzie można zobaczyć w Warszawie w połowie czerwca jest naprawdę zacny. Moje top 5 to: Incubus, MUSE, Papa Roach, Metronomy i Noel Gallagher. Trzech ostatnich nigdy nie widziałem na żywo. Ostatnio fazuję się solową twórczością starszego z panów G. Recenzja jego drugiego solowego albumu pojawi się na Bonomuzie jeszcze w tym miesiącu. Dziś słuchając koncertu z trasy koncertowej promującej jego pierwszą płytę natknąłem się na następujący "smakołyk":
Uwielbiam ten utwór, równie mocno za piękną muzykę, co za fantastyczny, prosty tekst, który za każdym razem sprawia, że czuję prawdziwą wolność. Nie wiem czy Noel zagra akurat tą niesamowitą i przepiękną piosenkę ale kilku utworów z repertuaru Oasis na pewno nie zabraknie. I myślę, że to będzie najpiękniejsze wydarzenie pierwszego dnia warszawskiego festiwalu. Nie przekonuje mnie line up soboty, mam nadzieję, że organizatorzy dołożą tu jeszcze jakąś prawdziwą gwiazdę. Natomiast zamknięcie imprezy w towarzystwie Incubusa i MUSE powinno mocno wstrząsnąć stolycą i okolycą.
Zestaw wszystkich ogłoszonych dotychczas artystów Orange Warsaw Festival znajdziecie TU.
Panowie z Lao Che, swoim szóstym studyjnym albumem, znów dostarczyli
dowód na to, że ich zespół to absolutny, polski muzyczny top. Tym razem krążek
porusza tematykę związaną szeroko rozumianym dzieciństwem, także od strony
rodzicielstwa, związanych z nimi troskami, radościami i przemyśleniami. To
niezwykle oryginalna, zaskakująca i spójna płyta.
Teksty Spiętego, zawsze pełne smaczków, tym razem w wielu
przypadkach wchodzą na orbitę dostępną tylko dla najlepszych poetów.
Ci z nieba przez lufcik wrzucili mi haczyk,
że byłby etacik, może Mały Fiacik
lecz mają warunek i problem w tym,
że muszę być dobry, tylko nie wiem w czym.
To przykład z singlowego Tu - mistrzostwo świata. Znacznie
większy ciężar gatunkowy niosą ze sobą Z Kamerą Wśród Zwierząt Buszujących w Sieci czy Legenda o Smoku. Ta pierwsza w towarzystwie klimatycznych, w
większości elektronicznych brzmień przedstawia "ciemną stronę sieci" ta
druga, przy dość korzenno-rockowych dźwiękach opisuje powstanie świata
nietolerancji i radykałów oraz smoka, który przyszedł się z nim rozprawić.
Końcówka Legendy, także w wersji muzycznej ma w sobie coś niesamowitego,
dźwiękowy chaos i wibrujące dźwięki przyprawiające o zawroty głowy
przypominające klimatem najbardziej poruszające fragmenty płyty Powstanie
Warszawskie.
Niekiedy marzy smok o cichym kątku
Gdzieś pośród Wysp Przyzwoitego Rozsądku
Tam ludzie ludziom chylą nieba
I tylko wysp tych nie ma...
Geniusz! Tak właśnie należy korzystać z cytatów. Spięty w
podobny sposób sięga do nich również w otwierającym płytę, świetnie
wprowadzającym w klimat całej płyty, nieco orientalnym Dżinie.
O Wojence pisałem już w poprzednim poście. Mam nadzieję, że
utwór ten stanie się singlem maglowanym na okrągło przez wszystkie rozgłośnie,
tak aby trafiła do masowej świadomości, gdyż zasługuje na to, jak żaden inny
utwór w ostatniej "pięciolatce". Moim drugim ulubionym numerem z tego
krążka jest Ballada o Misiu tom II, pozytywny, tak odczapowy, że aż trudny do
opisania oddech. Pięknie wybrzmiewa również Znajda, smutna historia o
nieudanych poszukiwaniach szczęścia. Erratato z kolei pięciominutowe spotkanie
z zupełnie nowym, jazzującym obliczem Płocczan, wyśpiewany niemalże falsetem,
niezwykle chwytliwy i klimatyczny kawałek. Co rusz to na Dzieciom znajdujemy
smakołyk, czyli coś co dzieci lubią najbardziej. I nie tylko one.
Jak każdy dobry muzyczny album także ten przekonuje do
siebie powoli. Początkowo druga połowa wydawała mi się nieporozumieniem, Errata
irytująco-piszczącym tworem, Legenda o Smoku bezsensowną naparzanką, a Z
Kamerą... nieudanym zwrotem w stronę melorecytacji. Dziś nie pasuje mi jedynie
zamykające całość A Chciałem o Sobie. Całą resztę polecam z całego, muzycznego
serca.
Od dwóch tygodni niezmiennie gra mi w głowie Wojenka, numer trzy na nowym albumie Lao Che. Spięty teksciarzem jest wyjątkowym ale w tym przypadku przeszedł samego siebie. Nie pamiętan kiedy ostatnio słowa piosenki poruszyły mnie tak bardzo jak w tym przypadku. Nie ma chyba piękniejszego sposobu do opisania rodzicielskiej troski niż ten użyty przez Huberta w refrenie. Nie wiem też czy kiedykolwiek słyszałem tak trafny opis bezsensu wojny jak słowa z drugiej częsci utworu. W dodatku myśląc o tym co dzieje się za naszą wschodnią granicą, a także w Kenii, Tunezji, Jemenie i wielu innych zakątkach świata tekst tego utworu jest niestety wyjątkowo aktualny.
Wojenka - sł. Hubert Dobaczewski
Raz i dwa, raz i dwa
Dziewczynka Wojenka na imię ma.
Trzy i cztery, trzy i cztery,
Dziwne ona ma maniery. Pięć i sześć, pięć i sześć, Wcale lodów nie chce jeść. Siedem, osiem, siedem, osiem, Wciąż o kości tylko prosi. Dziewięć, dziesięć, dziewięć, dziesięć, Kto z was kości jej przyniesie? Może ja, może ty? Licz od nowa: raz, dwa, trzy.
Gdyby do nas przyszła, Skłamałbym, że wyszłaś, że na świat nie przyszłaś. Kłamałbym jak popadnie, Choć kłamać, córeńko nieładnie.
Gdy dorosły chmurny - marszczy brew, Wtedy wojna jest i psika krew. Wojna to sport, a sport to zdrowie: Skoki do gardła i rzuty ołowiem. Zawsze jest powód do użycia noża, Połock żąda dostępu do morza! Żołnierz na wojnie gnije w okopie, żona pisze: brzuch duży i mały kopie... Myśli żołnierz - w dupie z wami i waszymi wojnami.
Gdyby do nas przyszła, Skłamałbym, że wyszłaś, że na świat nie przyszłaś. Kłamałbym jak popadnie, Choć kłamać, córeńko nieładnie.
Gdyby do nas przyszła, żeby ją zaraza ścisła, żeby ją zabrała Wisła. Jak mnie słyszysz, Ja Wisła, Ja Wisła!
Chociąż minął dopiero pierwszy kwartał tego roku nie wyobrażam sobie co mogłoby zdetronizować ten kawałek z pozycji piosenki roku 2015.
Mniej więcej 20 lat temu wywołam lekką konsternację
stawiając na wigilijny stół wielkanocnego baranka. W tym roku, pamiętając tamtą
pogadankę Dziadka, patrząc przez okno o mały włos nie zacząłem głośno protestować,
że owej gipsowej figurki nie używa się przecież na Boże Narodzenie. Po obiedzie
bardziej niż o wiosennym spacerze myślałem o ulepieniu bałwana, a Filip,
tradycyjnie, jak podczas każdej wizyty u Dziadków zapodał swój ulubiony, prawdziwie wielkanocny hit:
Karpia na szczęście na stole nie było. Sanki z Mikołajem też nie przyjechały.
To chyba pierwszy w historii Bonomuzy wpis o pogodzie.
Sytuacja w tym roku jest jednak naprawdę dziwna. Globalne ocieplenie mocno daje
się we znaki - w rundzie wiosennej Ekstraklasy, która kończy się za 3 kolejki
nie zdarzyło mi się jeszcze pójść na stadion bez zimowej kurtki. Kwiecień może
i plecień ale czas najwyższy aby wreszcie przyniósł trochę lata. Wesołych
Świąt!
Dawno nie oglądałem żadnej muzycznej telewizji. Na MTV od
dawna muzykę można znaleźć jedynie w nazwie stacji, na innych kanałach króluje
disco polo lub ewentualnie hity łupu cupu ze świata. Przez ostatnie dwa
weekendy nie mając sprecyzowanego pomysłu na to wrzucić do odtwarzacza trafiłem
przypadkowo na stację Stars TV. Zatrzymała mnie przy niej dawno nie słyszana
piosenka zespołu Big Day. Z opisu audycji wynikało, że prezentowane są w niej polskie
hity lat 90-tych. Kolejną godzinę spędziłem więc słuchając kawałków, które
pojawiły się w czasach, kiedy dopiero co zacząłem świadomie słuchać muzyki. Przypomniałem
sobie czasy, kiedy w sklepach pojawiły się pierwsze kasety Heya, Edyty
Bartosiewicz, Kasi Kowalskiej, ścieżkę dźwiękową Varius Manx do Młodych Wilków, Chłopców z Placu Broni zs ś.p. polskim Johnem Lennonem, IRĘ z Kubą Płuciszem, Makumbę, Rzekę Oddziału Zamkniętego i wiele innych fantastycznych
kawałków, których w większości nie uraczysz dziś w radio i które powstały w
czasach, gdy byłem beztroskim nastolatkiem. Jedna myśl niezmiennie wracała mi
do głowy: niezmiernie się cieszę, że z muzyką zacząłem się zaprzyjaźniać w
czasach, gdy powstawały tak piękne piosenki.
Zapewne ten tekst i to, że z rozrzewnieniem wspominam
"piosenki młodości" to znak, że się starzeję. Oby starzenie się
zawsze było takie przyjemne.
Od kilku godzin w sieci dostępny jest klip do najnowszej kompozycji MUSE zwiastującej nowy album, który trafi do sklepów za niecałe 3 miesiące. Zapowiada się rewelacyjne, muzyczne lato.A już niecały tydzień po premierze nowy materiał będzie można usłyszeć na żywo na warszawskim Służewcu podczas ostatniego dnia Orange Warsaw Festival. Radość tym większa, że brytyjskie trio po zdecydowanie mało udanych, jak dla mnie, eksperymentach na The 2nd Law najwyraźniej wraca do mocniejszego, gitarowego grania.
Ostatni tydzień urlopowałem się w odcięciu od wszelkiego kontaktu ze światem zewnętrznym. W efekcie dzisiejszy news będzie równie świeży, co zawinięta w gazetę makrela dojrzewająca tydzień na słońcu. Krótko więc i na temat: po 12 latach przerwy nowy studyjny album wyda BLUR. I to już za niecałe 2 miesięce, 27 kwietnia. Powiem szczerze, że tak, jak liczyłem na to podczas dwóch poprzednich, krótkich, koncertowych reaktywacji tego kwartetu, tak teraz jest to dla mnie mega zaskoczeniem i jednym z bardziej ekscytujących, muzycznych newsów od dawna, równie mocnym, co zeszłoroczne, niespodziewane udostępnienie nowego krążka U2.
Rock Werchter Festival ma w poniedziałek ma podać nazwę kolejnego headlinera, który pojawi się na belgijskiej scenie. Mam nieodparte wrażenie, że będą to 4 litery "BLUR" i że tuż po weekendzie zobaczymy je również w programie Orange Warsaw Festival. W oczekiwaniu na te pozytywne informacje posłuchajmy zapowiedzi nowego albumu Damona i spółki. Nie wiem,w która stronę panowie pójdą tym razem ale po tych 4 minutach czuję, że "będzie dobrze". A nawet zajebiście dobrze,
Muzyczna edukacja Fila zaczyna nabierać tempa. Na razie w dziewięćdziesięciu procentach ogranicza się do wyciągania płyt CD z półki i wkładania ich do odtwarzacza. Z jednej strony bardzo mnie to cieszy, z drugiej, niczym Kasia K. jestem coraz bardziej "pełny obaw" o swoją zbieraną ponad 20 lat kolekcję. W związku z otwarciem się Filipa na muzyczny świat dźwięki piosenek dziecięcych słychać u nas coraz rzadziej. Jako trzylatek rozpoznaje dwa zespoły: U2 oraz Placebo, ze zdecydowanym wskazaniem na ten pierwszy. Nie mam pojęcia skąd się mu to wzięło ;-D
Niemal zawsze gdy podczas samochodowej podróży wybrzmią pierwsze dźwięki Every Breaking Wave komentarz jest krótki: "o, ju tu". A jeśli aktualny singiel Bono i spółki nie pojawi się w głośnikach przez kilka minut bardzo szybko pada pytanie: "tato, kiedy będzie ju tu?". Nowe pokolenie fanów nadciąga! ;-)
Dokłądnie za cztery miesiące w Parku Sowińskiego wystąpi Body Count. Szczerze nie mogę się go doczekać. Nie dotarłem na koncert Ice-T i kolegów 20 lat temu, gdy byli w pełni twórczej mocy, tym razem jednak tego nie przegapię twardych tekstów o policjantów którzy jedzą "fakin donats" oraz przynajmniej trzech "madafaków" na minutę. Zupełnie poważnie spodziewam się sporej dawki czadu i mam nadzieję usłyszeć wiele kawałków z lat 90-tych. Kiedy dziś słucham Cop Killera czy Born Dead z jednej strony w uszy kole pokaźny powiew old schoolu i "twardość" dość żenujących tekstów płynących z głośników, z drugiej za każdym razem przekonuję się, że mimo upływu czasu te numery nie straciły nic ze swej mocy. I myślę, że na żywo kosić będą niczym koncerny farmaceutyczne w porze jesienno-zimowej. Jeśli nie znacie lub zapomnieliście jakim gangsta-twardzielem jest Ice-T posłuchajcie choćby legendarnego Born Dead.
Albo każdego dowolnego kawałka z albumu Cop Killer, chociażby jego pierwszych dwóch minut.
W tym roku mija 15 lat odkąd z taśmy produkcyjnej zjechał ostatni Fiat 126p - niedawne jeszcze marzenie milionów, odpalane czasem na szczotkę, z silnikiem umieszczonym z tyłu. Trzeba przyznać, że Maluch miał w sobie "to coś" a swego czasu był nawet naszym eksportowym hitem. Na własne oczy widziałem ów wehikuł na dwóch pozaeuropejskich kontynentach. Choć polska motoryzacja nie była mi obca nigdy Malucha nie miałem. Wolałem "wozić się" Polonezem i słowa złego o tym demonie prędkości i zwrotności powiedzieć nie dam. Podobnie zresztą pewnie jak panowie z Kasabian na temat Fiata 126p. Ich wspólna przygodę z monstrum z Bielsko Białej yacyzna się w trzeciej minucie teledysku do Re-Wired.