środa, 1 stycznia 2014

PŁYTY ROKU 2013 - PODIUM




   


MIEJSCE 3:
MODESTEP – Evolution Theory 

Evolution Theory to zdecydowanie najbardziej energetyczna płyta roku 2013. I o ile trudno wysłuchać jej od początku do końca to dawkowanie jej w porcjach po 4 czy 5 numerów działa skuteczniej niż kawa podana dożylnie. Gdyby album był bardziej spójny znalazłby się nawet o oczko wyżej. Miałem duży dylemat czy brązowy medal nie powinien przypaść debiutanckiemu krążkowi Atoms For Peace, najchętniej przyznałbym dwa równorzędne miejsca trzecie. Jako, że się nie da wybrałem płytę, której słuchałem częściej.


MIEJSCE 2:
VAMPIRE WEEKEND – Modern Vampires Of The City 

Po fantastycznym debiucie i słabiutkiej płycie numer dwa Vampire Weekend wróciło na muzyczne półki i do głośników w świetnym stylu. Czas najwyższy na koncert w Polsce!


MIEJSCE 1:
ARCADE FIRE - Reflektor

Najmniejszych wątpliwości nie miałem natomiast przy wyborze najlepszej tegorocznej płyty. Czwarty studyjny album Arcade Fire dosłownie zabija każdym swoim małym dźwiękiem. Jeśli dotychczas jej nie słyszeliście to zacznijcie jak najszybciej, choćby dziś nie zważając na tupot białych mew. ARCYDZIEŁO !!!


wtorek, 31 grudnia 2013

PŁYTY ROKU 2013 - MIEJSCA 10-4

Mam wrażenie, że ostatnie kilka tygodni upłynęło w tempie sprintu Strusia Pędziwiatra. To był ciężki i intensywny ale jednocześnie obfitujący w wiele fantastycznych wydarzeń i płyt rok. Z racji na tą intensywność mam poczucie, że w następnym zestawieniu pojawi się kilka tych tegorocznych albumów, do których nie zdążyłem jeszcze dotrzeć. A jako, że rok kończy się za niecałe 4 godziny czas na coroczne podsumowanie i zestawienie płyt roku 2013 według Bonomuzy. Dziś miejsca od dziesiątego do czwartego, jutro podium. 


MIEJSCE 10. 
PEARL JAM – Lightning Bolt 

Tegoroczny album Pearl Jam jest niestety słabszy niż jego poprzednik. Backspacera doceniłem jednak już po zakończeniu zestawienia płyt roku 2010, czego potem bardzo żałowałem. Lightning Bolt umieszczam tu więc lekko na wyrost, z myślą, że po kolejnych kilku przesłuchaniach przemówi do mnie równie mocno co dwa otwierające ją kawałki, numer tytułowy czy Pendulum.


MIEJSCE 9. 
QUEENS OF A STONE AGE – …Like Clockwork 

Warto było czekać 6 lat by usłyszeć ponownie Josha i spółkę w dobrej formie.


MIEJSCE 8. 
SHAARK-A-TAAK – Rec In Progress 

Solowy album Reaggeneratora jest dużo lepszy niż ostatnia płyta Vavamuffin



MIEJSCE 7. 
DAFT PUNK – Random Access Memories 

W ranking Bonomuzy długo oczekiwany nowy album Daft Punk znajduje się nieco niżej niż w większości zestawień płyt roku 2013. Trzeba jednak po niego sięgnąć choćby z powodu nagrań w stylu Instant Crush z Julinaem Casablancasem, genialnego Within, przebojów lata w postaci Get Lucky czy Lose Yourself To Dance i wielu innych udanych elektro-kompozycji.


MIEJSCE 6. 
PALMA VIOLETS – 180 

Fantastyczny powiew młodości w brytyjskiej, muzyce gitarowej. Młodości, nie oryginalności.


MIEJSCE 5. 
LILLY HATES ROSES – Something To Happen 

Płyta pięknych kompozycji, w większości łączących lekką melodyjność z poważnymi tekstami dotyczącymi relacji międzyludzkich.


MIEJSCE 4:
ATOMS FOR PEACE – Amok

Ten fantastyczny, pełny muzycznej magii album spadł z podium dosłownie w ostatniej chwili. Polecam go jednak bardzo, nie tylko fanom Radiohead. Muzyczna alternatywa przez duże "A"!


poniedziałek, 2 grudnia 2013

niedziela, 1 grudnia 2013

WEEKENDOWY NUMEREK: BACKSTREET BOYS - EVERYBODY

W tym tygodniu weekendowy numerek może należeć tylko do nich. Bekstrits bek oł rajt!!! Na początku tygodnia ogłoszono, że pod koniec lutego na warszawskim Torwarze zagrają zjednoczeni po przerwie Backstreet Boys. 


Pierwsze informacje na temat ponownych występów Chłopców Z Tylnej Ulicy pojawiły się w wakacje. Siedząc przy grillu wspominaliśmy ów band i setki imprez, które spędziliśmy przy jego dźwiękach. I choć każdy w pierwszym odruchu mówił "Bekstrici? Eee, wiocha" to nie było nikogo kto nie znał na pamięć choćby trzech numerów BiBisów. I chociaż w liceum wszyscy słuchaliśmy raczej gitarowej muzyki to na studniówce w ramach kabaretu zaprezentowaliśmy "show" inspirowany poniższym występem amerykańskiego boysbandu. 


Także rezerwujcie datę: 23 luty Torwar. Będzie Everybody, będę i ja. ;-D

  

niedziela, 24 listopada 2013

SHARK-A-TAAK - REC IN PROGRESS


Rec. In Progress, pierwszy album nowego projektu Reggaeneratora wydany pod nazwą Shark-A-Taak to idealne antidotum na jesienną zamułę. W drugim kawałku wokalista oświadcza, iż jest nakręcony jak zegar i trzeba przyznać, że każdy dźwięk tej płyty to potwierdza. Co ważniejsze owa energia zaraża i pozwala wystrzelić się na najwyższy poziom powera. Ten krążek to istna lawina, słuchając go mam wrażenie jazdy bez hamulców. Kojarzy mi się, z koncertem, na którym zespół z każdym kolejnym kawałkiem podkręca tempo.
Do moich faworytów z tego krążka należą Rude Bwoy Salut oraz Saskerland. Riff tego pierwszego niesie w sobie moc w najczystszej postaci, ten drugi rozwala zmiennością klimatów, a wstawka reggae „god save the saskerland” każdorazowo wyświetla na mojej gębie rogala i buja lepiej niż koń na biegunach (prawdziwy, nie „zwykła zabawka, mała huśtawka” Urszuli). Spokojne klimaty rodem z Jamajki spotkamy również w zamykającym całość Olives’n’Wine. Poza tymi dwoma piosenkami jest zdecydowanie mocniej...

sobota, 23 listopada 2013

WEEKENDOWY NUMEREK: SHARK-A-TAAK - PRETTY COOL

Po raz pierwszy w historii Bonomuzy zdarza się, że weekendowy numerek to jednocześnie fragment płyty tygodnia. Nowa wersja pewnego szlagieru jest jednak zdecydowanie warta uwagi. Do mnie najbardziej przemawia fragment rozpoczynający się od 2 minuty i 14 sekundy. Wracając do oryginalnych wykonawców tego numeru pamiętam, że kilka lat temu występowali w Polsce na koncercie sylwestrowym. Nie byłoby w tym nic dziwnego, że w tym samym czasie Boney M grało koncert w Warszawie, Wrocławiu i chyba jeszcze jednym mieście. Albo mają teleport albo to była chałtura najwyższej maści. 



wtorek, 19 listopada 2013

CRYSTAL FIGHTERS: STODOŁA 11.11.2013

Poniedziałkowy koncert Crystal Fighters w Stodole miał niemalże identyczną setlistę jak ten, który odbył się na tegorocznym Openerze. Zachowana została nawet niemal całkowicie kolejność zaprezentowanych utworów. Z wyraźnych różnic odnotować można było jedynie przesunięcie I Love London oraz Wave do bisów. 
Kryształowi Wojownicy prezentują się na żywo fantastycznie. To prawdziwa żywa energia, melodyjna, skoczna i porywająca do szaleństwa. Trudno było znaleźć w Stodole osobę nie wykonująca rytmicznego „dżamp dżamp”. Sceniczni bohaterowie również nie oszczędzali się prezentując porcje pozytywnego zakręcenia. Sebeastian – wokalista pierwsze trzy kawałki występował z zasłoniętą twarzą. Kiedy wreszcie pozbył się przesłaniającej facjatę masko-peruki do złudzenia przypominał mi wokalistę Łąki Łan. Nie zabrakło wilkeigo kotła na środku sceny, ksylofonu czy mini gitarki, na której przygrywał co jakiś czas wokalista. Niestety tych dwóch ostatnich praktycznie nie było słychać. Nagłośnienie było bowiem tego dnia w Stodole fatalne...

poniedziałek, 18 listopada 2013

ARCADE FIRE - REFLEKTOR

Rzadko zdarza się aby płyta od której oczekuje się bardzo dużo potrafiła te oczekiwania przerosnąć. Z olbrzymia radością oświadczam, że do tych nielicznych przypadków zdecydowanie zalicza się czwarty studyjny album zespołu Arcade Fire pod tytułem Reflektor. Nie licząc pierwszego przesłuchania, po którym nie byłem ostatecznie przekonany do jakości tego krążka, począwszy od drugiego jestem tą płytą oszołomiony i każdego z Was namawiam aby nie zwlekali ani chwili dłużej i oświetlili swoje muzyczne życie Reflektorem.
W otwierającym go kawałku tytułowym najbardziej podobają mi się transowy fragment środkowy oraz pojedyncze dźwięki, głównie w instrumentalnych fragmentach niosące jednoznaczne skojarzenia z Achtung Baby. Ta piosenka pełni zresztą taką samą funkcję jak otwierające ów album U2 Zoo Station – informuje słuchacza krzycząc wręcz: „nagraliśmy coś innego niż dotychczas i niż się spodziewałeś. Zostań z nami a przeniesiemy cię w kosmos”. I o ile pierwsze dwie piosenki z Reflektora (tytułowa i We Exist z basowym motywem przypominającym majkelowe Billy Jean) to tzw. „nieoszałamiające rozgrzewanie silników” to potem udajemy się dzięki Kanadyjczykom dalej niż pies Łajka, Jurij G. i Apollo 13...

niedziela, 17 listopada 2013

PŁYTA TYGODNIA - ARCADE FIRE - REFLEKTOR - PODSUMOWANIE

Od wtorku przysłuchiwaliśmy się z bliska czwartemu studyjnemu albumowi Arcade Fire. Jutro znajdziecie na Bonomuzie szczegółową recenzję tej płyty. Dziś, „na dobranoc” proponuję projekcję jej wszystkich pięciu fenomenalnych kawałków, z którymi zaprzyjaźnialiśmy się w tym tygodniu.



Utwór tytułowy i jednocześnie pierwszy singiel z Reflektora początkowo nie robił na mnie przesadnego wrażenia. Dalej zresztą twierdzę, że na tym podwójnym albumie znajdziemy masę o wiele lepszych kompozycji.

Do moich absoultnych faworytów zaliczają się Here Comes The NIght Time…




…oraz Joan of Arc.



Jeden z piękniejszych spokojnych fragmentów albumu stanowi paradoksalnie utwór o tytule Awful Sound.



Okropnych dźwięków na Reflektorze praktycznie nie ma. Zgodnie z tytułem ostatniego zaprezentowanego w tym tygodniu numeru słuchając tej płyty chce się aby nigdy się nie kończyła.






sobota, 16 listopada 2013

WEEKENDOWY NUMEREK: TĘCZOWY MUSIC BOX - TĘCZA

Na początek weekendu mały test.
Zadanie: Wybierzcie słowo, które najlepiej pasuje jako dokończenie zdania "Gdzie spojrzę dokoła..."

a) dżungla
b) korek
c) czubki
d) tęcza

Prawidłowa odpowiedź to D.


Mam wrażenie, że w ostatnich dniach tęcza była w mediach częściej wspominana niż zamknięcie mostu Grota-Roweckiego, debiut Nawałki w roli selekcjonera i pościg za księdzem-pedofilem razem wzięte. Tęcza płonęła, przy tęczy rozlali farbę, pod tęczą urządzono masowe "cmok cmok". Tęcza, tęcza, cza, cza cza. Stąd też w dzisiejszym weekendowym numerku sięgamy po klasyk.  


czwartek, 14 listopada 2013

PŁYTA TYGODNIA: ARCADE FIRE - REFLEKTOR

W tym tygodniu przysłuchujemy się na fejsbukowym profilu Bonomuzy najnowszej płycie Arcade Fire. Znajdziecie tam taki muzyczne cudeńka jak choćby poniższe nagranie. Poznajecie panów, których Win Butler wygania ze sceny około 70 sekundy teledysku ? ;-D Jest w tym coś symbolicznego, zwłaszcza pamiętając fakt, iż 8 lat temu pochodzące z debiutanckiego albumu Kanadyjczyków Wake Up rozpoczynało koncerty U2. Dziś wygląda na to, że "uczeń przerósł mistrza" a na półki sklepowe trafiła płyta pokroju Achtung Baby. Ale o tym w szczegółowej recenzji za kilka dni. Na razie "Here Comes The Night Time". Rozkoszujcie się nim! 


wtorek, 12 listopada 2013


poniedziałek, 11 listopada 2013


czwartek, 7 listopada 2013

PŁYTA TYGODNIA: ARCTIC MONKEYS - AM

Niewiele brakowało aby ta recenzja zaczynała się od stwierdzenia, że zamiast nowego albumu Arctic Monkeys powinni wypuścić jedynie singiel. Promujące i otwierające AM fenomenalne Do I Wanna Know oraz R U Mine zaostrzyły bowiem apetyt na świetny rockowy krążek, tymczasem słuchając większości ciągu dalszego tej płyty można odnieść wrażenie, że nagrał go ktoś inny. One For The Road, choć niezłe poprzez wysokie rejestry, w których operują główny wokal i chórki bardziej niż z rockowa kapelą przynoszą skojarzenia z czymś pomiędzy Bee Gees a Scissors Sisters. Podobna ekspresja pojawia się także w I Want It All, tu jednak ciekawie współgra w niską, niepokojącą warstwą instrumentalną. Sporo tu pisków i jazgotliwych interwałów, które przypominają klimat końcowych piosenek z płyty Chłopaki Nie Płaczą T.LOVE, choćby Bajer czy Popularny.
W kilku kawałkach udało się wypracować kompromis pomiędzy eksperymentami a starym charakterem zespołu. Najlepszy przykład...

wtorek, 5 listopada 2013

PÓŁWIECZE MUŃKA

Dokładnie dziś pół wieku kończy Muniek Staszczyk. Życząc STO LAT wierzę, że Zygmunt dopiero co minął półmetek drogi, także tej twórczej. Ostatni, zeszłoroczny album po raz kolejny udowodnił jak wiele T.LOVE ma jeszcze do powiedzenia i jak ważny jest na polskiej muzycznej scenie. A z drugiej strony czy zdajecie sobie sprawę, że dzisiejszy jubilat dostarcza nam pozytywnej, muzycznej energii już czwartą dekadę? Pociągnąc drugie tyle będzie więc chyba ciężko.
Tak czy inaczej z okazji 50-tki posłuchajmy po jednym kawałku z każdej z nich.

80's:


90's:


00's
 

10's:

poniedziałek, 4 listopada 2013

VAMPIRE WEEKEND - MODERN VAMPIRES OF THE CITY

Pierwsze trzy kompozycje z trzeciej studyjnej płyty Vampire Weekend zawierają w sobie wszystko co w muzyce amerykańskiego kwartetu najlepsze. Otwierający album Obvious Bicycle zaczyna się tak jakby realizator za późno wcisnął przycisk odpowiadający za nagrywanie. Nagłe uderzenie akustycznej gitary i wokalu, którego nie poprzedza nawet sekunda wprowadzenia dziwi jednak tylko przez krótką chwilę. Już po kilku sekundach tego kawałka odlatujemy bowiem w krainę nostalgii, spokojnego bicia serca i przepięknej muzyki. Choć brzmi ona trochę jak utwór pogrzebowy tak naprawdę jest wezwaniem do wzięcia się w garść, które poprzez aranżacje refrenu wydaje się być śpiewane z zaświatów. Nie pobędziemy tam jednak zbyt długo, gdyż następujące po nim Unbelievers podkręca tempo o 200 procent częstując nas szybkim, przebojowym kawałkiem z wyjątkowo chwytliwym refrenem, którego melodia brzmi świetnie nawet w towarzystwie samej perkusji. Natomiast zamykający pierwsza trójkę Step już po pierwszym przesłuchaniu wkręca się w głowę na bardzo długo. Fantastyczny klimat robi w tej piosence klawesyn oraz zaśpiewany w wysokich rejestrach refren, co w połączeniu z fajnym tekstem daje jeden z moich ulubionych tegorocznych kawałków.

środa, 30 października 2013

PŁYTA TYGODNIA: VAMPIRE WEEKEND - MODERN VAMPIRES OF THE CITY

Z lekkim opóźnieniem rozpoczynamy przesłuchanie kolejnej płyty tygodnia. Po fenomenalnym debiucie i jego słabym następcy Amerykanie z Vampire Weekend nagrali kilka miesięcy temu trzeci album, tzw, krążek prawdy. Przysłuchajmy się więc czy wyszli z tej próby obronną ręką. Na początek proponuję płytowy numer 3, najlepszy z całego longplaya, fantastyczny i przypominający klimatem debiutanckie nagrania Step.


poniedziałek, 28 października 2013

POŻEGNALNA SATELITA

Planowo mieliśmy od dzisiaj przesłuchiwać płytę zespołu, którego nazwa kojarzyć się może z sobotnią zmianą czasu na zimowy lub z jedną z marek samochodu. Ostatnie 24 godziny przyniosły jednak dwie smutne wiadomości: świat polityki i muzyki stracił niezwykle ważnych wielkich ludzi. A jako, że polityką na Bonomuzie się nie zajmujemy dziś oddajemy hołd Lou Reedowi. Posłuchajcie piosenki zespołu, którego lider jest patronem tego bloga, utworu z koncertu z najlepszych czasów irlandzkiego kwartetu. Dziś zastosowane tu efekty specjalne stanowią chleb powszedni. Dwadzieścia lat temu miało tu zupełnie inny, dużo mocniejszy wydźwięk.

niedziela, 20 października 2013

PŁYTA TYGODNIA: NIRVANA - IN UTERO - podsumowanie

Na zakończenie tygodnia proponuję szybkie podsumowanie tego-tygodniowych przesłuchań ostatniego studyjnego albumu Nirvany.



tourette's, jedyna piosenka z In Utero, które tytuł pisany jest z małej litery to mój zdecydowany numer 1 z całego albumu. 20 lat temu ceniłem go głównie za moc i punkowy styl, potem zrozumiałem co znaczy tytuł i doceniłem go jeszcze bardziej. Serdecznie polecam, choć zdecydowanie bardziej jutro na dzień dobry niż dziś na dobranoc.



Nie znam słów wystarczających do opisania magii tej piosenki. Każda jej projekcja, choć odbyłem ich pewnie blisko tysiąca wywołuje we mnie skrajne emocje. Mimo upływu 20 lat nadal twierdzę, że właśnie dzięki takim utworom Nirvana była "beatlesami" lat 90-tych.



Większość tekstów na In Utero ma raczej dołująco-przerażający wydźwięk i dość dobrze obrazuje demony z głowy Kurta Cobaina. Słowami dzisiejszego przedstawiciela płyty tygodnia udowodnił jednak naprawdę fajne poczucie humoru. 

"If you ever need anything please don't hesitate to ask...someone else first" Mistrz!



Pennyroyal Tea miała trafić na półki jako trzeci singiel z In Utero w połowie kwietnia 1994. Kurt Cobain nie dożył niestety tej chwili, a w skutek jego śmierci publikacji zaniechano.



Pierwszym singlem z tej genialnej płyty było Heart-Shaped Box, którego refren jest esencją gitarowej muzyki. Połączenie wokalno-gitarowych dialogów z połamanym rytmem perkusji oszałamia mnie do dziś. 

piątek, 18 października 2013

WEEKENDOWY NUMEREK: TIGA - SHOES

Zastanawialiście się kiedyś skąd wziął się zwyczaj mówienia gościom "nie zdejmuj butów"? Jeszcze niedawno wydawało mi się, że wynika:

a) z szarmanckości
b) z chęci ukrycia ilości kurzu na podłodze
c) z obawy przed syndromem "stinky foot" 

Prawda leży jednak gdzie indziej a odpowiedź na to pytanie przynosi dzisiejszy, prawdziwie mistrzowski weekendowy numerek. "What's that sound? I like that sound. I love that sound". Uwielbiam.




poniedziałek, 14 października 2013

PŁYTA TYGODNIA: NIRVANA - IN UTERO

Zgodnie z wczorajszą zapowiedzią od dziś płytą tygodnia staje się klasyk, który miesiąc i jeden dzień temu obchodził swoje dwudzieste urodziny. In Utero to fantastyczny przykład na to jak po wydaniu płyty przełomowej i fantastycznej od A do Z nagrać album, który podtrzyma poziom i sprawi, że ludzie przestaną mówić tylko i wyłącznie o tym co zespół osiągnął w przeszłości. Zaczyna się on tak:


niedziela, 13 października 2013

WEEKENDOWY NUMEREK: GIGI D'AGOSTINO - Bla Bla Bla

Pamiętacie animowaną reklamę jednej z sieci telefonicznych, w której niemalże identyczny rysunkowy ludek mówił na końcu "Simpluś? siuuuuuper"? Do dziś zastanawiam się kto dla kogo był inspiracją, kto był twórcą, kto reproduktorem, kto jajkiem kto kurą.
Tak czy owak jako, że podczas tego weekendu jestem w Rzymie na udaną niedziele proponuję utwór ze słonecznej Italii. Zapraszam do miłe pobudki w towarzystwie wkręcającego, oldschoolowego klipu. Jeśli ktoś będzie w stanie spisać tekst tej piosenki będę zobowiązany ;-)



wtorek, 8 października 2013

PLACEBO - LOUD LIKE LOVE

Kiedy 3 lata temu PLACEBO jako zwiastun nowej płyty zaprezentowało fantastyczne Battle For The Sun skakałem z radości jak dziecko. Kilka tygodni później okazało się niestety, że był to jedyny godny uwagi numer z całej płyty a nowy perkusista i nowa, dobra energia w zespole wcale nie przełożyły się na jakość kompozycji. W tym roku, po usłyszeniu świetnego Too Many Friends postanowiłem na wszelki wypadek nie napalać się za bardzo na nowy album, pamiętając, że w przypadku tej kapeli im gorsza atmosfera w studio tym lepszy efekt końcowy (vide płyta MEDS).
Otwierający płytę kawałek tytułowy to dobry „otwieracz” koncertowy, jako początek albumu też sprawdza się nieźle, mimo iż tak naprawdę nie ma w nim wiele ciekawego. Lepiej wypada pod tym względem kolejne Scene Of The Crime, w którym elektroniczne brzęczące wstawki interesująco przenikają się z motywem zagranym na fortepianie. Kawałek ma fajną dramaturgię, od pierwszej sekundy czuć w nim specyficzny niepokój, który rośnie dodatkowo z każdą kolejną minutą. To jedna z tych piosenek Placebo, przy której słuchaniu pojawia się przed oczyma gotowy film lub choćby scenariusz...

poniedziałek, 7 października 2013

PŁYTA TYGODNIA: PLACEBO - LOUD LIKE LOVE

W tym tygodniu będziemy przyglądać się z bliska siódmej studyjnej płycie PLACEBO. Zaczynamy od singla promującego Loud Like Love. Podoba mi się w nim wszystko: świetny tekst, fantastyczna, chwytliwa melodia. Kiedy usłyszałem go po raz pierwszy z jednej strony cieszyłem się z tego, jak jest dobry a z drugiej miałem obawy, czy tak jak w przypadku Battle For The Sun nie będzie to jedyny jasny moment płyty. 
Na szczegółową recenzję zapraszam jutro a dziś posłuchajmy Too Many Friends, w którym Brian Molko zwierza się między innymi, że nigdy nie skorzysta z pewnego toaletowego udogodniena. Posłuchajcie uważnie fragmentu od 4:24. "I'll never bidet" - i wszystko jasne!   ;-))))  


sobota, 5 października 2013

WEEKENDOWY NUMEREK: INFINITY INK - Infinity

Kolejny cykl, który rozpoczyna się tej jesieni na Bonomuzie to WEEKENDOWY NUMEREK. Nastrajając się odpowiednio na weekend w każdy jego początek będę proponował Wam ciekawe utwory z kategorii baja-bongo, jazda-jazda, umcy-umcy, rąsia-macha-nózka-tupie, zwał jak zwał. Generalnie na pewno nie znajdziecie tu romantycznych ballad tylko numery, przy których trudno usiedzieć w miejscu bo wprawiają w stan podobny do tego, w jakim znajduje się bohater dzisiejszego teledysku.

Zespół Infinity Ink idealnie wpisuje się w charakter nowego bonomuzianego działu. Ich Infinity ma w sobie coś hipnotycznego, a fragment po 3 minucie utworu to dla mnie "Boney M XXI wieku". Warstwie muzycznej dorównuje świetny teledysk. Polecam, Żanet Kaleta.


poniedziałek, 30 września 2013

LILLY HATES ROSES - SOMETHING TO HAPPEN

Nie lubię kiedy polskie zespoły śpiewają po angielsku. Często mam wrażenie, że ucieczka od polskiego tekstu spowodowana jest brakiem czegoś sensownego do powiedzenia. Po angielsku brzmi przecież lepiej, a część w ogóle nie zrozumie. Taka sytuacja nie dotyczy na szczęście debiutanckiej płyty Lilly Hates Roses. Naprawdę dawno nie słyszałem piosenek z tak dobrą warstwą liryczną. Niemal każda z umieszczonych na Something To Happen kompozycji urzeka  niebezpośrednim, poetyckim i trafiającym w sedno tekstem, którego słowa stawiają przed oczyma obrazy chwil, które przeżył chyba każdy. Zdecydowana większość dotyczy relacji międzyludzkich oraz bezpowrotnie mijającego czasu. Moimi dwoma faworytami są pięknie opisujące 3 fazy życia All I Ever oraz piorunujące wezwanie do zakończenia bezsensownego związku w postaci Only A Thought.
W warstwie muzycznej jest równie dobrze...

PŁYTY TYGODNIA - OD DZIŚ CO PONIEDZIAŁEK NA BONOMUZIE

Dość powakacyjnej zamuły !!! Od dziś startujemy z nową ramówką Bonomuzy. No może bez przesady, ze z ramówką, w końcu to blog a nie rejdjoł gaga czy Romantica TiVi ale od jesieni wprowadzamy tu kilka nowości. Pierwszą z nich będzie płyta tygodnia, której jak sama nazwa wskazuje będziemy słuchać przez cały miesiąc. ;-))) A tak poważnie to co poniedziałek będziemy "brali na warsztat" kolejne albumy, w większości te nowe ale również i klasyki. 
Oprócz tradycyjnej recenzji na fejsbookowym profilu Bonomuzy będziemy również codziennie słuchać najciekawszych kawałków z niej pochodzących.

Na pierwszy ogień fantastyczny polski debiut: Lilly Hates Roses!

poniedziałek, 16 września 2013

NOWE PLACEBO NA ŻYWO - DZIŚ O 21

Dziś przypada data oficjalnej premiery nowej płyty PLACEBO. Mimo tego kupić Loud Like Love się dziś nie dało, ot taka forma "promocji" w czasach, gdy płyty kupowane są na potęgę. Dość sarkazmu. Jeszcze dziś pojawi się bowiem okazja usłyszenia wszystkich nowych utworów angielskiego trio i to w wersji "live". O 20 czasu angielskiego, czyli o 21 w Polsce PLACEBO rozpocznie koncert, który można będzie zobaczyć na Youtubie. Zachęcam do oglądania poprzez kliknięcie w TEN LINK.

wtorek, 10 września 2013

ROGER WATERS THE WALL LIVE - STADION NARODOWY: 20.08.2013

Na warszawski koncert Rogera Watersa zdecydowałem się „last minute”, w pełnym tego słowa znaczeniu. Dźwiękowa żenada na lipcowym występie Depeche Mode zniechęcała mnie do ponownego odwiedzenia Stadionu Narodowego, ostatecznie zwyciężył jednak sentyment i ogromny szacunek do płyty The Wall. W związku z kupnem biletu na kilka godzin przed rozpoczęciem show jedyną dostępną opcją było odebranie go pod stadionem. Widząc liczącą około 500 osób kolejkę stojącą w tym samym celu do 4 (słownie: CZTERECH) okienek na niecałą godzinę przed planowaną godziną rozpoczęcia koncertu szacowałem, że przynajmniej połowa z nich nie łącznie ze mną nie zobaczy występu Watersa od początku. Szczęśliwie znalazłem się w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu, w którym organizator na kwadrans przed ęgodziną zero" niespodziewanie postanowił uruchomić dwa kolejne punkty odbioru biletów. Dlaczego nie były one otwarte od początku pozostanie zagadką . W każdym razie przestrzegam przed wybieraniem opcji „odbierz przed koncertem”, bo zorganizowane jest to przez Live Nation w żenujący i odbiegający od wszelkich standardów sposób, zwłaszcza biorąc pod uwagę ceny biletów. No chyba, że ktoś lubi podkręcać się przed koncertem na zasadzie „zdążę czy może nie bałdzo”. Ja miałem mega farta, ale nie jestem pewny czy udało się wszystkim, mimo iż koncert rozpoczął się z półgodzinnym opóźnieniem.


Dość jednak o organizacji bo to co zobaczyłem 20 sierpnia na scenie Narodowego było bez najmniejszych wątpliwości najlepszym muzycznym show, jakie moje oczy kiedykolwiek widziały. Jeszcze przed rozpoczęciem w oczy rzucała się dekoracja w postaci ściany z białych cegieł sięgająca od dwóch  krawędzi sceny aż do trybun. Podczas całego koncertu pełniła ona funkcję ekranu, na którym wyświetlano liczne zdjęcia i animacje w ogromnej większości ukazujące przerażające konsekwencje wojny. Najciekawsze w tej ścianie było jednak to, iż przez całą pierwszą godzinę była ona rozbudowywana. Nie widziałem jeszcze koncertu, w którym scenografia zmienia się na oczach widzów non stop, dzięki czemu  jest budowana scenografia, dzięki czemu ciągle zmieniała się perspektywa widzenia sceny, aż do momentu, gdy muzyków widać było jedynie przez male okienka. Już przy otwierającym The Wall In The Flesh? Nad głowami wszystkich przeleciał samolot wypuszczony spod dachu stadionu, który z hukiem roztrzaskał się o sceniczne głośniki. Przy Another Brick On The Wall zobaczyliśmy monstrualnych rozmiarów kukłę nauczyciela grożącego kilkunastu znajdującym się na scenie dzieciom śpiewającym refren piosenki. Wcześniej na białej ścianie i telebimach wyświetlono falującą wodę, która nie wiem jaki cudem widoczna była w poziomie dając efekt zalewania całego stadionu przez morze. Nie sposób opisać całej sztafety wizualnych efektów, oddzielną wagę trzeba natomiast poświęcić dźwiękowi, co do jakości którego miałem największe obawy. W miejscu, w którym siedziałem był on po prostu fenomenalny...