niedziela, 3 lutego 2019

SKŁADANKA BEST OF BONOMUZA 2018


1. MĘSKIE GRANIE ORKIESTRA 2018 - Początek
Zdecydowana polski hit minionego roku, kawałek perfekcyjny pod każdym względem.

2. AWOLNATION - Handyman
W pierwszej połowie 2018 to właśnie Handyman był moim faworytem do miana piosenki roku, przebojowa, pozytywna piosenka idealna na czasy, gdy słońca brak.

3. NOSOWSKA - Ja Pas!
„W tej piosence co ją Prońko śpiewa facet robi małpę i ma Krysia w domu cyrk. Ty po małpie robisz ćwiartkę, pół, trzy czwarte a gdy robisz krowę to mam w domu syf”. Mistrzostwo świata.

4. MUSE - Preassure
Miałem ogromny problem z wyborem 1 piosenki z płyty, na które niemal każda pozycja wgniata w fotel. Padło na singlowy hicior.  

5. THE PERFECT CIRCLE - So Long Ant Thanks For All The Fish
Cudowny utwór, fantastyczna płyta i wielki żal z powodu braku obecności w Krakowie na grudniowym koncercie.

6. ZDUNEK ENSEMBLE & KAZIK - Wojny
Kazik z kumplami w punkowej odsłonie.

7. EDITORS - Hallelujah (So Low)
Zaczyna się niepozornie ale instrumentalne, mroczne fragmenty dosłownie rozsadzają uszy.

8. STONE SOUR - Song #3
To jedno z moich największych koncertowych odkryć zeszłego roku. Corey i spółka grali na Torwarze przed Marylinem Mansonem i nakryli „gwiazdę wieczoru” kapeluszem.

9. LADY PANK & ARTUR ROJEK - Wciąż Bardziej Obcy
Fantastyczna nowa wersja kultowej piosenki nagrana z okazji 35-lecia debiutanckiej płyty Lady Pank.

10. THREE DAYS GRACE - Infra-Red
Zeszłoroczny album TDG nie zachwycił ale promujący go singiel jak najbardziej.

11. LADY GAGA & BRADLEY COOPER - Shallow
Piosenka, podobnie jak film z którego pochodzi z jednej strony banalna, z drugiej nie pozwalająca przejść obok obojętnie.

12. COMA - Z Poradnika Młodego Zielarza
„Biegać, skakać, latać, pływać, w tańcu w ruchu wypoczywać” - skorzystać z tej rady Pana Kleksa to mój plan na 2019

13. DYNORO & GIGA D’AGOSTINO - In My Mind
Tęskniłem za „starym dobry Gigim”, teraz czekam na jego kolejne dowody obecności.

14. REA GARVEY - Hometown
Niby nie ma nic wielkiego w tym numerze ale wpadł mi w ucho na początku zeszłego roku i nie chciał wypaść do samego końca.
15. CLEO - Łowcy Gwiazd
Hicior! Z mocą, aktywatorem „chodzącej nóżki” i życiową radą ;-)
16. PAUL MCCARTNEY - Fuh You
Trochę trąci mychą ale świetnie widzieć aktywnego studyjnie i koncertowa ostatniego z Beatlesów. 

17. THE PRODIGY - Light Up The Sky
Latka lecą a Prodigy wciąż dobre.

18. MJUT - Nie Chcę Prawdy
Bardzo ciekawy „smutas”.

19. BAD WOLVES - Zombie
Niestety także rok 2018 przyniósł stratę osoby ze świata muzyki, które wiele mogła jeszcze osiągnąć. Cover w hołdzie dla Dolores O’Riordan poraża.

20. BRYAN ADAMS - Summer Of 69
Długo czekałem na pierwszy koncert Kanadyjczyka, który największe hity pisał, gdy byłem jeszcze w podstawówce. Warto było czekać, chciałbym w wieku Bryana wyglądać i mieć taki power jak on.

21. U2 - Acrobat
Obecność mojego absolutnego utworu życia w setliście berlińskiego koncertu U2 jest dowodem na to, że nie ma rzeczy niemożliwych. Z niewiadomych powodów do tego roku zespół nigdy nie grał na koncertach swojej najlepszej piosenki wydanej 28 lat temu. To była dla mnie największe muzyczna niespodzianka zeszłego roku, kompletnie się jej nie spodziewałem ale tych 5 minut 31 sierpnia nei zapomnę nigdy.


poniedziałek, 21 stycznia 2019

SKUNK ANANSIE NA WOODSTOCKU !!!

Niecałą godzinę temu Jurek Owsiak ogłosił w audycji Zaraz Będzie Ciemno, że 3 sierpnia na 25. Przystanku Woodstock, zwanym od zeszłego roku Pol'n'Rock Festiwalem wystąpi Skin i jej kompani ze Skunk Anansie! Zespół jest równolatkiem najpiękniejszego polskiego festiwalu i w Kostrzynie będzie również świętował swoje ćwierćwiecze. Miałem przyjemność widzieć Skunk Anansie na żywo kilka razy i za każdym z nich ich występ był prawdziwą petardą. Wraz z dzisiejszym ogłoszeniem klamka zapadła: pierwsze trzy dni sierpnia spędzam w zachodniej Polsce!

A jeśli chcielibyście zobaczyć próbkę tego, co czeka nas w Kostrzynie 3 sierpnia polecam chociażby ten koncert:

wtorek, 1 stycznia 2019

poniedziałek, 31 grudnia 2018

BEST OF BONOMUZA 2018 - MIEJSCA 10-4


10. BIFFY CLYRO - MTV Unplugged

Akustyczna płyta Szkotów świetnie się zaczyna i podobnie kończy, kuleje nieco jedynie jej środek. Tak czy inaczej Biffy bez prądu smakuje równie dobrze jak z nim.

9. LADY PANK - LP1 (2018)

Debiutancka płyta Lady Pank pierwotnie trafiła do sklepów w 1983 roku i stanęła zapewne na półkach koło octu. Z okazji 35-tych urodzin LP1 zespół postanowił nagrać ją ponownie z udziałem wielu zacnych gości. Mimo upływu czasu każda z 12 umieszczonych tu piosenek nadal brzmi fantastycznie. A nowe wersje z udziałem m.in. Organka, Markowskiego, Roguckiego i Rojka tylko ten efekt wzmacniają.

8. MIKE SHINODA - Post Traumatic

Tytuł tego krążka mówi wszystko. To swoisty zapis myśli z pierwszych chwil, gdy świat obiegła wieść o samobójstwie CHestera Bennigtona. Album został bardzo źle odebrany przez rodzinę Chestera podkreślającą, że Mike nie traktował go w Linkin’ Park zbyt dobrze. Post Traumatic słucha się jednak z ciarkami na plecach.

7. MĘSKIE GRANIE 2018

Otwarcie przyznaje, że do tego roku nie rozumiałem fenomenu Męskiego Grania. Tegoroczne dwupłytowe wydawnictwo sprawiło, że w przyszłym roku pewnie sam będę polował na bilety. 

6. EDITORS - Violence

Długo dojrzewałem do nowej propozycji Editors, nadal mam wobec niej pewne zastrzeżenia. Bez wątpienia jednak Violence to pozycja, której absolutnie nie warto reglamentować swoim uszom. 

5. SMASHING PUMPKINS - Shiny And Oh So Bright Vol. 1

Największym minusem tej płyty jest jej czas trwania, który wynosi 31 minuty. Dynie wróciły do muzycznego świata żywych w wielkim stylu.

4. AWOLNATION - Here Come The Runts

Do wakacji byłem pewny, że ten krążek znajdzie się w tegorocznym podsumowaniu na podium. Nawet teraz zastanawiam się czy nie powinien wskoczyć na trzecie miejsce. Na Here Come The Runts znajdziecie 6 utworów fenomenalnych i drugie tyle po prostu dobrych. A Handyman to zagraniczna piosneka roku 2018, najsmaczniejszy plaster miodu, jaki kiedykolwiek jadłem. 




niedziela, 30 grudnia 2018

NOSOWSKA - BASTA


Basta to album ascetyczny. Zróżnicowanie dźwięków, którymi częstuje nas Kasia jest ogromne, podawane są one jednak stopniowo i w małych porcjach. W efekcie niemal za każdym razem na pierwszy plan wysuwa się warstwa liryczna piosenek. I trzeba przyznać, że Nosowska na swym nowym solowym albumie sięga w tej kwestii wyżyn. Teksty są ciężkie, czasem bardzo, jeśli zawierają wątki autobiograficzne nabierają wręcz warstwy przerażającej. Praktycznie każdy z jedenastu „liryków” pozostaje w głowie na długo. 
Muzyka elektroniczna to zdecydowanie nie mój konik a jednak Basty słucham z ogromną przyjemnością i otwartą szczęką. Pojedyncze elektro dźwięki docierające do naszych uszu niemal nigdy się nie powtarzają, za to praktycznie zawsze mają w sobie tak zwane „jajo” - moc, z którą wybrzmiewają bywa mocniejsza niż najbardziej przesterowana gitara. To bardzo wysmakowana płyta, jej każda sekunda zaskakuje, hipnotyzuje i wciąga coraz głębiej w mroczny i trudny świat opisywany przez Kasię. Słuchając tego krążka mam wrażenie, jakbym wsiadł na jadącą przez niemal 40 minut kolejkę górską, której każdy kolejny podjazd, spadek i zakręt powodują iż chce się w niej przebywać bez końca.

sobota, 29 grudnia 2018

EDITORS - VIOLENCE


Podczas pracy nad tegorocznym albumem Editors wybrali się na dość długą wycieczkę w kierunku muzyki elektronicznej. Szczerze przyznaję, że nie doceniłem tego krążka tuż po jego wydaniu. Po dwóch czy trzech próbach stwierdziłem, że „Editors skończyli się na Kill’em All” a do słuchania Violence wróciłem kilkanaście dni temu w ramach muzycznych podsumowań roku. Po dłuższej przerwie w słuchaniu stwierdzam, iż Violence to płyta nierówna. Fantastyczne piosenki mieszają się tu z utworami mocno przeciętnymi, pozbawionymi charakteru zespołu, udających się w nie zawsze do końca udane muzyczne poszukiwania. Znajdziemy tu jednak kilka pozycji, obok których nie da się przejść obojętnie.
O ile numer jeden w postaci singlowego Cold specjalnie nie powala to już następujące po nim Hallelujah (So Low) zdecydowanie stawia na baczność, szczególnie za sprawą brzmienia w instrumentalnych częściach, które wydaje się niemalże rozsadzać głośniki. Utwór tytułowy ma w sobie coś kontrowersyjnego, momentami podchodzi pod muzykę dyskotekową i zdecydowanie nie należy do moich  faworytów. W ogóle na Violence usłyszmy sporo ukłonów w kierunku skocznych rytmów. Czasami, jak w przypadku Nothingness czy fantastycznie zróżnicowanego Magazine próba ta wypada pozytywnie, innym razem nie bardzo (Darkness At The Door). 
Wśród wielu pojawiających się na Violence eksperymentów Editors najlepiej wypada „w starym stylu”, czyli w No Sound But The Wind, pięknej balladzie prowadzonej przez dźwięk fortepianu. To numer skłaniający do refleksji, jego słuchanie pozwala „zawiesić się” i odpłynąć myślami w niedostępne na co dzień rewiry. Równie pięknie brzmi ostatnie na płycie Belong z cudownym, majestatyczny zakończeniem oraz Counting Spooks, nastrojowe w pierwszej części a taneczne w drugiej. Ten numer to przykład udanego mariażu pomiędzy starym a nowym Editors z dobrze wyważonymi proporcjami. Lubię słuchać Violence, najbardziej wtedy gdy zaczynam od drugiej piosenki i przeskakuję trzecią oraz czwartą.

piątek, 28 grudnia 2018

SMASHING PUMPKINS - SHINY AND OH SO BRIGHT VOL. 1


Od chwili największych sukcesów Smashing Pumpkins zmieniły się wiek, tysiąclecie, dostępność tanich lotów, jakość karmy dla zwierząt hodowlanych i wiele innych. Niezmienna pozostała fryzra Billego Corgana i jakość muzyki Dyń. Knights of Malta za sprawą smyczków, wokalnego „ła ła ła” i chórków brzmi bardziej jak utwór country niż to, do czego przez lata przyzwyczaili nas Billie i spółka. Otwierający album kawałek dziwi tylko za pierwszym razem, po drugim przesłuchaniu przestałem mieć wątpliwości co do jego „fajności”. Na kolejnych ścieżkach Shiny And Oh So Bright Vol. 1 otrzymujemy swoiste best of Smashing Pumpkins. Pełno tu brzmień i klimatów charakterystycznych dla Amerykanów, począwszy od spokojniejszych Silvery Sometimes, Travels i Alienation przez nieco bardziej drapieżne Marchin’ On i Solara. To właśnie ten ostatni jest dla mnie absolutnym debeściakiem na tym krążku. Wytłumiona gitara i dość monotonny śpiew w zwrotce stopniowo budują napięcie, którego ujście znajdujemy w moście prowadzącym do refrenu oraz w nim samym, pełnym muzycznego chaosu. Prawdziwe muzyczne delicje bez jednej zbędnej nuty! Wszystkie kawałki urzekają fantastycznymi melodiami podkreślonymi niepodrabialnym głosem Corgana, oraz zróżnicowanymi, ciekawymi aranżacjami. Album mija dosłownie „w oka mgnieniu”, trudno znaleźć na nim choćbym jeden słabszy punkt. Jeżeli już miałbym się do czegoś przyczepić to do czasu trwania albumu, który wynosi 31 minut i składa się jedynie z ośmiu utworów. Nazwa płyty sugeruje, że może pojawić się jej kontynuacja. Z jednej strony szkoda, że już teraz nie dostaliśmy więcej muzycznej radości od Dyń, z drugiej nie mogę się doczekać się części drugiej tego wydawnictwa. 

środa, 14 listopada 2018

U2 - BERLIN - 1 IX & 13 XI 2018


Ten koncert miał się odbyć 1 września. Po fenomenalnym show otwierającym dzień wcześniej europejską część trasy eXPERIENCE & iNNOCENCE Tour, Bono i spółka wyszli na scenę w 79. Rocznicę wybuchu II Wojny Światowej. Zostali na niej jednak niespełna 25 minut. Po mega energetycznym początku podczas śpiewania Red Flag Day wokalista dosłownie stracił głos. Przeprosił tłumacząc przy okazji, że od dawna nie pali i kompletnie nie wie co się stało, gdyż jeszcze chwilę temu „śpiewał jak ptak”. Piąty zagrany utwór, okazał się tym ostatnim tamtego dnia. Bono próbował śpiewać, z głośników słychać było jednak tylko zachrypniętą recytację. To był koniec tamtego muzycznego wieczoru. Ostatnim zagranym utworem był, o ironio, Beautiful Day. Zespół od razu zapowiedział powtórzenie koncertu a pierwszym wolnym terminem był 13 listopada, czyli wczoraj.

Na podstawie tej sytuacji można napisać wiele tekstów dotykających rzeczy ważnych, może nawet najważniejszych. Pierwsza, dość banalna to cytat z Forresta Gumpa „życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz co trafisz”. Wokalna kontuzja Bono jawiła się czymś nieprawdopodobnym biorąc pod uwagę moc, z jaką wyśpiewał pierwsze dwie piosenki oraz cały koncert dzień wcześniej. Pamiętam, że to właśnie ta myśl towarzyszyła mi podczas przedwczesnego wychodzenia z hali. Możesz mieć super plan, być przygotowanym na 10000%, mieć w zanadrzu wiele alternatyw a czasem i tak po prostu dzieje się coś na co absolutnie nie masz wpływu. Jedynym sensownym zachowaniem w takim przypadku jest chwycić się jak najszybciej tego, na co wpływa masz.

Dwa dni po tamtym niedokończonym koncercie ogłoszono, że ten powtórzony odbędzie się 13.11 i będzie ostatnim z całej trwającej niemal rok trasy. Tym sposobem, zupełnie nieoczekiwanie  dostałem szansę obejrzenia otwierającego i zamykającego trasę show. U2 jest absolutnie moim zespołem numer jeden ale myślę, że nawet dla mniej zaangażowanego fana taka możliwość to coś naprawdę fajnego. Choćby dlatego, że daje nadzieję na to, że przez ten czas zespół poeksperymentuje trochę z setlistą, pomyśli o nowych aranżacjach itp. „Niedokończony” koncert z 1. września miał być dokładnie identyczny jak ten z 31. sierpnia. Ten wczorajszy był ZUPEŁNIE inny.

Przyjechałem do Berlina trochę „last minute”, mniej niż godzinę przed rozpoczęciem koncertu. Z dworca szybko do hostelu, z hostelu do hali, spotkanie ze znajomymi, chwila i światła gasną. Chyba pierwszy raz, a był to mój 15. koncert U2, nie nastawiałem się na niego jakoś specjalnie, nie przygotowywałem mentalnie. Po prostu wpadłem do hali, ciekawy tego co się wydarzy i szczęśliwy, że mogę się spotkać a Ajriszami po raz kolejny. Pierwsze 3 piosenki standardowe, poziom energetyczny publiczności nieco jakby inny, zwłaszcza przy I Will Follow czuć było moc. Chwilę później Gloria, czyli pierwsza niespodzianka w setliście. Ten numer ma prawie 40 lat ale zachwyca do dziś swoją prostotą i pięknem. Koncertowym numerem pięć, tak jak we wrześniu, okazał się Beautiful Day, co oczywiście było dla Bono okazją do wspomnienia wydarzeń sprzed kilku tygodni oraz podziękowania fanom za ponowne przybycie. A potem zaczęły się dziać muzyczne cuda. Po Pięknym Dniu przyszedł czas na Dirty Day czyli utwór z Zooropy, które przez ostatnie ćwierć wieku grany był tylko podczas dwóch poprzednich koncertów. U2, jak większość niestety zespołów, rzadko majstruje przy koncertowej rozpisce. Zazwyczaj zmienia 2 piosenki, którym nie towarzyszą żadne wizualizacje. Dirty Day zamiast Cedarwood Road było więc zmianą niemalże rewolucyjną, wymagało bowiem nie tylko zagrania innych nut ale zmiany całej oprawy koncertu. To był pierwszy tego wieczora prawdziwy szok.

A potem czas cofnął się do roku 1991 i pojawiło się Achtung Baby, czyli płyta mojego życia. Zoo Station i The Fly pozwoliły mi się przenieść w inny wymiar. Słyszałem już te piosenki na żywo ale w Berlinie smakują one wyjątkowo. Podobnie jak zagrane chwilę później w środku ekranu Stay oraz Who’s Gonna Ride Your Wild Horses. Druga część koncertu nie zawierała już niespodzianek, przeżyłem ją jednak w większości w odległości 2 metrów od muzyków. Jest pewna magia w kształcie sceny, z którą U2 objeżdżają świat. Scenografia stanowi bardzo ważny element show, a mała, niziutka scena zwana E-Stage pozwala na niemal fizyczny kontakt z zespołem. Na wyciągnięcie ręki widać każdy grymas, kroplę potu, fantastyczne zgranie między muzykami i wiele innych smaczków dostępnych normalnie tylko dla oka kamery. 

Dwa i pół miesiąca wcześniej, 31 sierpnia, z perspektywy trybun przeżyłem największą muzyczną niespodziankę, jaka kiedykolwiek mogła spotkać mnie ze strony Bono i spółki. Niegrana na żadnej wcześniejszej trasie od momentu jej powstanie w 1991 roku piosenka Acrobat - najlepsza piosenka, jak moim skromnym zdaniem istnieje na świecie, z wielu względów absolutnie najważniejszy utwór w moim życiu. To wtedy usłyszałem ją po raz pierwszy i tamtego uczucia, tej muzycznej radości, poczucia, że nic nie jest niemożliwe nie zapomnę do końca życia. Wczoraj przeżyłem Acrobata z perspektywy płyty, doceniając kunszt aktorski Bono wcielającego się ponownie w pana MacPhisto.

To miała być krótka recenzja ale ewidentnie nie wyszło. Mógłbym o tym koncercie opowiadać bardzo długo. Gdybym jednak miał streścić go mniej zainteresowanym tematem powiedziałbym, iż Mercedes-Benz Arena byłą tego wieczoru o wiele bardziej dynamiczna niż podczas większości koncertów U2. Moc skakania, moc śpiewania, czasami wręcz uniemożliwianie kontynuowania koncertu za sprawą śpiewania motywu z poprzedniej piosenki jak po Love is Bigger Than Anything In Its Way. Dużo wspominków Bono zarówno dotyczących Berlina z czasów nagrywania Achtung Baby, jak i wakacji lat 90-tych spędzanych wspólnie przez cały zespół wraz z rodzinami. Rozliczanie się wokalisty z relacji z ojcem, nawoływanie do słuchania dzieci, wspomnienia nieżyjącego już projektanta obecnej trasy koncertowej. To nie był standardowy koncert i dało się to odczuć zarówno ze strony jego twórców jak i odbiorców. Czułem się jak na imprezie z kumplami, jak na spotkaniu w towarzystwie, które przeżyło wiele wspólnych chwil i które chce uczynić ten wieczór najpiękniejszym z możliwych. 

Pod koniec Bono powiedział, że ostatnie 4 lata były dla nich bardzo ważne, dużo czasu spędzili w studio i trasie a teraz „we are going away”. Ze zdziwieniem przeczytałem dosłownie kilka godzin później spekulacje odnośnie tego, że „być może był to ostatni koncert w historii zespołu”. Teksty na ten temat zamiesza choćby New Musical Express. Będąc tam na miejscu absolutnie nie odniosłem wrażenia jakby zespół żegnał się właśnie ze sceną. Brzmiało to raczej jak zapowiedź zasłużonych wakacji i jestem przekonany, że jeszcze nie raz spotkam się na koncercie z Bono i spółką. A jeśli to nieprawda to koncert z 13 listopada 2018 roku byłby przepięknym zwieńczeniem kariery wspaniałej irlandzkiej czwórki.

czwartek, 30 sierpnia 2018

U2 NIE SKOŃCZYŁO SIĘ NA KILL'EM ALL

Przed chwilą, słuchając najnowszego, zeszłorocznego krążka Irlandczyków w ramach łapania fazy na jutrzejszy koncert naszła mnie taka myśl. Znam wiele osób, które twierdzą, że "U2 skończyło się na Kill'em All". Nie należę do psychofanów, którzy bronią zespołu za wszelką cenę i pierwszy staję w szeregu, kiedy mój ukochany zespół popełni jakąś żenadę. Ale kiedy słyszę z głośników poniższy tekst wyśpiewany przez prawie 60-letniego, spełnionego, jednego z najbogatszych muzyków na świecie myślę sobie, że chciałbym mieć do powiedzenia w tym wieku tak wiele mądrych, pięknych i ważnych słów trafiających w sedno.    

Sometimes I can’t believe my existence
See myself from a distance
I can’t get back inside

Sometimes the air is so anxious
All my thoughts are so reckless
And all of my innocence has died

Sometimes I wake at four in the morning
When all the darkness is swarming
And it covers me in fear

Sometimes I'm full of anger and grieving
So far away from believing
That any song will reappear


MNIEJ NIŻ 48 GODZIN


Niecałe 48 godzin pozostało do spotkania z zespołem mojego życia. Odliczam sekundy do czternastego spotkania Bono i spółki. Wiem, że przełamię na nim kolejne fale, przeniosę się w krainę najprawdziwszego szczęścia i muzycznego piękna, poczuję coś czego nie da się zdobyć za żadną cenę.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

20-LECIE COMY "BLISKO"

W tym roku autorzy płyty roku 2017 świętują dwudziestolecie istnienia. Z tej okazji Roguc i spółka ruszają w trasę pod nazwą "Blisko". Aby warunek bliskości został zachowany zespół na miejsca koncertów wybrał kameralne sale. Przykładowo w Warszawie Coma zagra w Hybrydach. Jeżeli chcecie poświętować okrągły jubileusz zespołu zdecydowanie radzę pospieszyć się z kupnem biletów. Z racji na wielkość sal jest ich w puli niewiele a w dodatku znikają w szybkim tempie. Listę koncertów trasy "Blisko" znajdziecie TUTAJ. A jeśli wahacie się czy warto zapraszam do wysłuchania absolutnie najważniejszej piosenki zeszłego roku.

sobota, 18 sierpnia 2018

AWOLNATION - HERE COME THE RUNTS


Po świetnym debiucie 7 lat temu i dużo słabszej drugiej płycie w 2015 roku Awolnation wraca z trzecim, zdecydowanie najpiękniejszym jak na razie dzieckiem. Here Come The Runts rozkręca się powoli. Najpierw nie wyróżniający się specjalnie utwór tytułowy, potem dość prymitywne Passion przechodzące płynnie w hip-hopowe Sound Witness Systems. Pierwsza trójka, zazwyczaj mająca na celu zachęcić do dalszego słuchania krążka nie boli ale nie urywa też jednej z ważniejszych części ciała. Poślady zaczynają się natomiast urywać od numeru czwartego wzwyż. Miracle Man przypomina, że Awolnation jest mistrzem w łączeniu skocznego rytmu i elektrycznej gitary. NIe znam nikogo, kto podczas trwania utworu jest w stanie usiedzieć bez rytmicznego kiwania głową lub tupania nóżką.
Nie pamiętam kiedy ostatnio zdarzyło mi się w styczniu usłyszeć utwór z pełnym przekonaniem, że będzie to piosenka roku. Tak było z Handyman, który wczesną zimą trzepnął mną z siłą wodospadu i po 500 kolejnych przesłuchaniach nadal zachwyca. Delikatna, akustyczna zwrotka z melodią, która zostanie w mojej głowie do końca życia i nieco mocniejszy refren tworzą cudowną całość, prawdziwą złotą rączkę do naprawiania nastroju i złapania drugiego oddechu.
W dalszej części płyty jest równie dobrze. Jealous Buffonn ma w sobie coś tak przebojowego, że podejdzie zarówno fanom Zenka jak i Behemotha. Seven Sticks of Dynamite pokazuje z kolei potężne wokalne możliwości Aarona Bruno, od falsetu w zwrotce, po „niską chrypę” w drugiej części utworu. Table For One to równie piękna co Handyman pieśń opowiadająca o potencjalnym końcu wakacyjnej miłości lub w ogóle chwili, w której dwie osoby zastanawiają się co z nimi dalej. My Molasses płynie jednostajnym rytmem i ciekawą melodią, to taka piosenka „chill”. Ukryty pod numerem jedenastym Cannonball to niemal odzwierciedlenie numeru cztery, czyli Miracle Man stanowiący jakby symboliczne zamknięcie fantastycznej muzycznej pętli umieszczonej na Here Come The Runts pomiędzy nimi. Ostatnie trzy utwory to już kategoria cięższa. Wiele w nich krzyku, mocniejszej gitary, tajemniczych dźwięków a mało melodii. Słucha się ich dobrze ale brzmią trochę jak z innej bajki. Co nie zmienia faktu, że Here Come The Runts to pozycja, której absolutnie nie powinniście w tym roku pominąć.

czwartek, 9 sierpnia 2018

NIE MA CIEKAWYCH AUDYCJI?

Podobno dziś był najgorętszy dzień w roku. Przy tej okazji przypomniały mi się Wakacje. I tak się składa, że tym samym kończę długie, ponad 8-miesięczne wakacje od Bonomuzy. Na dobry start pytanie do Was: czy to, co 24 lata temu śpiewał Muniek nadal jest prawdą? Chodzi mi o ostatni wers, czyli "nie ma ciekawych auuuudycji". Czy w roku 2018 można jeszcze usłyszeć takowe?

poniedziałek, 1 stycznia 2018

niedziela, 31 grudnia 2017

PŁYTY ROKU 2017 - MIEJSCA 10-4

10. ARCADE FIRE - Everything Now

Poprzedni krążek Kanadyjczyków zwyciężył w zestawieniu najlepszych płyt roku 2013. Tym razem nie jest tak dobrze. Kilka świetnych utworów przeplata niestety kilka marniejszych, jednowymiarowych, nietypowych dla tego zespołu.

9. KASABIAN - For Crying Out Loud
Czwórka z Leciester ponownie bardziej lubi gitary niż elektroniczne eksperymenty. Ich tegoroczny album nie zaskakuje ale zdecydowanie cieszy ucho.

8. U2 - Songs Of Experience

Podobnie w przypadku U2, zero innowacji, dużo ładnych melodii. Pieśni Doświadczenia to płyta, która na pewno nie przejdzie do historii muzyki. Całość trzyma jednak poziom i słucha się jej z przyjemnością. Szczegółową recenzję znajdziecie na Bonomuzie w styczniu.

7. ANITA LIPNICKA & THE HATS - Miód i Dym

Ten album to dowód na to, że naprawdę „wszystko się może zdarzyć”. Anita poczęstowała nas w tym roku spokojną, dość smutną i przepiękną porcją muzyki. 

6. THE XX - I See You

Brytyjskie trio w formie. Grają niby ciągle to samo a jednak z pyty na płytę słychać progres i próby poszukiwań alternatywnych rozwiązań.

5. STONE SOUR - Hydrograd

To chyba największe moje muzyczne odkrycie tego roku. Kojarzyłem Stone Sour głównie z Say You'll Haunt Me. Ten krążek definitywnie udowodnił, że było to duże przeoczenie.

4. ROYAL BLOOD - How Did We Get So Dark

Sprawne ominięcie „syndromu drugiej płyty” to dla wielu zespołów rzecz nie do przeskoczenia. Panom z Królewską Krwią udało się to fantastycznie. Ich drugie dziecko to prawdziwa muzyczna petarda.


sobota, 30 grudnia 2017

KASABIAN - FOR CRYING OUT LOUD

Po sporej dawce eksperymentów przy okazji albumu 48:13 panowie z Kasabian postanowili w tym roku wydać album przewidywalny do bólu, zawierający wszystkie elementy charakterystyczne dla kwartetu z Leicester. Tym sposobem otrzymujemy mało nowatorski ale świetny do słuchania album. For Crying Out Loud zdecydowanie najlepiej brzmi pomiędzy numerem 4 a 6 - te trzy piosenki to Kasabian w absolutnie szczytowej formie. Good Fight urzeka fantastyczna partią basu napędzającą zwrotkę utworu, która w refrenie oddaje pola gitarze Sergio oraz jego fantastycznemu dialogowi wokalnemu z Tomem. To taki numer, który poderwie z krzesła nawet największego mruka i „arytma”. Wraz z ostatnim dźwiękiem owej pieśni wpadamy w objęcie jeszcze bardziej przebojowego Wasted. Ma ona w sobie coś absolutnie magicznego, bujającego i hipnotyzującego. „There’s been so much time wasted without you by my side…” - słowa rozpoczynające refren obijały się o mój mózg przez ogromną część drugiej połowy tego roku. Absolutny hit. Ukryty pod numerem 6 Comeback Kid to najbardziej tajemniczy i zróżnicowany kawałek z najlepszej trójki tej płyty. Rozpoczyna się od instrumentów dętych, zwrotka pełna niepokoju daj jakby znać, że zaraz rozpocznie się chaos, ten poprzedza jednak jeszcze most prowadzący do refrenu, który można by puścić każdemu, kto w 20 sekund chciałby zrozumieć na czym polega fenomen zespołu Kasabian. Party Never Ends to dużo spokojniejszy utwór w którym pierwszoplanową rolę pełnią klawisze. All Trough The NIght to z kolei akustyczna ballada uspokajająca puls a Sixteen Blocks brzmi jakby stworzono ją specjalnie dla wkładających małe kolorowe obrazki pod język. Żeby nie było, że to skojarzenie z dolnej części pleców kolejny numer zatytułowany jest Bless This Acid House i można śmiało nazwać go bratem bliźniakiem piosnki Stevie z poprzedniego krążka. Prosta, rockowa piosenka, która podczas koncertów na 200 procent spowoduje podskoki do piątego piętra.
For Crying Out Loud to naprawdę dobra płyta, tym, którzy nie do końca polubili poprzednie wcielenie zespołu przyniesie znaczą ulgę. Z kolei fani oczekujący od Kasabian ciągłego odkrywania nowych muzycznych lądów mogą poczuć się lekko rozczarowani. Osobiście lubię ten album ale delikatnie brakuje mi dwóch czy trzech piosenek, które pokazały by, że Brytyjczycy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i nie postanowili jedynie powielać sprawdzonych pomysłów.


środa, 27 grudnia 2017

THE XX - I SEE YOU

Kiedy niemal rok temu do rozgłośni radiowych trafił utwór On Hold promujący trzeci studyjny album The XX minę miałem nietęgą. Rozumiem, że Zenek Martyniuk bije rekordy popularności, dobry beat to podstawa i w ogóle wszyscy mają chrapkę na bounce ale w przypadku zespołu, który smuci tak pięknie jak mało kto wydawało mi się to krokiem za daleko. I choć nie jestem konserwatystą to po zapoznaniu się z całą płytą utwierdzam się w przekonaniu, że brytyjskie trio traci większość swoich walorów wychodząc z muzycznego mroku i ulegając muzyczno-tanecznym fascynacjom Jamiego XX. I See You brzmi bowiem świetnie dopóki zespół nie przekracza tempa 100 uderzeń na minutę. Szybsze utwory, moim skromnym zdaniem psują klimat wypracowany przez te wolniejsze i niepotrzebnie zacierają dobre wrażenie po tej naprawdę dobrej płycie. A typowanie trzech najsłabszych elementów krążka na promujące go single zakrawa na sabotaż. No ale kto bogatemu zabroni.
I See You zaczyna się od Dangerous, kawałka przeciętnego, jednego ze słabszej trójcy, średnio pasującego na otwarcie płyty. Zaraz po nim słyszymy natomiast przepiękne Say Something Loving, który przy każdy przesłuchaniu jakąś dziwną siłą powoduje, że zaczynam marzyć. Lips to bardzo dobra piosenka, jej pech polega jednak na tym, że umieszczono ją pomiędzy pięknym Say Something Loving i zdecydowanie najlepszym na płycie Violent Noise. Ten drugi utwór to kwintesencja stylu The XX. Kilka granych trójkami gitarowych dwudzwięków, pierwsza zwrotka zaśpiewana przez Oliviera, druga przez Romy a między nimi cudowny refren z genialną, pulsującą partią klawiszy. To jedna z trzech najlepszych piosenek tego roku. Idąc za ciosem The XX proponuje następnie pieśń idealnie nadającą się do pocięcia czerstwą bułką, czyli Performance - kosmicznie smutny utwór, który hipnotyzuje prostotą i przepiękną melodią. Nieco pogodniej brzmi równie udana Replica, a refren z udziałem fortepianu znów pozwala odlecieć w świat, nad którym nie rozważamy zbyt często. Jeżeli jednak bardziej mentalnie utożsamiacie się z czerstwą bułką już chwilę później możecie posmucić się do woli przy okazji Brave For You, mocno nawiązującego do pierwszego krążka ówczesnego brytyjskiego kwartetu.
Następnie na krążku I See You dzieją się dwa kompletne nieporozumienia. Z rytmu i rozmyślań wyrywa nas najpierw wspominany już singlowy On Hold oraz kompletnie nijakie I Dare You. Próbowałem wielokrotnie ale nadal nie odkryłem genezy istnienia tych dwóch utworów na tym krążku. Zamyka go dziwny nieco, w dużej mierze instrumentalny Test Me, który dzięki wielu ciekawym dźwiękom łagodzi lekki niesmak pozostawiony przez dwie poprzedniczki.
Całościowy efekt jest jednak pozytywny. Celowo odstawiłem tę płytę na kilka miesięcy przed napisaniem recenzji i spotkanie po tej krótkiej rozłące było bardzo pozytywne, stęskniłem się. Z czystym sumieniem mogę polecić I See You każdemu kto szuka chwytliwych, smutnych melodii w towarzystwie oryginalnego, ascetyczno-elektronicznego brzmienia.
 

wtorek, 26 grudnia 2017

ARCADE FIRE - EVERYTHING NOW

Domyślam się, że nagranie następcy płyty tak genialnej jak Reflektor to zadanie kosmicznie trudne. Arcade Fire czekali ze swoją nową propozycją 4 lata i choć płyta jest niezła, pod koniec wręcz świetna to śladem poprzednika, który wygrał zestawienie płyt roku 2013 raczej nie pójdzie.
Everything Now zaskakuje in minus przewidywalnością i niekompletnością niektórych utworów. Część z nich niby ma w sobie coś fajnego, z drugiej strony inny element powodujący iż brzmią one jak niedopracowane. I tak Creature Comfort z jednej strony intryguje beatem, z drugiej jednak denerwuje piskliwym refrenem. Z kolei Chemistry ma wkręcający rytm, gitara w refrenie fajnie współgra z wokalem, z drugiej strony jednak melodia zwrotki jest toporna jak nocnik a manierę wokalną Wina niewiele różni od melodeklamacji. Ten sam motyw pojawia się w Peter Pan, utworze świetnym w wersji instrumentalnej i bardzo przeciętnym w wokalnej. Trudno też odmówić uroku takim kompozycjom jak Electric Blue czy Signs Of Life, podobnie jak tytułowe Everything Now oscylują w okolicy inteligentnego disco, brak im jednak jakiegoś charakterystycznego elementu, przysłowiowej „truskawki na torcie”.
Na Everything Now brakuje kawałków wybitnych, takich bez których trudno wyobrazić sobie istnienie zespołu ale zamykająca krążek trójka jest bardzo blisko tej kategorii. Nie wliczając w nią oczywiście instrumentalnego Everything Now (continued). Najlepszy, bez dwóch zdań, numer na płycie nosi tytuł Good God Damn. Spokojna kompozycja prowadzona przez dialog basu i gitary z chwytliwym refrenem śpiewanym w wysokim rejestrze sprawia, że serce bije szybciej. Podobnie działa Put Your Money On Me, utrzymany w dużo większym tempie, niesiony przez tykającą elektronikę i wokalne dwugłosy, których wielość pozwala odpłynąć zwłaszcza w drugiej części utworu. Sporo muzycznych delicji znajdziemy też w We Don’t Deserve Love. Ciekawym zabiegiem jest też podwójny utwór Infinite Content, najpierw zagrane w niemal punkowej aranżacji, niespełna 120 sekund później, na oddzielnej ścieżce której tytuł różni się jedynie znakiem „_” pomiędzy dwoma słowami brzmiące kompletnie inaczej, wolniej, swingująco, tak jakby utwór cofnął się o kilkanaście lat muzycznej historii.

Długo zwlekałem z recenzją tej płyty. Arcade Fire to ważny dla mnie zespół a ich najnowszy twór początkowo kompletnie do mnie nie przemawiał, po kilku tygodniach zaprzyjaźniłem się z nim o wiele bardziej by koniec końców pozostać na etapie dobrej ale niespecjalnie zażyłej znajomości. Everything Now to niezła płyta, sięgam po nią dość regularnie ale z dużo mniejszą radością niż w przypadku albumu Reflektor. 


poniedziałek, 25 grudnia 2017

ROYAL BLOOD - HOW DID WE GET SO DARK?

Royal Blood przeszli przez syndrom drugiej płyty stopami suchymi niczym suchary z Familiady. How Did We Get So Dark to rockowa petarda, która wybucha wraz z pierwszym dźwiękiem a jej huk wybrzmiewa do ostatniej nuty albumu. Pierwsza trójka to rollercoaster bez taryfy ulgowej zawierający wszystko to, za co pokochaliśmy brytyjski duet po ich debiutanckim krążku. Numer tytułowy smakowicie wprowadza nas w świat pierwszych dwóch singli promujących wydawnictwo: Lights Out i I Only Lie When I Love You. Oba absolutnie fantastyczne z delikatnym wskazaniem na pierwszy, prowadzony przez zmienny rytm, gitarowe „slajdy” i chwytliwą melodię refrenu. Lights Out pobudza wszystkie zmysły skuteczniej niż guarana podana dożylnie.
Członkowie Royal Blood swoim drugim wydawnictwem dostarczają fanom pokaźną dawkę czadu rodem z pierwszej płyty. Także Hook, Line & Sinker czy Hole In Your Heart to kawałki, które śmiało można nazwać kontynuacją debiutanckiej płyty.

Tym, co sprawia, że How Did We Get So Dark jest nagraniem ponadprzeciętnym, są jednak nowe muzyczne tereny, w które zapuścił się zespół. Where Are You Know początkowo wydaje się jednowymiarowym odrzutem z pierwszych sesji nagraniowych, po około minucie zaczyna jednak do złudzenia przypominać styl typowy dla zespołu MUSE. She’s Creeping rozpoczyna się niczym utwór Weezera, Mike eksperymentuje tu zarówno z brzmieniem, jak i sposobem śpiewania wychodząc z tej próby zwycięsko Jeszcze piękniej wypada Don’t Tell, którą przy odrobinie dobrej woli można wręcz nazwać balladą. Bez względu na terminologię to naprawdę fantastyczny utwór z cudowną gitarową solówką. Zamykające całość Sleep jest tak pięknie soczyste, ciężkie, mroczne a zarazem melodyjne, że automatycznie chce się słuchać tego dzieła od początku.

Ogromny szacun dla panów z Brigthon za muzyczną zawartość ich drugiego krążka, za brak pójścia na łatwiznę tylko podróż w nieznane dotychczas twórcze obszary. Z niecierpliwością wyczekuję kolejnego koncertu oraz trzeciego dziecka reprezentującego istnie królewską, muzyczną krew duetu.






niedziela, 24 grudnia 2017

COMA - METAL BALLADS VOL. 1

Kiedy dowiedziałem się, że nowa płyta COMY będzie nazywać się Metal Ballads Vol. 1 delikatnie obawiałem się równie nieudanego eksperymentu jak poprzedni album. Antidotum na swoje lęki znalazłem już w pierwszych dźwiękach nowego krążka. Uspokój Się - zdawał się mówić Roguc i spółka nazywając tak pierwszy kawałek. Melodyjna partia basu otwierająca płytę wyraźnie daje znać, że będzie dobrze. I są to dobre fantastycznego początki. Singlowe Lajki czarują humorem oraz muzyczną, prymitywną mocą, odczuwalną zwłaszcza na koncertach. Z kolei Widzę do tyłu sekwencyjnością zwrotki, w której słyszymy wokal w towarzystwie perkusji na zmianę z wysokimi rejestrami gitary oraz totalny chaos w refrenie. Im dalej w las tym lepiej. Po spokojnym, akustycznym oddechu w postaci utworu Za Słaby otrzymujemy największą, zwłaszcza tekstową petardę tego krążka.

Odwołuję miasta, ODWOŁANE!
Odwołuję życie, ODWOŁANE!
Społeczeństwo NIE JEST PRAWOMOCNE!
Społeczeństwo będzie ODWOŁANE!

Ten utwór to ewidentny monolog pewnego sfrustrowanego kota z Żoliborza. Dobrze poinformowani twierdzą, że wabi się Prezes.
Równie mocno muzycznie brzmi Snajper, dużo pogodniej Cukiernicy oraz zamykające album Proste Decyzje. Każdy z tych utworów ma w sobie coś specjalnego, aranżacyjny lub tekstowy smakołyk sprawiający, iż sieją one w mózgu pozytywne, muzyczne spustoszenie. Tak naprawdę zdanie to można by odnieść do każdego z jedenastu „Metal Ballads”. Na szczególną uwagę zasługuje przedostatnie Za Chwilę Przestaniemy Świecić przechodzące po 3 minutach jednostajnego, spokojnego utworu w mocniejszą, krótką lecz treściwą opowieść o naszych wschodnich sąsiadach oraz politykach.

Nie umiem trafnie oddać słowami całej palety smaków umieszczonej w trzech kwadransach muzyki z Metal Ballads Vol.1. Nie chcę też zajmować Wam ani sekundy więcej, które powstrzymają Was przed zapoznaniem się z najnowszym krążkiem COMY. Nie warto zwlekać.

PS. Na koncercie w Stodole 3 grudnia utwór Odwołane został zagrany dwa razy. Powtórka miała miejsce spontanicznie na zakończenie drugiego bisu. Poprzedziły ją życzenia Piotra Roguckiego „aby nikt Was nie odwołał”. W ten piękny wigilijny dzień odpisuję się pod tą dedykacją a dodatkowo w życzę Wam drodzy Bonomuzianie wielu równie fantastycznych płyt, jak to opisana powyżej.


niedziela, 17 grudnia 2017

HEY - FAYRANT TOUR - 24.11 & 14.12 2017

Mimo, iż od pożegnalnego koncertu Heya minęły prawie 72 godziny w mojej głowie nadal brzmi wiele jego fragmentów.  Widziałem już kilka zespołów żegnających się z publicznością, byłem też na Torwarze 3 tygodnie temu na otwierającym trasę Fayrant Tour koncercie ale nigdy nie czułem ze sceny tylu emocji co w miniony czwartek podczas ostatniego występ Heya przed przerwą. Kaśka wybuchająca płaczem podczas śpiewania kończącego zasadniczy set Moja i Twoja Nadzieja, Marcin Żabiełowicz mówiący łamiący się głosem „dla mnie ten zespół to wszystko”, Jacek żegnający się słowami „chcę wierzyć, że mogę powiedzieć do zobaczenia”, Robert stwierdzający iż jest „roz…jak paczka gwoździ”, Paweł Krawczyk siedzący i ciężko oddychający podczas pożegnalnych słów pozostałych członków zespołu. Wszystkie te sytuacje dobitnie pokazywały jak ważny i trudny jest to moment dla muzyków Heya. A mi uświadomił, że to właściwie pierwsza, najstarsza kapela, której towarzyszyłem absolutnie od samego początku, byłem świadkiem narodzin ich kolejnych dzieci a pierworodne Fire ujrzało świat, gdy byłem w siódmej klasie podstawówki.

Oba warszawskie koncerty w ramach Fayrant Tour były dla mnie prawdziwą podróżą przez ostatnie ćwierćwiecze. Kiedy na scenie pojawił się Piotr Banach miałem przed oczami niesamowitą porcję flashbacków, cofnąłem się do pierwszej połowy lat 90-tych, znowu byłem nastolatkiem. Mało przeżyłem muzycznych chwil, gdy ciarki tak mocno przechodziły moje ciało. Na drugim koncercie podczas Dreams i Ho w oczach stanęły mi świeczki.


Oba koncerty pełne były muzycznych smakołyków. Ten najbardziej kontrowersyjny w postaci Beaty Kozidrak okazał się strzałem w dwudziestkę. BAJM to kompletnie nie moja bajka ale „Co mi Panie dasz” pokazało jak wielki rockowy potencjał tkwi w niektórych kawałkach tego zespołu. Z kolei Misie z Beatą na wokalu pokazały jak wielkie możliwości wokalne ma owa pani. Bisy drugiego koncertu rozpoczęły się od Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan w wykonaniu Sorry Boys i chóru gospelowego. I tak, jak nie przepadam za tą piosenką to w tym wykonaniu słuchać jej mogę wielokrotnie.

Najbardziej rozwalające było jednak dla mnie zakończenie przygody Heya ze sceną. Trzeci, nieplanowany bis wybrzmiał piosenką Luli Lali. Pomyślałem sobie wtedy, że żal kończyć 25-letnią historię tak średnim kawałkiem. I wtedy nagle Kasia mówi o jeszcze jednej niespodziance, krótkiej piosence, do której wykonania zaprasza na scenę Piotra. „On to zaczął, niech on też skończy” - powiedział Jacek Chrzanowski schodząc ze sceny. W zamian pojawił się Piotr Banach i zagrał trwające niecałe 60 sekund Chyba. Pamiętam jak dziś, gdy Hey 23 lata temu rozpoczynał tym utworem koncerty promujące ich drugą płytę Ho. Trudno o piękniejszą klamrę, piękniejsze zakończenie tej przepięknej muzycznej historii.


Drogi Heyu, z całego serca dziękuje Ci za to cudowne muzyczne ćwierćwiecze!

poniedziałek, 2 października 2017

WIĘCEJ NIESTETY NIE SPADNIE

Kolejny muzyk z olbrzymim talentem do pisania prostych, pięknych piosenek zmienił na stałe miejsce zamieszkania. Free Fallin' na zawsze będzie kojarzyć mi się z czasem beztroski, z nastoletnimi dniami, kiedy każda kolejna minuta niosła nowość a każdy kolejny dzień był równie nieprzewidywalny co polski wyborca. Ta fantastyczna pieśń powstała w tym samym roku, co demokracja w Polsce. I choć minęło 28 lat nie straciła nic ze swojej wielkości. Nadal za każdym razem, gdy ją słyszę mentalnie przenoszę się na wyższy poziom wolności. Dziękuje Tom, odpoczywaj w spokoju.

środa, 6 września 2017

NIEWINNOŚĆ vs DOŚWIADCZENIE 2:0

Nowa płyta U2 nadciąga wielkimi krokami. Dziś w eter trafił pierwszy singiel promujący Songs of Experience. Serce zawsze mocniej mi bije, kiedy słyszę, że mój ukochany zespół jest w formie. You're the Best Thing About Me ma w sobie wiele elementów, dzięki którym już przez ćwierć wieku kóśledzę kolejne kroki Irlandczyków z zapartym tchem. Podobnie jak w przypadku opublikowanego kilka dni temu Blackout najlepszy w tym utworze wydaje się początek. Uczciwie przyznaję, że lepsze wrażenie zrobiły na mnie dwie pierwsze propozycje przepremierowo prezentowane przy okazji poprzedniego krążka. Songs of Innocence promowały bowiem The Miracle (of Joey Ramone) oraz Every Breaking Wave. Tamte kawałki były rewelacyjne, tegoroczne są po prostu dobre. Czekam niecierpliwie na Pieśni Doświadczenia oraz promującą je trasę.

wtorek, 1 sierpnia 2017

wtorek, 4 lipca 2017

PISTOLE A RUZE

Na zakończenie fantastycznego muzycznego tygodnia dziś czas na deser w postaci koncertu Guns'n'Roses. Czekałem na tę chwilę 25 lat, od momentu kiedy po raz pierwszy zobaczyłem teledysk do Don't Cry. Gunsi to był mój pierwszy, totalnie ulubiony zespół. Ziomale z podwórka raczej nie pochwalili wyboru, pytali kiedy kupuję lajkry i śmiali się, mówili, że dobra muza to jesynie AC piorun DC i Anthrax. Wytrwałem przy swoim i dziś po raz pierwszy w życiu zobaczę Slasha, Duffa i Axla na jednej scenie. Odliczam godziny, relacja wkrótce. Tymczasem zostawiam Was z Rakietową Królową, której nie powinno dziś zabraknąć na lotnisku Letnany.

niedziela, 2 lipca 2017

OPENER 2017

Kilkanaście godzin po zakończeniu piętnastej edycji Openera czas na kilka wrażeń z imprezy. Dawno w składzie tego festiwalu nie było takich muzycznych gwiazd jak Radiohead i Foo Fighters. Choć zachowane w zupełnie innej stylistyce i zagrane na innym poziomie energetycznym koncerty obydwu grup pokazały, że ich miejsce w absolutnym muzycznym topie jest bardziej niż zasłużone. W występie Radiohead najbardziej rzucało się w uszy, to jak dobrym muzykiem jest każdy z jego członków. Całość wykonana wręcz perfekcyjnie, z ciekawą listą utworów, spośród których najbardziej zabrakło No Suprises. Sceniczny kontakt Toma z publicznością polegał głównie na „ha ha ha ha” wypowiadanym co 5 piosenek. I choć nie jest to nie do końca moja bajka to muszę przyznać, że artyści stworzyli tak fantastyczny i pełny skupienia klimat, że rozbudowane gadanie pomiędzy piosenkami nie było absolutnie potrzebne. Jedyny moment, w którym zrobiło się jakby nudniej to czas pomiędzy Airbag a Idenkit wypełniony głównie utworami, w których melodię zastępuje trans. Poza tym nieco ponad dwie godziny spędzone z kapelą, której absolutnie nie jestem fanatykiem uważam za jedne z lepiej spędzonych 120 minut w życiu. Wrażenie było tak duże, że zwyczajnie nie miałem ochoty na obcowanie tej nocy z kolejnymi dźwiękami.
Przed Radiogłowymi bardzo dobry koncert zagrali Royal Blood. Wokalista narzekał coś na swój głos, przepraszał mówiąc, że w Anglii już by go za coś takiego zabili, ale mówiąc szczerze nie kumam o co mu chodziło. Największym zaskoczeniem z ich występu był fakt, iż w instrumentarium oprócz perkusji zamiast gitary tradycyjnej znajduje się jedynie ta basowa. Słuchając płyty nie wyobrażałem sobie, że tak wysokie dźwięki można wyciągnąć z basówki, przez kilka chwil węszyłem podstęp myśląc ile procent dźwięków idzie z taśmy ale szybko mi przeszło. Klimat i zabawa super tylko pora koncertu zabójcza (18:15).
Drugiego dnia przed Foo Figthers zagrali The Kills. Widziałem ich po raz trzeci ale nigdy dotąd tak radosnych. Fajna i pozytywna energia płynąca ze sceny, dużo uśmiechu i świetnej muzyki tak najkrócej można podsumować ich występ. I tylko Satelite brak…
Trudno w jednym akapicie opisać to, co pokazali w czwartek Foo FIghters. Znam dobrze przynajmniej dwie osoby, które przed koncertem wypowiadały się o twórczości Dave’a i spółki niezbyt pochlebnie a po nim zbierały szczęki z ziemi Babich Dołów. Dodam, że ziemi wyjątkowo tym roku nierównej i porozjeżdżanej. O energii, która kipi od perkusisty Nirvany można by napisać 3 książki, o tym jak fantastyczni muzycy mu towarzyszą dwie kolejne. Mogliśmy tego doświadczyć chociażby podczas przedstawiania zespołu, podczas którego każdy z muzyków prezentował fragment utworu innego artysty podłapywanego po chwili przez pozostałych, między innymi Another One Bites the Dust z repertuaru Queen zaśpiewanego przez bębniarza grupy. Fantastyczny dobór piosenek, gościnny występ Alison, piękna akustyczna wersja Wheels, rozwalająca energią Arlandria to tylko garść smaczków, dzięki którym w czwartek odleciałem na rockową planetę.
Wydarzeniem trzeciego dnia festiwalu był dla mnie z kolei występ Prophets of Rage. Zobaczyć na jednej scenie muzyków Rage Against The Machine, Cypress Hill i Public Enemy oraz usłyszeć podczas tego samego koncertu kawałki wszystkich tych grup brzmiało jak bajka. Spodziewałem się mega energetycznej petardy i się nie zawiodłem. Natomiast fakt, iż podczas tego koncertu zrobi się podniośle i wzruszająco przekroczył granicę mojej wyobraźni. Wszystko za sprawą Like A Stone z repertuaru Audioslave zagranego w wersji bez wokalu w hołdzie dla Chrisa Cornella. Wiedziałem, że Prophets nagrali tę wersję kawałka tuż po śmieci wokalisty ale nie miałem pojęcia, że grają ją na żywo. Wrażenie piorunujące, każdy dźwięk tej piosenki pozbawiony warstwy wokalnej uświadamia jak wiele stracił muzyczny świat po odejściu pana CC. Po raz dwunasty zjawiłem się na Openerze ale takich emocji jak podczas wspominanych trzech minut wcześniej tu nie przeżyłem.
Solówka Toma Morello oraz akordy refrenu na próżno szukające wokalnego wsparcia są ze mną do teraz. Być może z tego powodu słabo odebrałem koncert Brodki. Załapałem się na jej drugą połowę, ciekawy jak numery z Clashes wypadną na żywo ale jakieś to wszystko było niespójne i udziwnione. Na czele z aktualnym wizerunkiem artystki, który kojarzy mi się z połączeniem Grace Jones i Star Treka.
Głównym celem ostatniego dnia festiwalu byli The XX, którzy zaszkoczyli otwarciem koncertu w postaci Intro z debiutanckiego albumu i w ogóle bardzo licznej reprezentacji z tego krążka pomimo wydania w tym roku trzeciej płyty. Była to niespodzianka przyjemna, w przeciwieństwie do czasu trwania koncertu (65 minut). Trochę mało jak na headlinera, choć z drugiej strony przyznaję, że usłyszałem podczas tej godziny wszystkie kawałki, które chciałem a każdy z nich zagrany został przepięknie i klimatycznie. Jedyna rzecz, która naruszyła jednynie ów klimat był solowy fragment łupanki Jamiego XX, na szczęście krótki bo kompletnie niepasujący do delikatnej całości. Podobnie zresztą jak wzmocnione beatem i znacznie szybsze niż w wersji studyjnej Shelter.
Opener 2017 przyniósł wiele muzycznego piękna, już czekam na ogłoszenia na 2018.

czwartek, 22 czerwca 2017

Do startu piętnastej edycji Opener Festival pozostało niewiele ponad 5 dni. Dawno nie czekałem na gdyńskie święto muzyki tak, jak w tym roku. Tegoroczny skład zawiera bowiem wiele smakowitości, każdego dnia na Babich Dołach będzie działo się naprawdę wiele muzycznego dobra. Jedyne czego minimalnie żałuję jeszcze przed startem festiwalu to fakt, iż wiele z najważniejszych dla mnie występów odbędzie się przed zmrokiem, o mało koncertowych. Royal Blood o 18, The Kills o 20, Prophets of Rage o 19:45... Dziwne godziny dla tak zacnych wykonawców. Mimo to, nie mam wątpliwości, że "chociaż nie będzie bunkrów (ciemno) to i tak będzie zajebiście".



Pełną rozpiskę godzinową koncertów znajdzie POD TYM LINKIEM.