Za nami pierwsze ogłoszenia Orange Warsaw Festival w nowej odsłonie. Impreza odbędzie się w pierwszy weekend czerwca na Służewcu i wystąpią na niej m.in. Editors, Skunk Anansie, Die Antwoord, MO, Daughter, Lana del Rey i Skrillex. Wrażenia raczej pozytywne, skład fajnie zróżnicowany aczkolwiek osłabia mnie delikatnie, że headlinerami festiwalu ma być dwoje artystów wymienionych na końcu poprzedniego zdania. Zastanawiają też dwa wykluczające się komunikaty w sprawie kształtu festiwalu pojawiające się w tym samym poście na stronie organizatora. W pierwszym akapicie czytamy, że "festiwal potrwa 2 dni, a na dwóch scenach wystąpi kilkunastu artystów". Kilkanaście zdań dalej widzimy wypowiedź przedstawicielki tytularnego sponsora festiwalu, iż "w sumie przez kilkanaście godzin każdego dnia na obu scenach zaprezentuje się około 10 wykonawców". Widząc taką sprzeczność w pierwszej oficjalnej informacji zapowiadającej festiwal trudno nie odnieść wrażenia, że ktoś "nie odrobił pracy domowej", co pod względem PR robi imprezie czarną robotę bo pośrednio sugeruje niską dbałość o szczegóły ze strony organizatorów. Tak, czy owak wierzę w kolejne ciekawe ogłoszenia składu Orange Warsaw Festival oraz to, że jego finalny skład uzasadni dość wysoką cenę karnetu.
środa, 9 marca 2016
wtorek, 8 marca 2016
PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 7 - ZAZDROŚĆ
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Hey to chyba pierwszy polski zespół, którego muzyczną drogę
śledziłem niemal od samego początku. Płyta Fire miała premierę, kiedy chodziłem
jeszcze do podstawówki. Po wakacjach 1993 roku nieznany kilka miesięcy
wcześniej szczeciński zespół osiągnął niebotyczną jak na polskie warunki
popularność, która nie ominęła podwórka, na którym się wychowałem ani mojej
klasy. Kojarzy mi się z tym krążkiem wiele wspomnień, jednak najbardziej
wyraźnym obrazem jest powrót z ostatniej wycieczki szkolnej, podczas którego cały
przedział śpiewał Zazdrość. Nikt z nas zapewne nie rozumiał delikatnie chorego
i toksycznego tekstu tej piosenki ale do wielu osób docierało wtedy, że pewien
etap w naszym życiu się kończy.
Zespół Hey przez wiele kolejnych lat przyniósł ludziom wiele
muzycznej radości a jego pierwsza płyta pozostaje w masowej świadomości do
dziś. W ostatnią sobotę przechodząc obok metra Centrum słyszałem grającego na
elektrycznej gitarze instrumentalną wersję utworu Dreams. Moim ulubionym
kawałkiem Heya jest Wczesna Jesień, do playlisty życia
wybrałem jednak przedstawiciela z debiutanckiej płyty. Do dziś zachwycają mnie
przebojowość tego cztero-akordowego riffu oraz przyprawiający o ciarki szept
umieszczony tuż pod wokalem Kasi, zwłaszcza tym podwójnym z drugiej zwrotki.
Na żywo Zazdrość zawsze brzmiała inaczej. Początkowo miała
bardziej rozbudowaną partię gitary...
...w późniejszych latach bardziej tajemniczy początek.
Każda z wersji tego utworu kosi równie mocno. Kwietniowy
koncert w Stodole zapowiadający nową, tegoroczną płytę został już wyprzedany, podobnie
jak wiele innych łącznie z tym pierwszym sprzed 23 lat. Przymierzałem się do
kupna biletów od przynajmniej kilku tygodni... Pozostanie poczekać na trasę
promującą nowy krążek lub, co bardziej prawdopodobne, pojechać do innego
miasta.
poniedziałek, 7 marca 2016
AKCJA COVER: WZMOCNIONY DŻORDŻ
Dziś na dobranoc proponuje Niewinny Szept Dżordża w wersji delikatnie wzmocnionej. Muszę przyznać, że tak samo, jak nigdy nie byłem fanem greckiego wokalisty tak samo i Careless Whisper specjalnego popłochu i szału w mej muzycznej pamięci nie czyniło. Do momentu, gdy usłyszałem ów kawałek w wykonaniu Seethera. Jest w tej wersji coś poruszającego, zwłaszcza w refrenie, który w duecie mocna gitara - chrypiący wokal działa dużo mocniej niż delikatny oryginał. Dopiero w takiej odsłonie dotarło do mnie wyjątkowość tej kompozycji. W przypadku tej piosenki wyjątkowo proste środki sprawiają bowiem, że przerasta on pierwotną wersję o trzy głowy.
wtorek, 1 marca 2016
WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 6 - EAT THE RICH
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
29 maja 1994 - mówi Wam coś ta data? Dla mnie to jeden z
najważniejszych dni w moim muzycznym życiu. To właśnie tamtej niedzieli po raz
pierwszy poszedłem na rockowy koncert. AEROSMITH, EXTREME oraz IRA - musicie
przyznać, że trudno wymarzyć sobie lepszy zestaw na debiut. Tym bardziej, że
płytę Get A Grip z krowim wymieniem na okładce katowałem tej wiosny niemal bez
przerwy, kawałki Extreme spotkać można było na MTV regularnie, a IRA była wtedy
absolutnym polskim topem.
Późną wiosną 22 lata temu kończyłem właśnie podstawówkę, a
jako że do liceum dostałem się podczas egzaminów w kwietniu, miałem jedne z
dłuższych wakacji w życiu. Na koncert odbywający się na Stadionie Gwardii
poszedłem z trzema kumplami. Żaden z nas wcześniej na koncercie nie był ale od starszych
kolegów słyszeliśmy wielokrotnie o tym jak pod Fugazi, Hybrydy czy Stodołę na
punkowe czy rockowe koncerty przychodzą skini i jest zadyma. Jechaliśmy więc na
Mokotów "gotowi na wszystko" - jakkolwiek śmiesznie dziś to brzmi.
Uczucia towarzyszącego przejściu przez bramki i znalezieniu
się na terenie stadionu nie zapomnę do końca życia. Chwilę później na scenę
wyszła IRA a ja po raz pierwszy skakałem obijając się o ludzi przy Bierz
Mnie. Tak więc to właśnie koncert radomskiego zespołu Kuby Płucisza był
tym pierwszym w moim życiu. Był fantastyczny od A do Z. Grające po nim Extreme
już takiego wrażenie na mnie nie zrobiło, dziś z tamtego występu pamiętam
jedynie zamykające całość, trwające ponad 10 minut More Than Words.
Wreszcie przyszedł czas na Aerosmith. Do dziś pamiętam
tamten poziom zajarki, poczucie, że Polska naprawdę jest "Bliżej
Świata", jak w nazwie programu nadawanego wtedy w TVP. Choć być może
części z Was trudno będzie w to uwierzyć 20 lat temu każdy koncert znanego,
zagranicznego zespołu był w Polsce ogromnym wydarzeniem, ponieważ z reguły
rocznie odbywało się ich dosłownie kilka.
To właśnie Eat The Rich, a dokładnie rzecz biorąc
poprzedzające go Intro, rozpoczęło warszawski koncert Aerosmith. Młyn był taki,
że po niecałej minucie zgubiłem się z kumplami. Początkowo próbowałem ich
szukać, w odległej podświadomości nadal musieli mi tkwić nadchodzący skini, ale
po 2 czy 3 kawałkach odpuściłem i zacząłem się bawić. Po raz pierwszy
zrozumiałem wtedy, że piękno muzyki polega na tym, że możesz przeżywać ją z
kompletnie obcymi ludźmi a wspólne skakanie czy pogowanie daje metafizyczne
poczucie wspólnoty. Ten wieczór naznaczył mnie na zawsze. Do dziś uwielbiam
koncerty i wierzę, że kiedyś jeszcze zobaczę na scenie Aerosmith.
poniedziałek, 29 lutego 2016
DZIEŃ JAK NIE CODZIEŃ
Taki dzień zdarza się raz na cztery lata. Postanowiłem dziś sprawdzić, kto z muzycznego świata starzeje się czterokrotnie wolniej niż pozostali obchodząc urodziny dwa lub maksymalnie trzy razy na dekadę. Powiedzmy sobie szczerze: żaden z dzisiejszych jubilatów nie jest z mojej muzycznej bajki. Znaleźli się na niej bowiem:
1) Ja Rule - najbardziej chyba znany z trójki
2) Steve Hart - z totalnie zapomnianego boysbandu Worlds Apart
3) Mark Foster z zespołu Foster The People - czyli one hit wonder ze świstem, o tym:
niedziela, 28 lutego 2016
MUZYCZNE NOMINACJE DO OSCARÓW
Za kilka godzin rozpocznie się oscarowa gala. Jak co roku nagroda przyznana zostanie również w kategorii "najlepsza piosenka". Muszę przyznać, że w tym roku wypada ona wyjątkowo blado. Żadna z pięciu propozycji szału nie robi, powiedziałbym nawet, że oprócz utworu Manta Ray reszta znalazła się w tym zestawieniu mocno na wyrost. Piosenka do filmów z Jamesem Bondem dawno nie była tak bezpłciowa jak w przypadku Spectre, Lady Gaga dziwnie zwolniła i jej oscarowa propozycja przekonuje i rusza o wiele słabiej niż Bad Romance czy Poker Face. Opery nie toleruję, więc na temat piosenki z Młodości wolę się nie wypowiadać a kawałek z 50 Twarzy Greya jest tylko niewiele lepszy niż obraz, który promuje. Obstawiam, że statuetka trafi właśnie do The Weeknd, choć mam nadzieję, że wygra pierwszy z poniższych utworów.
wtorek, 23 lutego 2016
WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 5 - DZIKOŚĆ SERCA
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Latem 1993 roku pojechałem na kolonie do Mrągowa. Nie był to
specjalnie historyczny wyjazd. Po raz pierwszy zaciągnąłem się na nim
papierosem oraz "samowolnie oddaliłem się od grupy" w skutek czego,
niczym w minionej epoce, musiałem podpisać specjalne "oświadczenie"
wystawione przez opiekunkę grupy o ksywie Kobra. Jedna rzecz została mi jednak
z tego wyjazdu na dłużej. W stolicy polskiego country był bazarek a na nim
stoisko z kasetami. To właśnie tam nabyłem pierwsze, w swojej kolekcji
wydawnictwo T.LOVE. który potem na kilkanaście lat stał się moim ulubionym
polskim zespołem.
Choć wiem, że takie porównania generalnie są bez sensu to
dla mnie płyta King to taka polska The Joshua Tree (a jednocześnie Prymityw to
prawie Achtung Baby). Znajdziemy na niej wiele muzycznego dobra, kawałków
wartych zacytowania, jednak to właśnie Dzikość Serca jest tym, który czaruje
najbardziej. Każdy wers to mistrzowska plama pobudzająca wyobraźnię i malująca
w niej żywy obraz. Pozornie niezwiązane ze sobą zdania tworzą przepiękną
całość.
Jest w tej piosence coś, co sprawia, za każdym
przesłuchaniem do głowy wpada mi myśl, że zrobię jeszcze kiedyś coś
niesamowitego. Nie umiem tego sprecyzować ale zwłaszcza refren to prawdziwe
paliwo, które pozwala się wyrwać z orbity codzienności, sięgnąć chmur i
pomyśleć o rzeczach wielkich.
czwartek, 18 lutego 2016
4
Kilka godzin temu Filip skończył 4 lata. Przez ostatni rok
do jego świadomości dotarły 4 nowe zespoły. Przede wszystkim The Libertines. "Tato,
a jaki zespół kiedyś nie istniał?" - spytał mnie któregoś dnia podczas
podróży samochodem. "A co się kłócili" - dopytywał, gdy wymieniłem
nazwę kapeli założonej przez Pete'a i Carla. "O sławę i pieniądze" -
odpowiedziałem. Kilka tygodni później światło dzienne ujrzał pierwszy od 11 lat
studyjny album The Libertines. Żeby było śmiesznej to najlepsza piosenka, która
się na nim znajduje nosi tytuł Fame and Fortune. To właśnie przy niej mój syn
po raz pierwszy pogował. Biorąc oczywiście poprawkę, że było to pogo 3-latka, czyli
bezkontaktowe skakanie do góry. Dzieje się tak zresztą za każdym razem, gdy z
głośników wybrzmią pierwsze dźwięki tej fantastycznej piosenki.
Innym razem spytał mnie jakich zespołów nie lubię. Coldplaya
- mówię - bo to smutasy. "A jakiego jesce nie lubis?" - to pytanie
było trudniejsze niż może się wydawać, z reguły bowiem myślę o kapelach, które
lubię a nie odwrotnie. "Megadeath" - wypaliłem kompletnie od czapy,
nie spodziewając się jakie konsekwencje przyniesie ta krótka, nieprzemyślana
wypowiedź. Otóż junior zapamiętał tą nazwę po jednym razie i do dziś dopytuje
dlaczego, czy ktoś w ogóle ten zespół lubi i stwierdza że w sumie to on też nie
znosi Megadeath.
Uwielbia za to Editors, które rozpoznaje po pierwszych
dźwiękach No Harm otwierającego ostatni album Brytyjczyków.
Jednym z jego ulubionych bajkowych bohaterów jest Elvis ze
Strażaka Sama, który śpiewa i gra na gitarze, Fil śpiewa razem z nim, bez
względu na okoliczności. Jedno z bardziej zjawiskowych wykonań "Rock w Pontypandy"
odbyło się w styczniu, kiedy pracując z domu uczestniczyłem właśnie w
telekonferencji. Cóż, Fil ma już pierwszych fanów w kilku krajach Europy.
wtorek, 16 lutego 2016
WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 4 - SELF ESTEEM
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Kiedy na początku 1995 roku usłyszałem po raz pierwszy Self
Esteem dosłownie raziło mnie piorunem. Mało który kawałek zrobił w życiu na
mnie takie wrażenie jak ten i do dziś należy on do mojego prywatnego "top
5". Przez długi czas słuchałem go nagranego z radia na kasetę. Czytelnikom
mających mniej niż 25 lat przypominam, choć dziś naprawdę trudno w to uwierzyć,
że 21 lat temu:
a) z Internetem łączyło się przez telefon stacjonarny
b) nie było youtube'a
c) rozgłośnie radiowe nie miały playlist więc grały to, co
prowadzący audycję sobie wymyślił
d) 95% czasu antenowego na MTV
zajmowały teledyski
Byłem wtedy w pierwszej klasie liceum, kiedy światło dzienne
ujrzała trzecia płyta niespecjalnie znanego wówczas zespołu The Offspring. W mojej
muzycznej kolekcji znajdowały się głównie kasety, w dużej mierze pirackie, a płyty
reprezentowane były w zawrotnej ilości sztuk trzech. Oprócz wspominanego w
zeszłym tygodniu Use Your Illusion II były to Get A Grip Aerosmith i Nevermind
Nirvany. Powód przewagi nośników, które mogły ulec wciągnięciu był prozaiczny i
oczywisty: kasety kosztowały 10 złotych a płyty od pięciu do sześciu razy
drożej. Przy miesięcznym kieszonkowym w wysokości 100 PLN ta różnica była
kolosalna. Dla porównania piwo Królewskie (pyszne, warzone kilka kilometrów
obok na ulicy Grzybowskiej) w Norze kosztowało wtedy 3,90, a Nora była wtedy
miejscem obowiązkowym podczas weekendu, pomimo mega niemiłej, pogarszającej się
z roku na rok obsługi i niepełnoletności (nikt wtedy o dowód nie pytał).
Czemu o tym wszystkim piszę? Otóż płyta S.M.A.S.H. z
niewiadomych powodów nie ukazała się w Polsce na kasecie. Na płytę CD zbierałem
więc kilka miesięcy, a kiedy już udało mi się ją kupić kilka tygodni później
ktoś mi ją zakosił z domu. Drugi egzemplarz zajechałem do upadłego, tak, że
odtwarzacz płyt nawet nie reagował na jego obecność, a trzeci spotkał ten sam
los co pierwszy. Tym samym spośród ponad 11 milionów sprzedanych krążków S.M.A.S.H.,
sam przyłożyłem się do czterech.
Self Esteem to jeden z najlepszych dowodów, że cztery proste
akordy mogą stworzyć dzieło epokowe, że muzyka może być jednocześnie czadowa i
fantastycznie przebojowa, że dobre rzeczy się na starzeją i mimo upływu czasu
nadal brzmią genialnie.
niedziela, 14 lutego 2016
WALĄ TYNKI
Z okazji dzisiejszego dnia tynkarzy zachęcam do posłuchania dwóch świetnych kawałków z teledyskami, w których naprawdę walą (w) tynki. W obydwu przypadkach ściany nie wytrzymują presji. The Prodigy rozprawia się z nią pod koniec trzeciej minuty teledysku. Mimo upływu ponad 20 lat od powstania tej piosenki nadal zabija ona świeżością i energią. Jeśli ktoś z Was nie wie jeszcze jak brzmi ona na żywo to najlepsza okazja do nadrobienia tej zaległości pojawi się w pierwszej połowie lipca na festiwalu w Jarocinie.
Druga dzisiejsza tynkarska propozycja powstała o dekadę wcześniej, w połowie lat 80-tych, przynajmniej w tej wersji, którą dziś "cytujemy" i ma ogromne znaczenie dla historii muzyki. Choć dziś może nie wydawać się odkrywcza to 30 lat temu była nie lada przełomem. Rap i rock w ówczesnej powszechnej opinii pasowały do siebie jak dres na wesele. Dzięki temu nagraniu po raz pierwszy na tak szeroką skalę wypłynęła do ludzi informacja, że współpraca zespołu rockowego z hip-hopowym nie tylko jest możliwa ale może dać wyśmienite efekty.
wtorek, 9 lutego 2016
WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 3 - DON'T CRY
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Guns'n'Roses to był mój pierwszy "ulubiony
zespół". W przeciwieństwie jednak do neutralnego dla większości U2 i
szanowanej na podwórku Nirvany bycie fanem Gunsów, na tarchomińskim podwórku,
do najłatwiejszych nie należało. Jeśli chciałeś być cool to przede wszystkim
powinieneś słuchać ACDC i Anthrax, ja wolałem jednak nosić koszulkę z
pistoletami i różami. Oznaczało to nieustającą szyderę ze strony kolegów a
sytuacji nie ułatwiały obcisłe majty, w których najczęściej prezentował się
Axl. Jeden z kolegów Gunsów słuchał ale się nie przyznawał. Kiedy jednak świat
okrążyła informacja, że Axl powiedział, że "nie zagra dla Polaków i
Żydów" ów ziom podszedł do mnie i w konspiracji wyznał: "miarka się
przebrała, wczoraj spaliłem wszystkie kasety tych frajerów". Wczesno-nastoletnia kontestacja miała swój niepowtarzalny smak.
Ja swoich pirackich kaset G'n'R nie zniszczyłem, mało tego
pierwszą płytą CD, jaka znalazła się w mojej kolekcji okazało się Use Your
Illusion II. Pamiętam do dziś chwilę, gdy ją kupowałem, dylemat, którą część
wybrać. "Niech pan weźmie dwójkę, jest bardziej hitowa" - radził
sprzedawca. Ameryki nie odkrył ale posłuchałem go, Knockin' On Heavend Door,
You Could Be Mine i Civil War przechyliły szalę. Chociaż przez brak na
niebieskiej płycie oryginalnej wersji Don't Cry sprawił, iż stałem w sklepie
prawie godzinę.
Guns'n'Roses ma swoim repertuarze dużo lepszych utworów niż
Nie Płacz. Długo zastanawiałem się czy do "akcji worek" nie delegować
dziś Mr. Browstone. Paradise City czy You Could Be Mine. To jednak od Don't Cry
zaczęła się moja przygoda z tym zespołem. Byłem w szóstej klasie podstawówki, z
powodu choroby nie poszedłem do szkoły i na MTV zobaczyłem ten teledysk. Od
tego czasu minęło 25 lat, w tym roku Use Your Illusion będzie obchodzić
ćwierćwiecze, we wrześniu na Bonomuzie poświęcimy tej rocznicy dużo czasu.
Wierzę też, że z tej okazji będziemy mieli okazję zobaczyć w Polsce G'n'R w
oryginalnym składzie.
piątek, 5 lutego 2016
SKUNK ANANSIE - ANARCHYTECTURE
Etykiety:
RECENZJE
Poprzez niezapomnianie żenujący program Idź Na Całość Ziggy
Chajzer zostawił w moim mózgu ślad, że w życiu najczęściej do wyboru są trzy
opcje. Przed pierwszym odtworzeniem Anarchytecture, nowego albumu Skunk Anansie
zastanawiałem się czy będzie on:
1) zajebisty, jak jego nazwa, jak dla mnie jednak z
najlepszych w historii muzyki
2) dobry jak promujące go Love Someone Else
3) zonkiem.
Na szczęście Skin z kolegami zdecydowanie wybrali bramkę
numer 1, płyta jest fantastyczna. Jej pierwsza połowa idzie sprawdzonym
schematem szybka-wolna, utwory nieparzyste podnoszą tętno do 100, te podzielne
"chillują" w sposób bardzo daleki od banalnego. Po otwierającym
płytę, zahaczającym momentami o ambitną dyskotekę singlu z bramki numer 2
słyszymy bowiem wolniejsze Victim, które po surowym początku przechodzi w
niezwykle klimatyczny utwór zakończony genialną minutą pełną mocniej brzmiącego
basu i wokalnymi popisami. Następującego po nich Beauty Is Your Curse nie
sposób pomylić z piosenką żadnej innej kapeli, jej każda kolejna sekunda to
Skunk Anansie w najlepszej formie, kawałek dosłownie "sam się
słucha". Podobnie zresztą jak spokojniejszy, przepiękny Death To The
Lovers. Numer 5 pod tytułem In The Back Room to murowany hit roku 2016 i
absolutny wymiatacz tegorocznych koncertów Skunka. Od pierwszej do ostatniej
sekundy ma taką moc, że nawet pies podczas komendy "siad" kręci
bączki na dwóch łapach. Wraz z numerem 6 schemat szybka-wolna przechodzi do
lamusa w zamian wprowadzając melodyczny motyw pozostający głowie godzinami.
Without You mimo tytularnego podobieństwa do Maraji "bejbi if ju giw it to
mi", która wystąpi w Krakowie za kilka tygodni, nie ma nic z rzewnego
przeboju tylko jest pięknym, pełnym emocji kawałkiem, bardzo charakterystycznym
dla tego zespołu, po raz kolejny udowadniający jego wielkość. Anarchytecture
trzyma poziom do samego końca. Słuchając 80-sekundowego Suckers! żałuję
się, że to jedynie instrumentalne intro
do jeszcze bardziej czadowego We Are The Flames. Po zamykającym album,
wyciszającym I'll Let You Down automatycznie ma się ochotę wcisnąć PLAY i
przeżyć tę 37-minutową przygodę ponownie.
Styczeń to z reguły martwy miesiąc dla muzycznych premier.
Tym bardziej cieszę się, że Skunk Anansie zamiast kosić świąteczne żniwa wydało
ten świetny krążek zaraz po nowym roku. To prawdziwe Anarchitecture.
wtorek, 2 lutego 2016
WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 2 - DRAIN YOU
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Zupełnie inny zespół miał się pojawić w dzisiejszej akcji worek. Pomyślałem jednak, że playlistę życia należy rozpocząć od grup dla niego najważniejszych. W moim przypadku obok U2 taką właśnie kapelą jest Nirvana. Miałem 12 lat, gdy światło dzienne ujrzała płyta Nevermind. W tamtym roku dźwięki Cobaina i spółki były dla mnie jeszcze minimalnie za mocne, rok później bardziej melodyjne kawałki zespołu były już jednym z najczęstszych gości mojego magnetofonu a w 1993 podpisywałem się już jako Kamil Kurt. Jak dziś pamiętam moment, w którym w radiowej Trójce dowiedziałem się o śmierci Cobaina, to była pierwsza w moim życiu śmierć idola. Gościa, na którego piosenkach uczyłem się grać na gitarze.
Długo zastanawiałem się, który nirvanowy numer wrzucić dziś do muzycznego worka, bo ważnych dla mnie utworów Nirvany jest kilkanaście. Jako ostatnie kandydatury padły Lithium i Rape Me. Wybór padł na niesinglowe ale fenomenalne Drain You.
niedziela, 31 stycznia 2016
JA LUBIĘ DŻEM I JA GO ZJEM
Każdej soboty i niedzieli, między godziną 8 a 10 telewizja 4 Fun TV nadaje pasmo piosenek dla dzieci. Dzisiejszego poranka pomyślałem: "czas umuzykalnić syna" i postanowiłem z owej audycji skorzystać. Zaczęło się obiecująco, od Fasolek i ich smashing hitu w postaci Mydło Lubi Zabawę, wspomnienia z dzieciństwa ożyły. Z nostalgii wyrwał mnie kolejny utwór zaprezentowany w tym paśmie. Dotychczas nie wiedziałem o istnieniu zespołu Tulinki. Po dzisiejszym porannym, trzyminutowym seansie raczej długo ich nie zapomnę. Nuta powszechnie znana ale tekst nowatorski. Najbardziej urzekł mnie fragment tekstu pomiędzy zwrotką a refrenem, po około 100 sekundach od rozpoczęcia piosenki:
"o-o
ja lubię dże-emi ja go zje-em
bo lubię dżem"
Szacun! Jeśli chodzi o perfekcyjną przyczynowo-skutkowość to Miód-Malina zostało właśnie strącone z pierwszego miejsca.
Niedzielne poranki, jak wiadomo, służą rozmyślaniu o przyszłości. Po usłyszeniu Tulinek pomyślałem sobie, że napiszę tekst do kolejnego przeboju tej grupy. Nuta pozostanie ta sama, wszak lepsze jest wrogiem dobrego. Wersja liryczna wyglądać za to będzie następująco:
Ja uwielbiam miód
bo miód to cud
na zdrowie good.
Pszczoły robią go
mówiąc bz-bz
a odwłok lśni.
Jutro zgłaszam ów tigidi-tekst do ZAIKSU, Od kilku lat działa wszak sprawnie a z tantiem można podobno godnie żyć. Bonus do emerytury będzie jak znalazł.
wtorek, 26 stycznia 2016
WTOREK AKCJA WOREK - PLAYLISTA ŻYCIA - ODC. 1 - ACROBAT
Etykiety:
PLAYLISTA ŻYCIA
Od dziś, w kolejne wtorki otwierał się przed Wami będzie
worek z piosenkami wyjątkowymi, kawałkami, które pozostaną w mojej głowie na
zawsze, utworami fenomenalnymi, nierozerwalnie związanymi z moją egzystencją na
planecie Ziemia. Taki mały, prywatny, soundtrack, playlista życia. Zachęcam do tworzenia własnej.
1. U2 - ACROBAT
Akcja worek nie mogła zacząć się od innego utworu. Bo choć
nie lubię przesady i wzniosłych słówek a ów przedostatni element płyty Achtung
Baby przytaczany był już na Bonomuzie kilkakrotnie to Acrobat jest dla mnie
piosenką życia. Porażający muzycznie, fenomenalny tekstowo, mega towarzysz
zarówno w chwilach trudnych, jak i tych najpiękniejszych. Każdy jest akrobatą
ale najważniejsze to śnić głośno i nie dać się draniom. Nie wiem czy kiedykolwiek
napiszę testament ale jeśli już to na pewno umieszczę w nim prośbę o zagraniu
Acrobata na "ostatniej imprezie swojego życia".
sobota, 16 stycznia 2016
SLAVES - ARE YOU SATISFIED?
Etykiety:
RECENZJE
Muzyka Slaves ma w sobie coś zawadiackiego. W każdym
kolejnym kawałku słychać fantastyczny, garażowy klimat przywodzący na myśl
wczesne nagrania The Clash oraz Sex Pistols. Kolejne piosenki, zwłaszcza z
pierwszej części krążka nie pozostawiają wątpliwości - nagrali je prawdziwe
"wykręty-agenty".
Mimo prostoty umieszczonych tu nagrań są one naprawdę
wkręcające. Sporo tu klimatów punkowych, prostych, chwytliwych riffów
przemieszanych z krzykami i melodeklamacjami, jak choćby w otwierający album
The Hunter. Następujący po nim Cheer Up London to zdecydowanie najmocniejszy
punkt Are You Satisfied. Równie dobrze wypada Do Something, numer, który
udowadnia, że nawet dwóch muzyków, nie prezentujących przesadnej, technicznej
maestrii może stworzyć utwór niebanalny.
Słuchając Slaves co chwilę przychodzi do głowy inne, fajne
muzyczne skojarzenie. Hey przypomina trochę Nirvanę z płyty Bleach, w Despair
and Traffic dostajemy najprostszy z możliwych, zagrany na wytłumionej gitarze
riff uzupełniony wokalnym dialogiem ekspresją przypominający Beastie Boys a
Sockets klasyczną, punkową naparzankę. W wielu kawałkach, głównie z powodu
wyraźnego, brytyjskiego akcentu wokalisty trudno nie wspomnieć The Streets. Wow
7 A .M. to
z kolei cięższe i bardziej mroczne oblicze zespołu. Kawałek godni kawałek i niemal do każdego z nich chce się
wracać. Jedynie w przypadku Live Like An Animal, Ninety Nine i zamykającego
płytę Sugar Coated Bitter Truth trafiamy na nieco męczące numery z cyklu trzy
akordy - darcie mordy bez dodatkowego pomysłu.
Siłą muzyki Slaves jest prostota i wyrazistość. Ich
debiutancki album to prawdziwa petarda, muzyczna lawina, która od pierwszej
sekundy rośnie na sile i która z powodzeniem może zastąpić codzienną dawkę
kofeiny. Szukający wzniosłych przeżyć, przebojów i oryginalnych współbrzmień
powinni udać się pod inny adres. Natomiast Ci, którym pasuje punkowy klimat po
projekcji tej płyty powinni być niezwykle zadowoleni słysząc, jak ta muzyka
ewaluowała w XXI wieku.
poniedziałek, 11 stycznia 2016
SMUTNE MUZYCZNE WIEŚCI
Nowy rok zaczął się niestety w muzycznym świecie podobnie jak skończył stary - smutno. Po śmierci Lemmy'ego Killmistera pod koniec grudnia dzisiejszy poranek przyniósł informację o odejściu Davida Bowiego. Obaj nie byli do końca z mojej muzycznej bajki ale obydwu bardzo szanowałem. Pierwszego za konsekwencję i stworzenie stylu, którego nie dało się pomylić z żadnym innym zespołem. Drugiego za liczne eksperymenty, kosmiczny wizerunek jeszcze w czasach, gdy nie było mnie na świecie i mnóstwo genialnych występów gościnnych, chociażby z Placebo czy Queen.
Pierwszy raz usłyszałem Motorhead w kawałku Hellraiser, chwilę potem pobiegłem na bazarek po piracką kasetę ale sprzedawca akurat nie miał jej akurat "na szczękach" profilując się bardziej w kierunku Top One i Ace of Base.
Odpoczywajcie Panowie w spokoju!
niedziela, 10 stycznia 2016
SKŁADANKA BEST OF BONOMUZA 2015
Jak co roku na początku stycznia podsumowujemy muzyczny rok za pomocą składanki. W playliście za A.D.2015 znalazło się 21 numerów, których możecie posłuchać klikając na ich tytuły.
1. LAO CHE – Wojenka
Bezapelacyjna piosenka roku, z ogromnymi szansami na pieśń
dekady.
2. THE
LIBERTINES – Fame and Fortune
Jedno z największych tegorocznych pozytywnych muzycznych
zaskoczeń. Kolejny dowód na muzyczny geniusz brytyjskiego kwartetu.
3. EDITORS – All The Kings
Sposób w jaki tenprzebojowy numer rośnie z każdą sekundą bez
wątpienia przyspieszy również „beat of your heart”
4. MUSE – The Handler
Najlepszy fragment najlepszej płyty roku 2015.
5. BLUR – Pyongyang
To właśnie ten kawałek ostatecznie odpowiada na pytanie czy
zespół BLUR nadal ma coś do powiedzenia. Załóżcie słuchawki by dostrzec w nim
dużo więcej niż rzewną balladę.
6. PAPA ROACH – Gravity
Delikatny klon Stana z reprtuaru Eminema ma w sobie dziwną,
hipnotyzującą moc. Wokalna ekspresja na 120%.
7. DJANGO
DJANGO – First Light
Najlepsze w tym numerze dzieje się w ostatniej,
instrumentalnej minucie.
8. THREE DAYS GRACE – Painkiller
Poznałem ten zespół podczas tegorocznego Orange Warsaw
Festival. Żałuję, że tak późno.
9. THE
VACCINES – Dream Lover
Szczepionki na tegorocznej płycie postanowiły zdecydowanie
zwolnić. W tym kawałku jeszcze się bronią, całość jednak niestety rozczarowuje.
10. RED SUN
RISING – The Otherside
Odkrycie ostatnich tygodni zeszłego roku, mega smakowity
numer zwrotką nawiązujących do najlepszych czasów grunge.
11. MARYLIN
MANSON – Third day of a seven day binge
Można nie lubić scenicznego wizerunku tego pana ale
umiejętności pisania klimatycznych numerów nie odmówi mu nawet oburzone stado
moherów.
12. MIG – Miód Malina
"Ona jest przy mnie blisko, na balet przyszedł czas, tańczymy w rytmie disco, super imprezka, lans". Moja prywatna nominacja za najbardziej przyczynowo-skutkowy tekst roku ;-) Absolutny hit smażalni,
dancingów i muzycznych gal.
13. SLAVES –
Cheer Up London
Ostatni zespół, który poznałem w roku 2015. Oby jak
najwięcej takich także w 2016.
14. INCUBUS –
Absolution Calling
Powrót w świetnym stylu okraszony bardzo przeciętnym
niestety koncertem na OWF.
15. COLD WAR
KIDS – Hot Coals
Mniej znana ale znacznie bardziej interesująca propozycja
Dzieci Zimnej Wojny niż katowane tego lata First.
16. FOALS –
Mountain All My Gates
Nie rozumiem fenomenu i wzniety tą grupą ale przyznaję, że
ten kawałek kręci mnie niczym Oskanę nauka i takie takie.
17. MUMFORD
& SONS – Believe
Zwrot, którego dokonali w tym roku Mumfordzi uważam za ślepą
uliczkę. Aczkolwiek pierwszy promujący płytę singiel jest zacny.
18. NOEL GALLGHER & HIGH FLYING BIRDS – Lock All Doors
Wierzę w powrót OASIS na scene w 2016 roku, tymczasem solowe
kawałki Noela takie jak ten pozwalają poczuć, iż ten zespół nadal tworzy.
19. SKOWYT – Playboy
Jest coś magicznego w tym kawałku, za każdym razem, gdy go
słyszę przed oczami płynie mi projekcja fantastycznych nastoletnich czasów z
ostatniej dekady minionego wieku.
20. TACO HEMINGWAY – Następna Stacja
Yo yo to raczej nie mój klimat ale ten numer to naprawdę
fajna krótka relacja z podróży warszawskim metrem. Szacun za tekst!
21. PLACEBO – Slave To The Wage (Unplugged)
Fantastycznie przearanżowany jeden z największych hitów
PLACEBO to zdecydowanie najjaśniejszy punkt ich tegorocznego wydawnictwa
Unplugged.niedziela, 3 stycznia 2016
PIOSENKA ROKU 2015
Nigdy jeszcze wybór piosenki roku nie był dla mnie tak oczywisty. Wojenka chwyciła mnie za gardło już przy pierwszej projekcji w marcu i z każdą kolejną trzyma coraz mocniej. Potęga tego utworu tkwi w tekście, fenomenlanym, niedosłownym i przede wszystkim poruszającym. Przyznający różnego rodzaju nagrody literackie powinni zdecydowanie rozważyć kandydaurę Spiętego.
Pozostałe piosenki "nominowane" w tej kategorii znajdziecie poniżej. Możecie posłuchać ich klikając tytuł każdej z nich.
- Pyongyang - BLUR
- Fame and Fortune - THE LIBERTINES
- All The Kings - EDITORS
- First Light - DJANGO DJANGO
piątek, 1 stycznia 2016
PŁYTY ROKU 2015 - PODIUM
MIEJSCE 3:
EDITORS - In Dream
Ten album to kolejny dowód na to, że podróże kształcą. Dowiedziałem się o niej od przypadkowo spotkanego kolegi w drodze powrotnej z londyńskiego koncertu U2. Gdyby nie tamta rozmowa być może po In Dreams w ogóle bym w tym roku nie sięgnął, wydawało mi się bowiem, że zespół Editors wszystko, co miał najlepsze zaprezentował już na poprzednich wydawnictwach. Tymczasem to właśnie tegorocznym, fenomenalnym, zaskakującym i przebojowym krążkiem dołączyli do absolutnego, światowego, muzycznego topu.
LAO CHE - Dzieciom
Płyta powalająca w warstwie tekstowej, równie dobra i zróżnicowana muzycznie. Połączenie licznych, bajkowych cytatów z Jana Brzechwy z poważnymi, ciężkimi tekstami robi wrażenie piorunujące. Kolejny, absolutnie fenomenlany konceptualny album Płocczan.
MUSE - Drones
Triumfalny powrót Brytyjczyków na muzyczny szczyt. Concept album nawiązujący momentami treścią i stylistyką do The Wall Pink Floydów. Po słabszym The 2nd Law Matthew i spółka znów dostarczyli uszom swoich fanów dziesiątki fenomenalnych współbrzmień, chwytliwych melodii i czadowych riffów. Ten krążek to istny taran wbijający się do mózgu, koło napędowe zatrzymujące się dopiero wraz z ostatniem "ejmen" zamykającym utwór tytułowy.
czwartek, 31 grudnia 2015
PŁYTY ROKU 2015 - MIEJSCA 10-4
Dziwny to był rok, także pod kątem płyt. Z jednej strony
dostaliśmy w nim kilka krążków fenomenalnych (pierwsza szóstka zestawienia), z
drugiej masa zespołów nagrała jakby tylko po połowie albumu. Wielu recenzji
tych połowicznych w tym roku na Bonomuzie nie umieszczałem, dając im szansę na
dotarcie do głębszych pokładów muzycznej podświadomości, w większości
niewykorzystaną. Do dziś podoba mi się z nich 3-4 kawałki a reszta nie stanowi
wiele więcej niż bezbarwne tło. Ale „nie o tym, nie o tym, nie tym dziś będzie
mowa”.
Czas na zestawienie najlepszych dziesięciu płyt roku 2015
według Bonomuzy. Dziś miejsca od dziesiątego do czwartego:
10.
DJANGO DJANGO – Born Under Saturn
Ostatnie miejsce na tej liście drugi album Django Django
wygrał z tegoroczną propozycją Courntey Barnett. Na Born Under Saturn nie jest
może tak dobrze jak na debiutanckim krążku Brytyjczyków ale mimo tego nadal
znajdziemy tu mnóstwo ciekawych, falujących dźwięków, świetnych współbrzmień rodem
z The Beach Boys i sporo pokładów fajnej energii. A promujący album First Light
to jeden z mocniejszych kandydatów na piosenkę roku.
9. PAPA
ROACH – F.E.A.R.
Jak zwykle w przypadku zespołu: bez specjalnych zaskoczeń
za to z potężną dawką czadu. Słucha się tej płyty wyśmienicie, to taka
przenośna porcją kofeiny, którą warto zawsze mieć przy sobie.
8. PLACEBO – Mtv Unplugged
Nareszcie, po niemal 10-letniej przerwie, panowie z
PLACEBO wydali krążek, po który chce się sięgać więcej niż raz. Nowe kawałki zastępują
tu coprawda „tylko” nowe aranżacje, ale w dużej mierze są one fantastyczne, na
czele ze Slave To The Wage.
7. SLAVES – Are You Satisifed?
To moje ostatnie „muzyczne odkrycie”. Punkowo-girme’owy duet z Wielkiej Brytanii
dosłownie rozwala bezpośrednością, prostotą i mocą swojej muzyki. Od pierwszych
sekund ich debiutanckiego krążka ma się poczucie absolutnej szczerości ich
twórczości. PUNK IS NOT DEAD. Ten wyświechtany nieco slogan nadal jest
prawdziwy, czego dowodem chociażby ten album. Jego szczegółowa recenzja na
Bonomuzie już za kilka dni.
6. NOEL GALLAGHER & HIGH FLYING BIRDS – Chasing Yesterday
Można go lubić lub nie znosić ale przyznać trzeba, że gdy
chłop łapie za gitarę I otwiera paszczę to robi sie pięknie. Tak samo w
przypadku jego drugiego dziecka z zespołem High Flying Birds. Którego kawałka
by nie włączyć przejście obok niego obojętnie jest równie prawdopodobne co
trafienie szóstki w totka.
5. BLUR – The Magic Whip
Jedna z najbardziej wyczekiwanych przez mnie tegorocznych
płyt. Z jednej strony brakuje tu nieco „starego, wesołego BLUR”, a z drugiej
pełno tu naprawdę przepięknych, głębokich i niepospolitych kompozycji. Nie
sięgam po tę płytę przesadnie często, ale za każdym razem, gdy to zrobię
odpływam w krainę muzycznej szczęśliwości.
4. THE
LIBERTINES – Anthems For Doomed Youth
Odczuwam dosłownie fizyczny ból, że ten fantastyczny
krążek znajduje się poza tegorocznym podium. Nie wierzyłem, że ta grupa może
wykrzesać jeszcze z siebie tyle muzycznego geniuszu. Każdy umieszczony tu numer
to sól muzycznego piękna, balsam dla uszu i endorfina dla mózgu. Zarówno w
wydaniu szybkim (Barbarians, Fame and Fortune) jak i wolnym (You’re My
Waterloo, Iceman).
poniedziałek, 21 grudnia 2015
PAPA ROACH - F.E.A.R.
Etykiety:
RECENZJE
Sięgając po nowy krążek Papa Roach nie spodziewałem się
znaleźć na nim nowych brzmień ani przełomowych nut, które przejdą do historii
muzyki. Amerykański kwartet należy raczej do zespołów przewidywalnych i na
każdej swojej płycie konsekwentnie zamieszcza porcję soczystych, mocnych
brzmień okraszonych chwytliwymi melodiami. Nie inaczej jest też w przypadku ich
siódmego studyjnego wydawnictwa. Dotychczasowi fani zespołu nie powinni czuć
się zawiedzeni słuchając dwunastu kawałków umieszczonych na wersji "deluxe"
F.E.AR. Ci, który z Papa Roach spotykają się przy tej okazji po raz pierwszy
również otrzymują dość mocny argument do kontynuacji tej znajomości.
Zdecydowanie najlepsze trio z F.E.A.R. otwiera cytowane w
poprzednim poście Gravity, kawałek, który jeśli chodzi o ekspresję mocno
przypomina mi klimatem Eminema z kawałka Stan, z tymże wzbogaconego
niesamowitym refrenem pełnym emocji i pięknych nut. I chociaż rozumiem, że
niektórym ten kawałek może wydać się nieco infantylny oraz "a little bit
too twardy" to będę upierał się, że właśnie w nim Papa Roach pokazuje, iż
jest grupą ponadprzeciętną. Równie dobrze wypada Broken As Me, numer z serii
"Papa Roach od pierwszej do ostatniej sekundy". Genialny mocny riff
na początek wzbogacony po chwili wokalem Jacoba, jeszcze mocniejszy,
fantastycznie zaaranżowany i zaśpiewany refren. Jeśli macie jakiekolwiek
wątpliwości co do tego numeru to posłuchajcie go głośno "na
słuchawkach". Najlepszą trójce z F.E.A.R. zamyka Hope For The Hopeless
zaczynające się partią basu bardzo podobną do tej z Getting Away For Murder.
Nie ma w tym numerze słabej sekundy, ale jej najjaśniejsza część to
instrumentalny most pomiędzy refrenem a zwrotką.
Cały album naprawdę daje radę, słucha się go bardzo dobrze, kawałek
goni kawałek, w uszy uderza z jednej strony spójność, z drugiej raz po raz
ciekawe rozwiązania sprawiające, iż nie słyszymy zwykłej młócki tylko kawałki
wciągające. Którego kawałka nie wziąć by na warsztat to broni się swoją
autentyczną mocą, czy to w postaci fajnej warstwy elektronicznej przypominająca nieco The Prodigy (Warriors),
zmianą nastrojów (Falling Apart), partią smyczków w pierwszych sekundach War
Over Me, czy istną muzyczną przejażdżką kolejką górską w przypadku Fear Hate
Love zamykającego wersję deluxe płyty. Od całości odstaje właściwie jedynie
lekko bezpłciowe Love Me Till It Hurts.
Jutro najkrótszy dzień w roku, jeśli doskwiera Ci brak
energii spowodowany ciemnością za oknem, gdy wstajesz i gdy wychodzisz z pracy
to F.E.A.R. jest idealną propozycją na rozwiązanie tego problemu. Jeśli
natomiast brak energii jest Ci obcy posłuchaj tej płyty po prostu dlatego, że
świetnie jej się słucha.
czwartek, 17 grudnia 2015
GRAWITACJA PAPY
Rok 2015 nieuchronnie zmierza do swego końca a kolejka płyt wydanych w nim wydaje się nieskończona. W tym tygodniu część mojego mózgu odpowiedzialna za muzykę została zdecydowanie opanowana przez ten oto kawałek.
I dlatego kolejną recenzją, którą będziecie mogli przeczytać na Bonomuzie będzie F.E.A.R. czyli tegoroczna propozycji Papa Roach.
niedziela, 13 grudnia 2015
MUMFORD & SONS - WILDER MIND
Etykiety:
RECENZJE
Trudno oprzeć się wrażeniu, że nagrywając swój trzeci
studyjny album Mumford&Sons po pierwsze świadomie postanowili „poszerzyć
horyzonty” i uderzyć w komerchę a po drugie mieli pomysł jedynie na pół
longplaya. Ciężko mi zrozumieć tą metamorfozę zespołu, która z zespołu
energetycznego przekształciła go w zwykłych nudziarzy. Pomimo kilku zgrabnych
kompozycji umieszczonych na Wilder Mind słuchając go czuję się oszukany. Tak
jak bym włączył płytę Manu Chao a z głośników usłyszał New Kids On The Block.
Mumfordzi ewidentnie nie hołdują jednak zasadzie „Step By Step” tylko w kwestii
stania się bardziej popularnymi wolą „Tonight”. Moim zdaniem to droga donikąd.
Zmianę zwiastował promujący album Believe. Nie znając
jeszcze całej płyty miałem nadzieje, że jest jej najbardziej sztampowym
fragmentem, co nierzadko zdarza się w przypadku pierwszych singli. Okazuje się,
że wśród otaczającej go dziesiątki stanowi jej najbardziej jasny i rozbudowany
punkt. Nie sposób odmówić niektórym kompozycjom tu umieszczonym piękna. Broad-Shouldered
Beasts ma w sobie coś podniosłego, pobudzającą część mózgu odpowiedzialną za
zamyślenie czy wzruszenie. W podobną nutę uderza Cold Arms, który ma w sobie
jednak coś z bomby z zepsutym zapłonem, brakuje w nim po prostu wybuchu,
obiecujący początek nie spełnia pokładanych w nim nadziei i pozostaje identyczny
od pierwszej do ostatniej sekundy. Brakuje w tym numerze tego, co znajdujemy
choćby w Snake Eyes, który po ładnym starcie zrywa się, podkręca tempo i
cieszy. To zdecydowanie najjaśniejszy punkt tej płyty.
Na Wilder Minds sporo też jednak niestety utworów nijakich.
Takich chociażby jak Ditmas, prowadzony przez banalny rytm, taką samą melodię
nie mający w sobie niczego, o czym warto wspomnieć. Tak samo nudne do bólu Only
Love i zamykające album Hot Gates, które zamiast rozbudzić ochotę na kolejne odtworzenie
całości ściąga raczej na dół powieki. Z kolei The Wolf oraz Just Smoke, chociaż
przypominające "starych Mumfordów", podane są jednak w zbyt łagodnym
sosie, w którym wszystkie ciekawe brzmienia zdominowane są przez klawisze.
Generalnie płyta jest w porządku jeśli rozpatrujemy ją w
kategorii pop bo do tej właśnie trzeba przyporządkować choćby piosenkę
tytułową. Dotychczas ten zespół czarował jednak przede wszystkim pokaźnym
elementem folkowym i szkoda, że tak łatwo Mumfordzi się go wyzbyli. Mam nadzieję,
że to jednorazowy ukłon w stronę muzyki przebojowej, bo bardzo nie chciałbym
aby z zespołu wyrazistego przechylili się na zawsze w stronę „miałkiego
dupowłaza”.
czwartek, 10 grudnia 2015
KONCERTY EDITORS W POLSCE ODWOŁANE !!!
Niespełna 2 godziny temu Editorsi odwołali dzisiejszy koncert w Warszawie i jutrzejszy w Poznaniu. Dowiedziałem się o tym przez przypadek zaglądając po 16 na stornie Progresji. Jeśli znacie kogoś kto wybierał się dziś do Fortu Wola przekażcie mu tą informację.
Oficjalny komunikat zespołu mówi o złym samopoczuciu wokalisty. Możecie przeczytać go TUTAJ. Odwoływać koncert na 5 godzin przed jego rozpoczęciem? Dziwne to. Informacja mówi, że koncertu nie będzie mimo ogromnych starań organizatorów. Czyli impreza była zagrożona już wcześniej? Zespół jest w Polsce? Pozostaje mieć nadzieję, że Tomowi nie stało się nic poważnego i że grupa wróci do Polski w najbliższych tygodniach.
Oficjalny komunikat zespołu mówi o złym samopoczuciu wokalisty. Możecie przeczytać go TUTAJ. Odwoływać koncert na 5 godzin przed jego rozpoczęciem? Dziwne to. Informacja mówi, że koncertu nie będzie mimo ogromnych starań organizatorów. Czyli impreza była zagrożona już wcześniej? Zespół jest w Polsce? Pozostaje mieć nadzieję, że Tomowi nie stało się nic poważnego i że grupa wróci do Polski w najbliższych tygodniach.
środa, 9 grudnia 2015
PLACEBO - UNPLUGGED
Etykiety:
RECENZJE
Kiedy jakiś czas temu usłyszałem, że PLACEBO nagra płytę
Unplugged zelektryzowałem się niczym wełniany sweterek przy otarciu.
Pomyślałem, że nareszcie brytyjskie trio wyda album niesamowity, co nie udało
im się od czasu płyty Meds, czyli niemal 10 lat. Pierwsze przesłuchanie
wprawiło mnie w stan traumy, oczekiwania przerosły niestety rzeczywistość
a zarejestrowany koncert wydawał mi się
przeciętny. Z każdym kolejnym spotkaniem z tym krążkiem moje nastawienie do
niego zmienia się jednak skokowo. „Dobre płyty nie podchodzą za pierwszym
razem” – ten frazes pasuje do Placebo Unplugged jak ulał. Na szczęście bardzo niewiele piosenek na tej płycie jest po
prostu „odśpiewanych bez prądu” bez dodatkowego pomysłu, smaczku, czegoś co
sprawiłoby iż nagranie w nowej wersji stanie się niezapomniane. Do tej
kategorii zaliczam For What It's Worth oraz Song To Say Goodbye, które nie
wnoszą w akustycznych wersjach niczego nowego. Lepiej pod tym względem, mimo
niewielkiej zmiany polegającej na dodaniu partii smyczków, wypada Too Many
Friends, któremu brzmienie skrzypiec dodaje dodatkowej płynności. Z korzystną
metamorfozą mamy też do czynienia w przypadku 36 Degrees oraz Because I Want
You. Ten pierwszym zwolniony nieco, brzmi szlachetniej niż dość surowy
oryginał, drugi niczym brzydkie kaczątko staje się za to inną, o wiele
piękniejszą wersją młodszej siebie. Podobnie w przypadku Loud Like Love,
którego wersji studyjnej nie trawię, jego nowa, akustyczna aranżacja smakuje o
wiele lepiej. Z totalnie irytującego, miałkiego i krzykliwego „byle czego”
przekształciła się tu w utwór wyjątkowy, na którego pierwszy plan, dzięki braku
jazgotu udającego czad, może wyjść przepiękna melodia śpiewana przez Briana,
niezauważalna w wersji pierwotnej.
Kilka eksperymentów zaliczyć trzeba niestety do średnio
udanych. Protect Me From What irytuje nieco zbytnią kombinacją, nie do końca
udanym dwugłosem i fatalną partią harmonijki. Z genialnego w wersji z prądem
Where Is My Mind na Unplugged powstał koszmarek rodem ze zlotu fanów piosenki
biesiadnej. Na miejscu Pixies wniósłbym oficjalny protest a będąc członkiem
Placebo zrezygnowałbym z umieszczenia tej infantylnej wersji na płycie. Mam
również mieszane uczucia w stosunku do nowej odsłony Without You I'm Nothing, w
którym pogrzebowa, bogatsza aranżacja odwraca jakby uwagę od śpiewanego tekstu,
zdecydowanie wolę studyjną, surową wersję tego utworu. Post Blue i Meds to
utwory na tyle fantastyczne, że brzmią dobrze w każdej odsłonie. Tutaj ten
pierwszy nabiera nieco orientalnego i tajemniczego charakteru a jedyne co w nim
przeszkadza to fałsze Briana w drugiej zwrotce. Ten drugi, zagrany niemal w
całości na fortepianie tylko uwydatnia jeszcze geniusz swej kompozycji a
końcowa partia smyczków sprawia, że po wybrzmieniu ostatniej nuty nie pozostaje
nic innego, jak głęboko odetchnąć i
błyskotliwie powiedzieć "wow".
Fenomenalnie wypada też Every You and Every Me, które nie ma
może mocy elektrycznej ale dzięki zwolnionemu na pierwszy plan wychodzi siła
tekstu tego utworu.
Absolutny numer jeden z PLACEBO Unplugged to jednak Slave To
The Wage. Zaśpiewana przez Briana jedynie w towarzystwie basowego dźwięku
podobnego do kobzy oraz pojedynczych nut smyczków i fortepianu dosłownie rzuca na
glebę. Kompletnie inna i cudownie przepiękna. To właśnie dla takich chwil warto
sięgać po wydawnictwa "bez prądu". To właśnie one decydują czy dany
zespół zdaje niełatwy egzamin w postaci koncertu akustycznego. PLACEBO przeszło
ten test pozytywnie.wtorek, 8 grudnia 2015
EAGLES OF DEATH METAL ZAMYKAJĄ TRASĘ U2
Kilka godzin temu, półtora tygodnia później niż pierwotnie planowano, w Paryżu zamiast Dublina zakończyła się tegoroczna trasa koncertowa U2. Według początkowego kalendarza trasy dzisiejszy koncert miał się odbyć 15 listopada. Z wiadomych powodów wydarzyć się wtedy nie mógł, przeniesiono go więc "na koniec kolejki". Ostatnim akcentem Innocence/Experience Tour 2015 był kawałek Patti Smith, który w wersji oryginalnej otwierał wszystkie występy w ramach tej trasy. Wczoraj, podobnie jak w Londynie, Bono i spółka zagrali ten numer wraz z jego autorką. Dziś na scenie pojawili się ci, których koncert dwa dni wcześniej, niecały miesiąc temu został przerwany przez terrorystów. Piękny gest, świetna puenta.
wtorek, 1 grudnia 2015
EDITORS - IN DREAM
Etykiety:
RECENZJE
Myślałem, że "Editorsi skończyli się na Kill'em
All". Po fascynacji pierwszymi dwoma albumami oraz późniejszym klipem do
Papillon znajomość z kolejnymi nagraniami ograniczałem raczej do singli.
Cytując klasyka: "dałbym sobie rękę uciąć, iż ten zespół już niczym mnie
nie zaskoczy. I bym q... nie miał ręki".
In Dream to
płyta fenomenalna. Otwierające ją No Harm chwyta za chabety i nie
wypuszcza przez kolejne 50 minut. Początek piątego studyjnego albumu Editors
przypomina mi najlepsze nagrania Archive sprzed 10 lat. Genialny kontrast
wokalnych rejestrów basową zwrotką i sopranowym refrenem w towarzystwie
hipnotycznej elektroniki dosłownie porażają. W porównaniu do piorunującego
początku nieco blado wypada kolejne, nieco infantylne Ocean of Night, ale
każdemu numerowi byłoby ciężko udźwignąć presję takiego poprzednika. W oceanie
najprzyjemniej robi się w czwartej minucie, a kiedy wpływamy z niego w trzeci
na krążku Forgiveness automatycznie przenosimy się w krainę odlotu. Trudno
opisać słowami to, co dzieję się w tym kawałku. Pulsujący bas przechodzący w
fortepian, pijane brzmienie gitary wymieszane z zawodzącym wokalem wyciągającym
słowo America plus wiele innych genialnych elementów składających się na
hipnotyzującą całość.
Salvation zaskakuje natomiast zmieniającym co kilka sekund
poziomem głośności w zwrotce brzmiącej tak jakby realizator co kilka sekund
przysypiał i nosem przesuwał guzik na konsolecie. No i ten refren wybuchający
nagle, stawiający do pionu swoimi dźwiękami i udowadniający jak szczęśliwym
można być tylko z powodu posiadania zmysłu słuchu.
Najbardziej znany singiel z albumu In Dream, czyli Life Is A
Fear, doskonale oddaje charakter całej płyty. Basowy motyw rozsadzający
głośniki, niebanalna fanastyczna melodia oraz takie same tekst i kolaż
elektroniki i rocka. Brzmi to trochę tak, jakby Ian Curtis dorwał się do
niezliczonej, dostępnej obecnie ilości instrumentów elektronicznych.
The Law to jakby młodszy brat No Harm. Najbardziej
kosmicznym kawałkiem na tym albumie jest jednak jego następca, zatytułowany Our
Love. To właśnie je w kółko słuchać powinni przywoływani w poprzednim poście
muzycy Coldplaya, bo właśnie ten numer jest genialnym dowodem na to, że można
stworzyć absolutnie przebojowy kawałek, z dyskotekowym beatem, piskliwym
wokalem, klawiszem rodem z "gra i trąbi zespół Kombi", a jednocześnie
będącym alternatywą przed duże "A".
Moim numerem jeden z In Dream jest jednak All The Kings,
jeden z najmocniejszych kandydatów na piosenkę roku 2015. To jak ten utwór rośnie
od prostego elektronicznego motywu, przez wokalną synkopę w słowach "but
the beat of your heart", niesamowity refren przechodzący w jeszcze
bardziej rozbudowaną drugą zwrotkę jest najlepszym dowodem dowód na geniusz
zespołu Editors.
Jestem absolutnie oszołomiony tym krążkiem i polecam go
absolutnie każdemu. Tym bardziej, że jego dwóch najlepszych kawałków w wersji studyjnej nie ma na YT, Tu wersja akustyczna All The Kings.
sobota, 28 listopada 2015
ZIMNA GRA TRALALA
Coldplay to nigdy nie była moja muzyczna bajka. Oprócz nielicznych wyjątków ich muzyka zawsze wydawała mi się miałka i bez wyrazu. Jednym z tych kawałków, do których nie można zastosować tego określenia jawił mi się Princess of China, czyli "piosenka z Rijaną na fiuczuringu". Wtedy wydawało się, że to ciekawy eksperyment zespołu, od kilku lat widać jednak, że to raczej nowa droga Zimnej Gry. Dziś, kiedy słyszę singiel promujący nowy album zespołu, który ukaże się za tydzień mam wrażenie, że jeśli ta grupa utrzyma tempo zmian swojej twórczości na obecnym poziomie to na kolejnym krążku usłyszymy tekst w stylu:
Who is that girl,
can anyone tell me?
I can not restrain,
HONEY, RASPBERRY
Na TĘ nutę oczywiście. Natomiast Polscy fani zgromadzeni na koncercie Coldplaya, chcąc zachęcić zespół do wyjście na scenę będą krzyczeć "ZIMNA GRA, TRALALA".
niedziela, 22 listopada 2015
MUSE - DRONES
Etykiety:
RECENZJE
Poprzednia płyta MUSE, The 2nd Law, przekraczyła granicę, która wnosiła wartość dodaną do pięknej, dotychczasowej drogi zespołu. Brytyjscy muzycy chyba również zdali sobie z
tego sprawę i tegoroczną płytę zapowiadali jako powrót do korzeni. Z wielką
radością stwierdzam, iż jest to come back w wielkim stylu. Drones to krążek
genialny!
Otwierające album Dead Inside to jeden z najmocniejszych
kandydatów na piosenkę roku. Ten numer, z najbardziej chwytliwym rytmem od
czasów Starlight, łączy w sobie przebojowość, fajne brzmienie romasujące
delikatnie z elektroniką, wwiercającą się w głowę solówkę i niebanalną melodię.
Najpiękniejsze jednak dzieje się w drugiej jego części. Sposób w jaki emocje w
głosie Matthew rosną z każdą sekundą można nazwać jedynie epickimi, przytyka
mnie za każdym razem, gdy je słyszę. Ostatnie 2 minuty tej piosenki płyną
niczym rozpędzający się okręt, którego żagle stopniowo łapią coraz mocniejszy
wiatr. I o ile przy Dead Inside był to powiew przyjemny to w Psycho przemienia
się w prawdziwy sztorm. Pierwszy singiel z tej płyty dosłownie zmiata z
powierzchni Ziemi. Moc jego każdego elementu miażdży, jest jak rozpędzony
taran, którego nic nie może powsrzymać. MUSE rozpoczynało nim letnie koncerty
podczas tegorocznej trasy koncertowej i na żywo jest to jeszcze większa
petarda.
Zresztą na Drones znajdujemy jeszcze wiele równie mocnych
pozycji, utrzymanych zarówno w szybkim jak i wolnym tempie. Reapers to
przedstawiciel tych pierwszych, pełen fantastycznych zmian aranżacyjnych, w
zwrotce brzmiący jak chart spuszczony ze smyczy, w łączniku jak wprawki
początkującego gitarzysty a w refrenie jak trzyosobowa orkeistra symfonicza.
Cóż tam się nie dzieje w tym fragmencie i jak fantastycznie to brzmi! Mało która
kapela potrafi wyczarować tak wiele z kilkunastu sekund muzyki. Z kolei Handler to, zwłaszcza w pierwszej
części, utwór stosunkowo wolny ale nie ma nic wspólnego z rzewną balladą tylko
także stawia człowieka „pod ścianą”, sprawia, że nie sposób nie być przy nim
napiętym i rytmicznie nie kiwać głową. Wszystko dzięki soczystemu, niezwykle
dosanemu riffowi, oraz wokalnemu mistrzostwu świata, które Matthew Bellamy osiąga w refrenie tego
kawałka udowadniając, że jego głos to czwarty instrument tego brytyjskiego
trio. W bardzo podobnym klimacie utrzymany jest Defector niesiony przez genialny riff, jeszcze lepszą
gitarową solówkę, skwierczący bas i dostaojne bębny. Aftermath to z kolei najspokojniejsza
pozycja z całego albumu, kojąca i niosąca uspokojenie ale w pięknym stylu, nie
w sposób „ewryfing gona bi ołrajt”. Dwa utwory zamykające siódmy krążek MUSE są
wyjątkowe, każdy na swój sposób. The Globalist to najdłuższa kompozycja w
historii zespołu, trwająca ponad 10 minut i czterokrotnie zmieniająca klimat.
Ostatni tytułowy kawałek brzmi niczym kościelna pieśń, zaśpiewana a capella w
trójgłosie i kończąca się niczym smashing hit Hoziera słowem „ejmen”.
Drones to fantastyczny, niemal pozbawiony słabych punktów koncept
album o walce człowieka ze zniewoleniem. Przypomina trochę The Wall Pink Floydów, z tymże
w XXI wieku rolę złego pełnią szpiegujące i kontrolujące wszytsko drony.
Przekaz jednak i co ważniejsze jakość muzyki pozostają te same.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







