poniedziałek, 24 września 2012

SZAFA GRAJĄCA: BABYSHAMBLES - FUCK FOREVER

Dziś szafa grająca wzbogaca się o piosenkę, której pierwszą linijkę refrenu możemy zaśpiewać zawsze, gdy chcemy aby ktoś dał nam spokój. Fuck Forever to kawałek genialny. Fantastyczny riff połączony z niedbale zaśpiewaną przez Doherty'ego melodią dają efekt, który sprawia, iż potrafię go słuchać w kółko przez godzinę. Zwłaszcza końcówki z nieco inną gitarą i  niespełniającą się przepowiednią "they'll never play this on the radio". MISTRZOSTWO ŚWIATA !!!

środa, 12 września 2012

ALT+J - AN AWESOME WAVE

An Awesome Wave to faktycznie niesamowita płyta. Ciekawa, rożnorodna i pieszcząca ucho. Większość kawałków charakteryzują wielokrotne zmiany rytmu oraz brzmień czy instrumentarium, co sprawia, że dosłownie każdy z nich wciąga jak niebanalny kryminał. Bez względu na to czy zespół uderza w fale nastrojowe, czy bardziej taneczne. Intro przypomina troszkę otwierające poprzednią płytę Yeasayera The Children z efektem wciąganej taśmy. Kolejne Interlude 1 wypełnia 70 sekund śpiewane a capella. Something Good, mój numer jeden z tej płyty, kojarzy mi się z przedwiośniem, chwilami kiedy zima (tu w postaci zwrotki) zostaje wyparta przez pierwsze, wiosenne promienie słońca reprezentowanego przez refren, którego ciepło dosłownie poraża. Odpływam przy każdej jego projekcji. Tessellate pełne aury tajemniczości, brzmi momentami jak mówiony początek Civil War Gunsów. Świetną rolę spełnia pianino grające jakby samo sobie, jednocześnIe fantastycznie dopełniając utwór. W sąsiadującym z nim Breezeblocks podobną funkcje odgrywa wokalny kanon sprawiający iż z przeciętnego kawałka rozwija się on w rzecz, obok której trudno przejść obojętnie. Podobnie w Bloodflood, którego ostatania minuta kosi równo z trawą. W fantastycznym MS świetny efekt przynoszą kilkusekundowe pauzy pomiędzy poszczególnymi wersami wyspiewanymi w wielogłosie. Artykulacyjne przerwy pojawiają się również w kolejnym Fitzpleasure wypełnionego intrygującym brzęczeniem i mnogością muzycznych tematów. Dawno nie słyszałem tak inteligentnej i wysmakowanej płyty. Za każdym razem, gdy wybrzmi ostatni dźwięk smyczków w zamykającym ją Taro mam ochotę natychmiast wcisnąć play aby kontynuować tę piękną muzyczną podróż. To naprawdę fantastyczne uczucie, gdy muzyczny album nie pozwala odejść od głośników choćby na sekundę. Jeśli też je lubicie An Awesome Wave powinno natychmiast znaleźć się na waszych muzycznych półkach. 

poniedziałek, 10 września 2012

SZAFA GRAJĄCA: DRY THE RIVER - NEW CEREMONY

Dziś do szafy trafia autor najpiękniejszego koncertu Openera 2012. Po fantastycznym debiutanckim albumie Anglicy zaprezentowali go na żywo w sposób, który sprawił dosłownie potroił jego piękno. Fantastyczne, delikatne współbrzmienia, niezapomniane melodie i skupienie panujące w namiocie - to właśnie jedna z chwil, dla których warto było być w tym roku w Gdyni.

Jeśli jakimś cudem nie słyszeliście jeszcze płyty Shallow Bed to nie zwlekajcie ani chwili dłużej.

piątek, 7 września 2012

MICHEL TELO W POLSCE !!! - STARTUJE II KASZANA FESTIVAL

Koniec lata zbliża się nieubłaganie a wraz z nim zamknięcie sezonu festiwali „pod chmurką”. Tak jak w ubiegłym roku Bonomuza zaprasza Was na jego huczne zamknięcie. KASZANA FESTIWAL II sprawi, iż łatwiej przyjmiecie na klatę nadchodzącą jesienną smutę. Praca przy organizacji festiwalu to naprawdę ciężki kawałek chleba. Mnogość imprez powoduje, że ciężko jest zakontraktować gwiazdę w dogodnym terminie. 

O tym, że Michel Telo powinien wystąpić na Kaszanie wiedziałem od dawna. Warto jednak było tyrać, czego dowodem jest choćby pierwsza gwiazda tegorocznego festiwalu! Od kilku miesięcy artysta ten rozchwytywany jest bardziej niż kebab na cienkim w piątkowy wieczór czy parówki na stacjach Łorlenu.Słowa „AJ CHCĘ CIĘ ZŁAPAĆ, AJ AJ, CHCĘ CIĘ ZŁAPAĆ OPA” krzyczało do niego tysiące promotorów z całego świata. Muzyk gra czasem nawet po trzy koncerty dziennie a jeśli nawet nie występuje to i tak śpiewa tańcząc zumbę. Pełny obaw, niczym Kasia Kowalska, wreszcie „ZDOBYŁEM SIĘ NA ODWAGĘ I ZAAAAA GAAAAAA DAŁEM”. 

Efekty przerosły najśmielsze oczekiwania.Rzadko zdarza się bowiem by artysta tej sławy wyszedł sztywno przyjęte,ustalone dużo wcześniej ramy koncertu i przygotował dla fanów coś specjalnego. Tymczasem Michel stał się tego dnia, mówię to bez cienia wątpliwości, naszym, swojskim, polskim Miśkiem, Michałem jakich wielu spotkać można W SOBOTĘ NA BALETACH, na których jak wiadomo „wszyscy ludzie tańczą”. Artysta przestudiował elementarz Falskiego od deski do deski, obejrzał w TeFałPe wszystkie odcinki z profesorem Miodkiem i specjalnie dla polskich fanów przygotował wersję swojego największego hitu po polsku!!! Myślę, że po projekcji nie będziecie mieli żadnych wątpliwości, że piosenka otwierająca Drugi Kaszana Festiwal jest “boska, BOSKA”!
 

środa, 5 września 2012

NOWA PŁYTA THE XX PRZEDPREMIEROWO

Premiera drugiego albumu The XX pod tytułem Coexist nastąpi w najbliższy poniedziałek. Już teraz pod TYM LINKIEM można jednak oficjalnie posłuchać następcy rewelacyjnego debiutu. Oficjalne udostępnienie w necie całego krążka to dość odważne posunięcie zespołu. Tym bardziej, że dorównać pierwszej płycie będzie niezwykle ciężko.Po przesłuchaniu całego Coexista mam lekkie rozdwojenie jaźni. Z jednej strony nowe piosenki maja wszystkie znane już dla tego zespołu zagrywki i brzmienia, z drugiej brakuje w nich melodii, które zostają w głowie już po jednej projekcji.
Po Coexista sięgnę jednak na 100 procent, bo wierzę, iż po kilku odtworzeniach zaczaruje mnie tak jak album The XX. Szczegółowa recenzja na pewno jeszcze we wrześniu.

środa, 22 sierpnia 2012

DRUGA ZAPOWIEDŹ NOWEGO MUSE

Od kilku dni w sieci można posłuchać drugiej piosenki zapowiadającej kolejną płytę MUSE. 2nd Law zapowiadana jest jako rewolucyjny dla zespołu krążek, na którym brytyjskie trio ma grać m.in. dubstep. Efekty poznamy już za kilka tygodni, na razie posłuchajcie kawałka Madness. Jak Wam się podoba?

Ja mam mieszany uczucia, trochę brzmi to jak strona B singla. Na 2nd Law czekam jednak niecierpliwie.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

SZAFA GRAJĄCA: SCOTT MCKENZIE - SAN FRANCISCO -

Do szafy grającej trafia dziś piosenka, która za każdym razem, gdy ją słyszę sprawia iż chciałbym choć na chwilę cofnąć czas o 50 lat i przenieść się do Kaliforni. Wątpię aby "za naszych czasów" powstał tak spontaniczny, ważny i piękny ruch, w którym wolność ma pełnię znaczenia i niepowtarzalny smak. Prosty tekst do tego utworu ma w sobie coś niesamowitego i sprawia, że możemy poczuć choć namiastkę tamtych czasów.

San Francisco trafia dziś do szafy także w hołdzie dla jej autora, którym zmarł 2 dni temu.

wtorek, 14 sierpnia 2012

KONCERT BLUR - WOLVERHAMPTON 5.08.2012


Civic Hall wielkością i wyglądem przypomina warszawskie Palladium, z tą różnicą, że balkon rozciąga się na 3 strony świata. Sala jest niezwykle kameralna i tym bardziej niesamowity był fakt, iż po 3 latach milczenia zespół zdecydował się na dwa z siedmiu koncertów właśnie tam.

Kiedy podczas zamykającej koncert The Universal z głośników popłynęły słowa„well, here’s your lucky day, it really, REALLY, really COULD HAPPEN” po głowie obijała mi się myśl, że to zdanie, choć wyrwane z kontekstu, idealnie opisuje dwie wcześniejsze godziny, które spełniły jedno z moich największych muzycznych marzeń. Koncert BLUR w Wolverhampton przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Mimo, iż minął od niego już tydzień to nadal przed oczami stają mi liczne flashbacki z tego wydarzenia. Wiele z nich pozostanie w mych wspomnieniach do końca życia.



Koncert miał charakter dużej imprezy dla znajomych, na której goście bawili się równie dobrze jak gospodarze. Reakcją na wrzawę towarzyszącą wyjściu Blur na scenę był wielki, nieskrępowany rogal, który zagościł na twarzach wszystkich czterech muzyków. Miałem wrażenie, iż było to niesamowicie szczere, panowie autentycznie cieszyli się z okazji do ponownego wspólnego grania. Zresztą każda kolejna chwila tylko utwierdzała mnie w tym przekonaniu. Muzycy, a zwłaszcza Damon wielokrotnie gestami i miną „mówili”: „ludzie, ale zarąbista impreza, dajmy jeszcze bardziej czadu, aby na długo zapamiętać te chwile”.
Po udanym koncercie supportujących Blur dwóch, mega pozytywnych dzieciaków z The Boots, rozległy się charakterystyczne dźwięki rozpoczynające Girls & Boys, kawałka idealnego na rozpoczęcie koncertu. Ten numer po pierwsze zmusza wręcz do skakania a po drugie naturalnie wywołuje interakcję z publiką. Przez kilka pierwszych chwil Damon jakby badał kogo ma przed sobą, na ile zgromadzeni maja ochotę na wspólne śpiewanie i zabawę. Po kilkudziesięciu sekundach uspokojony wzniósł tylko ręce w triumfalnym geście kwitując sprawę słowami „all right”, odbiór był niesamowity. Już podczas pierwszego refrenu zgubiłem but. Odnalezienie go wśród skaczącego tłumu było prawdziwym kondycyjnym wyzwaniem, po wykonaniu którego wyrównywałem oddech dobre kilkadziesiąt sekund. Tym bardziej, że wentylacja Civic Hall opierała się jedynie na otwieranych co jakiś czas bocznych drzwiach. Temperatura na sali momentalnie osiągnęła stan wrzenia, tym bardziej, że Blur kontynuował prezentowanie na żywo płyty Parklife. O ile przy London Loves było jeszcze umiarkowanie, to przy kolejnych Tracy Jacks i Jubilee w Civic Hall zaponował istny amok. Skaczący tłumnie ludzie z niesamowita radością wykrzykiwali do siebie słowa piosenek, podobnie zresztą jak Damon, który pochylając się nad barierkami śpiewał prosto w twarz kolejnych znajdujących się w pierwszych rzędach fanów, w tym szczęśliwego autora tego tekstu. 



Wielokrotnie miałem wrażenie, że Blur gra ten koncert specjalnie dla mnie i było to uczucie niesamowite. Albarn starał się zaczepić wszystkich, których ograniał swym wzrokiem, myślę, że kązdy z pierwszych kilku rzędów wyszedł z koncertu z wrażeniem iż właśnie odbył się jego jednoosobowy, najmniejszy koncert świata. Wokalista Blur o prawdziwy sceniczny mistrz, frontman w najlepszym tego słowa znaczeniu, charyzmatyczny a jednocześnie mega sympatyczny i pozytywny. Czułem sie trochę jak na koncertach Kultu czy T.LOVE w najlepszym okresie ich działalności. Było swojsko, bez zadęcia, jak na spotkaniu dobrych znajomych. Jednym z mniej ważnych przejawów tego stanu rzeczy było ciągłe polewanie wodą skaczącego pod sceną tłumu, które pare razy przerodziło się w oblanie z szelmowskim usmiechem siedzących na balkonie.Po energetycznej czwórce z Parklife przyszedł czas na chwilę odpoczynku dla nóg w postaci Beetlebum. Piszę o nogach, bo gardła zgromadzone w Civic Hall rozdarły się do granic mozliwości. Szczerze mówiąc nigdy nie byłem wielkim fanem tego kawałka ale sądząc po reakcjach publiczności byłem w tym względzie odosobniony. 



Chwilę później, podczas wyspiewanego przez Grahama Coxona Coffe & TV, ponownie znalazłem się na orbicie szczęśliwości. Fantastycznie było zobaczyć tego maga gitary, przez większość koncertu skupionego na brzmieniu swojego instrumentu, który w tamtej chwili stał się w najważniejszą postacią na scenie w Wolverhampton.

Każdy kolejny kawałek zagrany tego wieczora niósł ze sobą cudowny element muzycznej magii: gościnny występ grającego na lutni Khyama Allamiego, Happy Birthday zaśpiewane zawstydzonej siedmioletniej dziewczynce siedzącej na balkonie, Country House wykonany przez Damona w podskokach i na leżąco, zabijające energią Parklife i Song 2, w których mimo wyjątkowo głośno ustawionych wzmacniaczy po Civic Hall toczył się ryk wniebowziętych fanów czy wzruszające i intymne This Is A Low kończące pierwszą część koncertu.


Chwilę wcześniej, podczas wykonywania przez zespół Tender miała miejsce chwila, o której marzy każdy zespół na świecie. PO kilku charakterystycznych dźwiękach zagranych przez Grahama i jeszcze przed dołączeniem się reszty zespołu sala została zawładnięta przez ludzi śpiewających „oh my baby...”.Członkowie Blur na pewno słyszeli taką reakcją nie raz, ale wierzcie mi, że widząc ich twarze z bliska nie miałem najmniejszych wątpliwości, iż są w tamtym momencie przeszczęśliwi. Niektórych uczuć nie da się ukryć.



Na bisy postanowiłem przenieść się w końcowe rejony sali. Z przodu było magicznie, ale uszy powoli zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa, nagłośnienie nie było najlepsze, głównie z powodu zbyt głośno ustawionego basu i byłem ciekawy jak wygląda to na wysokości dźwiękowca. O dziwo z tyłu było podobnie. W ramach bisów Blur postanowił wyregulować ciśnienie wszystkim zgromadzonym, serwując same spokojniejsze utwory. Sing z debiutanckiej płyty, chwilę później dla kontrastu najnowsze Under The Westway, pełne wygłupów Intermission, przecudne End Of A Century, czy dużo wolniejszą niż na płycie wersję For Tommorow – jednego z 3 moich ulubionych kawałków Damona i spółki. Całość zwieńczyło przywołane na samym początku relacji The Universal.




Czekałem na ten „lucky day” wiele lat i jestem niezmiernie szczęśliwy, że w końcu się wydarzył. Pozostaje niebezpodstawna nadzieja, że jeszcze kiedyś nadarzy się okazja aby go powtórzyć. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję zobaczyć Blur na żywo nie przegapcie jej. W tej formie to jeden z najlepszych zespołów na świecie.

sobota, 4 sierpnia 2012

TO JUZ JUTRO !!!

Jutro spelni sie jedno z moich najwiekszych koncertowych marzen. Caly dzien, zwiedzajac rozna olimpijskie areny w Londynie odliczalem godziny do koncertu BLUR, ktory zobacze jutro w Wolverhampton. Relacja wkrotce. Tymczasem posluchajcie nowej piosenki Damona, Grahama i spolki.

środa, 1 sierpnia 2012

68. ROCZNICA WYBUCHU POWSTANIA WARSZAWSKIEGO - BARYKADA

Jak co roku 1 sierpnia słuchamy kolejnych utworów z płyty Powstanie Warszawskie zespołu LAO CHE. Dziś czas na Barykadę. Piosenka przedstawia sytuację z drugiej połowy pierwszego tygodnia powstania. Radość z zastrzeleniu kolejnych, poszczególnych wrogów przechodząca w coraz większe wycieńczenie. Piosenka Barykady świetnie oddaje powtarzalność i rosnący trud, z którym zmagali się powstańcy.  Jestem pewny, że archiwalia użyte do zilustrowania tego utworu dodatkowo pozwolą wielu osobom uświadomić sobie co działo się w Warszawie w sierpniu 1944 roku. Za każdym razem, gdy słyszę końcowe wersy tego utworu myślę sobie, że następnego dnia rano inaczej spojrzę w lustro podczas porannego golenia, bardziej doceniając czasy, w których przyszło mi żyć.

wtorek, 24 lipca 2012

OWF '12 - ŻENADA ZAKAZ FESTIVAL


O tegorocznej edycji Orange Warsaw Festival powiedziane zostało już wiele złego. Niestety muszę dorzucić swoje 2 grosze. Dawno nie wyszedłem z koncertu tak zniesmaczony, jak po pierwszym dniu festiwalu odbywającego się na stadionie Legii. Jakość dźwięku, który zaserwowano publiczności była poniżej poziomu pijanej kapeli weselnej rozgrzewającej się w toalecie. Najbardziej kłuło mnie to w uszy podczas koncertu Linkin’ Park. Miałem na świeżo w pamięci ich koncert sprzed kilku dni i wiedziałem dobrze w jakiej zespół jest formie i jak brzmi w dobrych warunkach. Na OWF obszedłem wzdłuż i wszerz cały obiekt przy Łazienkowskiej 3 i miejsca, w którym słychać byłoby wyraźnie cały zespół nie znalazłem. Porażające było zwłaszcza nagłośnienie wokalu Chestera, który dając z siebie maxa brzmiał niczym Kulfon, słabiutko, cichutko, tak jakby śpiewał bez mikrofonu. Mocy w tym było tyle, co makaronu w risotto

sobota, 21 lipca 2012

ROCK IM PARK - część 5

Jednym z głównych powodów, dla których wybrałem się do Norymbergi był koncert reaktywowanego po latach Soundgarden. Wiele lat marzyłem a by usłyszeć głos Chrisa Cornella na żywo. Niestety występ jego grupy na Rock Im Park to zdecydowanie największe rozczarowanie tego festiwalu. Po nudnawym wstępie w postaci Searching With My Good Eye Closed nadzieję na niezapomniane chwile przyniósł Spoonman. Niestety był to pierwszy i ostatni dobry fragment tego koncertu. Dalszą jego część wypełniły kawałki mniej lub bardziej znane ale męczące i pozbawione melodii oraz energii. Było na tyle słabo, że w drugiej połowie koncertu wycofałem się do strefy gastronomicznej, a tuz po spożyciu w towarzystwie dźwięków Black Hole Sun najzwyczajniej w świecie usnąłem.

Soundgardenowy niesmak na szczęście szybko poprawił mi zespół Evanescence. Nie nastawiałem się specjalnie na ten koncert, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Smutne, momentami aż do śmieszności, mroczne numery Amerykanów na żywo zyskały mocy i zabrzmiały niesamowicie przestrzennie. Dźwięk gitar fantastycznie komponował się z fortepianem, za którym co pewien czas siadała wokalistka. Dosłownie czułem jak dźwięk przenika do mojego wnętrza, pod alternastage panowała niesamowita, dziwnie podniosła atmosfera. Dawno nie czułem się tak na koncercie, a podczas Call Me When You’re Sober i My Heart Is Broken moja szczęka opadła na tyle, zaczęła kopać w nową stacje metra w Norymberdze. Po zagranym na koniec Bring Me To Life dosłownie zakręciło mi się w głowie i to nie tylko z powodu spożytych procentów. Poniżej link do koncertu, który odbył się dwa dni wcześniej na Rock Am Ring - równie dobry ale z beznadziejnym odbiorem publiczności. W Norymberdze wyglądało to znacznie lepiej.

Najlepszym koncert ostatniego dnia festiwalu dał, jak na headlinera przystało, Linkin’ Park. Widziałem ten zespół na żywo w 2006 roku w Chorzowie podczas występu przed Pearl Jam. I wtedy, mimo niesprzyjającej widnej pory okazali się lepsi niż gwiazda wieczoru. Oczekiwania wobec tegorocznego koncertu miałem więc ogromne i ku olbrzymiej radości nie zawiodłem się. Ci, którzy postrzegają Linkin’ Park jako boysband zmieniliby zdanie już po kilku taktach ich kawałków usłyszanych na żywo. Bije z nich ogromna moc połączona z przebojowością, a jeśli chodzi o przestrzenność dźwięku Amerykanie nieznacznie tylko ustępują europejskim kolegom z MUSE. Genialnie brzmią też nakładające si na siebie chrypliwy wokal Chestera i rap Mike’a. Jeśli dołożyć do tego wysoki poziom wszystkich instrumentalistów otrzymujemy od tego zespołu prawdziwą koncertowa petardę. Występ Linkin’ Park na Rock IM Park nie miał praktycznie słabego punktu. Spokojny początek w postaci Place For My Head był tylko rozgrzewką na rozprostowanie stawów i naoliwienie gardeł. A potem Given Up, Faint, With You, Runaway... Totalny odlot, Norymberga wzbiła się w powietrze. Fantastycznie wypadło What I’ve Done, które na żywo dosłownie zwala z nóg. Podobnie jak Burn It Down promujący nową płytę, który z radiowego pitu pitu przekształca się na koncercie w czadową bestię. Równie dobrze zabrzmiały The Catalyst czy Waiting For The End, w którym doskonale słychać było jak dobry koncertowo jest to zespół. Pod koniec koncertu na scenie odbyły się oświadczyny. Tłum początkowo zareagował sceptycznymi podśmiechujkami ale kiedy przyszły żonkoś przemówił zrobiło się naprawdę podniośle. Podobnie jak podczas zagranego chwilę później fragmentu Sabotage z repertuaru Bestie Boys w celu upamiętnienia zmarłego niedawno MCA. Nie zabrakło oczywiście również największych starych hitów w postaci In The End i Crawling oraz wieńczącego dzieło One Step Closer. To był naprawdę fantastyczny koncert, po którego zakończeniu cieszyłem się, że za kilka dni będę mógł go przeżyć ponownie w Warszawie. Ale o tym w kolejnym  poście.

Mój świetny nastrój podtrzymał rewelacyjny koncert FM Belfast odbywający się na scenie klubowej. Przed festiwalem stawiałem ten zespół w jednym rzędzie z wspomnianymi już dziś Citizens! 3 czerwca 2012 roku zweryfikował ten pogląd maksymalnie. W przeciwieństwie do nudziarzy z Citizens! do FM Belfast to wulkan energii. Panowie zaprezentowali wszystko co najlepsze w taneczno-popowej muzyce z nutką oldschoolu. Momentami koncert przypominał klimatem Scissors Sisters, zarówno za sprawą piskliwych wokali jak i wesołej, luzackiej atmosfery wesela po północy. Islandczycy z FM Belfast umieścili na scenie mnóstwo balonów, przy piosence Underwear okazali tytułową bieliznę, do swoich utworów wplatali niemieckie rymowanki (eins, zwei, Polizei) i fragmenty kawałków innych bandów (choćby What’s Up 4 Non Blondes).

Jako ostatni na Rock Im Park 2012 zaprezentował się Marylin Manson. Demoniczny początek do Hey, Cruel World zagrany przy zasłoniętej kurtynie w świetny sposób podgrzał atmosferę. Kiedy kurtyna spadła ku zaskoczeniu wszystkich Manson był wyjątkowo normalnie ubrany, czarne spodnie, skórzana kurtka. Natomiast dziwnie rozmazany z prawej strony twarzy makijaż powodował, iż wyglądał on naprawde demonicznie. Koncert zaczął się z kilkunastominutowym opóźnieniem ale tempo narzucone odjegopoczątku było naprawdę słuszne. The Disposable Teens, The Love Song, nowe No Reflection, mOBSCENE, hit gonił hit. Podczas wykonywania jednej z piosenek crowdsurfing postanowiła „wykonać” dmuchana lala. Jej żywot skończył się wraz z przebiciem jej przez Mansona ostrzem noża, którym zakończony był jego mikrofon. Generalnie jednak zespół bardziej niż na kontrowersjach skupił się na muzyce, co przyniosło całkiem pozytywny efekt. Po Rock Is Dead i Personal Jesus musiałem udac sie niestety na ostatni pociąg jadący tej nocy do miasta. Kończące koncert Sweet Dreams, Antichrist Superstar i Beautiful People słyszałem więc z peronu. Koncert Mansona nie rzucił na kolana, ale był niezły, dużo lepszy niż ten, który widziałem 11 lat temu na Torwarze.

wtorek, 17 lipca 2012

ROCK IM PARK 2012 - część 4

Trzeci dzień tegorocznego Rock Im Park zapowiadał się zdecydowanie najciekawiej. W dodatku po dwóch dniach wędrówek między scenami po raz pierwszy zdarzyło mi się pozostać pod jedną sceną przez 4 kolejne koncerty. Nim do tego jednak doszło w drodze na scenę główną przypadkowo trafiłem na grupę Steel Panther prezentującą się na Alternastage. Poziomem „odlotu” dorównywali Kobrze i Lotusowi z pierwszego dnia festiwalu, a raczej przebijali ich kilkukrotnie. Panowie wyglądali jak członkowie zespołu Europe w czasach swojej największej świetności czyli w połowie lat 80-tych. Natapirowane włosy, makijaż i kolorowe fatałaszki tworzące do kupy wizerunek metalowca-obciacha. Pomiędzy piosenkami, które w większości również prezentowały poziom żenady i trudno przyswajalnego oldschoolu, zespół raczył publiczność trwającymi kilka minut gadkami. Te były równie ciężkie jak muzyka. Jeśli ten zespół robi to wszystko na serio to pozostaje im bardzo współczuć. Jeśli jest to pastisz, to trzeba przyznać, że bardzo udany. Ku tej drugiej opcji wskazuje najlepsza piosenka tego koncertu zatytułowana Community Property. Ta ballada utrzymana w stylu pomiędzy Bon Jovi i Def Lepard opowiadająca o uczuciu jegomościa do pewnej panny, w refrenie podkreśla złożoność życia słowami „my heart belongs to you, but my cock is community property”. Taki właśnie klimat miał koncert Steel Panther.

Jako pierwsi na głównej scenie grali tego dnia The Tribes. Ilość osób zgromadzona pod nią w momencie rozpoczęcia koncertu oscylowała w okolicy dwustu, bałem się więc, że będzie to demotywujące dla Anglików, którzy promują swój świetnie przyjęty w ojczyźnie debiutancki album Baby. Wychodząc na scenę czwórka londyńczyków usmiechnęła się pod nosem i rozpoczęła bardzo przyjemny koncert wypełniony swoistym best of ostatnich 20 lat w brytyjskiej muzyce gitarowej. Po raz kolejny okazało się, że „nie zawsze dużo znaczy dobrze”, bo zebrana garstka potrafiła stworzyć naprawdę fajną atmosferę, czuć było zaangażowanie płynące zarówno do jak i ze sceny. Jedna z fanek, przebrana w plemienny strój postanowiła nawet złożyć propozycję matrymonialną perkusiście machając kartką z napisem „Miguel, marry me”. Wersje koncertowe nie różniły się zbytnio od studyjnych, fajne wrażenie robił wokal śpiewany jednocześnie przez 3 osoby. Najlepiej wypadło When My Days Comes, melodyjne i z mocnym wykopem, a kończące występ We Were Children obijało mi się po głowie jeszcze długo po zakończeniu tego koncertu. Poniże nagranie z siostrzanego festiwalu Rock Am Ring, jak widać frekwencja była tu sporo wyższa.

The Subways, którzy pojawili się na głównej scenie tuż po The Tribes jak zwykle zaprezentowali porcję pozytywnego czadu. Ich każdy koncert jest fajny, ale niemalże identyczny, Billy kieruje tłumem, Charlotte biega na bosaka po scenie grając jednocześnie na basie, serwując publiczności kawał dobrej pop-punkowej muzyki. Widziałem ten zespół jednak trzeci rok z rzędu i nie robił już na mnie takiego wrażenia jak za pierwszym razem. Tym bardziej, że setlista była chyba identyczna jak zeszłoroczna: Oh Yeah na początku, Rock&Roll Queen w środku oraz It’s A Party na zakończenie. Najbardziej z całego koncertu zapamiętałem crowdsurfring w wykonaniu wokalisty oraz 10 innych fanów. Było w tym fajne, nieprzewidywalne szaleństwo, mimo protestów ochrony Billy pływał na rękach fanów zderzając się co jakiś czas głową z innymi znajdującymi się również na górze.

Po dwóch gitarowych składach nadszedł czas na zmianę klimatu, przestrzenią festiwalową zawładneli bowiem Cypress Hill i palony przez nich „shit”, który pojawił się na scenie podczas Roll It Up, Light It Up, Smoke It Up. Impreza rozkręciła się na dobre, dla wszystkich bez względu na wiek. Podczas jednego z kawałków na scenę wskoczył nastolatek ubrany w kolorową kurtkę, przez chwilę poczuł się jak członek zespołu, przybił piątkę z B-Realem, po czym ochrona zdjęła go ze sceny. Zero było przy tym przemocy, kilka sekund później ów młody człowiek skakał żwawo tuż obok nas, odbierając „szacuny” od swoich ziomali. Z drugiej strony rytmicznie gibał się za to gość wyglądający na minimum 50 lat. Koncert miał fajną energie i tempo. Na codzień nie słucham hip-hopu ale ten koncert był prawdziwą przyjemnością. Zdecydowanie najwięcej ożywienia wniosło Insane In The Brain oraz kosmiczna perkusyjno-scratchowa solówka. Zespół nie zdecydował się na zagranie swojego drugieo największego hiciora What’s Your Name What’s Your Number, a całość zwieńczyło Rock Superstar.

Trudno mi jednoznacznie ocenić koncert Kasabian. Panowie dali czadu ale im dłużej myślę o tamtym występie tym więcej mam do niego zastrzeżeń. Z jednej strony bawiłem się świetnie, z drugiej zabrakło mi wielu spokojniejszych kawałków z nowej płyty, w tym m.in. dwóch ostatnich singli. Myślałem, że wpływ na dobór mało wymagającego technicznie repertuaru, zwłaszcza pod koniec koncertu, miał stan trzeźwości zespołu. Sergio Pizzorno sprawiał wrażenie ledwie trzymającego pion, kiedy tylko jego sceniczny ruch przekraczał kroki zyskiwał on podejrzanej chwiejności a Tom był wyjątkowo pobudzony. Ale po przejrzeniu archiwum widzę, że te krótsze, godzinne festiwalowe koncerty zawsze wyglądają w ten sposób. Na początek niezbyt udane, pozbawione powera Days Are Forgotten a potem Velociraptor, który w przeciwieństwie do poprzednika wiele zyskuje w wersji live. Zagrane chwilę później Underdog i Where Did All The Love Goes to najlepszy moment tamtego koncertu. Chwilę później przy Club Foot i Empire zaczął szwankować nieco dźwięk, za dużo było basu i przesteru, przez co  te zarąbiste kawałki nie ruszały tak, jak powinny. „Show me your fuckin’ hands german, where the fuck are you” – nawoływał Tom nie zyskując jednak specjalnego aplauzu nawet podczas wykonania L.S.F. Przed finałowym, jak zawsze genialnym Fire Kasabian zaprezentowało ponad 10-minutową elektro-sieczkę w postaci Vlad The Impaler i Switchblade Smiles. Szkoda, że choćby tego pierwszego nie zastąpił choćby Shelter From The Storm, La Fee Verte czy Goodbye Kiss. Brak najpiękniejszych kawałków z płyty, którą Kasabian aktualnie promuje to największy mankament tego koncertu.

Dużym rozczarowaniem okazał się występ Guano Apes, w głównej mierze za sprawą fatalnego nagłośnienia. Coś dziwnego było w tym koncercie, fajne kawałki, nawet te debeściacki jak Open Your Eyes czy Big In Japan brzmiały jakoś bezpłciowo, brakowało w nich czegoś trudnego do opisania. Być może wynikało to z faktu, iż zespół nie gra regularnej trasy i na scenie pojawia się sporadycznie, raz lub dwa w miesiącu. Jedynym kawałkiem, który przyniósł wykop, na który liczyłem na całym Guano było ostatnie Lords Of The Boards.
Z odbywającego się na scenie klubowej koncertu Citizens! wyszedłem szybciej niż wszedłem. Zamiast fajnego oldschoolu usłyszałem bowiem coś w stylu odrzutów z Kombi, było to nudne, monotonne i bez jakiegokolwiek pomysłu. Albo może po prostu tego dnia miałem fazę na mocniejszą muzykę... c.d.n.

wtorek, 3 lipca 2012

ROCK IM PARK 2012 - część 3

Drugi dzień zapowiadał się jako najmniej ciekawy muzycznie rozpocząłem go więc od zwiedzania Norymbergi. Dość ładne, małe miasteczko, w którym klimatyczne budowle mieszają się z blockhauzami i niskimi biurowcami, nawet w zabytkowej części miasta. Stare miasto odgrodzone jest od reszty fosą pozbawioną dziś wody i służącą jako deptak. W zabytkowej części miasto znajdziemy kilka ładnych kościołów oraz targ z mydłem i powidłem. Kilkugodzinny spacer po ulicach Norymbergi był przyjemny ale samo miasto nie pozostało mi specjalnie w pamięci. W przeciwieństwie do dwóch koncertów, które zobaczyłem kilka godzin później. 

Pierwszym kontaktem z muzyką tego dnia były dźwięki Donots, które słyszałem w drodze od wejścia pod sceny. Żałuję, że nie widziałem całego koncertu, bo owe gitarowe dźwięki były fajnym starterem do dalszej zabawy. Na Alternastage prezentował się w tym czasie Cro. Chłop nawijał ze sceny po niemiecku i ewdentnie wprawiał tym licznie zgromadzonych Niemców w ekstazę. Ja jakoś tego flow nie załapałem a zespół ma chyba dość kontrowersyjną opinię u naszych zachodnich sąsiadów, bo kilku przechodzących obok mnie gości krzyczało w stronę sceny słowa "schwul" oznaczające część roweru, na którą nacisk powoduje wprowadzenie tego pojazdu w ruch. 

Pierwszą grupą, na którą naprawdę czekałem tego dnia był Dick Brave And The Backbeats. Olbrzymią większość repertuaru tej grupy stanowią hitowe covery przerobione na styl Elvisa Presleya. Tej soboty usłyszeliśmy m.in. Rolling In The Deep Adele, Walk This Way Aerosmith, Use Somebody Kings Of Leon czy Kiss Prince’a. W przypadku Dicka i bandy nie chodzi jednak tylko o muzykę ale również o sposób jej podania. Panowie wyglądają jakby właśnie w 1956 roku wyszli z amerykańskiego baru z kraciastymi obrusami. Zarówno strój, fryzury, instrumenty jak i sceniczne zachowanie mocno nawiązują do amerykańskiej kultury sprzed ponad pół wieku. Koncerty tego zespołu to prawdziwe energetyczne petardy. Panowie szaleją na scenie, basista biega grając jednocześnie na kontrabasie, wokalista w przerwach między elvisowskim tańcem staje na głowie na podeście perkusyjnym, pianista gra stojąc jedna nogą na górze swojego instrumentu, itd. Co najpiękniejsze większość kawałków w wersjach Dicka Brave’a brzmi lepiej niż w oryginale. Z 15 zaprezentowanych w Norymberdze utworów absolutnie najlepiej wypadł No One Knows z repertuaru Queens Of The Stone Age. Dick zapowiedział ją, jako swoją ulubiona piosenkę o miłości. Pierwsze wersy zaśpiewane bardzo wolno i spokojnie w towarzystwie wibrującej gitary przechodzą w drugą zwrotkę zagraną dwukrotnie szybciej i na wyższych rejestrach wokalnych a typowo rockendrolowy refren dosłownie zwala z nóg. Równie fantastycznie wypadło Take Good Care Of My Baby, które nie rózniło się wiele od oryginału ale pozostało przepiękną piosenką, której słowa brzmią dziś niewinnie i oldschoolowo pięknie. Do większych ciekawostek zaliczyć trzeba na pewno American Idiot Green Daya a do roli nakręcaczy tanecznych Black Or White Jacksona i Just Can’t Get Enough Depechów. To był świetny, klimatyczny, rockendrowolo-starodawny koncert w towarzystwie świecącego słońca i umieszczonego z tyłu sceny ułożonego z migających w róznych konfiguracjach żarówek napis DICK. 

Była to na tyle dobra sztuka, że nie zdążyłem nawet na sekundę koncertu Example, którego byłem bardzo ciekawy. Koledzy z Anglii serwują niby łupu cupu ale jednak z fajowym klimatem, który na żywo mógłby być jeszcze lepsze. Pozytywnie zaskoczyły mnie hip hopowe nawijki Tinie Tempah. Nie jestem specjalistą od tego gatunku muzyki ale Tinie zdecydowanie dał radę i rozbujał towarzystwo pod Alternastage. Dużym zawodem okazali się natomiast Dropkick Murphys. Zamiast oczekiwanego folkowo-punkowego czadu grupa zaprezentowała przeciętny koncert pozbawiony energii. Niby na scenei sporo się działo, niby piosenki były fajne ale brakowało w tym szczerości i choćby jednego elementu, który pozwoliłby zapamiętać te chwile na dłużej. Jedynym momentem, kiedy krew w żyłach popłynęła mi nieco szybciej było Johny, I Hardly knew Ya. Bezskutecznie czekałem na przebudzie amerykańskich Irlandczyków na tyle długo, że załapałem się jedynie na ostatnie 5 minut koncertu Chase & Status. I po tej krótkiej zajawce żałuję, że szybciej nie przeszedłem na mniejszą scenę. Zapamiętalem ten sklad z zeszłorocznego Hurricane Festival jako zespół wielkiego łomotu, który niemalże rozsadził mały namior w Scheessel, jednak bez możliwości zrozumienia choćby jednego słowa wykrzyczanego przez wokalistę. W plenerze dwięki były o wiele bardziej selektywne, a wzbogacone skromnymi lecz ciekawymi wizualami robiły naprawdę niezłe wrażenie. 

Celem numer jeden drugiego dnia Rock Im Park był jednak dla mnie The Offspring. W połowie lat 90-tych, tuż po wydaniu płyty S.M.A.S.H. miałem ogromną korbę na kapelę Dextera Hollanda, nigdy dotąd nie udało mi się jednak zobaczyć jej na żywo. Obawiałem się nieco, że po ponad 15 latach od wydania albumu życia panowie są już emerytami odcinającymi kupony od czasów dawnej świetności. Tymczasem, ku wielkiej radości The Offspring zamietli pod dywan wszytskich innych wystepujących tego dnia na Zeppelinfeld. I chociaż gitarzysta Noodles ma okulary ze szkłami grubości denka od musztardówek, a Dexter kilkadziesiąt kilogramów więcej niż w wieku XX to siła ich muzyki pozostała niezmienna. Panowie zdają sobie doskonale sprawę z tego, które kawałki są ich najlepszymi i tylko takie zaprezentowali podczas sobotniego występu. Dzięki temu w setliście królowała płyta Smash przepleciona najlepszymi singlami z lat późniejszych. W 75-minutowym koncercie nie znalazło się ani jedno słabe ogniwo. Otwierające całość You’re Gonna Go Far Kid można jeszcze uznać jako „bifor” pozwalajacy rozgrzać stawy to już drugie All I Want rozpoczęło szaleństwo. Kiedy chwilę po wybrzmieniu ostatniego dźwięku tej piosenki usłyszeliśny charakterystyczny, wystukiwany na pałeczkach rytm, jasne było, iż za chwile z głośników padną słowa „you’ve gotta keep’em separated”. Kolejne Have You Ever i Staring At The Sun podkręciło tempo jeszcze bardziej, a przy Genocide i Bad Habbit osiągnąłem stan nirwany. W 1995 roku z dumą nosiłem koszulkę z fragmentem tekstu tej drugiej piosenki o treści „stupid, dumbshit, goddamn, motherfucker”. 2 czerwca 2012 roku około godziny 19.30 znowu czułem się jak nastolatek. Tuż przed rozpoczęciem koncertu awarii uległ jeden z hydrantów, co w efekcie dało spotrej grupie możliwość pogowania w błocie. Błotne rykoszety roznosiły się dobre kilkanaście metrów od miejsca akcji. Koncert nie posiadał strony wizualnej, oprócz logo zespołu rozwieszonego z tyłu sceny Offspring bez niepotrzebnych ceregieli dawał po prostu czadu i nakręcał do coraz lepszej zabawy. Jakiegolwiek światłą i efekty spercjalne nie były potrzebne, bo i tak, w szale zabawy, nikt nie zwróciłby na nie uwagi. Po na maksa tanecznym Walla Walla, w środku koncertu, w ramach odpoczynku usłyszliśmy Kristy Are You Doing OK? I Why Don’t You Get A Job. Na szczęście były to jedyne chwile zwolnienia,a dzieło zwieńczyły fenomenalnie zagrane The Kids Aren’t Allright i Self Esteem. Po wybrzmieniu tego ostatniego dla mnie Rock Im Park 2012 mógłby się skończyć. Koncert Offspringa był fenomenalny i nie mogę doczekać się kolejnej okazji aby zobaczyć Amerykanów ponownie. 

Kiedy przed festiwalem analizowałem tegoroczny line-up oczyma wyobraźni widziałem prezentującą się na alternastage MIA, autorkę chociażby znanego ze Slumdog Millionaire hitu Paper Plans. Jej koncert na openerze był poniżej jakiejkolwiek normy także nie planowałem nawet zblizać sie w okolice tego „wydarzenia” w Norymberdze. Stojąc w kolejce po piwo nie zgadzały mi się jednak dźwieki dochodzące spod Alternastage. I kiedy z ciekawości zajrzałem co tam się dzieje, pomyślałem sobie, że albo MIA ma chyba coś wspólnego z Michaelem Jacksonem i wybiela sobie skórę albo ktoś nas tu wkręca. Na scenie znajdowała się bowiem niemiecka artystka, która oprócz śpiewu wykonywało różnego rodzaju akrobacje na zawieszonym na górze sceny drążku. MIA. Okazało się bowiem, że na Rock Im Park występuje MIA. a nie M.I.A. Kropki mają jednak znaczenie. 

Headlinerem drugiego dnia festiwalu byli Die Toten Hosen obchodzący 30-lecie istnienia. Niemcy byli zachwycenia, widać, że jest to tu zespół kultowy. Każdy kawałek wyśpiewany został przez dziesiątki tysięcy ludzi, my przyłączyliśmy się tylko w tzw. „A wszystko to, bo ciebie kocham”, które swego czasu zcoverował pewien czerwonowłosy Michał. Die Toten Hosen dawali czadu, jednak mi po głowie ciągle chodził koncert Offspringa. To było zdecydoane wydarzenie numer jeden drugiego dnia festiwalu.

niedziela, 1 lipca 2012

ROCK IM PARK - część 2

Nie widziałem nigdy na żywo występu żadnego projektów Doherty'ego, a to co usłyszałem w wykonaniu solowym jeszcze bardziej zaostrzyło mój apetyt na The Libertines czy Babyshambles. Jego koncert na Rock Im Park wyglądał trochę jak spotkanie znajomych przy ognisku, był mega luzacki i miał atmosferę lekkiego rauszu. Pete pojawił się na scenie jedynie w towarzystwie lekko rozstrojonej gitary i kapelusza po czym bez zbędnych ceregieli zaczął grać i śpiewać. A gdy kończył się jeden utwór wokalista po prostu serwował kolejny numer. Możecie powiedzieć, że przecież tak jest na każdym koncercie. Na tym naprawdę wyglądało to inaczej, myślę, że jak każdy zgromadzony pod sceną, miałem wrażenie, że Pete to kumpel, który właśnie odwiedził nas, żeby pokazać swój nowy, fajny kawałek. Ascetyczna oprawa tego koncertu uwydatniła tylko ogromny talent wokalisty. Jeśli ktoś miał wcześniej co do niego wątpliwości ostatecznie powinno rozwiać je wersja Twist & Shout, którą zaprezentował wokalista. Przez tą krótką chwilę znalazłem się mentalnie na koncercie Beatlesów.  

To była piękna i zarazem nostalgiczno-smutna godzina muzyki wypełniona zarówno nowymi piosenkami Dohertego, jak i utworami The Libertines i Babyshambles. I to właśnie Fuck Forever z repertuaru tych ostatnich rozłożyło mnie dosłownie na łopatki. To była jednoosobowa, niesamowita miazga i chyba najpiękniejsza chwila pierwszego dnia Rock Im Park. Solowe występy bezlitośnie obnażają wszelkie braki, fałsze i potknięcia. W koncercie Pete’a takowych nie zauważyłem, w oczy rzucały się za to jego mocno poranione ręce pokazywane na telebimie. Jeszcze długo po koncercie chodziły mi po głowie pytanie, gdzie byłby dziś ten muzyk, gdyby nie jego narkotykowe problemy. Pięknie było przypomnieć sobie, że do fantastycznej muzyki wystarczy jedynie osoba umiejąca śpiewać i grać na gitarze.Podczas dwóch piosenek na scenie pojawiły się 2 baletnice, które lekko odczapowo wykonały taniec a’la Jezioro Łabędzie i zniknęły. Mam nadzieję, że z nie zniknie ze sceny jeszcze długo. Z jego koncertu wyszedłem oszołomiony.

W tym lekkim amoku trafiłem na występ Billy Talent i kontrast w porównaniu z brytyjskim wokalistą był druzgocący. Kanadyjski zespół bardzo próbował dać czadu ale im bardziej próbował tym gorzej mu to wychodziło. Męczenie gitar, drażniący, nieco piskliwy głos Kowalewicza sprawiły iż po kilku kawałkach zawinąłem się z powrotem pod Alternastage, na której prezentowali się Maximo Park. To była jednak już naprawdę żenada, bezenergetyczne nieporozumienie z nieklejącą się do końca melodią i skutecznie wyganiające ludzi w inne rejony festiwalu. W efekcie wróciłem na koncert Billego i nie wiem czy z powodu porównania z Maximo Park, czy z powodu ogarnięcia się przez Kanadyjczyków druga część ich show była znacznie lepsza, wyraźniejsza i odrywająca choć trochę od ziemi. Zdecydowanie najlepiej wypadło Devil On My Shoulder, po którym nastąpiło równie dobre Fallen Leaves.

Tego jak sprawić, aby cały koncert trzymał poziom Billy Talent mógłby uczyć się choćby od młodziaków z Awolnation. Ich występ na najmniejszej, klubowej scenie choć spóźniony i zdecydowanie za krótki miał w sobie wszystkie niezbędne elementy muzycznego przedstawienia. Przede wszystkim na kilometr biła ze sceny radość chłopaków dopiero co zaczynających przygodę z muzycznymi festiwalami. Każdy z pięciu muzyków zachowywał się jak uaktywniony wulkan, każdego z nich dosłownie rozsadzało, w powietrzu unosił się zapach ADHD. Wszystkie zagrane kawałki, zgodnie z przewidywaniem, zabrzmiały dużo mocniej i pełniej niż na płycie. Elektroniczna warstwa została nieco przykryta przez rockową stronę tych numerów, a trochę szybsze niż na płycie tempo zamieniło liczącą kilkaset osób grupę w prawdziwy obóz skoczków. Absolutnie fenomenalnie wypadło singlowe Sail. Nie wielbię go specjalnie w wersji studyjnej, ale na żywo to dwa razy dłuższa i dwa razy lepsza piosenka, zwłaszcza ze śpiewem publiczności w refrenie. Jedynym kwasem tego koncertu było zmaganie zespołu i organizatorów z czasem. Po 5 kawałkach wokalista nerwowo spoglądał na zegarek komunikując się z kimś na bekstejdżu. Sail było zapowiedziane jako „our last song”, po jego wykonaniu zza sceny poszła zgoda na kolejne 5 minut. Trochę mało w tym było rockowej duszy zarówno ze strony muzyków i organizatorów. Był to najlepszy tego dnia koncert na małej scenie i gdyby potrwał o kwadrans dłużej nic by się nie stało.

Headlinerem pierwszego dnia była Metallica prezentująca Czarny Album z okazji jego dwudziestych urodzin. Spodziewałem się więc 12 kawałków z 92 roku oraz 2-3 starszych na bis. Tymczasem zaczęło się od krótkiego wyświetlonego na telebimach westernu, po którym wybrzmiało Hit The Lights. Kiedy chwilę później wybrzmiał pierwszy, charakterystyczny riff Master Of Puppets wpadłem w amok, podobnie zresztą jak pozostałe 75 tysięcy osób zgromadzonych pod główna sceną. To zdecydowanie mój ulubiony utwór Metalliki, w Norymberdze zagrany został z takim wykopem, że w tamtej chwili całe miasto znalazło się na metalowej orbicie. Potem jeszcze No Remorse, For Whom The Bell Tolls, zagrane równie czadowo na fajnej dwupoziomowej scenie. „Ładny mi Czarny Album” – pomyślałem. Po ponad 40 minutach światła zgasły ponownie a na ekranie zobaczyliśmy kilkuminutowy dokument o powstawaniu płyty Metallica. Nie rozpoznałem trzech kolejnych kawałków, które zaprezentował zespół po tej chwili kinematografii. Przy czwartym doszło do mnie, że Czarny Album grany jest od pozycji 12 do numeru 1. Jako, że 99 procent moich projekcji tej płyty, a raczej kasety kończyło się na stronie A te pierwsze prezentowane na Rock Im Park kawałki były w pewnym sensie nowością. Miałem wrażenie, że nie jestem w tym gronie sam. Tempo i atmosfera nieco siadły. Po raz pierwszy tłum odżył podczas Nothing Else Matters. Osobiście nie lubię tej piosenki, nie pasuje mi do tego zespołu i nie wkręca mnie jej melodia. Muszę jednak przyznać, że na żywo wypadła dużo lepiej niż na płycie. Prawdziwy amok zapanował pod sceną ponownie w połowie Czarnej Płyty czyli przy Don’t Tread On Me. A potem każdy kawałek podnosił wszystkim ciśnienie o 100 procent. Drapieżne Wherever I May Roam, przepiękne i bardzo emocjonalne The Unforgiven z delikatnie zmienioną melodią refrenu, Holier Than You, Sad But True i Enter Sandman. W przypadku takiego ułożenia utworów na Black Albumie pomysł zagrania go od końca okazał się genialny. Kiedy Metallica zeszła po Enter Sandman ze sceny powietrze nad Zeppelinfeld było gęste od emocji i rozdziawionych paszcz dziesiątek tysięcy ludzi. Naprawdę dawno nie widziałem tak fenomenalnego koncertu, co ucieszyło mnie tym bardziej, że poprzednio widziałem Metalikę w Chorzowie podczas trasy promującej album St. Anger i tamten występ był bardzo nędzny. Tymczasem po chwili oddechu po Czarnej Płycie zespół zaatakował ponownie i to ogniem. Fire Fire With Fire w tle miotających ze sceny niczym u Rammsteina płomieni,  miażdżące mocą i pięknem One z licznymi ogłuszającymi wręcz wystrzałami i zielonymi laserami wzbitymi w niebo oraz wieńczące dzieło Seek And Destroy. Schodząc ze sceny James powiedział: „jeśli ktoś z was nie był dotąd fanem Metalliki, mam nadzieje, że stał się nim od dziś”. Nie mam wątpliwości, że tym występem zespół zdobył kilka tysięcy nowego narybku. Widać było zresztą, że sami też byli zajarani odbiorem, ponieważ jeszcze przez ponad 10 minut muzycy rozmawiali z fanami, pozowali do wspólnych zdjęć, rzucali w tłum kostki, pałeczki, itp. Za te ponad 2 godziny czadu Metallice należy się naprawdę wielki szacun! Pod tym linkiem możecie obejrzeć cały koncert z siostrzanego festiwalu Rock Am Ring, na którym zespół wystąpił dzień później.


Po tych emocjach, poszedłem jeszcze posłuchać grających na scenie klubowej Rival Sons. Brzmiało to jednak dużo gorzej niż na płycie, zbyt surowo i korzennie, mimo iż zespół jest młody grał jak dinozaury typu TSA. W tym samym czasie na Alternastage „gimnastykował” się Skrillex. Jego wszelkiej maści dziwne dźwięki i brzęki niewątpliwie mają klimat ale zdecydowanie lepiej wypadają jako uzupełnienie muzyki a nie jej główna treść. Po 20 minutach opuściłem festiwalowy teren, chcą usnąć z żywym wspomnieniem genialnego koncertu Metalliki.

środa, 27 czerwca 2012

ROCK IM PARK 2012 - część 1

Pierwsza edycja Rock Im Park odbyła się w 1993 roku w Wiedniu, kolejne trzy w Monachium. Od czerwca 1997 festiwal na stałe zagościł w Norymbergi, w tym roku odbyła się jego 19. edycja. Po raz pierwszy w historii festiwal został całkowicie wyprzedany i to na długo przed jego rozpoczęciem, bo jeszcze w marcu. Z wielką radoscią i nieco mniejszym opóźnieniem zapraszam na relację z tego święta muzyki.

Na początek kilka zdań o sprawach organizacyjnych. Na teren festiwalu najłatwiej dostać się podmiejskim pociągiem. Podróż z centrum rozłożona na 5 stacji zajęła 10 minut od centrum. Duża część osób spędziła ja wpatrując się w plecy sąsiadów, na których wypisane były line-upy różnych wcześniejszych festiwali. A ponieważ tego dnia miałem na sobie koszulkę z jednej z edycji Openera namawiałem współpodróżników, którzy sami zaczepili mnie słowami „what a great line up” do odwiedzenia Gdyni. 

O ile dojazd poszedł bardzo sprawnie, to z „wjazdem” na teren festiwalu było już znacznie gorzej. Kolejka do wymiany biletów na opaski szła dość opornie, a bramek wejściowych na teren festiwalu było maksymalnie 10. Co ciekawe opaski zamiast tradycyjnego „imadła” mocowane były do rąk za pomocą dziwnej maszyny do szycia. Całość „operacji” zajęła nam ponad godzinę, przez co nie zdążyłem na występ The Stranglers i The Rifles.

Kontrole przy wejściu są symboliczne i służą jedynie wyłapaniu niebezpiecznych przedmiotów a nie uprzykrzaniu życia festiwalowiczom. Legalnie można wnieść litr dowolnego napoju w kartonie, także wysokoprocentowego, który swoją drogą można kupić również na terenie festu. Za plastikowe kufle na piwo i inne napoje pobierana jest kaucja w wysokości 1 Euro, co skutecznie eliminuje problem walających się pod nogami śmieci. Strefa gastronomiczna to standard: fast food, kuchnia azjatycka, włoska oraz nieśmiertelny Wurst.

Teren festiwalu robi spore wrażenie. Mimo nazwy nie odbywa się on w parku (w którym znajduje się pole namiotowe) tylko na Zeppelinfeld, miejscu defilad, które swego czasu upodobał sobie bardzo pewien Adolf. Główna scena umieszczona jest pomiędzy kamiennymi ruinami trybun, które mimo iż nie można z nich korzystać tworzą niesamowity efekt. Stojąc tam ma się wrażenie przebywania w niecce lub wewnątrz wielkiej piramidy, ogrom tej ograniczonej przestrzeni robi kolosalne wrażenie. Stając plecami do sceny widać dodatkowo stadion ligowy FC Nurnberg.


Pierwszy koncert, na który udało mi się załapać to Enter Shikari. Mimo wczesnej godziny panowie zachowywali się na scenie jak po niezłym speedzie. Jazda na wózkach do przewożenia wzmacniaczy i skakanie po sprzęcie to tylko pierwsze przykłady z brzegu. Co ważniejsze akrobacjom tym towarzyszył kawałek porządnej, mocnej muzyki ozdobionej agresywną elektroniką.

Chwilę po zakończeniu „Enter skoków” na drugiej scenie zameldowali się The Maccabees. Ich delikatna muzyka mocno kontrastowała z poprzednio wspomnianym zespołem a tym bardziej jego następca na scenie głównej w postaci Refused. Ciekawym doświadczeniem było słuchanie leniwych, kojących dźwięków tych pierwszych przeplatywanych hardkorowym rykiem tych drugich. The Maccabees skutecznie zachęcili mnie aby przyjrzeć się im dokładniej podczas Openera.

Trzecia, najmniejsza scena Rock Im Park mieści się w hali wielkości mniej więcej połowy Torwaru, z tymże wejść można jedynie na płytę. I to właśnie w Club Stage zobaczyłem największy odlot dnia pierwszego. Nazywali się Kobra And The Lotus. Wężem byli zapewne trzej metalowcy z piórami do pasa a kwiatkiem wokalistka o wyglądzie zbliżonym do Shakiry. Podczas gdy jej koledzy łuapali na ostro zakończonych gitarach oldskulowy metal, nieustannie machając przy tym włosami, Lotus piała gardłowym sopranem w taki sposób, że przez długi czas miałem wrażenie, iż trafiłem na kabareton. Lubię od czasu do czasu posłuchać ostrej muzyki ale ta brzmiała jak z epoki kamienia łupanego lub jakby gitarzyści złapali za instrumenty tylko po to, by móc pokazać ze sceny „rogi szatana”. O wiele gorzej wypadli jednak grający po Kobrze na tej samej scenie Twin Atlantic. Spóźnieni, bez energii, bez pomysłu i klimatu, bardzo słabo.
Równolegle na Alternastage prezentowali się The Ting Tings. Nie mam szczęścia do tego zespołu, bo na każdym festiwalu łapię się tylko na krótkie lecz obiecujące fragmenty ich występu. Na Rock Im Park wystąpili o godzinie 17 i była to bardzo dobra pora aby rozbudzić organizm lekkim „dęsem”.

Podczas drugiej tego dnia wizyty przyscenie głównej dało się zauważyć znaczny wzrost frekwencji. Nie wiem czy miało to związek z późniejszą godziną czy oczekiwań na rzadko występujących Tenacious D ale trzeba przyznać, że Amerykanie nie zawiedli. Zespół charakteryzuje poważna muzyka rockowa podana w sposób niepoważny. Z jednej strony mieliśmy okazje posłuchania fajnych kawałków, z drugiej oglądania aktorskich zdolności muzyków. Brylował w tym oczywiście Jack Black, pozując na zmanierowaną gwiazdę, grając na zabawkowym saksofonie, czy wdając się w różne opowieści m.in. na temat religii. Pozostali muzycy dotrzymywali kroku temu profesjonalnemu aktorowi, choćby gitarzysta, który w pewnym momencie został opanowany przez szatana. Tłem dla tych popisów była zawieszona z tyłu sceny płachta z feniksem do złudzenia przypominającym część ciała, dla której przeznaczony jest środek, w reklamie którego pewna pani mówi „uuu, co z nim zrobiłeś?”.  Z całego koncertu najbardziej pozostał mi w głowie obrazek wniebowziętych, ludzi śpiewających z rogalem na twarzy słowa „I’m gonna fuck you softly”, których mijałem w drodze pod Alternastage, na której pod koniec koncertu Tenacious D pojawiał się Pete Doherty...

c.d.n.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

DELAY

Czerwiec stoi pod znakiem opóźnień. Chyba dopiero dziś trafił mnie występ naszych „Orłów” na EURO 2012. Cały dzień chodziłem wściekły jak nigdy, gotowało się we mnie jak w kociołku z wojskową grochówką. Nieprzpadkowo użyłem w porównaniu „gazopędnej” zupy. Nasza drużyna, a zwłaszcza jej treneiro nie potrafił niestety utrzymać zwieraczy na wodzy. W efekcie niepowtarzalna szansa zakończyła się mega rozczarowaniem i żenadą. Wczoraj przyjmowałem to jeszcze spokojnie, oprócz meczu weekend był fantastyczny i chyba to odsuneło negatywne myśli na bok. Dziś, po chłodnej analizie ostatnich 2 tygodni złość wróciła ze zdwojoną siłą. To delay number 1.

EURO 2012 sprawiła iż muzyka spadła na mojej liście hierarchii na niższe miejsce. To właśnie z tego powodu w tym miesiącu na Bonomuzie dzieje się tak niewiele. Lada chwila wszystko wróci jednak do normy, wszystkie zaplanowane teksty pojawią się już niebawem, opóźnienia numer dwa zostaną nadrobione.

Opóźnienie numer trzy dotyczy najpiękniejszego i najweselszego wspomnienia z trwającymi jeszcze Mistrzostwami Europy:


Ogromna szkoda, że takich chwil mogliśmy przeżyć tego czerwca tak niewiele.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

SZAFA GRAJĄCA: MARYLIN MANSON - THE DOPE SHOW

Relacja z Rock Im Park jeszcze w tym tygodniu. Na razie, w ramach jej zapowiedzi, do szafy grającej trafia piosenka zespołu, który ów festiwal zamknął. Ciekawy jestem jakie wrażenie wywiera na was teledysk do The Dope Show dziś, po 14 latach od jego powstania. Bo muzycznie ten kawałek zdecydowania nadal "daje radę".


piątek, 1 czerwca 2012

SKŁADANKA ROCK IM PARK 2012

50 minut rozpoczął się festiwal Rock Im Park, w ciągu najbliższych dni będziecie mogli przeczytać tu relacje z jednego z największych festiwali muzycznych w Europie. Przedsmak tego, co będzie można tu usłyszeć znajdziecie na świeżutkiej bonomuzowej składance (aby posłuchać danego kawałka kliknij na jego tytuł)

1. BILLY TALENT - Fallen Leaves
2. THE MACCABEES - Pelican
3. METALLICA - The Unforgiven
4. AWOLNATION - Not Your Fauly
5. DICK BRAVE & THE BACKBEATS - Take Good Care Of My baby
6. THE OFFSPRING - Self Esteem
7. DROPKICK MURPHYS - Johny I Hardly Knew Ya
8. MAXIMO PARK - Cloud Of Mystery
9. THE SUBWAYS - Rock'n'Roll Queen
10. THE TRIBES - We Were Children
11. CYPRESS HILL - Insane In The Brain
12. KASABIAN - Acid Turkish Bath
13. GUANO APES - Lorsd Of The Boards
14. CITIZENS! - Reptile
15. SOUNDGARDEN - Spoonman
16. EXAMPLE - Changed The Way You Kiss Me
17. EVANESCENCE - Going Under
18. LINIKIN' PARK - Crawling
19. FM BELFAST - American
20. MARYLIN MANSON - This Is The New Shit

Stay tuned! ;D

niedziela, 27 maja 2012

MUZYCZNY MELANŻ - ODC. 5: WEEKEND - NAJARANA ANKA


W poprzednich odcinkach: Dj Antoine poczuł w powietrzu Sunlight a następnie spotkał Norbiego, który od kilkunastu miesięcy nie może złapać żadnej chałtury. Norbert próbuje przekonać Antka aby przygarnął go do swojej koncertowej trupy. Z przerażeniem stwierdza, że oprócz zleceń stracił również dar podrywania kobiet. Po odrzuceniu jego amorów przez Shine Norbi szuka rady i ratunku u przypadkowo napotkanego kolegi z zespołu Weekend. Niestety „jemu już to wali od kiedy jest na fali”...

- Łatwo ci powiedzieć, ziom – westchnął Norbert – Ty jesteś na fali, a ja w czarnej dupie.
- I jeszcze narzekasz?!? – zadrwił Radek parskając fafluniącym śmiechem
- Masz śmiech jak Lepper – odgryzł się Norbi wspominając Andrew pytającego o mozliwość zgwałcenia prostytutki – ale nie o to chodzi żebys mnie tera tańczył bredgęsa. Sprawa jest naprawdę poważna. Widziałeś tą laskę co to się jej, prosze ja ciebie,  żem siem przed chwiloma parymi zaprezentował? O tej tam – krzyknął wskazując na Shine tuż przed tym jak zniknęła w czeluściach sklepu. Uwielbiała zakupy a mandarynki były tego dnia po 5,55.
Radek przytaknął słowami:

- Ty to chyba ślepy jesteś, a nie na fali. To Shine, ślepoto!
- Nie znam – powiedział obojętnie Radek
- No widzisz? A mówiłeś mi kiedyś, że znasz wszystkie towary w mieście.
- Kiedyś znałem – odparł zamyślony – ale się zakochałem.
- Musiałeś się chyba wiele razy przewrócić na tej fali. Myślisz, że nie pamiętam co się dzieje na bekstejdżu w strażackich remizach? Stary, nie idzie mi może za dobrze ostatnio w tym temacie, ale pamięć to ja mam, jak forfiter czikena.
- Nie o to chodzi?
- A o co?
- Ja już nie mam ochoty
- Leki, są teraz na to, widziałem w tiwi reklamę z taką laską, co do klamki tańczy albo gościa co odkurzacz pod kondoma podłącza.
- Ale to nie jest problem medyczny, tylko psychiczny

Norbertowi zabrakło słów. Z miną pytającą „ke?” czekał na reakcję Radka. Ten odliczył do czterech i wystrzelił:



- Napisałem nawet dla niej piosenkę


poniedziałek, 21 maja 2012

SZAFA GRAJĄCA: THE OFFSPRING - SELF ESTEEM

Dziś do grającej szafy trafia energetyczna petarda. Gdy w sklepach pojawiła się płyta S.M.A.S.H. kończyłem właśnie podstawówkę. Przez długi czas album ten nie był dostępny na kasecie, a płyty kosztowały wtedy niemalże całe moje miesięczne kieszonkowe. Kiedy jednak już uzbierałem potrzebną kwotę trzecia płyta Offspringa grała u mnie bez przerwy. Pamiętam uczucie podnoszącej się adrenaliny przy każdej projekcji Self Esteem. Do dziś zresztą kawałek ten działa, tzn. jest w stanie podnieść spod stołu nawet autora "zgonu roku". Kiedy porówna się go do ostatnich propozycji Offspringa robi się dość smutno. Lepiej więc skupić się na dokonaniach Amerykanów jeszcze sprzed nowego milenium stwierdzając, iż "Offspring skończył się na Kill'em  All"  ;D